Recenzentka

Wpisy otagowane „2008”

  • poniedziałek, 28 września 2015
    • Zabójcy bażantów - Jussi Adler-Olsen

      Książki Jussiego Adler-Olsena świetnie bawią się popkulturą, a przyglądając się „Zabójcom bażantów” łatwo dostrzec, że autor świadomie czerpie z różnych konwencji, nie bojąc się nawiązań filmowych, wydobywając z ram prozy gatunkowej elementy znane i lubiane.

       


      Mocnym atutem Departamentu Q jest para podkomisarza kryminalnego Martina Mørcka i jego asystenta cywilnego Assada. Każdy, kto choć raz zobaczył którąkolwiek z części „Zabójczej broni”, czy „Gliniarza z Beverly Hills” doskonale rozumie napięcie, emocje i adrenalinę, która towarzyszy takim parom. Grany przez Mela Gibsona Martin Riggs nie byłby taki brawurowy, dowcipny i przystojny, gdyby jego partnerem nie był Roger Murtaugh świetnie zagrany przez Danny Glovera. Popisowe partie, które przeszły już do historii kina akcji z udziałem  Eddiego Murphy’ego nie byłyby takie zabawne, gdyby nie skontrastowanie ich z nieco nieudacznymi, powolnymi, trzymającymi się procedur detektywami. Przeniesienie takiego schematu na grunt duński otworzyło przed Adler-Olsenem kolejne możliwości. Tworzy, więc postać rdzennego Duńczyka Carla Mørcka, którego asystentem zostaje syryjski imigrant Assad. Dania od dawna ma problemy z integracją i słynie z płacenia imigrantom za opuszczenie kraju z bezpowrotnym biletem w jedną stroną, a ostatnio dała się poznać z wykupywania ogłoszeń w prasie informujących o zmniejszeniu świadczeń dla nowo przybywających do kraju uchodźców.  Wybieranie sobie na głównych bohaterów właśnie takich postaci oznaczało też w tym przypadku pewne problemy i można powiedzieć, że było aktem i odwagi i swojego rodzaju odpowiedzialności społecznej, potrzebą opowiedzenia hermetycznym Duńczykom historii z imigrantem w tle, budząc uprzedzenia, stereotypy, niepokojąc ich emocje i pozostawiając w napięciu do niewiadomego końca, czy Assad okaże się islamistą, rozwalającym od wewnątrz duński system. W Wybawieniu autor wybornie bawił się ksenofobią, czego nie ma jeszcze w takiej skali w poprzedzającym go tomie „Zabójców bażantów”. Na razie czytelnik jest oswajany z obcym, który wkracza w te kręgi państwa, które przecież mają stać na straży porządku. Skontrastowanie tych dwóch postaci wydobywa też lepiej pewne cechy, które rezonują w codzienności Departamentu Q. Assad zdecydowanie jest zwierzęciem społecznym, po prostu radzi sobie tam, gdzie Mørcka zawodzą instynkty i daje plamę.


      Od spektakularnego sukcesu książek Stiega Larssona rozrywka w Skandynawii służy rozwiązywaniu bieżących problemów. Przyzwyczailiśmy się, że skandynawska proza, zwłaszcza popularny u nas kryminał będzie przede wszystkim opowieścią o kraju, ludziach tam mieszkających. Da nam wgląd w świat fascynujący swoją odrębnością, tak bliski fizycznie, a tak odległy jednak kulturowo, tworzący na obrzeżach północy odrębną rzeczywistość „wyspę szczęścia”, która akurat w tym wypadku jest wprawdzie półwyspem, ale jakim. Wszystkie statystyki i rankingi świadczą o osiągnięciu pewnego poziomu doskonałości w budowaniu i organizowaniu życia społecznego, naprzeciw tym doniesieniom stają skandynawscy pisarze. Jussi Adler-Olsen bardzo konsekwentnie wpisuje się w nurt społecznie wrażliwej prozy gatunkowej.

      W „Zabójcach bażantów” spotykamy, więc grupę przyjaciół, która zna się z elitarnej szkoły z internatem. Dzisiaj to czołówka duńskiej elity; opanowali ważne sektory duńskiej gospodarki, osiągając nie tylko wysoki status, ale też prestiż mu towarzyszący. Rozbudzone w młodości krwiożercze instynkty znajdą upust w dorosłym życiu. Grupa kontynuuje zapoczątkowane jeszcze w czasach licealnych mordercze wypady, podczas których atakują przypadkowych ludzi. Ich ofiary mają dwa wyjścia: milczeć do końca życia za pieniądze lub za życie. Jeden błąd będzie kosztował ich dużo więcej, niż mogliby kiedykolwiek przewidzieć. Zagłębiając się w świat zdeprawowanej elity Jussi Adler-Olsen opisuje gęstą sieć powiązań towarzysko-biznesowych, chore relacje, które korumpują wysoko postawionych urzędników. Niektóre z nich jak stwierdzi Mørck są jak żywcem wyjęte z „Dynastii”; żona Ditleva Prama „jest siostrą podsekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, a ten podsekretarz był bardzo dobrym adwersarzem komendantki podczas prac nad reformą”, „wkrótce okaże się, że wszyscy są nieślubnymi dziećmi Blake’a Carringtona”, doda ironicznie Mørck. Wydaje się, że skandynawski raj podskórnie trawiony jest potworem, który wydobywany na światło dzienne przeraża o tyle mocniej, że nie z tym kojarzymy ten uporządkowany nordycki świat.


       

      Zdjęcie: Jussi Adler-Olsen / Strona pisarza

       

      Dla czytelnika polskiego dawka emocji i grozy jest tym większa, że jeden z paczki morderców Ditlev Pram inwestuje w Polsce, wykupując prywatne szpitale za 12 miliardów. Możemy się zacząć bać, uprzedza autor, zapewniając, że Duńczycy nie są tak uprzejmi, mili i kulturalni, jak byśmy się spodziewali po ciekawostkach prezentowanych codziennie na fanpage’u Ambasady Danii.

      W państwie duńskim, w którym jak wiemy z historii literatury, nie od dzisiaj źle się dzieje,  obywatelskość jest zjawiskiem powszechnym, czynny udział społeczeństwa we wpływaniu na państwo i decyzje rządu nie ma nigdzie swojego odpowiednika. Z pewnością niepokojące jest, że w tak perfekcyjnym świecie są głębokie szczeliny i wciąż sporo miejsca na błędy i zbrodnię. Jussi Adler-Olsen przyjmuje na siebie rolę krytyka, który nazywa po kolei błędy decydentów, ich głupotę i bezmyślność. Mechanizmy władzy się powtarzają, ich skala w niewielkiej Danii a zwłaszcza wpływ ma inny wymiar niż u nas. Widać, że część problemów władzy dotyka każde społeczeństwo, jakby głupota była rodzajem złośliwego wirusa przenoszonego na kolejne społeczeństwa za pośrednictwem decyzji politycznych. Adler-Olsen krytykuje reformę policji „okręgi nie nazywały się już tak samo, ludzie nie nosili tych samych tytułów, poprzenoszono archiwa”. Widać, że indolencja władzy wszędzie przejawia się w kosztownym pozorowaniu działania. „W małej Danii było tak”- napisze Jussi Adler-Olsen „że jeśli miało się na kogoś haka, to ten ktoś miał w zanadrzu coś równie druzgocącego”, co świetnie oddaje atmosferę sitw, które niszczą systemy. W domach duńskiej elity pracują estońscy, litewscy pracownicy, na zapleczach drogich hoteli są filipińskie dziewczyny. Przyciągani obietnicą raju na ziemi spadają do roli nisko płatnych, wykorzystywanych pracowników. Ciemne strony kapitalizmu ujawniają się tutaj jeszcze bardziej wyraziście, a w walce o zmianę sytuacji trochę trudno, jeśli media, jak „Berlingske Tiderne” jest tylko „staroświecką, paniusiowatą gazetą” a radiostacje taką samą wagę przykładają do informacji o „narodzinach tapira w ogrodzie zoologicznym w Randers i do groźby przewodniczącego partii Prawica, dotyczącej likwidacji podziału administracyjnego, którego sam się wcześniej domagał”.

      Ale strasząc nas Jussi Adler-Olsen puszcza w naszą stronę oko. Łagodzi efekt i grozy i ciężaru problemu pozwalając się nam pośmiać z bogatych i wygodnych Skandynawów. Wpadamy w ciekawe miejsce na mapie literatury skandynawskiej, bo Duńczyk zasłynął na półwyspie z uszczypliwości pod adresem sąsiadów. W Wybawieniu dostało się nieźle Szwedom, w „Zabójcach bażantów” pośmiejemy się z Norwegów, o których Mørck myśli jak o „stadzie małp górskich” i „bandzie łosi z zakichanej północy”, którą podczas oficjalnej wizyty delegacji norweskich policjantów musi zabawiać. A Norwedzy żłopią kawę „jakby przebyli sześćdziesięciogodzinny lot o suchym pysku albo pochodzili z kraju, który miał embargo na mokkę od czasów niemieckiej inwazji”. Na domiar złego sąsiedzi „kwilą” zamiast mówić i podziwiają „duńską gospodarność oraz fakt, że za każdym razem rezultaty były ważniejsze niż codzienne potrzeby odnoszące się do zasobów i dobra personelu”.

      Zabójcy bażantów” jak na thriller przystało sięga po sprawdzone zabiegi formalne. Będzie tutaj otwierająca scena, na której wyjaśnienie przyjdzie nam sporo poczekać. Rozdziały poświęcone członkom morderczej grupy przeplatają się z rozdziałami o śledztwie Mørcka i Assada, co daje też okazję do spojrzenia na Departament Q od kuchni i poznania nieco życia osobistego podkomisarza kryminalnego. Książka słusznie zasługuje na miano filmowej, została zresztą rewelacyjnie zaadaptowana przez Mikkela Nørgaarda na potrzeby kina ze znakomitymi rolami Nikolaja Lie Kaasa jako Carl Mørck i Faresa Faresa jako Assad. Przyznaję, że uproszczenie fabuły i przeniesienie zwłaszcza psychologicznych uzasadnień niektórych postaci wydało mi się bardziej wiarygodne właśnie w wersji filmowej. Jussi Adler-Olsen podchodzi bardzo ambitnie do pisania, tworząc gęstą, wielowątkową fabułę, co nie zawsze dobrze przekłada się na napięcie. Podsumowując powiedziałabym, że „Zabójcy bażantów” to slow thriller, z mocnymi elementami grozy, z zacięciem do społecznej krytyki. Zgodzę się też z opiniami, że pisarz z książki na książkę jest lepszy, bo jednak Wybawienie oceniam wyżej.

      Literówki do poprawienia: str. 9 „Przesunęła spojrzenie się w dół po ciele kobiety”, str. 207 „Oto jak można wykorzystać kontakty z Afganistanie”



      Recenzja Zabójcy bażantów Jussi Adler-Olsen, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2011. Przełożyła Joanna Cymbrykiewicz. Tytuł oryginału: Fasandrœberne (2008). Projekt typograficzny: Stanisław Salij. Projekt okładki: Thomas Szøke, eyelab.dk, Przekład przejrzała: Agata Beszczyńska. Korekta: Małgorzata Jaworska. ISBN 978-83-7453-060-6. Stron: 422.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu słowo / obraz terytoria.

       

       

      Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów newsletter i polub Fanpage

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Zabójcy bażantów - Jussi Adler-Olsen”
      Tagi:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 września 2015 15:10
  • piątek, 07 sierpnia 2015
    • Lewą ręką przez prawe ramię - Selma Lønning Aarø

      Urodzona w 1972 Norweżka Selma Lønning Aarø od debiutanckiej powieści zbiera nagrody. Za „Den endlige historien” (1995) otrzymała nagrodę wydawnictwa Cappelen dla najlepszego debiutu roku, a przełomowa w jej dorobku powieść „Vill ni åka mera?” (2003) nominowana była do prestiżowej nagrody literackiej Bragaprisen. Przez trzy lata pisarka redagowała wspólnie z Nilsem-Øivindem Haagensenem „Signaler”, antologię debiutantów w wydawnictwie Cappelen. Ma na swoim koncie również książki dla młodzieży i literaturę faktu. Pochodzi ze Stord w Hordaland.

       


      Teoretycznie „Lewą ręką przez prawe ramię” powinno się udać i to z wielu względów. Helen ma 25 lat wyjeżdża na Alaskę. Będzie pracować przez dekadę w niewielkiej rybackiej osadzie. Nie wiemy, co ją skłoniło do opuszczenia Norwegii i dlaczego zaszyła się w miejscu wiecznych wiatrów, odosobnionym, gdzie kilku rybaków od czasu do czasu urządza smutne libacje w barze, w którym się zatrudnia. Na takim bezludziu trudno o konkurencję, dziewczyna zostaje pięknością miasteczka, podobnie, jak wcześniej inne dziewczyny, z jakiegoś powodu zaszywające się na tym północnym bezludziu. Helen poznajemy dziesięć lat później. Do Norwegii wraca w ciąży, przekonana, że urodzi i sama wychowa dziecko. Wraca też z opowieściami rybaków, które opublikuje. Mija dziesięć lat i tu ją poznajemy dowiadując się, że znowu jest w ciąży, tym razem z żonatym mężczyzną, z którym ma romans. Znając sukces swojego kolegi po piórze Larsa Saabye Christensena, Selma Lønning Aarø mogła podejrzewać, że może jej się udać powtórzyć jego wyczyn na nieco mniejszą skalę. Perypetie kolejnych postaci zadziwiająco podobne przeżywają dramaty i chociaż autorka Lewą ręką przez prawe ramię nieco inaczej komplikuje im życie, myśl, że uważnie czytała Półbrata nie opuszcza do końca.

      Akcja rozegra się na kilku planach. Z jednej strony obserwujemy Helen. Z drugiej śledzimy rozwój wypadków wczytując się w pamiętnik dziewczynki o imieniu Elvira, spisywany w formie listów do zmarłej młodszej siostry. Selma Lønning Aarø wykorzysta ciekawy zabieg opóźniający rozwój wypadków; najpierw przedstawia jakieś wydarzenie, żeby do niego powrócić i opowiedzieć jeszcze raz z innej perspektywy. W założeniu takie przenoszenie uwagi ponownie do wydarzeń z przeszłości miałoby sens, gdyby towarzyszył im odpowiedni ładunek napięcia, emocji, czy czegokolwiek, co przyciągałoby na tyle zainteresowanie, żeby chcieć wiedzieć, co się tam faktycznie podziało. Niestety tym razem zabrakło fantazji, która dynda smętnie jak balonik ze spuszczonym do połowy powietrzem. Nie chcemy wiedzieć, co się w rzeczywistości stało, bo mamy na tyle wyobraźni, żeby sobie pewne rzeczy dopowiedzieć, a od literatury wymagamy tajemnicy, nie sprawozdania sądowego. To ma być finezja rozgrywająca się pomiędzy pisarką a jej czytelnikami i nie zabijamy jej odbierając im przyjemność zgadywania. Źle, bardzo źle sobie Selma Lønning Aarø z nami poczyna.

      Autorka Lewą ręką przez prawe ramię ściągnęła od Christensena nadwyżkę dramatów, co akurat odbieram jako słabość „Półbrata”, inaczej bardzo udanego. Na 205 stronach nie dało się odpowiednio uzasadnić wprowadzenia tych tragedii, które trawią poszczególne rodziny. W jednej, matka rodziny ucieka z młodszym o dziesięć lat logopedą, co mogłoby być odświeżające literacko, po ciągu romansów podstarzałych tatusiów z młodszymi od siebie sekretarkami, ale jednak Selma Lønning Aarø nie skorzystała z potencjału takiej historii, dusząc w zarodku szczęście, które kończy się porzuceniem i utratą palca (sic!). W innej rodzinie kobieta ratuje swoje dziecko w pożarze, oszpecając się na całe życie, potem straci drugie dziecko, które umrze na raka. Do tego zestawu złego losu dochodzi Alzheimer w rodzinie, trzyletni romans jednego z ojców i nieszczęśliwy zbieg okoliczności, który doprowadzi jedną z postaci do śpiączki, dobijając i tak nieszczęśliwą i tragicznie doświadczoną jego żonę. Jedna z bohaterek padnie ofiarą obgadywania i ostracyzmu. Jeden z sąsiadów zostanie posądzony o pedofilię. Wniosek? Ktoś się tutaj naoglądał brazylijskich tasiemców.
       
      Tak, jak napisałam Lewą ręką przez prawe ramię miało potencjał, żeby uwieść, bo Selma Lønning Aarø  ma ciekawe pomysły. Weźmy motyw książki, którą napisze Helen, ukradnie z biblioteki Elvira, żeby zostawić w duńskiej księgarni, potem kupi dawny kochanek Helen, próbując odszukać kobietę. Świetnie poszczególne postaci wkraczają wzajemnie w swoje życie, pokazując, że wszystko kotłuje się w naszej najbliższej obecności, że niemal ocieramy się o siebie, nic o sobie nie wiedząc, nadmiar jednak tych zbiegów umniejsza wymiar takiego ich prowadzenia po fabule. Pozostając w sferze niedomówień, żonglując naszą uwagą, Selma Lønning Aarø osiągnęłaby lepszy efekt całości. Rzecz, dla której warto byłoby zmęczyć tę powieći, to ogniskująca zmowa milczenia, rzecz oczywiście świetnie przeczytana u Christensena w „Półbracie”. Ludzie ze sobą nie rozmawiają, a jeśli już to z obcymi, którzy są chwilę w ich życiu. Czasem coś wykrzyczą, ale nie zapoczątkuje to większego zbliżenia. Ponownie wraca motyw niewyartykułowanych emocji. Zapatrzenie w „Półbrata” źle jednak zrobiło książce Selmy Lønning Aarø, która jest równie nieprzemawiająca, jak opisane w niej postaci. Trzeba to było ograć inaczej i sprzedać w ciekawej historii. Ta jest naciągana. W rezultacie dostajemy taką sobie rzecz, powtórkę z „Półbrata”, bez jego rozmachu, z zabitym napięciem. Do tego coś zgrzyta w redakcji. W jednym miejscu Elvira kradnie książkę z biblioteki. W innym martwi się, że dostanie upomnienie za jej wypożyczenie. Do tego autorka koniecznie chciała wprowadzić elementy edukacyjne, czym jest wtręt o Wergiliuszu i pogrzebie muchy, historia z 21 koncertem Mozarta, aluzja do książki Ibsena, czy opery Leoncavallo. Niestety widać, że upakowane w fabułę na siłę, tak jak postać Małgosi, emigrantki sprzątającej u Almy, która posłużyła do opowiedzenia wydarzeń z punktu widzenia zdradzanej kobiety.

      Nie wiem, skąd pomysł, żeby nieznaną w Polsce autorkę wprowadzać tak słabą książką. Skoro Selma Lønning Aarø była nominowana do najważniejszej norweskiej nagrody literackiej, to może należało zacząć od przekładu tej nominowanej powieści. Czasem jak widać po docenionej książce pojawia się słabsza, czego dowodem jest Lewą ręką przez prawe ramię.


      Zdjęcie: Selma Lønning Aarø / Wikipedia (Autor: Bjarne Thune)

       

      Recenzja Lewą ręką przez prawe ramię, Selma Lønning Aarø, Smak Słowa, Sopot 2009. Seria z przyprawami. Stron:205. Przekład: Milena Skoczko. Tytuł oryginału: Venstre hånd over høyre skulder (2008). Edytor: Anna Świtajska. Redakcja i korekta: Anna Mackiewicz, Andrzej Karmoliński. Projekt graficzny i skład książki: Agnieszka Wójkowska. Projekt okładki: Agnieszka Wójkowska. ISBN 978-83-928234-3-8. Miękka okładka. Cena okładkowa: 30 zł.

       

      Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów newsletter i polub Fanpage

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      piątek, 07 sierpnia 2015 13:07
  • wtorek, 19 sierpnia 2014
    • Izabela Sowa - Ścianka działowa

      Gdy Bóg stworzył mężczyznę zrozumiał, że się pomylił i zabrał się do tworzenia kobiety. Mam nadzieję, że wpadka Izabeli Sowy ze „Ścianką działową” to taki wypadek przy pracy, literackie qui pro quo, i że to co najlepsze przede mną. To nie jest zła propozycja, jest po prostu zdumiewająco blada na tle tak wyrazistych poprzedniczek.


      Izabela Sowa porzuciła swoją frazę, przechodząc na stronę, po której stoi większość niczym się niewyróżniająca. Cięte riposty, gęsty humor, charakterystyczny rytm zdań oddała na rzecz: no właśnie czego? Fabuły? Motywów? Jestem rozczarowana, bo to był znak rozpoznawalny Sowy. Po przeczytaniu akapitu wiedział człowiek, że to jej tekst a ten pachnie jak zupa na glutaminianie sodu. Niby jest to, co powinno być, a jednak czuję, że to mi smakuje jak cała reszta. Nie kupiłabym i nie umiałabym wyobrazić sobie scen batalistycznych w wykonaniu Edwarda Hoppera. Myślę Tahitanki i widzę Gauguina. Myślę baletnice, widzę Degasa. Myślę meksykańska rewolucja, widzę Kahlo. A teraz myślę Izabela Sowa i widzę „Ściankę działową”, która oddziela się od reszty. Odzywa się we mnie rozpaczliwe: WHY?

       

      Zazwyczaj już w pierwsze zdanie wpadałam, oddając się rozkoszy czytania. Tutaj czekam na ten moment, mija ponad pięćdziesiąt stron i dopiero zaczynam się wciągać w fabułę. Zabrakło tej historii impetu, iskry bożej. Jest jak tlące się ognisko chucherko. Dokładasz kolejne motywy, a te ani nie grzeją ani ziębią. Co się stało, przecież tematy, które wywołuje Sowa to samograje. Weźmy Marsz Tolerancji, życie dla przedmiotów i przegapianie tego, co najważniejsze w życiu, rozpisywanie życia na zadania, krwiożerczy kapitalizm, wyzysk chińskich robotników, łańcuszek rodzinnego nieszczęścia. Mam wrażenie, że ten tekst był pisany na rozczarowaniu, na powietrzu, które opuściło nadmuchany balonik, na zmęczeniu życiem. 


      Dionizy Fiotroń, doktor nauk społecznych, żyje trochę w potrzasku. Nie może zmobilizować się do zrobienia habilitacji, zaszył się w firmie w Krakowie, w poukładanym, perfekcyjnie zaprojektowanym mieszkaniu, w którym nawet księgozbiór został dobrany przez fachowca. Jego żona Szarlota to ikona doskonałości. Pewnego dnia Dionizy dostrzega jakieś zmiany w zachowaniu żony, podejrzewa ją o zdradę. Zatrudnia Brzytwę – detektywa amatora, która w bardzo niestandardowy sposób szuka dowodów zdrady. Dionizy musi jej poświęcić tydzień swojego życia, w ciągu którego pozna nie tylko żonę, ale zobaczy też siebie i własne życie w zupełnie nowej odsłonie.


      Takie rozwiązanie fabularne powinno samo pociągnąć tekst a ten jakoś słabo współgra. Nie pomogą mu literackie nawiązania, cytaty, wtręty, które w tym przypadku wyglądają jak silenie się na wrażenie. Coś jest nie tak z tym pomysłem. Wygląda na to, że tym razem Sowie nie udało się zagrać tekstem i historią na tyle mocno, żeby odcisnęła swoje piętno w pamięci. I jeżeli coś się nie zmieniło, to zaangażowanie Sowy w sprawy ważne. Gdy pisze o Marszu Tolerancji, opowie o jego oponentach, zakapturzonych anonimowych chłopakach, z zasłoniętymi twarzami, skandującymi hasła, nie wiadomo skąd wzięte. Opowie o znajomej Brzytwy, która zakocha się w takim zwolenniku „normalności” i stanie obok niego i jego kumpli obrzucających Marsz jajkami, kamieniami. Opowie Sowa o ludziach, którzy nie potrafią się wyrwać z narzuconego schematu życia. Ludziach, którzy wyszukują się w tłumie dla świętego spokoju, potem żyją obok siebie, realizując wzorzec doskonałej pary, zapełniają czas planowanymi remontami, zakupami, obowiązkowymi spotkaniami rodzinnymi, ze znajomymi. Cyzelują swoje życie, doskonaląc pomieszczenia, w których mieszkają, kupując coraz droższe przedmioty, wypoczywając w coraz bardziej luksusowych miejscach. Ludzi, dla których sensem życia jest opakowanie a gdy wszystko wokół nich wygląda doskonale i perfekcyjnie, zabija ich nuda, brak pasji, którą porzucili dla tego uporządkowanego i bezpiecznego życia. Sowa pokaże świat w pazernej pogoni za zyskiem, świat, w którym chiński pracownik amerykańskiego koncernu produkującego buty sportowe musiałby pracować 4 500 lat, żeby zarobić na roczną pensję prezesa tegoż koncernu. Opisze świat, w którym „3 procent zysku firmy NIKE jest przeznaczany dla indonezyjskich robotników – reszta idzie na pensje zarządu, kontrakty reklamowe Tigera Woodsa i wypasione klipy”. Wreszcie powie o przekazywanej z pokolenia na pokolenie krzywdzie, traumie, upokorzeniu, którą udaje się przerwać tylko tym nielicznym, którzy rezygnują z rodzicielstwa.


      Jak pokazuje historia z Bogiem i jego nieudaną pierwszą próbą stworzenia człowieka, każda pomyłka, jeśli na nią spojrzymy z odpowiedniej strony, ma sens . Bo, jak widać, gdy ktoś ma tyle do zrobienia lub powiedzenia, ma prawo zrobić coś słabiej. 


      Anna Dutka

       

      Izabela Sowa, Ścianka działowa, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2008. Projekt okładki i stron tytułowych: Agnieszka Herman. Redakcja: Katarzyna Kowalska. Korekta: Ewa Chmielewska. Wydanie I. Stron 240.

       

      POLECAM RÓWNIEŻ:
      Izabela Sowa - Smak świeżych malin

      Izabela Sowa - Cierpkość wiśni

      Izabela Sowa - Herbatniki z jagodami

      Izabela Sowa - Zielone jabłuszko

      Izabela Sowa - Agrafka

      Izabela Sowa - Podróż poślubna

      Dlaczego warto oglądać Seks w wielkim mieście

      Izabela Sowa - Świat szeroko zamknięty

      Izabela Sowa - Części intymne

      Czym ludzie wypełniają pustkę w życiu?

      Izabela Sowa - Powrót

      Katarzyna Targosz - Wiosna po wiedeńsku

      Ałbena Grabowska - Grzyb - Coraz mniej olśnień

      Ałbena Grabowska - Lot nisko nad ziemią

      Ralph Sarchie, Lisa Collier Cool - Zbaw nas ode Złego

      Grażyna Obrąpalska - Przystanek Kostaryka

      Renata Salecl - Tyrania wyboru

      Cecilia Randall - Hyperversum. Sokół i Lew

       

      Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów newsletter i polub Fanpage

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 sierpnia 2014 11:50

Kalendarz

Wrzesień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014