Recenzentka

Wpisy otagowane „2008”

  • środa, 23 stycznia 2019
    • Lód i woda, woda i lód - Majgull Axelsson, czyli jak znaleźć sens w życiu

      Na feedzie facebookowym pojawiła mi się ostatnio reklama „Good Day” wydarzenia: „Zrób sobie dobry rok!”. Chodziło o wyzwanie w stylu slow. Zamiast bicia rekordów, złapanie oddechu w życiu. Skończyłam akurat powieść Majgull Axelsson „Lód i woda, woda i lód”. Czytało mi się ją źle, wolno i z uporem skandynawistki, która doczytuje nawet słabsze rzeczy, o ile są z Północy. Do maila z wyzwaniem dołączony został film autorki „Znajdź w życiu sens”, psycholożki Emily Esfahani Smith podczas jej wystąpienia TED2017. Już miałam pisać krytyczną recenzję powieści Szwedki, ale pomyślałam, że gdyby pominąć wydumaną historię, rozwleczoną fabułę i nieklejącą się akcję, to jej powieść bardzo dobrze literacko rozwija to, co w czasie kwadransa opisuje Emily Esfahani Smith odpowiadając na odwieczne pytanie: gdzie szukać szczęścia.

       

      Lod_i_woda_woda_i_lod_majgull_axelsson_sens_zycia_recenzentka

       

      SENS W ŻYCIU - PRZYNALEŻNOŚĆ


      Emily Esfahani Smith uważa, że dużo ważniejsze od szczęścia jest odnalezienie sensu życia. A na pytanie: jak? Daje cztery odpowiedzi. Najważniejsze jest według niej poczucie przynależność, która wypływa ze świadomości pełnej akceptacji nas, takimi jacy jesteśmy i doceniania innych. Pamiętacie tę scenę z „Dziennika Bridget Jones”, gdy Mark Darcy mówi:

       

      -Próbuję ci teraz powiedzieć dość nieudolnie, że tak naprawdę, pomimo pozorów, lubię cię bardzo.
      -Chociaż palę, piję, mam prostacką matkę i słowotok?
      -Tak. Bardzo cię lubię. Taką jaka jesteś.

       

      To: „Taką jaka jesteś” zamienia się w mantrę, którą Bridget fetyszyzuje niemal każdy dzień. Na taką jaka jest, ze wszystkimi wadami, zasługuje według Alexa bohaterka „Love, Rosie”. Coś w tym jest, że dopiero poznanie ludzi, dla których jesteśmy w porządku z całym bagażem naszych wad i zalet, wypełnia nas poczuciem szczęścia. Majgull Axelsson pokazuje deficyty takiej akceptacji. Powieściowa Susanne żyje w toksycznej przyjaźni z Ingalill, która skorzysta z każdej okazji, żeby zmiażdżyć ją swoimi negatywnymi uwagami. Dziewczyna dorastała w domu, w którym wyzwiska nadawały rytm dnia. Ingalill nieświadomie upodabnia się do własnego ojca nieustannie znęcającego się psychicznie nad matką. Jej karmą było poczucie wstydu i upokarzanie. Zamiast miłości dostała pakiet przytłaczających ją doświadczeń, przez które nie potrafi tworzyć normalnych relacji. Jest nieszczęśliwym dzieckiem, które staje się nieszczęśliwą nastolatką. Zna mechanizm upokorzeń. Wie jak celnie uderzyć słowem, żeby zmaksymalizować ból ofiary. Mama Susanne przejmuje opiekę nad synem swojej siostry. Kuzyn w życiu dziewczynki staje się rywalem w walce o uczucia matki, która całą siebie inwestuje w wychowywanie chłopca. Dziewczynka dorastająca w poczuciu bycia gorszą, nie zasługującą na uczucie matki będzie szukać w późniejszym życiu taniej akceptacji. Przyjaźń z Ingalill jest jej kwintesencją. Nieświadomie bierze na karby złośliwości koleżanki, o ile wciąż może ją nazywać przyjaciółką. W imię trudnej relacji przemilczy każdą negatywną uwagę pod swoim adresem. Nieświadomie hoduje w sobie kompleksy, którymi karmi ją Ingalill. Ale, gdy pojawi się na horyzoncie chociaż cień akceptacji, Susanne rzuci się w nowy związek, nieświadoma, że pada ofiarą dziewczyny, która poprzez przyjaźń z nią próbuje jedynie poznać Björna, przyszywanego brata Susanne. Znowu wyhodowany w dzieciństwie brak akceptacji prowadzi ją w fałszywą relację. Emily Esfahani Smith mówi, że poczucie przynależności, żeby nadać sens życiu musi wypływać z miłości. Złudne jest poczucie przynależności oparte na nienawiści do kogoś. Złudne jest poczucie przynależności oparte jedynie na wspólnych poglądach, wierze czy zainteresowaniach. A najbardziej złudne jest to wynikające z fałszywych pobudek. Dlatego Ingalill dołączając do młodzieżówki Narodowych Sił Wyzwoleńczych FNL znajdzie tam grupę, która da jej wsparcie, gdy będzie szydzić z Susanne. Będą zwartą grupą na placu przed szkołą, drwiąc z innych. Eva Salomonsson będzie żyła wyimaginowaną relacją z Björnem, pozwalając się traktować jak powietrze. A Björn dla dobra sprawy zawsze znajdzie racjonalne wytłumaczenie, żeby grać w zespole z ludźmi, którzy go szczerze nienawidzą.


      Wyjaśniając czym jest przynależność Emily Esfahani Smith zaznacza, że nie da się tworzyć trwałych i bliskich relacji, jeśli sprawiamy, że inni czują się bagatelizowani, niewidzialni i bezwartościowi. O tym też opowiada Majgull Axelsson w swojej powieści. Björn nie potrafi docenić matczynych uczuć Inez, ta z kolei odrzuca swojego męża Birgera. Wyciągnięte ręce ludzi, którzy bezinteresownie okazują serdeczność innym, często zawieszają się tu w próżni.


      SENS ŻYCIA – FLOW i CEL W ŻYCIU


      Ale nie tylko brak serdecznych więzi pozbawia życie sensu. Jest też nim brak celu i brak czegoś, co Emily Esfahani Smith nazywa przeżyciem transcendentalnym, rodzajem flow, które daje poczucie zatraty miejsca i czasu. Björn Hallgren potrafi zatracić się śpiewając. Celem Elsie jest ucieczka przed synem, który jest dla niej dowodem własnej naiwności i późniejszej porażki. Celem Evy Salomonsson będzie zdobycie za wszelką cenę Björna. Cele, które wynikają z niskich pobudek lub te, które nie pomagają innym, nie sprawią, że nasze życie nabierze sensu, podkreśla Emily Esfahani Smith. Nie znajdzie go Inez kochając przybranego syna bardziej niż rodzoną córkę. Nie znajdzie go Elsie uciekając przed więzami rodzinnymi. Nie znajdzie go Björn stając się członkiem boysbandu, który spełnia jedynie marketingowe oczekiwania działu sprzedaży.


      SENS ŻYCIA - STORYTELLING


      Ostatnią rzeczą, która nadaje życiu sens według Emily Esfahani Smith jest storytelling – sposób w jaki fabularyzujemy, opowiadamy swoje życie. Chodzi o to, jak o sobie myślimy i co mówimy o własnym życiu opowiadając o nim innym. Jaką też wersję własnego życia tworzymy nieustannie w myślach. Czy to przepełniona żalem historia straconych okazji? Czy historia człowieka świadomego siebie, który i zwycięstwa, i porażki przekuwa w motywujące kolejne kroki? Najlepiej widać to w postaci Susanne. Ta w duszy jest poetką, ale „przegraną poetką, kobietą, która ma za sobą kilka nieudanych projektów. (…) jest córką, która powinna zostać zgładzona zamiast swojego brata, żoną, która niecałe trzy miesiące po ślubie zostawiła męża, psycholożką, która nigdy nie odebrała swojego dyplomu, powieściopisarką, która spaliła swoją pierwszą powieść, mimo, że była dobra i wbrew temu, że była jedyną ważną książką, jaką kiedykolwiek napisała i zamiast której wyprodukowała ten bezwartościowy kryminał”. Björn Hallgren tak dalece relatywizuje swoje życie, że wpada w pułapkę życia w iluzji. Przybiera pozę na pokaz i odgrywa nieustannie narzuconą mu rolę. Męczy się z drugim sobą i poczuciem bezsensu jaki tworzy ta iluzja.


      Czy można powiedzieć, że ktoś w powieści Majgull Axelsson, znalazł sens, o którym opowiada Emily Esfahani Smith? Wydaje mi się, że to może być Ulrika i dzięki niej również Anders. I chociaż dzielą ich życiorysy a zwłaszcza historie małżeńskie, to potrafili się odnaleźć w największym życiowym tłumie. „Ulrika miała „dwoje rodziców, którzy pomagali jej i wspierali ją, cieszyli się nią każdego dnia w ciągu całego życia. Jest spokojna i radosna, odpowiedzialna i opiekuńcza. Szczęśliwa". Dzisiaj to badaczka z tytułem profesora, realizująca się i zawodowo i osobiście. Owdowiała kobieta ma dziewiętnastoletniego syna, który właśnie zaczął studiować medycynę. W naturalny dla siebie sposób wybierze sobie na kolejnego partnera mężczyznę, który da jej to, do czego od dziecka jest przyzwyczajona: bezinteresowną miłość. Majgull Axelsson zadaje kłam powszechnej tezie o przyciąganiu się przeciwieństw. Na szali emocji i potrzeb, to jednak inaczej funkcjonuje, niż w przysłowiach. Kapitałem Ulriki jest szczęśliwe dzieciństwo, dom, a więc dorastanie. Nie wchodzi w toksyczne relacje, bo nauczyła się żyć w ciepłych, bliskich i życzliwych związkach. I takich ludzi do siebie przyciąga.


      I Axelsson, i Emily Esfahani Smith chcą zmienić świat. Przewaga Smith nad Szwedką polega na tym, że przedstawiła nam ludzi, których trudne sytuacje wzmocniły i pozwoliły zmienić życie na lepsze. Sparaliżowany sportowiec - z jej wystąpienia - przyznaje, że dopiero wypadek otworzył mu oczy i pozwolił zrealizować się w roli, która nadała jego życiu sens. Nie da się zmienić świata odbierając człowiekowi nadzieję. A tę nam Axelsson tym razem odebrała. Brak szczęśliwego dzieciństwa czy brak wspierających rodziców może być właśnie tym trudnym doświadczeniem, które pozwoli człowiekowi znaleźć siłę i mądrość, żeby sobie poradzić w życiu. Bo jedni odnajdują sens w życiu, dzięki temu, co otrzymali, inni dzięki temu, co stracili. Choćby to było stracone dzieciństwo.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Lód i woda, woda i lód - Majgull Axelsson, czyli jak znaleźć sens w życiu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 23 stycznia 2019 14:20
  • poniedziałek, 28 września 2015
    • Zabójcy bażantów - Jussi Adler-Olsen

      Książki Jussiego Adler-Olsena świetnie bawią się popkulturą, a przyglądając się „Zabójcom bażantów” łatwo dostrzec, że autor świadomie czerpie z różnych konwencji, nie bojąc się nawiązań filmowych, wydobywając z ram prozy gatunkowej elementy znane i lubiane.

       


      Mocnym atutem Departamentu Q jest para podkomisarza kryminalnego Martina Mørcka i jego asystenta cywilnego Assada. Każdy, kto choć raz zobaczył którąkolwiek z części „Zabójczej broni”, czy „Gliniarza z Beverly Hills” doskonale rozumie napięcie, emocje i adrenalinę, która towarzyszy takim parom. Grany przez Mela Gibsona Martin Riggs nie byłby taki brawurowy, dowcipny i przystojny, gdyby jego partnerem nie był Roger Murtaugh świetnie zagrany przez Danny Glovera. Popisowe partie, które przeszły już do historii kina akcji z udziałem  Eddiego Murphy’ego nie byłyby takie zabawne, gdyby nie skontrastowanie ich z nieco nieudacznymi, powolnymi, trzymającymi się procedur detektywami. Przeniesienie takiego schematu na grunt duński otworzyło przed Adler-Olsenem kolejne możliwości. Tworzy, więc postać rdzennego Duńczyka Carla Mørcka, którego asystentem zostaje syryjski imigrant Assad. Dania od dawna ma problemy z integracją i słynie z płacenia imigrantom za opuszczenie kraju z bezpowrotnym biletem w jedną stroną, a ostatnio dała się poznać z wykupywania ogłoszeń w prasie informujących o zmniejszeniu świadczeń dla nowo przybywających do kraju uchodźców.  Wybieranie sobie na głównych bohaterów właśnie takich postaci oznaczało też w tym przypadku pewne problemy i można powiedzieć, że było aktem i odwagi i swojego rodzaju odpowiedzialności społecznej, potrzebą opowiedzenia hermetycznym Duńczykom historii z imigrantem w tle, budząc uprzedzenia, stereotypy, niepokojąc ich emocje i pozostawiając w napięciu do niewiadomego końca, czy Assad okaże się islamistą, rozwalającym od wewnątrz duński system. W Wybawieniu autor wybornie bawił się ksenofobią, czego nie ma jeszcze w takiej skali w poprzedzającym go tomie „Zabójców bażantów”. Na razie czytelnik jest oswajany z obcym, który wkracza w te kręgi państwa, które przecież mają stać na straży porządku. Skontrastowanie tych dwóch postaci wydobywa też lepiej pewne cechy, które rezonują w codzienności Departamentu Q. Assad zdecydowanie jest zwierzęciem społecznym, po prostu radzi sobie tam, gdzie Mørcka zawodzą instynkty i daje plamę.


      Od spektakularnego sukcesu książek Stiega Larssona rozrywka w Skandynawii służy rozwiązywaniu bieżących problemów. Przyzwyczailiśmy się, że skandynawska proza, zwłaszcza popularny u nas kryminał będzie przede wszystkim opowieścią o kraju, ludziach tam mieszkających. Da nam wgląd w świat fascynujący swoją odrębnością, tak bliski fizycznie, a tak odległy jednak kulturowo, tworzący na obrzeżach północy odrębną rzeczywistość „wyspę szczęścia”, która akurat w tym wypadku jest wprawdzie półwyspem, ale jakim. Wszystkie statystyki i rankingi świadczą o osiągnięciu pewnego poziomu doskonałości w budowaniu i organizowaniu życia społecznego, naprzeciw tym doniesieniom stają skandynawscy pisarze. Jussi Adler-Olsen bardzo konsekwentnie wpisuje się w nurt społecznie wrażliwej prozy gatunkowej.

      W „Zabójcach bażantów” spotykamy, więc grupę przyjaciół, która zna się z elitarnej szkoły z internatem. Dzisiaj to czołówka duńskiej elity; opanowali ważne sektory duńskiej gospodarki, osiągając nie tylko wysoki status, ale też prestiż mu towarzyszący. Rozbudzone w młodości krwiożercze instynkty znajdą upust w dorosłym życiu. Grupa kontynuuje zapoczątkowane jeszcze w czasach licealnych mordercze wypady, podczas których atakują przypadkowych ludzi. Ich ofiary mają dwa wyjścia: milczeć do końca życia za pieniądze lub za życie. Jeden błąd będzie kosztował ich dużo więcej, niż mogliby kiedykolwiek przewidzieć. Zagłębiając się w świat zdeprawowanej elity Jussi Adler-Olsen opisuje gęstą sieć powiązań towarzysko-biznesowych, chore relacje, które korumpują wysoko postawionych urzędników. Niektóre z nich jak stwierdzi Mørck są jak żywcem wyjęte z „Dynastii”; żona Ditleva Prama „jest siostrą podsekretarza stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości, a ten podsekretarz był bardzo dobrym adwersarzem komendantki podczas prac nad reformą”, „wkrótce okaże się, że wszyscy są nieślubnymi dziećmi Blake’a Carringtona”, doda ironicznie Mørck. Wydaje się, że skandynawski raj podskórnie trawiony jest potworem, który wydobywany na światło dzienne przeraża o tyle mocniej, że nie z tym kojarzymy ten uporządkowany nordycki świat.


       

      Zdjęcie: Jussi Adler-Olsen / Strona pisarza

       

      Dla czytelnika polskiego dawka emocji i grozy jest tym większa, że jeden z paczki morderców Ditlev Pram inwestuje w Polsce, wykupując prywatne szpitale za 12 miliardów. Możemy się zacząć bać, uprzedza autor, zapewniając, że Duńczycy nie są tak uprzejmi, mili i kulturalni, jak byśmy się spodziewali po ciekawostkach prezentowanych codziennie na fanpage’u Ambasady Danii.

      W państwie duńskim, w którym jak wiemy z historii literatury, nie od dzisiaj źle się dzieje,  obywatelskość jest zjawiskiem powszechnym, czynny udział społeczeństwa we wpływaniu na państwo i decyzje rządu nie ma nigdzie swojego odpowiednika. Z pewnością niepokojące jest, że w tak perfekcyjnym świecie są głębokie szczeliny i wciąż sporo miejsca na błędy i zbrodnię. Jussi Adler-Olsen przyjmuje na siebie rolę krytyka, który nazywa po kolei błędy decydentów, ich głupotę i bezmyślność. Mechanizmy władzy się powtarzają, ich skala w niewielkiej Danii a zwłaszcza wpływ ma inny wymiar niż u nas. Widać, że część problemów władzy dotyka każde społeczeństwo, jakby głupota była rodzajem złośliwego wirusa przenoszonego na kolejne społeczeństwa za pośrednictwem decyzji politycznych. Adler-Olsen krytykuje reformę policji „okręgi nie nazywały się już tak samo, ludzie nie nosili tych samych tytułów, poprzenoszono archiwa”. Widać, że indolencja władzy wszędzie przejawia się w kosztownym pozorowaniu działania. „W małej Danii było tak”- napisze Jussi Adler-Olsen „że jeśli miało się na kogoś haka, to ten ktoś miał w zanadrzu coś równie druzgocącego”, co świetnie oddaje atmosferę sitw, które niszczą systemy. W domach duńskiej elity pracują estońscy, litewscy pracownicy, na zapleczach drogich hoteli są filipińskie dziewczyny. Przyciągani obietnicą raju na ziemi spadają do roli nisko płatnych, wykorzystywanych pracowników. Ciemne strony kapitalizmu ujawniają się tutaj jeszcze bardziej wyraziście, a w walce o zmianę sytuacji trochę trudno, jeśli media, jak „Berlingske Tiderne” jest tylko „staroświecką, paniusiowatą gazetą” a radiostacje taką samą wagę przykładają do informacji o „narodzinach tapira w ogrodzie zoologicznym w Randers i do groźby przewodniczącego partii Prawica, dotyczącej likwidacji podziału administracyjnego, którego sam się wcześniej domagał”.

      Ale strasząc nas Jussi Adler-Olsen puszcza w naszą stronę oko. Łagodzi efekt i grozy i ciężaru problemu pozwalając się nam pośmiać z bogatych i wygodnych Skandynawów. Wpadamy w ciekawe miejsce na mapie literatury skandynawskiej, bo Duńczyk zasłynął na półwyspie z uszczypliwości pod adresem sąsiadów. W Wybawieniu dostało się nieźle Szwedom, w „Zabójcach bażantów” pośmiejemy się z Norwegów, o których Mørck myśli jak o „stadzie małp górskich” i „bandzie łosi z zakichanej północy”, którą podczas oficjalnej wizyty delegacji norweskich policjantów musi zabawiać. A Norwedzy żłopią kawę „jakby przebyli sześćdziesięciogodzinny lot o suchym pysku albo pochodzili z kraju, który miał embargo na mokkę od czasów niemieckiej inwazji”. Na domiar złego sąsiedzi „kwilą” zamiast mówić i podziwiają „duńską gospodarność oraz fakt, że za każdym razem rezultaty były ważniejsze niż codzienne potrzeby odnoszące się do zasobów i dobra personelu”.

      Zabójcy bażantów” jak na thriller przystało sięga po sprawdzone zabiegi formalne. Będzie tutaj otwierająca scena, na której wyjaśnienie przyjdzie nam sporo poczekać. Rozdziały poświęcone członkom morderczej grupy przeplatają się z rozdziałami o śledztwie Mørcka i Assada, co daje też okazję do spojrzenia na Departament Q od kuchni i poznania nieco życia osobistego podkomisarza kryminalnego. Książka słusznie zasługuje na miano filmowej, została zresztą rewelacyjnie zaadaptowana przez Mikkela Nørgaarda na potrzeby kina ze znakomitymi rolami Nikolaja Lie Kaasa jako Carl Mørck i Faresa Faresa jako Assad. Przyznaję, że uproszczenie fabuły i przeniesienie zwłaszcza psychologicznych uzasadnień niektórych postaci wydało mi się bardziej wiarygodne właśnie w wersji filmowej. Jussi Adler-Olsen podchodzi bardzo ambitnie do pisania, tworząc gęstą, wielowątkową fabułę, co nie zawsze dobrze przekłada się na napięcie. Podsumowując powiedziałabym, że „Zabójcy bażantów” to slow thriller, z mocnymi elementami grozy, z zacięciem do społecznej krytyki. Zgodzę się też z opiniami, że pisarz z książki na książkę jest lepszy, bo jednak Wybawienie oceniam wyżej.

      Literówki do poprawienia: str. 9 „Przesunęła spojrzenie się w dół po ciele kobiety”, str. 207 „Oto jak można wykorzystać kontakty z Afganistanie”



      Recenzja Zabójcy bażantów Jussi Adler-Olsen, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2011. Przełożyła Joanna Cymbrykiewicz. Tytuł oryginału: Fasandrœberne (2008). Projekt typograficzny: Stanisław Salij. Projekt okładki: Thomas Szøke, eyelab.dk, Przekład przejrzała: Agata Beszczyńska. Korekta: Małgorzata Jaworska. ISBN 978-83-7453-060-6. Stron: 422.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu słowo / obraz terytoria.

       

       

      Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów newsletter i polub Fanpage

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Zabójcy bażantów - Jussi Adler-Olsen”
      Tagi:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 września 2015 15:10
  • piątek, 07 sierpnia 2015
    • Lewą ręką przez prawe ramię - Selma Lønning Aarø

      Urodzona w 1972 Norweżka Selma Lønning Aarø od debiutanckiej powieści zbiera nagrody. Za „Den endlige historien” (1995) otrzymała nagrodę wydawnictwa Cappelen dla najlepszego debiutu roku, a przełomowa w jej dorobku powieść „Vill ni åka mera?” (2003) nominowana była do prestiżowej nagrody literackiej Bragaprisen. Przez trzy lata pisarka redagowała wspólnie z Nilsem-Øivindem Haagensenem „Signaler”, antologię debiutantów w wydawnictwie Cappelen. Ma na swoim koncie również książki dla młodzieży i literaturę faktu. Pochodzi ze Stord w Hordaland.

       


      Teoretycznie „Lewą ręką przez prawe ramię” powinno się udać i to z wielu względów. Helen ma 25 lat wyjeżdża na Alaskę. Będzie pracować przez dekadę w niewielkiej rybackiej osadzie. Nie wiemy, co ją skłoniło do opuszczenia Norwegii i dlaczego zaszyła się w miejscu wiecznych wiatrów, odosobnionym, gdzie kilku rybaków od czasu do czasu urządza smutne libacje w barze, w którym się zatrudnia. Na takim bezludziu trudno o konkurencję, dziewczyna zostaje pięknością miasteczka, podobnie, jak wcześniej inne dziewczyny, z jakiegoś powodu zaszywające się na tym północnym bezludziu. Helen poznajemy dziesięć lat później. Do Norwegii wraca w ciąży, przekonana, że urodzi i sama wychowa dziecko. Wraca też z opowieściami rybaków, które opublikuje. Mija dziesięć lat i tu ją poznajemy dowiadując się, że znowu jest w ciąży, tym razem z żonatym mężczyzną, z którym ma romans. Znając sukces swojego kolegi po piórze Larsa Saabye Christensena, Selma Lønning Aarø mogła podejrzewać, że może jej się udać powtórzyć jego wyczyn na nieco mniejszą skalę. Perypetie kolejnych postaci zadziwiająco podobne przeżywają dramaty i chociaż autorka Lewą ręką przez prawe ramię nieco inaczej komplikuje im życie, myśl, że uważnie czytała Półbrata nie opuszcza do końca.

      Akcja rozegra się na kilku planach. Z jednej strony obserwujemy Helen. Z drugiej śledzimy rozwój wypadków wczytując się w pamiętnik dziewczynki o imieniu Elvira, spisywany w formie listów do zmarłej młodszej siostry. Selma Lønning Aarø wykorzysta ciekawy zabieg opóźniający rozwój wypadków; najpierw przedstawia jakieś wydarzenie, żeby do niego powrócić i opowiedzieć jeszcze raz z innej perspektywy. W założeniu takie przenoszenie uwagi ponownie do wydarzeń z przeszłości miałoby sens, gdyby towarzyszył im odpowiedni ładunek napięcia, emocji, czy czegokolwiek, co przyciągałoby na tyle zainteresowanie, żeby chcieć wiedzieć, co się tam faktycznie podziało. Niestety tym razem zabrakło fantazji, która dynda smętnie jak balonik ze spuszczonym do połowy powietrzem. Nie chcemy wiedzieć, co się w rzeczywistości stało, bo mamy na tyle wyobraźni, żeby sobie pewne rzeczy dopowiedzieć, a od literatury wymagamy tajemnicy, nie sprawozdania sądowego. To ma być finezja rozgrywająca się pomiędzy pisarką a jej czytelnikami i nie zabijamy jej odbierając im przyjemność zgadywania. Źle, bardzo źle sobie Selma Lønning Aarø z nami poczyna.

      Autorka Lewą ręką przez prawe ramię ściągnęła od Christensena nadwyżkę dramatów, co akurat odbieram jako słabość „Półbrata”, inaczej bardzo udanego. Na 205 stronach nie dało się odpowiednio uzasadnić wprowadzenia tych tragedii, które trawią poszczególne rodziny. W jednej, matka rodziny ucieka z młodszym o dziesięć lat logopedą, co mogłoby być odświeżające literacko, po ciągu romansów podstarzałych tatusiów z młodszymi od siebie sekretarkami, ale jednak Selma Lønning Aarø nie skorzystała z potencjału takiej historii, dusząc w zarodku szczęście, które kończy się porzuceniem i utratą palca (sic!). W innej rodzinie kobieta ratuje swoje dziecko w pożarze, oszpecając się na całe życie, potem straci drugie dziecko, które umrze na raka. Do tego zestawu złego losu dochodzi Alzheimer w rodzinie, trzyletni romans jednego z ojców i nieszczęśliwy zbieg okoliczności, który doprowadzi jedną z postaci do śpiączki, dobijając i tak nieszczęśliwą i tragicznie doświadczoną jego żonę. Jedna z bohaterek padnie ofiarą obgadywania i ostracyzmu. Jeden z sąsiadów zostanie posądzony o pedofilię. Wniosek? Ktoś się tutaj naoglądał brazylijskich tasiemców.
       
      Tak, jak napisałam Lewą ręką przez prawe ramię miało potencjał, żeby uwieść, bo Selma Lønning Aarø  ma ciekawe pomysły. Weźmy motyw książki, którą napisze Helen, ukradnie z biblioteki Elvira, żeby zostawić w duńskiej księgarni, potem kupi dawny kochanek Helen, próbując odszukać kobietę. Świetnie poszczególne postaci wkraczają wzajemnie w swoje życie, pokazując, że wszystko kotłuje się w naszej najbliższej obecności, że niemal ocieramy się o siebie, nic o sobie nie wiedząc, nadmiar jednak tych zbiegów umniejsza wymiar takiego ich prowadzenia po fabule. Pozostając w sferze niedomówień, żonglując naszą uwagą, Selma Lønning Aarø osiągnęłaby lepszy efekt całości. Rzecz, dla której warto byłoby zmęczyć tę powieći, to ogniskująca zmowa milczenia, rzecz oczywiście świetnie przeczytana u Christensena w „Półbracie”. Ludzie ze sobą nie rozmawiają, a jeśli już to z obcymi, którzy są chwilę w ich życiu. Czasem coś wykrzyczą, ale nie zapoczątkuje to większego zbliżenia. Ponownie wraca motyw niewyartykułowanych emocji. Zapatrzenie w „Półbrata” źle jednak zrobiło książce Selmy Lønning Aarø, która jest równie nieprzemawiająca, jak opisane w niej postaci. Trzeba to było ograć inaczej i sprzedać w ciekawej historii. Ta jest naciągana. W rezultacie dostajemy taką sobie rzecz, powtórkę z „Półbrata”, bez jego rozmachu, z zabitym napięciem. Do tego coś zgrzyta w redakcji. W jednym miejscu Elvira kradnie książkę z biblioteki. W innym martwi się, że dostanie upomnienie za jej wypożyczenie. Do tego autorka koniecznie chciała wprowadzić elementy edukacyjne, czym jest wtręt o Wergiliuszu i pogrzebie muchy, historia z 21 koncertem Mozarta, aluzja do książki Ibsena, czy opery Leoncavallo. Niestety widać, że upakowane w fabułę na siłę, tak jak postać Małgosi, emigrantki sprzątającej u Almy, która posłużyła do opowiedzenia wydarzeń z punktu widzenia zdradzanej kobiety.

      Nie wiem, skąd pomysł, żeby nieznaną w Polsce autorkę wprowadzać tak słabą książką. Skoro Selma Lønning Aarø była nominowana do najważniejszej norweskiej nagrody literackiej, to może należało zacząć od przekładu tej nominowanej powieści. Czasem jak widać po docenionej książce pojawia się słabsza, czego dowodem jest Lewą ręką przez prawe ramię.


      Zdjęcie: Selma Lønning Aarø / Wikipedia (Autor: Bjarne Thune)

       

      Recenzja Lewą ręką przez prawe ramię, Selma Lønning Aarø, Smak Słowa, Sopot 2009. Seria z przyprawami. Stron:205. Przekład: Milena Skoczko. Tytuł oryginału: Venstre hånd over høyre skulder (2008). Edytor: Anna Świtajska. Redakcja i korekta: Anna Mackiewicz, Andrzej Karmoliński. Projekt graficzny i skład książki: Agnieszka Wójkowska. Projekt okładki: Agnieszka Wójkowska. ISBN 978-83-928234-3-8. Miękka okładka. Cena okładkowa: 30 zł.

       

      Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów newsletter i polub Fanpage

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      piątek, 07 sierpnia 2015 13:07

Kalendarz

Marzec 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014