Recenzentka

Wpisy otagowane „2006”

  • niedziela, 10 lutego 2019
    • Jednostka - Ninni Holmqvist - nieudana szwedzka dystopia o bezdzietnych

      Są kobiety, które nie chcą mieć dzieci. Czy to problem? Tak, dla części społeczeństwa kobieta, która mówi publicznie, że nie chce mieć dzieci jest problemem. Za prawie każdym razem, gdy któraś to mówi odzywają się matki Polki z odyseją do macierzyństwa, kościółkowe pańcie z informacją, że Boga nie mają w sercu, samozwańcze psycholożki, które twierdzą, że im się odmieni, siostry zbawienia, twierdzące, że swoje pokochają, bezpłodne kobiety z przekleństwami, no i matematycy od tykającego zegara. A te kobiety jak nie chciały, tak nie chcą mieć dzieci.

       

      Jednostka_ninni_holmqvist_recenzentka_blog

       

      JednostkaNinni Holmqvist (ur. 1958 w Lund) powinna je zainteresować. Oto w niewiadomej przyszłości klimat polityczny w Szwecji tak dalece się zaostrza, że w życie wchodzą ustawy mówiące, że bezdzietne kobiety po pięćdziesiątce i bezdzietni mężczyźni po sześćdziesiątce stają się: ZBĘDNI. Ich dalsze życie nie ma sensu, ponieważ wchodzą w wiek chorób, dolegliwości i zamiast służyć rozwojowi społeczeństwa stają się niepotrzebnym balastem i kosztem. Trzeba ich więc jakoś spożytkować, czemu służą specjalne jednostki, gdzie stają się surowcem do badań klinicznych, wszelkiego rodzaju testów naukowych, no i najważniejsze: są dawcami organów.

       

      Jednostki te są tak urządzone, żeby służyć zdrowiu i wygodzie zbędnych: nowocześnie wyposażone sale gimnastyczne, trenerzy, studia jogi. Bufet, gdzie można do woli komponować pożywne posiłki. Zdrowe łączy się tu z luksusowym i wygodnym, bo dla mieszkańców zbudowano pełną infrastrukturę z atrakcyjnymi pomieszczeniami mieszkalnymi i rekreacyjnymi, stałą letnią temperaturą, wiecznie kwitnącymi ogrodami. Jest tu teatr, kino i galeria. W zasadzie zaprojektowano tu niemal wyidealizowaną rzeczywistość, z komfortem dalece odbiegającym od standardów spoza jednostki, gdzie trzeba sobie radzić chociażby z nieprzyjazną mroźną nordycką pogodą. Do tego towarzystwo osób w tej samej sytuacji sprzyja poczuciu jedności. Główna bohaterka Dorrit trafiając do powieściowej jednostki, czuje się jak w empatycznym raju i powie: „Tutaj mogę być sobą, na każdym poziomie, całkowicie otwarcie, nie jestem odrzucana ani wyśmiewana, nie muszę się bać, że nikt nie potraktuje mnie poważnie. Byłam postrzegana jako dziwadło, jakieś UFO, kłopotliwe piąte koło u wozu, z którym ludzie nie wiedzieli co zrobić. Tutaj jestem jak wszyscy inni. Wtapiam się w grupę. Liczę się”. Trafiając tu - po początkowej apatii związanej ze świadomością, że idzie się na śmierć - można dać się ponieść entuzjazmowi. O ile nie trafi się do badań klinicznych, które wpływają negatywnie na osobowość, przetrawią mózg i zamieniają człowieka w roślinkę.

       

      Muszę się jednak zgodzić z vlogerką z „Czytam i piszę”, że początkowy potencjał, jaki buduje książka taką zapowiedzią, został kompletnie zaprzepaszczony. Podobnie do niej spodziewałam się awantury literackiej na poziomie Margaret Atwood, do której cytowany na okładce krytyk porównał powieść Szwedki. Natalia ze Szwecjobloga raczej wskazuje podobieństwa do „Never Let Me Go”. W duchu słynnej „Opowieści podręcznej” jest tu jedynie koncepcja. Świetna. Obrazoburcza. Genialna. I totalnie zmarnowana.

       

      Jeśli ktoś więc sądzi, że każdy może się nauczyć pisania, to przykład „Jednostki” polemizuje z tą tezą. A Ninni Holmqvist nie marnowała czasu. Skończyła kurs kreatywnego pisania w Skurups folkhögskola i Biskops-Arnö. Brała udział w wykładach na temat kreowania świata powieściowego na Uniwersytecie w Göteborgu. Może się przeedukowała, a może najzwyczajniej w świecie, pisarstwo to jednak coś więcej niż rzemiosło i nie u każdego kurs pisania kończy się szczęśliwie. Chociaż początek kariery Ninni Holmqvist – przynajmniej na papierze – robi imponujące wrażenie. A pisano o Szwedce w superlatywach, rozpływając się nad jej debiutem. Do tego uhonorowano ją nagrodą Ludvig Nordström w 2010 i nagrodą Sixten Heymans w 2016. Tu myślę, że może to kwestia błyskotliwego debiutu, z którego uszła para? Nie wiem. Książki debiutanckiej nie czytałam a pisarkę znam jedynie z przekładu „Jednostki”.

       

      Z życiorysu Ninni Holmqvist wynika, że długo nie wiedziała kim chce być i co chce robić w życiu. Normalnie by to rezonowało bogactwem doświadczeń a dla pisarza doświadczenia życiowe to jak superfood. Na stronie ff.författarcentrum.se czytam, że Szwedka była opiekunką osób starszych, pracowała w domu spokojnej starości, rozpoczęła edukację przedszkolną, którą po praktykach porzuciła, twierdząc, że nie widzi się w pracy z dziećmi. Potem odnalazła się w tłumaczeniu z angielskiego i duńskiego na szwedzki. W końcu przyszła chęć samodzielnego pisania, co przy światowej, niegasnącej fali zainteresowania literaturą nordycką, jest bardzo rozsądną decyzją. Dzisiaj pisarka oprócz pisania książek, uczy jak się je pisze. Można ją spotkać w roli nauczycielki w Skurups folkhögskola i w Skrivarakademien w Malmö (Akademia Pisania).

       

      Jednostka” zamiast przerażającej dystopii jest raczej historią o związkach, nieudanym życiu samotnej singielki, która wspomina trudny, pozamałżeński romans. Brakuje tutaj typowej dla dystopii grozy i niepokoju. Narracja poprowadzona została ciężką ręką. Autorka opisuje bardzo długo infrastrukturę jednostki, nie wymyśliła jednak żadnej intrygi, wydarzenia, które mogłoby wprowadzić tu więcej akcji i zawiesić na czymś nasze zainteresowanie. Innymi słowy to bardzo nudna książka. „Jednostka” napisana jest w pierwszej osobie i dominują tutaj gorzkie przemyślenia Dorrit i obrazy z jej nieudanego życia. W połowie powieść zmienia się w romans z namiętnym finałem. Napięcia jednak nigdy między akapitami tej powieści nie było.

       

      Do tego ta książka może być niezrozumiała dla czytelnika spoza krajów nordyckich. Żeby w pełni zrozumieć, do czego odnosi się Ninni Holmqvist trzeba by być na bieżąco ze szwedzkimi debatami, klimatem politycznym i tamtejszymi sprawami społecznymi. Warto byłoby powieść czytać równolegle z obejrzeniem choćby dokumentu Erika Gandiniego „Szwedzka teoria miłości”. Szwecja literalnie jest rajem dla matek, a dzieci mają tutaj niespotykane nigdzie indziej prawa, z których korzystają robiąc na przybyszach wrażenie nieokrzesanych dzikusów. Matki są hołubione i mają ogromnie bogatą ofertę opiekuńczą, spędzania czasu wolnego. Tradycją szwedzką jest organizowanie wszelkiego rodzaju kółek samopomocowych, stowarzyszanie się wokół tematów macierzyństwa. Niezależnie od problemu wychowawczego i wieku dziecka rodzice zawsze znajdą coś interesującego dla siebie. Gdy się dłużej w Szwecji żyje i nie ma się dzieci, wrażenie narastającego miniterroru wokół macierzyństwa rośnie. Szwedki nieustannie zachęca się do rodzenia. Matki bezceremonialnie karmią maluszki w miejscach publicznych, nikt się nie przejmuje gołymi tyłkami dzieci na plażach i basenach, śmierdzącymi pieluszkami w miejscach publicznych czy rozrabiającymi przedszkolakami. Wyjście do restauracji ze znajomymi może być przykrym doświadczeniem, jeśli tak się nieszczęśliwie złoży, że wpadnie tam na obiad również rodzina z małymi dziećmi. Piski, bieganie, rozchlapywanie jedzenia i wszystko przy stoickiej aprobacie Szwedów, którzy jedynie w duchu okazują złość.

       

      Ninni Holmqvist w „Jednostce” wchodzi w polemikę z tymi faktami, pokazując przerysowaną rzeczywistość, w której bezdzietnych dorosłych wręcz zsyła się w pewnym wieku na pewną śmierć. Szwedzi mogą tu odnaleźć szereg odniesień do swojej rzeczywistości i pośmiać się szczerze z udanego konceptu Szwecji superdzietnej. Ci którzy trafiają do jednostek to zazwyczaj intelektualiści, osoby oczytane, które wybrały rozwój osobisty i zawodowy od realizowania się w macierzyństwie. Kjell, który w jednostce opiekuje się biblioteką powie wręcz: „Ludzie, którzy czytają książki mają skłonność do tego, by stać się zbędnymi”.

       

      Kolejna sprawa, z którą polemizuje Ninni Holmqvist to emancypacja kobiet i feminizm. Matka Dorrit powtarzała jej przez całe życie, coś o czym mówi też dokument Gandiniego: „nie pozwólcie, żeby jakiś mężczyzna was utrzymywał, łożył na was finansowo, dominował intelektualnie czy emocjonalnie. Nie dajcie się złapać w tę pułapkę!”. A emocjonalne czy finansowe uzależnienie od kogoś jest największym tabu w Szwecji. Dorrit wybiera więc najchętniej otwarte i niezobowiązujące związki, zostaje kochanką, a w efekcie kobietą samotną. Tę kwestię szczególnie dobrze wyeksponował Gandini w „Szwedzkiej teorii miłości”.

       

      Łatwo ulec zauroczeniu feminizmem szwedzkim. To, co problematyzuje w swojej powieści Ninni Holmqvist kwestionuje jednak jego zdobycze. Obsesja na punkcie niezależności emocjonalnej i finansowej tworzy społeczeństwo egocentryków, którzy nie potrafią wchodzić w bliskie relacje; żyją chwilą a problemy rozwiązują rozwodami i kolejnymi związkami. Nastawienie na kompromis w związku wydaje się w Szwecji minimalne. Wszystko jest dobre dopóki trwa zabawa. Do tego dochodzi przerysowany stosunek do definicji kobiecości. Szwedki nie oczekują przepuszczania w drzwiach, ustępowania miejsca w autobusie, pomocy z ciężkimi pakunkami. I tu wchodzi w zdanie Ninni Holmqvist pokazując romans pomiędzy dwójką zbędnych, którzy kapitalnie odnajdują się w relacji, jaka poza jednostką zostałaby uznana za „łagodne naruszenie kobiecego miru” i zachowanie ocierające się o seksizm.

       

      Na koniec bierze Ninni Holmqvist pod lupę późne macierzyństwo, które często w Szwecji jest wyśmiewane i krytykowane. Czytamy więc w pewnym momencie: „Wiek może też być zaletą. Mam duże doświadczenie życiowe, znam siebie. Wyszalałam się wystarczająco, nie ma we mnie młodzieńczego egoizmu, nie jestem skoncentrowana tylko na sobie. Potrafię kochać, dbać o innych i być dla nich oparciem. Poza tym jestem zdrowa i silna, psychicznie i fizycznie. Niedawno się dowiedziałam, że mam kondycję jak dwudziestolatka”. Ta kwestia nieco zmienia perspektywę patrzenia na tę książkę. Bo ostatecznie chodzi bardziej o krytykę państwa, które stawia na młodość i dzietność, ale tylko osób w pewnym, akceptowalnym wieku. Do tego dochodzi opresyjność systemu, który organizuje społeczeństwo z niemal żelazną konsekwencją i tu Ninni Holmqvist mówi stop, podkreślając, że to pierwszy krok w kierunku państwa totalitarnego, gdzie ludzie służą jedynie państwowej maszynie, słupkom w statystykach i punktom wzrostu. Dobre chęci często są początkiem piekła i chyba coś na jego kształt gotują sobie Szwedki: samodzielne, niezależne finansowo, ale samotne i nieszczęśliwe.

       

      Podsumowując, muszę jednak szczerze odradzić zapoznawanie się z tą książką. Słabo napisaną, nudną i niejasną dla czytelnika polskiego.

       

      Recenzja: Jednostka, Ninni Holmqvist, Editio, Warszawa 2019. Przekład: Alicja Rosenau. Tytuł oryginału: Enhet (2006). ISBN 9788328345805 

       

      PS 1 KONKURS: Dla czytelników niezrażonych moją oceną mam jednak 1 egzemplarz książki. Wygra go osoba, która jako pierwsza w komentarzu pod tym wpisem wyrazi chęć otrzymania "Jednostki". Na komentarze czekam przez 24 godziny od opublikowania wpisu. Osobę z Krakowa poproszę o odbiór książki osobiście w wyznaczonym przeze mnie miejscu. Osobę spoza Krakowa proszę od razu o podanie adresu do wysyłki mailowo: amdutka [ @ ] wp.pl. Dane kontaktowe wykorzystam jednorazowo i wyłącznie do przesłania książki, następnie email z adresem zostanie skasowany. Jeżeli nikt się nie zgłosi w ciągu 24 godzin i w tym czasie nie otrzymam adresu do wysyłki, książka trafi do kolejnego konkursu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 lutego 2019 10:40
  • poniedziałek, 11 września 2017
    • My, topielcy - Carsten Jensen

      W marcu 2006, po opublikowaniu karykatur Mahometa w duńskiej „Jyllands-Posten” i protestach muzułmanów, Carsten Jensen napisał: „Cały świat dowiedział się o istnieniu Danii, ale chyba nie ma się z czego cieszyć”.

       

      My_topielcy_Carsten_Jensen2
      W wieku 25 lat ma na swoim koncie pierwszą publikację. Jego talent dostrzega duńska prestiżowa „Politiken”. Pisze tam recenzje i nieustannie publikuje. Nie tylko teksty krytycznoliterackie. Angażuje się i staje po stronie najsłabszych. I jeździ w miejsca, w których wrze. Z podróży przywozi wyraziste reportaże ukazujące świat przyparty do muru. W latach 1978-2010 pisze o Włoszech, Polsce, Indonezji, Tajlandii, Indiach, Związku Radzieckim, Czechosłowacji. Staje się rozpoznawalnym i bezkompromisowym krytykiem rzeczywistości, niewygodnym dla polityków, wstrząsającym sumieniem spokojnej i wygodnej Danii. Przełomem w jego życiu będą wydane w wieku 44 lat rewelacyjne historie z podróży „Jeg har set verden begynde”, za które otrzyma De Gyldne Laurbær. 10 lat będzie pracował nad „My, topielcy”. Nigdy się nie spieszy. I nigdy nie powie ani słowo za dużo. Ale to, co mówi, nie wszystkim się podoba. W 2015 ukazuje się „Den første sten”, powieść o grupie duńskich żołnierzy, którzy pojechali na ochotnika do Afganistanu. Tłumaczenie na angielski zostaje wstrzymywane, bo obraz wojny, który wyłania się na kartach powieści, jest niewygodny dla Amerykanów.


      My, topielcy” wydaje się być jego życiowym projektem. Takie książki pisze się raz w życiu. Tak, jak tylko raz można zrobić taki film jak „Boyhood”. Nie do powtórzenia. Nie do podrobienia. To literacki ukłon pod adresem pisania. Monumentalne dzieło, ponad 800 stron i perspektywa, która pozwala dotknąć czasu. Rzecz niewykonalna staje się faktem. Co sprawia, że ta historia tak elektryzuje Danię? Co sprawia, że ubiegają się o jej wydania kolejni wydawcy?


      Wszystko dzieje się na długo zanim świat oszalał na punkcie hygge. Zanim Carlsberg zrobił reklamę z Madsem Mikkelsenem, który o mały włosy w „Casynie Royal” nie zabił Bonda. Niepokaźny sąsiad Szwedów długo czekał na swoje otwarcie na salonach literackich. Chwila rozgłosu i uwagi, jaką Jarosław Iwaszkiewicz poświęca literaturze duńskiej mija, wraz z pamięcią o jego szkicach skandynawskich. W.A.B. wydaje więc świetną powieść, która ukazuje się nie w tym, co trzeba czasie i nie dostaje żadnej promocji. Żyje własnym życiem, a to coraz mocniej zaznacza przybierająca na sile fala zachwyconych czytelników. Przekazują sobie książkę z rąk do rąk. Czytają, bywa, że nieświadomi literackiego cudu, odkrywając na nowo przyjemność czytania. I chociaż nie mają w dłoniach wywrotowego dzieła, nic w tej powieści nie zmieni historii literatury, to jednak książka ma w sobie trudną do wytłumaczenia siłę.


      Dzisiaj byłby dobry czas dla Carstena Jensena. Rozniósłby rynek nadając mu ton zadumy nad literacką finezją. Bo w czasach sprzed hygge, naprawdę nie było miejsca na pochylanie się nad maleńkim, portowym duńskim miasteczkiem. Duńczycy ciągnęli się w ogonie za szalejącymi Szwedami i pokazującymi się na horyzoncie, coraz mocniejszymi Norwegami. Ale „My, topielcy” wybronią się na wszystkich polach. Zacznijmy od tłumaczki. Iwona Zimnicka oszlifowała szorstką dulszczyznę pozbawiając ją nienaturalnie brzmiącej w polszczyźnie prostoty. A spotkanie skandynawskiego minimalizmu językowego z polską werwą fleksyjną obudziło czytelników z letargu, w jakim pogrążali się pod natłokiem prostych, skandynawskich kryminałów.


      Powieść Carstena Jensena nie byłaby tak konsekwentnie czytana, zakreślając coraz szersze kręgi, gdyby nie jeszcze coś. To świadomy literacki hołd złożony pisarzom marynarzom, wszystkim podróżnikom, których życie lub jego część związana była bezpośrednio z morzem. Nadając powieści cechy współczesnej Odysei, odwołuje się Jensen do najlepszych wzorców literackich: „Smugi cienia” Josepha Conrada, marynarza, który wiele lat spędził na statku wielorybniczym Hermana Melville’a, autora podróży drogą wodną z Antwerpii do północnej Francji Roberta Louisa Stevensona, pilota parostatków Marka Twaina, Victora Hugo i jego „Pracowników morza”. Pisze o tym składając ukłony pod adresem swoich wielkich poprzedników, pokazując dodatkowo, że pisanie to praca, trud i konsekwencja. To lata studiów i plan. Zamysł, który musi mieć finał. I sens, którego tak bardzo brakuje niekiedy współczesnym książkom.


      Wreszcie powieść ujmuje perspektywą, z jaką Jensen spogląda na małe, portowe Marstal, gdzieś na południu Danii. To stąd zabiera nas pokazując historię swojego kraju, naznaczoną właśnie takimi wyspiarskimi miasteczkami. I udaje mu się uchwycić wyjątkową zmianę. Patrzymy na kraj, który przechodzi ogromną metamorfozę. Budzi się ze społeczno-obyczajowego skostnienia, przeobraża się gospodarczo i technologicznie. Wytycza nowe ścieżki rozwoju i podejmuje najważniejsze moralne decyzje, które na zawsze stanął cierniem, gdy Duńczycy spojrzą wstecz, szukając wyjaśnienia kim są, na czym zasadza się ich tożsamość narodowa.


      Uwodzi nas Carsten Jensen zmieniającymi się płynnie konwencjami. To wyrachowany literaturoznawca, który potrafi z szuflady narzędzi krytycznoliterackich wyciągnąć najpotężniejsze działa. Celuje w naszą uwagę, w nasze oczytanie, w naszą pasję odkrywania i bawienia się literaturą. Raz podsycając atmosferę powieści inicjacyjnej, innym razem dając jej sznyt powieści przygodowej. Będzie tu wielka historia, której znamiennymi bohaterami staną się duńscy marynarze, opływający świat niemal na wszystkich jednostkach, słynący z odwagi, kunsztu marynarskiego i zaciekłości w walce z morskim żywiołem. Ale też z żywiołem ludzkim, więzieniem na miesiące i presją poddania się reżimowi życia na statku i morzu. Czasem przerażającego i niemal zawsze pozostawiającego za sobą trupy. Jak podpowiada Jensen, nie da się zrozumieć kraju bez jego przeszłości. W niej tkwi siła lub demony, które ciągnął społeczeństwo w górę lub dół. Gdzie tkwi siła Danii, gdzie ukrywa trupy z historii, o tym jest między innymi powieść Carstena Jensena. I o tym, co to znaczy być naznaczonym losem, o marzeniach, o instynkcie przetrwania, o woli walki i człowieczeństwie, które kruszy się nagle i równie nagle powstaje. O wartościach, dla których warto się poświęcić. O przemijaniu. Wreszcie o życiu, jego sile odradzania w kolejnych pokoleniach, które wnoszą nowe wartości, nowe idee.


      Źródła, z których korzystałam: Wikipedia, www.litteratursiden.dk, carstenjensenhjemmeside.dk.


      Recenzja książki: "My, topielcy", Carsten Jensen, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008. Przełożyła Iwona Zimnicka. Tytuł oryginału: Vi, de druknede (2006). Wydanie I. Redaktor serii: Natalia Sikora. Redakcja: Filip Modrzejewski. Korekta: Elżbieta Jaroszuk, Alicja Chylińska. Konsultacja marynistyczna: Adam Piechal. Redakcja techniczna: Alek Radomski. Projekt okładki i stron tytułowych: Lucyna Talejko-Kwiatkowska. Na I stronie okładki wykorzystano fragment obrazu olejnego Hermanusa Koekkoeka A Storm At Sea. ISBN 978-83-7414-500-8. Stron: 821.

       

      Książkę można pożyczyć w Miejskiej Bibliotece Publicznej Łódź-Śródmieście, ul. Brzeźna 10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 września 2017 22:07
  • niedziela, 27 sierpnia 2017
    • Najlepszy pierwszy pocałunek w literaturze

           Poczuł jej wargi na swoich, ich miękką pełność, przyciskającą się do jego ust z lepkością, przez którą zapragnął, by już nigdy się nie rozłączyli. Gdy przesunął spoczywające na podłokietniku dłonie na jej plecy, miał wrażenie, że towarzyszą temu wyładowania elektryczne. Sięgnął do jej karku odsłoniętego pod krótko obciętymi włosami i ostrożnie pogładził delikatny łuk. Odrobinę uchylił usta. Chciał, by i ona zrobiła to samo, aby spotkały się ich oddechy, wciągnąłby wtedy jej powietrze w płuca i oddychał nią. Miał wrażenie, że tonie. Ale z wody nie można czerpać powietrza. Otworzył się teraz na inny żywioł, który również miał go wypełnić. Poczuł, że ona idzie za jego przykładem i lekko rozchyla wargi. Oddychali przez swoje usta, chłonąc powietrze ze swoich płuc. Knud Erik całował miss Sophie, całował świat, a świat całował jego i wypełniał go słodkim oddechem.

       

      My_topielcy_Carsten_Jensen1

       

      Cytat z książki: "My, topielcy", Carsten Jensen, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008. Przełożyła Iwona Zimnicka. Tytuł oryginału: Vi, de druknede (2006). Wydanie I. Redaktor serii: Natalia Sikora. Redakcja: Filip Modrzejewski. Korekta: Elżbieta Jaroszuk, Alicja Chylińska. Konsultacja marynistyczna: Adam Piechal. Redakcja techniczna: Alek Radomski. Projekt okładki i stron tytułowych: Lucyna Talejko-Kwiatkowska. Na I stronie okładki wykorzystano fragment obrazu olejnego Hermanusa Koekkoeka A Storm At Sea. ISBN 978-83-7414-500-8. Stron: 821.


      Książkę można pożyczyć w Miejskiej Bibliotece Publicznej Łódź-Śródmieście, ul. Brzeźna 10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 27 sierpnia 2017 14:37

Kalendarz

Marzec 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014