Recenzentka

Wpisy otagowane „1977”

  • środa, 06 maja 2015
    • Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości - Margareta Strömstedt

      Biografię Astrid Lindgren Margarety Strömstedt należałoby nazwać subtelną. Na tyle, na ile może być subtelna biografia urwiski, niezmordowanej w dowcipie, niestrudzenie prowokującej swoje otoczenie, kobiety, która potrafiła obalić rząd szwedzki i powiedzieć publicznie o ministrze finansów Gunnarze Strängu, że „liczyć to on nie umie, ale dobrze opowiada bajki, dlatego powinniśmy się zamienić zawodami”.

       


      Wydawnictwo Bonnier do dzisiaj pluje sobie pewnie w brodę, że odrzuciło książkę o Pippi, szwedzki bestseller literatury dziecięcej wszech czasów, przetłumaczony na 50 języków i sprzedany w 10 mln egzemplarzy. A wszyscy ci, którzy są przed debiutem ładują akumulatory, bo nic tak nie motywuje do dalszego pisania, jak historia o pisarce, której pierwszą książkę wyda malutkie, zaledwie dwuletnie wydawnictwo i to dopiero, gdy ma 37 lat. Z poczuciem humoru znosiła zajadłe recenzje na temat jej książek w prasie nauczycielskiej, nazwanie jej przez pewnego profesora „niekulturalnym beztalenciem”, a Pippi „chorobliwie nienormalną”, a jej książki „demoralizującą”. Notabene nie ona jedna naraziła się nauczycielom, bo „Cudowna podróż” Selmy Lagerlöf też w swoim czasie została uznana przez radę pedagogiczną za niebezpieczną i z tego powodu zabroniona w szkole. Największa buntowniczka szwedzkiej literatury wiele jeszcze razy miała być niewygodna. Nieustannie „rzuca wyzwania przestraszonym samozwańczym strażnikom moralności” – podkreśli Strömstedt i doda, że potrafiła postawić się i rodzinie, i rodzinnemu Vimmerby, a nawet ministrowi finansów. Robiła w życiu dziwne rzeczy łącznie z tym, że pracowała dla Harry’ego Södermana, szefa szwedzkiej tajnej służby. Kim była Astrid Lindgren zanim stała się TĄ Astrid? Co było zalążkiem jej wewnętrznej siły? Mądrych, zawadiackich tekstów? Skąd bierze się takie pomysły, tyle charyzmy i tyle poczucia humoru?

       

       

      Inger Nilsson w wieku 12 lat jako Pippi Långstrump podczas przedstawienia RAI Amsterdam 1972. Zdjęcie: Nationaal Archief, Den Haag, Rijksfotoarchief: Fotocollectie Algemeen Nederlands Fotopersbureau (ANEFO), 1945-1989 - negatiefstroken zwart/wit, nummer toegang 2.24.01.05, bestanddeelnummer 925-5511 / Wikipedia

      Astrid Lindgren stworzyła właściwie kanon szwedzkiej literatury dla dzieci i młodzieży, która bez jej twórczości byłaby w pewnym okresie smutną literacką pustynią. A „gdyby wycofać wszystkie filmy oparte na jej książkach, pozostałaby pustynia rysunkowej przemocy i romantyczne szmiry”. Margareta Strömstedt odsłania nam Astrid jakiej nie znamy. Gdy oddaje się jednak Szwedce zadanie napisania biografii o innej Szwedce można się spodziewać tekstu subtelnego, szanującego cudzą prywatność, nie wchodzącego nikomu brutalnie do łóżka. Tekstu szczerego, klarownego. W wyważonej dawce: poprawnego politycznie i wywrotowego. Z jednej, więc strony tworzy Strömstedt wyraziste tło społeczno-obyczajowe pokazując Szwecję z okresu dorastania i kolejnych faz sukcesu Astrid Lindgren. W tle dwie największe wojny światowe, z czego pierwsza odegrała sporą rolę dla poprawy sytuacji ekonomicznej rodziny. Z drugiej strony chcąc przybliżyć Astrid Lindgren prywatną odkrywa Margareta Strömstedt kulisy jej łobuzerskiego dzieciństwa, zawadiackiego dorastania i wyzwolonej kobiecości. Robi to jednak ze smakiem i dyskretnie. Czy polskiemu czytelnikowi faszerowanemu anglosaską biografistyką, pokazującą swojego bohatera nago, z wybebeszonymi flakami takie delikatne biograficzne gawędzenie zaspokoi ciekawość?

      Mikro świat zamknięty w gospodarstwie w Näs, na skraju Vimmerby w Smålandii to korzenie, podstawy, silne fundamenty, z których wyrasta i fantazja Astrid, i jej wywrotowe pomysły na wychowywanie dzieci. A najbardziej ogromne poczucie wolności i empatii, z jaką tworzy swoich książkowych bohaterów, opisanych z realizmem i ze znajomością dziecięcej psychiki, a zwłaszcza postaci dziewczynek: zawsze silnych, pomysłowych. „Dzieci z ulicy awanturników, dzieci na wyspie Saltkråkan, Braciszek w książkach o Karlssonie z Dachu, wszyscy oni są współczesnymi dziećmi, które mogą ujawniać swój temperament”, podkreśli Margareta Strömstedt.

       

      Zdjęcie: hd.se / Wikipedia Astrid Lindgren z rodzicami i rodzeństwem

      Z „Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości” można literacko podróżować i po współczesnej i po dawnej Szwecji, zwłaszcza Smålandii, którą obie autorki wyraźnie bardzo kochają. Można wręcz mieć wrażenie po lekturze tej biografii, że siła Szwecji korzeniami tkwi właśnie w tej położonej na południu kraju prowincji. Wreszcie z tą książką można przyglądnąć się, jak społeczeństwo szwedzkie fantastycznie zmieniało się począwszy od początku XX wieku, kiedy to na świat przychodzi mała Astrid Ericsson. O jej dzieciństwie Margareta Strömstedt napisze: „niezwykle szczęśliwe, przepełnione poczuciem bezpieczeństwa i harmonii”. Dzieci nigdy nie były zbytnio pilnowane, ciesząc się swobodą. Vimmerby, na skraju którego leży gospodarstwo rodziców Astrid, liczy sobie wówczas około dwu tysięcy mieszkańców. Rodzinę dotykają wszystkie te problemy, które przeżywa biedna w tym czasie Szwecja: walka z nieurodzajnymi, kamienistymi ziemiami Smålandii, głód, z powodu którego dwóch braci ojca wyjeżdża za chlebem do USA; jeden z nich nigdy nie wróci. „W latach 1840 – 1930 wyemigrowało – przeważnie do Ameryki Północnej – ponad milion Szwedów”, podkreśli Strömstedt, dodając, że Samuel August i jego rodzice mogliby być powieściowym przykładem „ludzi mozołu i harówki”, których opisał Vilhelm Moberg w „Opowieści z mojego życia”. Trud, z jakim rodzinie przychodzi wyżywić się z trudnej gospodarki zmienia się w ogromny szacunek do pieniądza. Roztropność, z jaką tutaj planuje się wydatki, inni nazwaliby skąpstwem. Sama Astrid, nawet po wielu książkowych sukcesach, niezależna finansowo, nigdy nie zmarnuje jedzenia „odgrzewając na lunch to samo risotto kilka dni pod rząd, wykorzystując skórki z chleba i przyrządzając na obiad zapiekankę z resztek ryby i kartofli pozostałych z poprzedniego dnia”.

      Szukając odpowiedzi na pytanie, kim jest Astrid Lindgren i skąd czerpała siłę w życiu, zagłębia się Margareta Strömstedt w historię jej rodziny. Przygląda się ojcu i matce, których połączyło uczucie i rozsądek wbrew ówczesnym zwyczajom, bo „w społeczności chłopskiej” – napisze Strömstedt – „patrzono na małżeństwo od strony praktycznej, a nie uczuciowej. W małżeństwie chodziło nie o miłość, tylko o nabycie lub podział ziemi, były to zatem związki o podłożu ekonomicznym – a jednocześnie seksualna wspólnota, która powstrzymywała rozwiązłość, a w efekcie liczbę niechcianych dzieci i spadkobierców”.

      Rodzice Astrid Lindgren tworzą osobliwą dla swoich czasów rodzinę. Samuel August stworzy dom, w którym trudy dnia codziennego łagodzi jego zawadiacki humor, opowiadane dzieciom historie. Jego łagodne usposobienie kontrastuje z surowością matki, która pilnowała rezonu wśród dzieci, i to właśnie przed nią czuły największy respekt. Z domu, w którym rodzice się kochają wynosi się umiejętność i kochania, i pisania z czułością i miłością. Taką kreską posłuży się Astrid Lindgren na zawsze pozostając panią od wyzwolonych dziecięcych postaci.

       

       

      Zdjęcie: Albin Olsson, Wikipedia Pippi Långstrump i Villa Villerkulla, Vimmerby, 2014.

      Dla Margarety Strömstedt wydaje się najważniejsze dzieciństwo Astrid Lindgren w Smålandii i tropienie śladów, jego echa w kolejnych baśniach pisarki. Tropi je zaciekle, co może nieco nużyć czytelnika szukającego wyłącznie faktów biograficznych, a ta książka jest i o życiu, i o twórczości. Naprawdę nie sposób opowiadać o Astrid Lindgren w oderwaniu od jej książek, które bezpośrednio wyrastają z podwórka w gospodarstwie rodziców, które zamieni w to z Bullerbyn. Przeniesie w świat fantazji doświadczenia swoje, rodzeństwa, czy nawet rodziców, kamuflując własny świat i zostawiając tym samym niezwykły rodzaj literackiego pamiętnika. Czytając o wizytach u babci i spotkaniach z kuzynami w „Samuelu Auguście z Sevedstorp i Hannie z Hult” przeczytamy o prawdziwych domowych wizytach w rodzinie Astrid, Willa Śmiesznotka to przecież biały rodzinny dom Astrid, spróchniałe drzewo z Näs to „sowie drzewo” z Bullerbyn i „lemoniadowe drzewo” Pippi. O relacji samej Astrid z ojcem wiele wyczytamy z relacji Emila i parobka Alfreda, włóczęgi Oskara i osieroconego Rasmusa, Mio i jego ojca króla. Czytając historię o Emilu pamiętajmy, że wiele jest w nim z ojca Astrid Lindgren, w dziadziusiu z Bullerbyn wiele z dziadka Astrid Samuela, a w Pippi pewnie wiele z samej Astrid, starszej już pani, wspinającej się ze śmiechem na drzewo. Bo tak właśnie lubi i na to miała ochotę.

      Niesamowite w jej życiorysie jest, że nawet w najtrudniejszych życiowych momentach potrafiła jednak skądś czerpać siłę i przeć na przód. A nie było jej łatwo. Bywała głodna, była biedna, samotna. Zaszła w wieku 18 lat w ciążę, co w jej czasach było ogromnym skandalem, zwłaszcza, że nie chciała ujawnić nazwiska ojca. Musiała w ciąży uciec do Kopenhagi, bo tylko tam kobiety w jej sytuacji mogły urodzić dziecko, bez powiadamiania biura ewidencji ludności, dziecko, które zresztą musiała oddać na wychowanie rodzinie zastępczej. Niesamowity jest wysiłek, z jakim próbuje godzić pracę, oszczędzając na wszystkim, żeby od czasu do czasu odwiedzić syna. Wreszcie niesamowite jest to, że zdobywa się na odwagę, żeby jako panna z dzieckiem wrócić do rodzinnego domu. Czytając o tej decyzji mamy jednak w tyle głowy dziewczynę, która w wieku 17 lat ostrzygła sobie włosy na garsonkę, zgodnie z modą lat dwudziestych, rzecz, przez którą wzbudziła sensację w Vimmerby. Pamiętamy o jej młodzieńczej wyprawie z koleżankami na Północ, podczas której odwiedzi Wybrzeże - dom Ellen Key nad jeziorem Tåkern w pobliżu Alvastry.

       


      Zdjęcie: Wikipedia Astrid Lindgren, 1924 r.


      Może dobre życie zdarza się ludziom z poczuciem humoru, którzy biorą to, co przyniesie życie z przymrużeniem oka? Astrid Lindgren mogłaby nas uczyć życia. Nie wiem, czy pokazanie tego było głównym zamiarem Margarety Strömstedt, jeśli nie, to udała jej się niezwykła rzecz. Pokazała, że dobre dzieci wychodzą z domów, w których pozwala się im być dziećmi. Domów, gdzie ludzie się kochają i potrafią się śmiać w trudnych chwilach. A trzeba dodać, że również rodzeństwo Astrid odniosło sukcesy; starszy brat Gunnar został posłem do parlamentu, siostra Stina młodsza od Astrid o trzy lata – tłumaczką, a druga najmłodsza Ingegerd – dziennikarką. Pokazała, że ciężka praca w końcu przynosi efekty. Przecież Astrid Lindgren nie była zawsze pisarką skoro zadebiutowała w wieku 37 lat. Zrobiła wzorem dziewczyn w jej czasach kursy maszynopisania i scenografii. Trochę szczęście do ludzi, trochę fakt bycia w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie, a w dużym stopniu odwaga bycia sobą sprawiły, że trafiła pod skrzydła Torstena Lindforsa i dostała pracę w dziale radiowym szwedzkiej centrali księgarskiej. Tę samą, którą chwilę wcześniej rzuciła Zarah Leander, późniejsza aktorka i śpiewaczka operowa. Gdy ją straci, bo weźmie wolne bez zgody szefa, żeby odwiedzić syna, zacznie pracować dorywczo jako asystentka redaktora Królewskiego Klubu Automobilowego, w dziale wydającym przewodnik turystyczny. Jej szefem będzie tam przyszły mąż Sture Lindgren, z którym będzie miała córkę Karin, dla której wymyśliła przygody Pippi, gdy dziewczynka nudziła się leżąc chora na zapalenie płuc.

      Znalazłam w tej książce podobieństwo pomiędzy Sztokholmem lat 20. a współczesnym Krakowem. Wiele bezrobotnych dziewczyn szuka w Krakowie zatrudnienia, a zmuszone są do pracy za głodowe stawki, które zaniżają miejscowe dziewczyny, które wciąż na utrzymaniu i wikcie rodziców mogą sobie pozwolić na pracę za minimalną krajową. Jak widać pewne rzeczy mimo upływu czasu wcale się nie zmieniają. Droga Astrid Lindgren, nazywanej „Selmą Lagerlöf z Vimmerby”, z gospodarstwa wiejskiego do wielkomiejskiego życia w Sztokholmie nie obyła się bez perturbacji. Do mieszkania przy Dalagatan 46 z widokiem na Vasaparken, w którym mieszkała do śmierci, przeniosła się z mężem w 1941. Pięć lat później zostanie zatrudniona w wydawnictwie Rabén&Sjögren jako redaktorka książek dla dzieci. I na tym stanowisku pracowała przez 25 lat, niestrudzona w motywowaniu innych do pisania. Dzisiaj to pisarka z rekordową liczbą tłumaczeń, żaden inny pisarz szwedzki jej nie dorównuje. Książki Astrid Lindgren zostały przetłumaczone na 73 języki, Selmy Lagerlöf na 38, a Augusta Strindberga na 36. Mimo pracy zawodowej i nieprzerwanego pisania książek potrafiła też znaleźć czas dla swoich czytelników, a dostawała od nich ok. 150 listów tygodniowo. Angażowała się w walkę w obronie „otwartego” krajobrazu, w latach 80. wzięła udział w dyskusji o traktowaniu zwierząt. Walczyła z każdą próbą zamknięcia biblioteki, powtarzając, że „biblioteka jest oazą dla dzieci w pełnym zagrożeń środowisku miejskim”. Warto przeczytać jak swoją baśnią „Pamperipossa w Monismaniem” obaliła jesienią 1976 socjaldemokratów po ponad 40 latach nieprzerwanego sprawowaniu przez nich rządów. A przede wszystkim warto przeczytać historię tej bardzo skromnej dziewczyny, która wyrosła na pisarkę odpowiedzialną; zawsze celnie puentującą codzienność, potrafiącą z finezją, mocno i zawsze na miejscu i w punkt wyrazić swoją opinię. Gdy odchodzą tacy ludzie jak Astrid Lindgren, odchodzą ludzie, o których można powiedzieć: żyli godnie, wartościowo i mądrze. Bo dobrzy ludzie tak już mają.

       


      Zdjęcie: Wikipedia Astrid Lindgren, 1960 r.


      Recenzja książki Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości, Margareta Strömstedt, Nasza Księgarnia, Warszawa 2001. Przełożyła: Anna Węgleńska. Tytuł oryginału szwedzkiego: Astrid Lindgren. En levnadsteckning (1977, 1999). Redakcja: Małgorzata Grudnik-Zwolińska. Redakcja techniczna: Maria Bochacz, Paweł Węglowski. Korekta: Roma Sachnowska. Stron: 351. Książka zawiera bibliografię Astrid Lindgren, spis ilustracji.

      PS Wytropiłam literówkę na str. 290 „nigdy w życiu na odważyłaby się sformułować ich otwarcie”

      Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów newsletter i polub Fanpage

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 06 maja 2015 12:53
  • wtorek, 05 maja 2015
    • O tym jak książki uratowały Astrid Lindgren

      Byłam młoda, samotna i bardzo biedna. Dopiero co przyjechałam z prowincji i nikogo w Sztokholmie nie miałam. Dni pracy w biurze jakoś płynęły, ale moje niedziele były samotne i smutne. Mogłam je znieść tylko dzięki książkom.

       

      Właśnie odkryłam Bibliotekę Miejską przy Sveavägen i nigdy nie zapomnę tego uczucia, które ogarnęło mnie, gdy weszłam do tej dużej rotundy i ujrzałam morze książek. Tylko wybierać, sądziłam. Długo chodziłam dookoła, rozkoszując się i szperając wśród książek, a gdy się wreszcie zdecydowałam, podeszłam do lady.

       

       

      Zdjęcie: Andreas Ribbefjord /Wikipedia

       

      Cytat z książki: Astrid Lindgren. Opowieść o życiu i twórczości, Margareta Strömstedt, Nasza Księgarnia, Warszawa 2001. Przełożyła: Anna Węgleńska. Tytuł oryginału: Astrid Lindgren. En levnadsteckning (1977 i 1999)

       

      Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów newsletter i polub Fanpage

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 05 maja 2015 10:54
  • niedziela, 30 marca 2014
    • Szkice o literaturze skandynawskiej - Jarosław Iwaszkiewicz -

      Pisząc o literaturze skandynawskiej Jarosław Iwaszkiewicz jest bezkompromisowy, ironiczny, ma cięty język. Potrafi być prostacki, z pewnością jednak nie nudny. Wyciska z literatury, pisarzy, wydawców, tłumaczy ostatnie soki, bez pardonu wytykając im błędy, zaniechania, potknięcia. Jego wielkie ego krąży nad światem literackim. Potrafi się bardzo pomylić. Jest jednak zawsze sobą; w „Szkicach…” świetnym recenzentem, który z krytyczną swadą daje kapitalny obraz literatur skandynawskich. Zapisze się na zawsze, jako najlepszy popularyzator literatury skandynawskiej swoich czasów.

       

       

      Jarosław Iwaszkiewicz pokocha w dzieciństwie kraj pięciuset wysp za sprawą bajek Andersena. Potem nauczy się języka duńskiego, często będzie gościł w Danii, stając się z czasem ambasadorem nie tylko literatury duńskiej, ale skandynawskiej w ogóle. Pierwszy tekst poświęcony literaturze skandynawskiej napisze w wieku 30 lat, jest wówczas już od dwóch lat sekretarzem marszałka sejmu Macieja Rataja, w tym roku został też członkiem polskiego PEN Clubu. Sześć lat wcześniej zwiąże się z grupą literacką występującą w kabarecie „Pikador”, następnie wejdzie w skład grupy „Skamander”. Miał już za sobą publikacje w „Zdroju”, „Kurierze Ilustrowanym”. Zdąży też założyć teatr eksperymentalny „Elsynor”. Rozpoczyna współpracę z „Wiadomościami Literackimi”. W latach 1925 - 1932 Iwaszkiewicz zostanie sekretarzem poselstwa polskiego w Kopenhadze.

       

      We wstępie do Szkiców o literaturze skandynawskiej Iwaszkiewicz wyjaśnia, że nie są rzeczą nową a zebranymi przez Matyldę Wiśniewską jego „artykułami i artykulikami”, pokazującymi jego stopniowe wrastanie w krwiobieg literatur krajów Północy, do których żywi „szacunek, żywe zainteresowanie i chwilami podziw prawdziwy”. Powie wręcz, że bardzo wiele zawdzięcza piśmiennictwu skandynawskiemu. Będą to teksty publikowane przez Iwaszkiewicza w m.in.: „Wiadomościach Literackich”, felietony z „Życia Warszawy”, coroczne przeglądy tłumaczeń z literatur skandynawskich w „Roczniku Literackim”, regularnie ukazujące się w latach 1955 - 1977. „Szkice” dają niepowtarzalny obraz stopniowo rosnącej popularności literatury skandynawskiej na polskim rynku wydawniczym.

       

      Wśród recenzji znajdzie się m.in.: „Gösta Berling” Selmy Lagerlöf, bajka „Za tysiąc lat” H. Ch. Andersena z 1852, „Kon-Tiki” Thora Heyerdahla, twórczość Duńczyka Hansa Kirka, powieści Norwega Tarjei Vesaasa. W „Szkicach” przedrukowano wstęp Iwaszkiewicza do „Bojaźni i drżenia” oraz „Albo – albo” Sörena Kierkegaarda. Dużo miejsca poświęci Norweżce Sygrydzie Undset, Islandczykowi Halldórowi Kiljanowi Laxnessowi, Karen Blixen, o jej „Pożegnaniu z Afryką” napisze „niepospolite zjawisko”. Daleko mu jednak do pobłażliwości, jest w swoich krytykach czasami niedyplomatycznie ostry, wręcz złośliwy. Bywa i prostacki, co sam zaznacza. Potrafi wytknąć tłumaczowi niedoróbki stylistyczne w taki sposób, że na jego miejscu już nigdy nie próbowałabym przekładu. Do tematu tłumaczeń powróci wielokrotnie, krytykując przekłady literatur skandynawskich na polski z niemieckiego, co według niego jest kuriozalne, biorąc pod uwagę nieprzystawalność składni języków skandynawskich do składni niemieckiej. Uważa, że prędzej przekład z języka angielskiego oddałby lekkość, prostotę i zwięzłość tych języków. Rok 1962 uważa pod względem działalności tłumaczeniowej za przełomowy, to wówczas pojawia się grupa osób władających językami skandynawskimi, świetnie popularyzujących literatury Północy: Józef Giebułtowicz z duńskiego i norweskiego, Maria Kelles-Krauz z duńskiego i Zygmunt Łamanowski ze szwedzkiego. Iwaszkiewicz pozwala sobie też na nonszalanckie uwagi pod adresem autorów, np. Selmie Lagerlöf wytknie braki w kompozycji „Gösta Berling”. O „Krzaku gorejącym” Sygrydy Undset napisze: „naiwna w swym schemacie”. O powieściach noblisty Laxnessa, że są „nużące w czytaniu”, styl „ciężki” a narracja „nie pozbawiona jest sztuczności”. Zastanawia się, czy koniecznie trzeba zamęczać czytelników dramatami Strindberga i jego wiecznym kompleksem niskiego pochodzenia. „Darunga” Artura Lundkvista trąci według niego prymitywnym moralizatorstwem. Polskim dramaturgom sugeruje czytanie Ibsena, żeby się „trochę nauczyli, jak się robi prawdziwy dramat”. Dostanie się Ossolineum, którego przekład „Sagi o Frithiofie” Esaiasa Tegnéra nazwie „skandalem literackim”, czy Stanisławowi Sawickiemu – zamordowanemu przez Niemców przedwojennemu tłumaczowi bajek Andersena. Krytyka nie ominie przekładu Wandy Kragen, w którym znajdzie „krzyczące mnóstwo błędów i nieporozumień”. Tłumaczowi „Dzikiej kaczki” zarzuci „rozrzewniające braki erudycji”. Wybucham śmiechem, gdy Iwaszkiewicz skomentuje tłumaczenie Heddy Gabler, w którym raz stół się przykrywa kilimem, innym razem narzutą, co spuentuje: „To jeszcze wiek XIX. "Ładu" ani "Cepelii" nie ma, wystarczy po prostu serweta i w jednym, i w drugim wypadku”. Wychwala Sygrydę Undset, której „Krystyna córka Lawransa” jest tak świetna, że „odnosi raz po raz tryumfy, przedzierając się przez przekłady dość szarego tłumaczenia”. O przekładzie Marii Szypowskiej „Dzwonu Islandii” napisze „piękny”.

       

      Znajduję usprawiedliwienie dla jego miejscami zjadliwych komentarzy, bo przemawia przez Iwaszkiewicza pisarz rozkochany w literaturze skandynawskiej, w jej nastrojach, półtonach, w jej prostocie, specyficznej miejscami naiwności. Odczytując teksty innych literatur, doszukuje się w nich pokrewieństw, czy wręcz naśladownictwa stylu skandynawskiego. „Lakonizm wypowiedzi, słynne dialogi Hemingwaya, które już tu i ówdzie w krajach europejskich znalazły ślepych naśladowców, wywodzą się wyraźnie z Hamsuna, Hermana Banga czy nawet … Selmy Lagerlöf”, napisze w jednym z artykułów. Uważa zresztą Hamsuna za ojca współczesnej literatury amerykańskiej, wymieniając jego naśladowców: Caldwella, Steinbecka, Sherwooda Andersona i po części Thorntona Wildera. Iwaszkiewicz protestuje przed upraszczającym podsumowaniem literatury skandynawskiej, jako dekadenckiej, co według niego mogło być słuszne w okresie Strindberga, ale absolutnie nie pasuje do całości obrazu.

       

      Miejscami jest niekonsekwentny w swoich uwagach krytycznych. Raz wytknie Marii Dąbrowskiej jej tłumaczenie „Nielsa Lyhne”, którym nie potrafiła oddać „przedziwnej muzyki Jacobsenowskiego języka”. W innym miejscu napisze, że jej przekład jest „małym klejnotem stosunków literacko-skandynawskich”, noszącym te cechy pióra Dąbrowskiej, które najlepiej pasują do arcydzieła Duńczyka. O przekładach Beaty Hłasko w jednym miejscu napisze „doskonałe”, w innym, powie, że są „surowe, odznaczające się pewną sztywnością, brakiem miękkości i swobody w spolszczaniu tekstów”. Potrafi się też bardzo pomylić w swoich opiniach. Lagerkvista oceni, jako przelotne zjawisko mody.

       

      Poświęci też wiele miejsca literaturze popularnej i skandynawskim kryminałom, które już w latach sześćdziesiątych przecierają ścieżki ugruntowując sobie miejsce w Polsce. O szwedzkich kryminałach napisze, że są zręczne, o fabule możliwie najmniej brutalnej, interesująco zaznajamiające czytelników z codziennością Szwecji.

       

      Dla skandynawistySzkice” to rzecz absolutnie niepowtarzalna. To gratka też dla tłumaczy, teoretyków przekładu i krytyków literackich. Wyśmienicie wpisuje się ta książka w bieżącą dyskusję, o jakości promocji czytelnictwa. Iwaszkiewicz spędza dużo czasu w Danii, przywożąc nie tylko nowinki wydawnicze, ale też ciekawostki o czytelnictwie w ogóle. Opowiada o otwartych na czytelnika bibliotekach, właściwie wielkich ośrodkach kultury. Napisze o nietypowych formach finansowania m.in.: czytelnictwa przez browary Carlsberga i Tuborga. Okazuje się, że dochody z tych browarów przeznaczano wówczas (ciekawe, czy nadal) na fundusz kultury i sztuki (Carlsberg) i na instytuty naukowe (Tuborg). Iwaszkiewicz w swoich felietonach poczyna sobie różnie i z pisarzami, i z wydawcami, i z tłumaczami, udowadniając, że o książkach można pisać frapująco, miejscami kontrowersyjnie, zawsze ciekawie.

       

      Jarosław Iwaszkiewicz, Szkice o literaturze skandynawskiej, Czytelnik, Warszawa 1977. Wydanie I. Opracowanie graficzne: Andrzej Heidrich. 358 stron. Książka zawiera: Indeks nazwisk i tytułów, wstęp autora.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Szkice o literaturze skandynawskiej - Jarosław Iwaszkiewicz - ”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      szwecja11
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 marca 2014 13:17

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014