Recenzentka

Wpisy otagowane „2016”

  • czwartek, 17 maja 2018
    • Dwie siostry - Åsne Seierstad

      Od czasu „Księgarza z Kabulu” Åsne Seierstad bardzo się zmieniła. Zarzuty, że wykorzystała gościnność afgańskiej rodziny, żeby napisać ich kosztem książkę a potem fatum bestsellera o masakrze mocno daje o sobie znać w „Dwóch siostrach”. Seierstad zaczęła się bać. Seierstad zrobiła się letnia jak wystudzona kawa i tak samo smakuje. Opowiadała o strachu już w rozmowie w "Skavlan". Wraz z ciążą uświadomiła sobie odpowiedzialność, już nie tylko za siebie, ale też za drugiego człowieka. Strach, który oswoiła na trudnych misjach, wrócił. Seierstad wyraźnie bała się wziąć opisaną tutaj historię w mocny reporterski uścisk. Ale dlaczego?

       

      Dwie_siostry_Asne_Seierstad

       

      Pomysł, żeby zastanowić się nad pobudkami, dla których norweska młodzież radykalizuje się i podejmuje decyzję o przyłączeniu się do Państwa Islamskiego trafił tutaj na taką sobie realizację. Jest to rzecz o tyle dziwna, że Seierstad przyzwyczaiła nas, że pisze na wysokim C. To nie kwestia braku źródeł, których jest tu sporo, podobnie jak rozmów, których nie szczędzi czy znajomości tematu. Przecież wcześniejsze, które poruszała przygotowały ją do podjęcia się tego wyzwania. Rzecz ciekawa, że ogrom pracy słabo daje o sobie znać. Może historie dziewiętnastoletniej Ayan i szesnastoletniej Leili nie miały jednak takiego potencjału jak zakładano? Co się stało, że słynna Norweżka napisała tak w sumie nijaką książkę?

       

      Bez obaw, nie do końca. Coś jej jednak wyszło. Pokazała, że droga do radykalizacji to długi proces rozłożony w czasie. W życiu sióstr pojawia się muzułmańska organizacja młodzieżowa hołdująca islamskiemu purytanizmowi. Ktoś tworzy na Facebooku stronę „Islam Net”. W tle odradza się salafizm i idea naśladowania życia trzech pierwszych pokoleń muzułmanów po proroku Mahomecie. Wśród niektórych norweskich muzułmanów narasta poczucie niższości, świadomość życia na marginesie społeczeństwa, które ani nie chce, ani nie próbuje ich zrozumieć. Brak akceptacji i poczucie odrzucenia skłania do szukania głębszych i silniejszych relacji we własnym kręgu, który się zamyka. Radykalizacji towarzyszy neoreligijność i rzucanie wyzwań norweskim wartościom. Świat się polaryzuje na halal i haram. W tle słychać nośne hasła Osamy bin Ladena. Refren dżihadystów przechodzi w czyny. Wybucha wojna na miarę XXI wieku. Równie niepojęta jak Matrix. Tunezyjskie seksbojowniczki jadą do Syrii, „żeby tam zaoferować swoje młode ciała wygłodniałym rebeliantom, a wracają stamtąd z brzuchami pełnymi dżihadystycznych niemowląt”. Zbiorowe gwałty na syryjskich kobietach zostają dopuszczone fatwą. Nie brakuje chętnych do wyjazdu do Syrii i tworzenia nowego, idealnego Państwa Islamskiego.

       

      I w tym miejscu wkracza Åsne Seierstad z historią sióstr rozpisaną na 500 stron. Miałam jednak wielokrotnie wrażenie znużenia i rozwlekłości, która nie przekładała się na sens tak długiego pisania. Teoretycznie ma to być reportaż literacki, ale wrażenie, że Åsne Seierstad straciła całą literacką parę przy pisaniu „Księgarza z Kabulu” nie opuszcza mnie do ostatniej strony. W tamtej książce była tajemnica, dociekliwość, młodzieńcza ciekawość. Ten koktajl emocji wybrzmiał w całości. Nie opuścił jej przy Breiviku. „Dwie siostry” robią wrażenie suchego pisarskiego projektu. To od początku rzecz wrzucona w ramy rozsądnej i rzeczowej pracy. Co pozbawiło ją wewnętrznego nerwu. Ciekawa jestem, czy podzielicie moje wrażenie, że autorka musiała sama się nudzić opisując tę historię? Ja się nudziłam.

       

      A przecież czytanie o dwóch Norweżkach somalijskiego pochodzenia, które przeżywają zwyczajne życie nastolatek, imprezują, biegają po galeriach, podkochują się w kolegach i nagle stają się orędowniczkami szariatu, zakrywają twarze, uczą się arabskiego i myślą o ucieczce do Syrii i przyłączeniu się do Państwa Islamskiego jest niemal gotowcem na thriller.

       

      Rzecz w tym, że Åsne Seierstad nie potrafiła z historii sióstr wydobyć esencji, która tak chwyta za gardła w przypadku Breivika. Brakuje też Seierstad pomysłu na udźwignięcie w jednej książce historii dwóch sióstr z niewielkiej miejscowości w Akershus, zarysu historii Państwa Islamskiego i pokazania tła społeczno-obyczajowego współczesnej Norwegii. O tej ostatniej praktycznie nic się nie dowiadujemy. Więc to bardziej książka dla czytelnika norweskiego, który lokalnie dopowie sobie to, czego nam brakuje. Historia Państwa Islamskiego rozkłada się tutaj nierównomiernie i raczej ma charakter mglistej powłoki narzuconej na tekst Seierstad.

       

      To zdecydowanie jej najsłabsza rzecz z trójki wspomnianych, które dość nierówno się rozkładają w portfolio Norweżki, co też trochę zdradza, że nie ma ona tak rozpoznawalnego i wyrobionego stylu jak w przypadku wielkiego Kapuścińskiego, do którego najbliżej jej w „Księgarzu z Kabulu”. Co więcej w „Dwóch siostrach” bardzo daje o sobie znać nacisk, żeby nikogo nie urazić co wygładza książkę do poziomu znanego z relacji dyplomatycznych. Gdybym szukała wśród reportażystów ambasadora poprawności politycznej Åsne Seierstad zdobyłaby „Dwoma siostrami” palmę pierwszeństwa.

       

      A taka nagroda odbiera reportażyście nie tylko charyzmę, ale po prostu wiarygodność. Nie przekonuje mnie Åsne Seierstad ani w całości, ani w szczególe. Weźmy użycie w tekście fragmentów z Messengera i esemesów. Chciałabym, żeby u autorki jej rangi naturalizacja tekstu miała swoje przesłanki i odpowiedni zakres. Chciałabym, żeby docenieni autorzy nie opuszczali się i nie publikowali tekstów tak słabo przemyślanych i niepotrzebnie rozbuchanych.

       

      Chciałabym, żeby ta książka była zwyczajnie w świecie lepiej zredagowana i bardziej zadziornie napisana. Żeby nie działo się tak, że peany uderzają w autorkę w ramach pokłosia poprzednich sukcesów. Temat dwóch sióstr został zmarnowany. A chodzi przecież o rodzinę z imigranckimi korzeniami, do tego somalijską, a to jest ta grupa, która najmocniej zakorzeniła się w Norwegii i mogłaby dać wyraziste tło historii sióstr. Czy Seierstad nie umiała wczuć się w tę społeczność? Starsza Ayan miała ambicje polityczne, chciała zostać dyplomatą i pracować w ONZ, walczyć z niesprawiedliwością i ubóstwem. Inteligentna i zaangażowana i dodajmy bardzo oczytana. Kto w jej wieku z takim zaparciem czyta Knuta Hamsuna, Ibsena? Mogła zostać pierwszą osobą z wyższym wykształceniem w rodzinie. Czego bała się Seierstad i czego nie napisała? Co sprawia, że w „Dwóch siostrach” tak niewiele jej się udało? Braki w tej książce układają się w ciekawszą rzecz od lektury samych „Dwóch sióstr

       

      Tym razem Åsne Seierstad nie odrobiła porządnie lekcji. Podsuwa nam pewne odpowiedzi, ale zabrakło jej czasu i pomysłu, żeby się rzetelnie nad tym tematem pochylić. Wyszła książka miejscami powierzchowna. Na pewno gruba. Nieuporządkowana. Po prostu taka sobie. Już w „Księgarzu z Kabulu” Åsne Seierstad pokazała, że potrafi nałożyć burkę, pojechać do Kabulu, zamieszkać w afgańskiej rodzinie i opisać świat islamu. Ale z punktu widzenia kobiety Zachodu. Wciąż nią jest. I o ile Breivika rozgryzła, to świat mniejszości w jej własnym kraju nadal jest dla niej obcy i niezrozumiały. I nie zbliżyła się do niego nawet na odległość łokcia.

       

      Dwie siostry”, Åsne Seierstad, W.A.B., Warszawa 2018. Przełożyła: Iwona Zimnicka. Tytuł oryginału: To søstre (2016). Redakcja: Zofia Sawicka. Konsultacja arabistyczna: Hanna Jankowska. Korekta: Karolina Wąsowska, Beata Wójcik. ISBN 978-83-280-5317-5. Stron: 509.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję: W.A.B.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Dwie siostry - Åsne Seierstad”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 maja 2018 14:25
  • środa, 21 marca 2018
    • Czarownica - Camilla Läckberg

      Ludzie, którzy otarli się o śmierć potrafią żyć. Mój wujek miał wylew. Trafił do szpitala w Krakowie. Odwiedziłam go. Wyglądało na to, że szczęśliwie wyjdzie z tego bez szwanku. Rozkładałam na stoliku gazety, książki, coś paplałam, gdy nagle poprosił, żebym usiadła. Ale nie na stołeczku przy łóżku. Przeciągnął dłonią po pomarszczonej pościeli patrząc tak znacząco, że przesiadłam się na łóżko. Krótki pobyt w szpitalu strasznie go zmienił. Ale on uśmiechnął się uroczo, szeroko, całym sobą. I powiedział mi wówczas, że gdy odzyskał przytomność i dotarło do niego co się stało, zrozumiał co tak naprawdę jest najważniejsze w życiu. I opowiedział mi o tym.

       

      Czarownica_Camilla_Lackberg

       

       

      Niedawno w pracy zgadaliśmy się z kolegą, że oboje piszemy. I że wiersze. – „Daj mi cztery słowa”, i mówi, że coś napisze. Tak jak ten poeta w „Przed wschodem słońca”. Daliśmy mu. Ale raczej popalić. Łosiu, iluminacja, aproksymacja i ambiwalentny. Czy da się z takiego składu wymyślić coś niebanalnego, nie śmiesznego i dobrego? Naciągnął pod szyję polar, kaptur na głowę, pochylił głęboko. Zniknął na chwilę. A potem jakby ktoś odpalił lampkę na naszym desku. Naprawdę zobaczyłam go w innym świetle. Dlaczego ludzie potrzebują pisać, żeby pokazać siebie? Żeby powiedzieć inaczej. Więcej. Wiedziałam, że pisanie uwalnia. Jeśli coś dobrego siedzi w człowieku, to niezależnie od warstw szorstkości jakimi odgradza się od ludzi – to wyjdzie.

       

      Czytałam w tym czasie „Czarownicę” . „Ciepły” pomyślałam, ale czy to komplement dla kryminału? Zastanawiałam się nad fenomenem tej książki. Zbrodnia ledwie muśnięta. Więcej tu życia niż śmierci. Wręcz bym powiedziała, że to powieść obyczajowa z przestępstwem w tle. Wczoraj klientka kupiła sobie „Czarownicę” do pociągu. Śmiejąc się mówi, że szukała czegoś lekkiego, żeby jej podróż szybciej minęła. Chociaż mam wrażenie, że mimo, że czas przy tej powieści jakby szybciej płynie, to Läckberg nie jest magikiem napięcia. Dlaczego więc ma tylu czytelników? I wtedy pomyślałam, że chodzi o życie. O coś uroczego w jej książce. Powiedziałabym, że bezpretensjonalność. Prostotę i jakąś swobodę przez którą widać, że ona pisze szczerze. Wręcz powiedziałabym, że z siebie.

       

      A żyje przecież w szorstkim świecie. W świecie powierzchowności, całego tego przesytu plotek, pompy i szaleństwa. W świecie billboardów, wielkich nagłówków w popołudniówkach, krzykliwych zdjęć, budzących kontrowersje wypowiedzi. W książce przemyca bardzo dużo swojego życia. Widać, że to co dzieje się wokół niej mocno przeżywa. Że siedzą w niej nieprzyjemne komentarze, przejawy braku akceptacji dla jej decyzji. Że nosi w sobie niektóre żale. Są w „Czarownicy” echa wielu mniejszych i większych burz, które sama wywoływała własną szczerością. Są tu też ślady ważnych dla niej ludzi i spraw. Starsza, 92 - letnia pani oglądająca walkę Gustafssona i Cormiera w MMA, których zawodnikiem jest przecież Simon. Są tu przygotowania do ślubu, który Läckberg wzięła w okolicach pisania powieści. Ciąża, w której wówczas była. Ale znajdzie się też komentarz do wychowywania dzieci, mocno dano jej popalić po tym, jak napisała, że dzieci pomagają jej w opiece nad małą Pollą. Nie zabraknie wtrętu o związku z młodszym mężczyzną, czego też jej wiele Szwedek nie może wybaczyć. Wreszcie w prezencie ślubnym ktoś w książce dostanie lekcję tańca z Cissi Ehrling Danermark, szwedzką tancerką, która podobnie do Läckberg brała udział w „Tańcu z gwiazdami”. Jej powieść to ukłon pod adresem jej życia. I chociaż nie każdy zna szwedzki i może być na bieżąco z wszystkim co się wokół niej dzieje, to właśnie fakt, że pisze z życia nadaje tej powieści zwyczajności, która jak mi się wydaje tak bardzo przyciąga jej czytelników.

       

      Nie czytałam do tej pory nic innego Läckberg a po „Czarownicę” sięgnęłam dla historii. W trakcie pisania powieści wrzucała mnóstwo zajawek na Instagramie i blogu. Wszystko świadczyło, że pisze kryminał osadzony też mocno w przeszłości. Ta miała sięgać XVII wieku. Bohuslän przechodziło z rąk do rąk, miało duński akapit w swojej przeszłości. A ja studiowałam historię Szwecji, więc o ziemiach, które Szwedzi tracili, zdawkowo coś tam wspominaliśmy. Dodatkowo z tych pisarskich plotek wynikało, że opowie o procesach czarownic. Intrygujące połączenie okazało się w efekcie wprawdzie jedynie wtrętem, doklejonym raczej do całości niż stanowiącym jej integralną część. Zaledwie kilka ciekawostek, jak ta o „stora sillperioden”, okresie śledzia, kiedy to wielkie ławice śledzi atlantyckich podpływały blisko zachodnich wybrzeży Szwecji czy historia Malin Ruths oskarżonej w 1672 o czary, okrutnie torturowanej a potem skazanej na śmierć. Widać, że Läckberg nie szukała zbyt głębokiego formalnego powiązania pomiędzy współczesnymi i historycznymi wątkami. Jej chodziło o życie. O pokazanie jego sensu i bezsensu, który się w nie czasem wkrada.

       

      Znam bardzo dobrze Läckberg publiczną. Czytałam jej blog i śledzę wpisy instagramowe. Oglądam filmiki, które czasem wrzuca. Są na nich znajomi, których Läckberg pokazuje tuż zanim zasiądzie z nimi do stołu. Ktoś klaszcze w dłonie zaraz po tym, jak ktoś inny opowiedział coś zabawnego. Mała Polly umazana jedzeniem. Simon z kuponami BingoLotto prawie w szpagacie przed telewizorem. Läckberg z tłuszczykiem na brzuszku tuż po ciąży. Zaczytany syn, który nawet nie wie, że zrobiła mu zdjęcie. Kubek z parującą kawą. Porozrzucane pledy na sofach. Läckberg bez makijażu zaskoczona przez syna, który z babcią przyszedł pozdrowić pracującą w kawiarni nad powieścią mamę. Jest tu zwyczajne życie.

       

      Zabrałam ze sobą wiersz Dominika i przypięłam na tablicy korkowej. Wchodząc i wychodząc z domu codziennie go mijam i nie potrafię przejść bez przeczytania jeszcze raz. I gdy czytałam po raz kolejny nagle wszystko ułożyło mi się w jedną całość. Nagle wszystko zrozumiałam. To, co powiedział mi wtedy wujek, to co zobaczyłam, gdy przeczytałam wiersz kolegi i co wyczytałam z „Czarownicy”. Gdy słucha się Läckberg można wyczuć w jej głosie pewnego rodzaju szorstkość, która znika, gdy czyta się jej powieść. Pod warstwami fraz i akapitów siedzi mała dziewczynka, tak bardzo przypominającą Annę Scott z „Notting Hill”, która przychodzi do księgarni Williama, żeby mu powiedzieć, że teraz stoi przed nim zwyczajna dziewczyna. Która czasami się boi. Bo my się wszyscy boimy. Wielkich słów. Wielkich deklaracji. Boimy się szczerości. Tego, co czujemy. Wyśmiania. Ze strachu nie dostajemy zawsze w życiu tego, na czym nam najbardziej zależy.

       

      W „Czarownicy” toczy się taka walka. Przegrywają ją tchórze. Wszyscy ci, którzy nie mieli odwagi zawalczyć o swoje wybory. Uciekający przed uczuciami w chłodne kalkulacje. Alkohol. Zbrodnię. W jednej prostej kryminalnej powieści Läckberg zmieściła odpowiedź na fundamentalne pytanie. Ile warto zaryzykować dla prawdziwej miłości? I daje totalną odpowiedź, że wszystko.

       

      Po rozmowie z wujkiem wróciłam do domu. Potem zadzwonił telefon. Potem głos w telefonie powiedział, że wujek zmarł. Byłam ostatnia osobą, która z nim rozmawiała. Chodzi o bliskość. Ale o taką, w której jest poczucie bezpieczeństwa, akceptacji, spełnienia. O bliskość z kimś kochanym. Powiedział mi, że najważniejsze to nie bać się jej okazywać.

       

      Recenzja: Czarownica, Camilla Läckberg, Czarna Owca, Warszawa 2017. Przełożyła: Inga Sawicka. Wydanie II. Tytuł oryginał: Häxan (2016). Redakcja: Grażyna Mastelarz. Projekt okładki: Panczakiewicz Art.Design. Korekta: Jolanta Kucharska. Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska. ISBN 978-83-8015-817-7. Stron: 591.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Czarownica - Camilla Läckberg”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 21 marca 2018 12:32
  • sobota, 17 lutego 2018
    • Ameryka po nordycku. W poszukiwaniu lepszego życia - Anu Partanen

      Wśród argumentów, dlaczego w Polsce nigdy nie będzie tak dobrze jak w krajach nordyckich na ogół powtarza się: lata niszczących zależności politycznych, komunizm, niekorzystne położenie na mapie świata, dziedziczona bieda, brak naturalnych złóż, druga wojna światowa. Niektórzy wrzucają do tego wora jeszcze potop szwedzki - okres, po którym Polska już nigdy nie wróciła do wcześniejszej świetności ograbiona na skalę, której nie przebili nawet Niemcy w czasie okupacji. Trudno dyskutować z faktem, że nie mamy norweskiej ropy, szwedzkich złóż żelaza i intratnych kontraktów, na których Szwedzi dorobili się w czasie obu wojen światowych. Trudno nie zaprzeczyć, że Duńczycy płacą wysokie podatki. Tak długo powtarzano nam te argumenty, że niejedna osoba w nie uwierzyła. Tylko, że wszystkie te argumenty diabli biorą w konfrontacji z Finlandią.

       

      Ameryka_po_nordycku_w_poszukiwaniu_lepszego_zycia_anu_partanen

       

      Oto mamy kraj, który do początków XX wieku był rządzony na przemian przez Szwedów i Rosjan. Przez tych ostatnich okrutnie okrojony. Spadkiem po tym okresie jest szwedzki, który wciąż jest drugim urzędowym językiem Finów, którzy niepodległość wywalczyli sobie zaledwie rok wcześniej od Polski. Jedna piąta ludności zaangażowała się w walkę z Sowietami, zginęło w niej 93 tys. osób z 3, 7 mln, a liczba tych którzy zaangażowali się w walkę z komunizmem porównywalna jest do ofiar Amerykanów w wojnie w Korei i Wietnamie. Finowie mają na koncie bratobójczą wojnę i lata potężnej biedy. A jednak dzisiaj to liderzy wszelkich rankingów. Skoro im się udało, to dlaczego nie Polsce?

       

      Wydaje mi się, że Polska lubi jednorazowe, efekciarskie akcje. Lubi zrywy narodowe i wszelkiego rodzaju wojenki. Po prostu lubimy być w stanie wrzenia i nieustannego zatargu. Może brakuje nam tego, co przerobili Finowie: otwartej, bratobójczej wojny, żeby ten bieg ku przepaści zakończyć?

       

      Książka Finki Anu PartanenAmeryka po nordycku. W poszukiwaniu lepszego życia” jest jak wielki esej – dyskusja ze sceptykami. Ubiera go Partanen w przyzwoitą publicystyczną frazę. Efekt jest uderzający. Miażdżące fakty, mądrze przeanalizowane analogie, porównania, którym nie sposób zaprzeczyć. Wreszcie ciążka praca redaktorska, która tutaj funduje nam rzecz do czytania na wiele sposobów. To może być gotowiec dla społeczników, ściąga dla polityków, materiał, który może służyć dyskusjom. Wreszcie po prostu bardzo dobrze napisana rzecz o państwie opiekuńczym w stylu nordyckim i wolnorynkowej Ameryce.

       

      „Chcecie amerykańskiego snu, jedźcie do Finlandii” – tak w 2012 powie przywódca brytyjskich laburzystów Ed Miliband. Ale to nie wtedy oczy całego świata zwrócą się w stronę małego kraju na północy Europy. Symptomy fińskiego fenomenu zaczęły do nas docierać już wcześniej. Chociaż gdy w 2000 fińscy piętnastolatkowie zdeklasowali pozostałych uczniów w testach PISA porównujących umiejętności w zakresie czytania, matematyki i nauk ścisłych można było sądzić, że to fart lub przypadek. Po ponad dekadzie prowadzenia w wynikach tych testów nikt już nie śmiał kwestionować fińskiego cudu. Tak dawał o sobie znać naród, któremu w osiągnięciu sukcesu nie przeszkadzała przeszłość, położenie geograficzne, bieda i brak złóż naturalnych. Anu Partanen już od początku, od pierwszych stron buduje napięcie, pokazując, że cuda to robota dla bogów, bo organizowanie życia społeczeństwa, to po prostu długa, żmudna i konsekwentna praca rozłożona na pokolenia. Jak ją rozplanować i których błędów unikać dobrze pokazują argumenty wynikające z porównania polityk państw nordyckich i szalejącego kapitalizmu w wersji amerykańskiej.

       

      Te same argumenty w kółko powtarzają sceptycy, podkreślając, dlaczego u nas nie może być tak dobrze jak u północnych sąsiadów. A zatem w osiągnięciu nordyckiej jakości życia przeszkadza nam jednak coś innego niż brak norweskiej ropy, szwedzkich rud żelaza i zysków, jakie przyniosły im obie wojny światowe. I to nie wysokie duńskie podatki są gwarantem skandynawskiego luksusu. Wprawdzie nawet kłamstwo powtarzane w kółko nie stanie się prawdą, ale sporo osób w nie uwierzy. Tak jak my, Polacy, że Polska nigdy nie będzie szczęśliwą skandynawską oazą. Książka Partanen rozprawia się z tego typu mitami. Jej osią jest podważenie tezy, że kraje skandynawskie to utopijne wizje państw opiekuńczych, które duszą wysokie podatki, migracja zasiłkowa i lenistwo wygodnego społeczeństwa. Mając za sobą doświadczenie związane z przeprowadzką z Finlandii do USA udowadnia Partanen, że amerykański sen zamienił się w koszmar. Jej książka w śmiały, obrazoburczy i wyjątkowo merytoryczny sposób - punkt po punkcie - zbija argumenty niedowiarków pokazując, że to właśnie prospołeczna nordycka polityka jest gwarantem godnego życia. Że nieprawdą są wysokie koszty takiej polityki ponoszone przez społeczeństwo. Wreszcie dla nas Polaków, to wyjątkowo ciekawa lekcja. Możemy sobie tłumaczyć na różne sposoby sukces nordycki, ale jak wytłumaczyć, że kraj o tak porównywalnej z naszą przeszłości, sytuacji, dzisiaj jest liderem innowacyjności, zwycięzcą w rankingach na najlepsze miejsce do życia, pionierem najlepszych rozwiązań oświatowych?

       

      Anu Partanen wyjechała do Stanów za partnerem. Ślub z nim i konieczność zaczynania wszystkiego od nowa w innym kraju stało się w jej przypadku przyspieszonym kursem survivalowym. Z perspektywy Finki żyjącej w państwie zorganizowanym dla wspierania mieszkańców w codzienności, amerykańska rzeczywistość to codzienny koszmar. Partanen napisała, że z żyjącej wygodnie przedstawicielki klasy średniej, po przyjeździe do Stanów stała nie znerwicowanym, zdesperowanym wrakiem, którego treścią życia jest nieustanna walka. Przyznaję, że czytając jej słowa, zastanawiałam się nad polskim piekłem i trudem życia w naszym kraju, który przecież od dawna jest na kursie, który kiedyś obrała Ameryka, i który dzisiaj dusi jej i nasze społeczeństwo.

       

      Partanen buduje swoją książkę w dobry sposób. Zakłada, że po drugiej stronie ma przeciwnika z góry uprzedzonego, ze stereotypowymi przekonaniem na temat idei państwa opiekuńczego i fenomenu krajów nordyckich. Zakłada też, że musi się zmierzyć z taką postawą uderzając mocno, a więc twardymi faktami. Przygotowana jest przednio. Dzieli książkę na części, z których każda jest rozprawą z jednym z wielkich mitów na temat życia i sukcesu państw nordyckich. Wybiera te z pozoru najtrudniejsze do obalenia i stawia naprzeciw siebie dane, liczby i historię, która mówi sama za siebie. Wybiera tematy najlepiej definiujące, to co kojarzymy z dobrym życiem: praca, stosunek do rodziny, sytuacja bezrobotnych, pomoc społeczna, opieka nad osobami dorosłymi, wsparcie dla przedsiębiorców, opieka zdrowotna.

       

      Gdy kilka lat temu Lars Trägårdh i historyk Henrik Berggren sformułowali „szwedzką teorię miłości”, nie sądzili jak bardzo zostanie ona wypaczona w filmie Gandiniego. Postawili oni tezę, że „autentyczna miłość i przyjaźń są możliwe tylko pomiędzy jednostkami niezależnymi i równymi”. Tam, gdzie pojawia się element zależności, w grę wchodzi też nieszczerość i poczucie zobowiązania. Świetnie pokazuje to reklama ING, w której Agata Kulesza tłumaczy synkowi, dlaczego sytuacja tatusia, który siedzi w kieszeni babci jest tak trudna. Jeśli więc kobieta jest niepracującą żoną, która musi tłumaczyć się z każdego wydatku mężowi, student mieszka z rodzicami, małżeństwo spłaca kredyt mieszkaniowy dzięki wsparciu teściów, młodzi rodzice muszą korzystać w opiece nad dziećmi z pomocy dziadków – to pojawia się rodzaj zależności, w którą wpisana jest konieczność tolerowania rzeczy, zachowań, czasem trudnych do zaakceptowania. Zlikwidowanie tego typu zależności stało się podstawą nordyckiej polityki prospołecznej, która dąży do takiego organizowania życia, żeby już na starcie przestało ono być biegiem przez przeszkody.

       

      Anu Partanen pokazuje konsekwencję, z jaką w krajach nordyckich rządy wzięły na siebie rolę organizatora ułatwiającego ludziom życie. Odwołuje się do teorii Trägårdha i Berggrena przypominając nieustannie i punktując głęboki sens ich myślenia o idei równości wolności. Gdy w Finlandii dla przykładu rodzi się dziecko, rodzice otrzymują od państwa do wyboru: wyprawkę lub jej pieniężny ekwiwalent. To podstawowy zestaw ubranek i rzeczy pierwszej potrzeby. Wszystko to, co na starcie w rodzicielstwie jest niezbędne. Rodzice zamiast martwić się o koszty łóżeczka dla dziecka dostają je w prezencie od rządu. W przeciwieństwie do krajów takich jak USA czy Polska, w których rodziny w takiej sytuacji pozostawione są same sobie, częstym elementem takiego wsparcia jest urządzanie baby shower czy przekazywanie sobie z pokolenia na pokolenie ubranek i zabawek. I w takich państwach, to jak będzie wyglądał start niemowlaka w życie, zależy od zamożności krewnych i znajomych rodziców. Zmienienie tego trendu, który stygmatyzuje najbiedniejszych stało się podstawą nordyckiej polityki prospołecznej. Niemal każdy jej aspekt polega na wyrównywaniu szans. Nie na papierze lub w deklaracjach, ale właśnie w takich „drobnych” gestach.

       

      Bez babci ani rusz – tak można by określić politykę prorodzinną w Polsce. W krajach nordyckich priorytetem stało się zbudowanie tylu przedszkoli i żłobków i tak wygodnie zlokalizowanych, żeby każde dziecko znalazło w nich miejsce. Problem opieki nad dzieckiem rozwiązuje się samoczynnie, do tego koszty z tym związane są niewielkie i do poniesienia przez każdego. Standardem jest też, że placówki tego typu prowadzą działalność na takim samym poziomie bez względu na to, czy dziecko mieszka w dużym mieście, czy w wiosce za kołem podbiegunowym.

       

      Największymi właścicielami nieruchomości w Europie (no może oprócz Kościoła katolickiego) są rządy krajów skandynawskich, które budują mieszkania z niskimi czynszami. W Szwecji ustawia się w kolejce i po odstaniu swojego każdy otrzymuje klucze do własnego M2. Nikt tam nie musi zaciągać kredytów na całe życie. A osiemnaście lat to często naprawdę start w dorosłe życie, już nie tylko na papierze, ale po prostu na własnym.

       

      Tym, co najbardziej uderzyło Partanen po przeprowadzce do USA to drapieżny i bezwzględny rynek pracy rządzony przez wszechmocnych pracodawców. Zmuszona do szybkiego zaadaptowania się w tak odmiennych od fińskich warunkach, zrozumiała, co oznacza przywilej mieszkania w kraju, który za cel postawił sobie zapewnienie wszystkim równego startu w życiu.

       

      Szczęśliwi ludzie lepiej pracują, tak uważają pracodawcy w krajach nordyckich, którzy unikają nadgodzin, pilnują, żeby pracownicy wykorzystywali przysługujące im urlopy. Bo wypoczęty człowiek to bardziej efektywny pracownik. Pracodawcy wychodzą z założenia, że w dłuższej perspektywie bardziej opłaca się inwestować w wolny czas pracowników, co wpływa pozytywnie na ich zdrowie, kondycję, wreszcie zaangażowanie w miejscu pracy. Wreszcie wolny czas, to przecież czas, który można spędzić z rodziną, a to jak układają się relacje w życiu osobistym przekłada się przecież na zadowolenie w pracy. Jeszcze rok temu pracowałam w polskiej filii szwedzkiego banku. Jego pracownicy mieli prawo do pięciu dziesięciominutowych przerw na kawę oraz do godzinnego lunchu. Oczywiście był to czas wliczony w godziny pracy i nikt nie musiał dłużej w niej zostawać. Gdy pewnego dnia firma zapytała, co pracownicy chcielibyśmy w niej zmienić, odpowiedzieli, że chcieliby mieć osiem dziesięciominutowych przerw na kawę. W Szwecji. Bo w polskim oddziale panowały polskie warunki, czyli piętnastominutowa przerwa na obiad i to wszystko. Partanen w takim miejscu pokazuje pewnego rodzaju zacietrzewienie społeczeństw nordyckich, które nie pozwalały się traktować poniżej pewnej godności i tak długo walczyły o lepsze warunki życia aż je osiągnęły. Nic nie przebije siły nordyckich związków zawodowych, praw pracowniczych i ogólnego trendu, żeby te warunki jeszcze polepszać. Pisałam już o coraz powszechniejszych planach wprowadzania sześciogodzinnego dnia pracy. Jest to więc trend, którym ku lepszemu idą społeczeństwa nordyckie, a Partanen wylicza koszty takiego kursu, które jak widać, są dużo mniejsze od kosztów przeciętnego Amerykanina. Można je też przyłożyć do sytuacji Polaka a takie porównanie naprawdę może niejednemu odebrać chęć życia. Specjalnie nie będę tutaj przywoływać liczb, wysokości podatków, kosztów np. opieki zdrowotnej, składek pracowniczych. Sami sięgnijcie po tę książkę, żeby się zdumieć, jak błędnie sądzimy, że nie stać nas na państwo opiekuńcze.

       

      A w konsekwencji po porostu na dobre i wygodne życie. Partanen ułatwia zrozumienie tego. Pokazuje jak wysiłek włożony w zabezpieczenie ludziom bytu na wysokim poziomie przekłada się na ich poczucie bezpieczeństwa, w konsekwencji większą skłonność do ryzyka, rozwijania własnych zainteresowań i życia z pasją. Co idzie w parze z rozwojem przedsiębiorczości. To właśnie kraje skandynawskie są liderami innowacyjności, to właśnie na Północy najłatwiej i najszybciej jest założyć firmę i jak pokazuje Partanen korzystają z tego wszyscy: firmy, którym łatwiej prowadzić swoją działalność, pracownicy, uwolnieni od zależności od pracodawcy i państwo, w którym kwitnie przedsiębiorczość przynosząca napływające potem do budżetu podatki, które służą wszystkim. „W Finlandii” – pisze Partanen – „mamy silną, prostolinijną kulturę pracy, z ambicjami i parciem ku jakości”. Jej słowa można odnieść do wszystkich państw nordyckich. A efekty takiego myślenia? Rovio i Angry Birds, IKEA i H&M, Spotify i Skype, Volvo, Ericsson, Tetra Pak, Lego, Carlsberg, Maersk, Nokia, Supercell, Mojang – wydawca Minecraft (odkupionego przez Microsoft w 2014), Acne Studios, Marimekko, Linux, bazy danych MySQL. I wiele, wiele innych, rozpoznawalnych na całym świecie marek. Polityka prospołeczna, co udało się udowodnić Partanen jest jak perpetuum mobile; zasila się pochodnymi rozwiązań, które uwalniają ludzi od strachu o przyszłość, od życia na kredycie, od zależności od pomocy rodziny. Wreszcie od dziedziczonej biedy.

       

      Jak zauważyła Partanen, w krajach takich jak USA start w życiu jest bezpośrednią konsekwencją dobrego urodzenia. Państwa, które stawiają na taką politykę, muszą w końcu polec pod naporem jej obciążeń. Mamy wybór i musimy podjąć współcześnie decyzję, czy stawiamy na działania dające wszystkim szansę na rozwój, czy tworzymy kastowe społeczeństwa, w których garstka ludzi żyje kosztem milionów? Markę, którą nazywamy państwem opiekuńczym tworzy, jak podkreśla Partanen: „dbanie o to, aby rodziny składały się z silnych i niezależnych jednostek, funkcjonujących dobrze jako zespół, aby pracownicy byli zdrowi, dobrze wykształceni, a przy tym nie zanadto uzależnieni od pracodawców, aby infrastruktura była najwyższej klasy, instytucje transparentne, system sprawiedliwości działał w interesie publicznym, korupcja pozostawała na niskim poziomie, technologia była powszechnie dostępna, handel wolny, a przepisy rozsądne”.

       

      Przeczytajcie „Amerykę po nordycku. W poszukiwaniu lepszego życia”, żeby zrozumieć, jak bardzo jesteśmy oszukiwani przez polityków, którzy wmawiają nam, że nie stać nas na szczęśliwe, bezpieczne i wygodne życie. Przeczytajcie tę książkę, żeby zrozumieć jakie koszty ponosimy odbierając sobie prawo do godności. Przeczytajcie ją, żeby podjąć decyzję, gdzie warto żyć. I żeby na czas albo spakować walizki i wyemigrować na Północ, albo wyegzekwować od naszych polityków zmianę kursu na państwo opiekuńcze w modelu nordyckim.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Ameryka po nordycku. W poszukiwaniu lepszego życia - Anu Partanen”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      sobota, 17 lutego 2018 17:43

Kalendarz

Sierpień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014