Recenzentka

Wpisy otagowane „2014”

  • sobota, 20 stycznia 2018
    • Światło, którego nie widać - Anthony Doerr

      Kilka rzeczy zaintrygowało mnie w „Świetle, którego nie widać”: Saint-Malo, miasto, którego umocnień nie złamali wikingowie, propaganda nazistowska mówiąca o rychłym zdobyciu Svalbardu i chłopcy o nordyckim wyglądzie. Do tego bardzo osobista dedykacja: „w dzieleniu Radości wielki sens! Aby niemożliwe stawało się Możliwe! Z miłością”. A na końcu Pulitzer w 2015. I jeszcze wyjątkowo dobrze napisane polecenie okładkowe, które kończy zapowiedź, że jeden z bohaterów powieści „rozwiąże także zagadkę z czasów dzieciństwa i przeżyje najważniejsze chwile swojego życia”.

       

      Swiatlo_ktorego_nie_widac_anthony_doerr

       

       

      Anthony Doerr pisał tę powieść dziesięć lat. To czuć. Nie poddająca się żadnym potknięciom, płynąca swobodnym nurtem fraza. Jednolita, zwarta. Nigdzie nie ulega emocjom, nigdzie nie daje się zwieść błędnym instynktom. Po prostu płynie z opowieścią. Od punktu do punktu. Gdybym jednak miała to przymierzyć do zainteresowania, do napięcia, które trzyma człowieka przy książce do jej końca, to takie pisanie uderza w inne struny. Jeśli nurt jest równy, nie zmieniają go żadne narracyjne burze, to uwaga zaczyna się inaczej koncentrować na historii. Już nie jej dynamika, ale wewnętrzny układ zaczyna intrygować. Nie to, co rozkłada wydarzeniami opowieść na czynniki pierwsze, ale delikatniejsze wahnięcia w postaciach, ich emocjonalna topografia. Pytanie, czy dźwigając powieść na tak trudnej konstrukcji, Doerr odnosi sukces?

       

      Nagrody i to rangi Pulitzera mają być podpowiedzią, że tak. Ja nie jestem do końca przekonana. Wystudzona narracja pozostawiała mnie w chłodnym oczekiwaniu na piękną opowieść. Doerr niby układa dobrze puzzle. Drapuje obrazy, ale w sztuce opowiadania jest gdzieś pomiędzy dobrym opowiadaczem a mistrzem pokazywania. Gdy nakreśla sytuacje trochę robi to, jak technik układający narzędzia na stole, daje wskazówki niemal jak w instrukcji obsługi. Na prawo to, w lewo od czegoś stoi tamto i w tym stylu. Nie spotkałam się jeszcze z takim pisaniem, co oczywiście umiejscawia Doerra w ciekawym miejscu prób literackich. Rzecz w tym jednak, że nie wybrnął z oczekiwanym rezultatem ani w sztuce obrazowania, ani opowiadania.

       

      Mam też taką konkluzję, że i światem literatury zaczynają rządzić podobne reguły, co show-biznesem, gdzie agenci są w stanie wykreować gwiazdę z każdego. Chciałoby się oczekiwać, że nagrody literackie będą trzymać fason i staną się filarem, na którym da się oprzeć zaufanie czytelnika. Sięgając po coś nagrodzonego liczymy na zaoszczędzenie czasu na nietrafione decyzje. Ale i do branży książkowej docierają psujące ją wpływy. Dodatkowo mam wrażenie, że w świecie anglosaskim poziom oczekiwań wobec literatury się lekko mówiąc degeneruje. Za mało czasami trzeba tam dać z siebie, żeby rozbłysnąć w zachwycie krytyki. Odejście po 38 latach z „New York Timesa” Michiko Kakutani odbieram jako koniec pewnej wielkiej epoki. Jej „nieustraszone i autorytatywne” dziennikarstwo dawało nadzieję literaturze.

       

      Ale co z historią w „Świetle, którego nie widać”, która jeśli nie liczy na akcję, narracyjne twisty, powinna przecież mieć chociaż to coś? Tu też oklasków nie będzie. Mamy małego Wernera Pfenniga, Niemca wychowywanego w domu dziecka i Marie-Laure, Francuzkę, która jako kilkulatka traci wzrok. Równolegle toczą się ich losy a my oczywiście nieustannie się zastanawiamy kiedy i jak ich historie się połączą. Oczekiwanie narasta, bo Doerr zostawia pewne tropy, że takie spotkanie stanie się możliwe. Choćby ten, że Werner zna świetnie francuski. Oboje dorastają. W ich życie wkracza wielka historia, która zostawia wokół nich coraz gęstsze ślady. Na poziomie rozkładu książki na czynniki pierwsze widać jak zmagał się z nią pisarz, który chciał napisać wielką powieść, ale nie zdecydował się w pełni o czym. Anthony Doerr nie jest alchemikiem duszy, to co ludzkie jest mu nieco obce. Pisanie o zmaganiach sumienia nie jest jego mocną stroną, a książka potrzebuje chociaż jednego mocnego atutu, żeby się wybronić. Więc, gdzie go szukać?

       

      Atutem powieści i myślę, że też tym, co wpłynęło na przyznanie jej Pulitzera jest pewien wysiłek, żeby nadać jej intelektualny sznyt. Doerr wplata fakty, informacje, które sprawiają, że to już nie tylko opowieść o losach dwóch anonimowych osobach, ale też powieść, z której można się czegoś nauczyć. Czytamy o zasadach mechaniki Heinricha Hertza, słynnych szkołach Heissmeyera, o Narodowo-Politycznym Zakładzie Wychowawczym przygotowującym m.in. kadry Wermachtu, o Berlinie – „stolicy nauki, siedzibie Führera, mieście, gdzie pracowali Einstein, Staudinger, Bayer. Gdzieś na tych ulicach wynaleziono plastik, odkryto promieniowanie rentgenowskie, sformułowano teorię dryfu kontynentów”. Co więcej to powieść antywojenna, dobrze wpisująca się w burzę współczesnych dyskusji, nieustającego zagrożenia terrorystycznego, udająca się w te obszary zadumy nad nią, na które można sobie pozwalać dopiero teraz – kilka pokoleń po jej dramatycznych wydarzeniach. Druga wojna światowa, staje się tutaj metaforą wojny. Czegoś co zmienia nieodwracalnie tkankę świata, relacji ludzkich. Czegoś co dzieli. Czasu, gdy nie ma miejsca na zastanawianie się nad godnością. Ale też czasu na wielkie kariery, szybkie awanse, osobiste i gospodarcze w skali państw.

       

      Wojna jak pokazuje historia w „Świetle, którego nie widać” daje szansę. Skorzysta z niej niejednej z bohaterów tej powieści. Dla jednych stanie się w ogóle jedyną nadzieją na lepsze życie. Anthony Doerr próbuje usprawiedliwiać Niemców, a takie próby nie przechodzą bez krytyki w krajach tak dotkliwie dotkniętych okupacją jak Polska. Nie przekonuje mnie kreślenie obrazu nędzy w Niemczech lat trzydziestych, jako usprawiedliwienia dla masowego przyzwolenia na działania okupacyjne, usprawiedliwiania marszu na wschód, który tak dobrze robił w kraju, który niedawno jeszcze brodził w okrutnej biedzie. Próby przełożenia mechaniki wojny na jej dodatkowe skutki, w postaci awansu cywilizacyjnego. Jestem absolutną przeciwniczką retoryki w stylu odcinania historii Niemiec od nazizmu i mówienia o Niemcach i nazistach. Wierzę, że Hitler miał przeciwników. Rozdmuchiwanie pojedynczych historii, jakby to one były dźwignią tego co się działo w społeczeństwie niemieckim w czasie wojny, bardzo źle wpływa na jej rozumienie dzisiaj przez pokolenia, które nie mają już nawet żyjących dziadków – świadków wojny. Tego typu powieści są kroplami, które tworzą potem rzeki. Właśnie takimi drobnymi zabiegami wpływa się na zmianę postrzegania historii, w tym przypadku rozkładu sympatii i antypatii wobec ofiar i tyranów.

       

      Ta powieść wydaje mi się nieuczciwa. W tym sensie, że Doerr dokłada wielu starań, żeby przypodobać się czytelnikowi. Wprowadza elementy bardzo dobrze przyjęte wcześniej przez kino, które sprawiają, że obraz wojny u niego łagodnieje, wyciąga go z szarości. Historia Marie-Laure przypomina nieco historię Amelii, rozgrywa się w wyraźnie odczuwalnym lekko surrealistycznym duchu znanym z filmów Jean-Pierre Jeuneta. Ojciec dziewczynki buduje miniatury dzielnicy, w której oboje mieszkają, żeby nauczyć ją poruszania się po niej. Pokazuje córce jak odmierzając odległości, zapamiętując dźwięki, zapachy odnaleźć drogę nawet w najgorszych okolicznościach. Uroczy portret zakochanego w córce ojca, z nieustającą troską dbającego o jej bezpieczeństwo, roztopi niejedną osobę szukającą wytchnienia od ponurej rzeczywistości. Zakusy konspiracyjne w stylu „Allo Allo” to kolejny rozmiękczający dramaturgię chwyt. Opcja na popkulturę trafia tu na motyw ograny wcześniej przez Paulo Coelho w „Alchemiku”. Spoiwem, które nieco dramatyzuje tę letnią narrację jest drogocenny kamień, którego pośrednim „opiekunem” staje się ojciec Marie-Laure. Intryga zbudowana wokół diamentu nieustannie sprawiała, że myślałam o słynnym skarbie z „Alchemika”. I w tym sensie „Światło, którego nie widać” to właśnie „Alchemik” z wyższej półki.

       

      Egzemplarz, który czytam przeszedł przez wiele rąk. Zmęczony, o mocno naruszonej strukturze, świadczy, że niejedna osoba doczytała go do końca. To zawsze nadzieja na coś wciągającego i dobrego. Czytałam „Światło, którego nie widać” z nadzieją, która nie została jednak zaspokojona.

       

      Recenzja: „Światło, którego nie widać”, Anthony Doerr, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2015. Przełożył: Tomasz Wyżyński. Tytuł oryginału: All The Light We Cannot See (2014). Redakcja: Mirosław Grabowski. Korekta: Ewa Jastrun, Jolanta Ogonowska. Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska. Wydanie I. ISBN 978-83-8015-072-0. Stron: 636

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Światło, którego nie widać - Anthony Doerr”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      sobota, 20 stycznia 2018 11:26
  • czwartek, 16 listopada 2017
    • Spektrum - Leonidy - Duńska powieść fantasy dla nerdów

      Leonidy” Dunki Nanny Foss to powieść fantasy dla nerdów. Andrzej Sapkowski w „Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini” proponując typologię literatury fantasy wymienia odmianę, którą określa „Jednorożcem w ogrodzie”. W historiach mieszczących się w tej kategorii bohater powinien doświadczać niezwykłych wydarzeń w życiu codziennym. Takie rzeczy działy się w „Czarownicach z Eastwick” Johna Updike’a, w cyklu o Harrym Potterze J.K Rowling, w „Domie Wiedźmy ze Wzgórza” Mirosławy Sędzikowskiej i w „Leonidach” otwierających serię „Spektrum”.

       Leonidy_Spektrum_Nanna_Foss

       

      Jestem w stanie zrozumieć ciepłe przyjęcie „Leonidów”, bo to taka książka, która spodoba się i nastolatkom i ich rodzicom, którzy po fali zainteresowania „Zmierzchem” chyba jednak odetchną z ulgą. Połączenie mody na Skandynawię, duńskie tło, świat magii procentuje tu w lekkiej formie, która pomimo słabych miejsc będzie przyjaznym wejściem w świat literatury, na zasadach czytelnika, który wyrósł z serii o Harrym Potterze i nie dorósł jeszcze do dorosłego czytania.

       

      Nanna Foss to pisarka wyraźnie pod wpływem Rowling. Emi jest prześladowana przez kolegę ze szkoły. Trudno będzie jej uciec przed agresywnym chłopakiem, dla którego pastwienie się nad słabszymi jest treścią życia. Dziewczyna niezbyt dobrze czuje się we własnym domu, którego unika, najchętniej nocując u swoich przyjaciół. Podobnie do Rowling Foss jest dobrą obserwatorką rzeczywistości. Seria o Harrym ma wszyty w treść komentarz pod adresem surowych, rządzących się swoim prawem elitarnych szkół z internatem. W „Leonidach” równie dobrze odbija się rzeczywistość duńskiej szkoły, w której dominuje mobbing, przemocowe zachowania rówieśników, prześladowanie nadwrażliwców. Patrząc na historię literatury można dostrzec pewną tendencję. Kilka dekad temu próbowała ujarzmić zmory dzieciństwa, a los dziecka był przedmiotem więcej niż literackiej zadumy. Lekarstwem na upiory dziecięcej codzienności były ucieczki w magię, przekraczanie granic świata. Literatura świetnie nadąża za rzeczywistością i jednocześnie jest świadectwem jej niemocy. I wówczas i teraz. Mary Poppins, Pożyczalscy i wszystkie te zaczarowane ołówki i koraliki pomagały zmierzyć się z dzieciństwem w świecie, w którym nie respektowano jeszcze zbytnio praw dziecka, chociaż jak przewidziała Ellen Key wtedy zaczęto się nimi wreszcie interesować. Dzisiaj żyjemy w erze, w której na straży dziecka stoi cały przemysł pomocy społecznej, nikt jednak nie zareagował na podobną skalę wobec problemów młodzieży, dla której próg wejścia w dorosłość drastycznie się zmienił, a pozostawiona sama sobie wikła się w przerastające je sytuacje.

       

      Nanna Foss, sama niedawno była nastolatką, więc lepiej niż dobrze zna problemy trawiące duńską szkołę. Rzecz w tym, że to o czym pisała Rowling a teraz Dunka jest eskalującym problemem, niemal znakiem rozpoznawczym współczesnej cywilizacji. Obie pisarki piszą o poczuciu wyobcowania w szkolnej masie, samotności w tłumie, o dorosłych, którzy nie są w stanie sprostać zadaniu bycia rodzicem, wychowawcą. Zdziwienie, że te problemy mogą też dotykać Duńczyków może jednak narastać w miarę poznawania wszystkich tak u nas ostatnio popularnych publikacji pod patronatem hygge. I męczy pytanie, gdzie podziała się empatyczna duńska młodzież edukowana przecież już w przedszkolach w szacunku dla drugiego człowieka, co nam tak przekonująco klarowały Jessica Alexander i Iben Sandahl w „Duńskim przepisie na szczęście. Najskuteczniejszej filozofii wychowania”.

       

      Znakiem rozpoznawczym skandynawskiej literatury jest mocna krytyka społeczeństwa i w podobny dialog między czytelnikiem a światem bardzo dobrze wpisuje się Foss, której nie brakuje czułości w opisywaniu nastolatków. Emi, jak wiele innym dziewczynom przed nią, trudno jest się pogodzić z fazami dojrzewania. Łamiące się w dziewczynie poczucie niedowartościowania z powodu niedoskonałości fizycznych, które punktuje w sobie z matematyczną precyzją, artystyczna dusza, nieśmiałość składają się w efekcie na zakompleksioną dziewczynę, która chowa się w najdalszych kątach klasy, unika zwracania na siebie uwagi i czerwieni się z byle powodu. Bolączki wieku dorastania, brak akceptacji siebie, próby odnajdywania się w relacjach z innymi, budowanie przyjaźni, pierwsze zakochania i boksowanie się z życiem to motywy wypełniające boczne tory „Leonidów”. Na tyle jednak wyraziście, żeby pozostawić po sobie zachęcający do refleksji ślad.

       

      Z pewnością największym atutem „Leonidów” jest mocowanie się ze stereotypami. Emi i jej przyjaciele uważają się za nerdów. Wszyscy wyjątkowo uzdolnieni, zafascynowani nauką, wyraźnie wyróżniający się poziomem wiedzy od reszty. Nie mają jednak typowych dla nerdów cech, w jakie ubierają ich zwłaszcza amerykańskie seriale. To nie są dziwolągi z kółka naukowego. Chociaż z pewnością żyją na przekór mainstreamowi, unikają domówek, na których pije się do nieprzytomności; zamiast analizowania tekstów zespołów popowych czytają książki. Mają pasje i ciekawość świata. Do tego Foss wprowadza bohatera z niepełnosprawnością, robi to subtelnie, z czułością i poczuciem humoru. Pokazuje, że można się różnić i jednocześnie fantastycznie wyróżniać, bez patosu nieszczęścia i poczucia przegrania, utraty czegoś w życiu.

       

      Tym, co nieco słabiej wyszło Foss to elementy fantasy. Nie sprostała trudnemu zadaniu opisania świata magii, która niespodziewanie wkracza w życie Emi i jej przyjaciół. Panują tutaj miejscami chaos i nieco męczące dłużyzny, które mocno odbijają się na spadku napięcia. Można wręcz odnieść wrażenie, że autorka sama nie wie, dokąd prowadzi ją historia i mocno improwizuje, zostawiając sobie otwarte wszystkie możliwe furtki. Chyba zabrakło tutaj kartki papieru i ołówka, co mocno uporządkowałoby niektóre sceny i zdecydowania w odrzucani niepotrzebnych ustępów. W pewnym momencie zabrakło też uzasadnienia dla działania bohaterów, którym Foss wyraźnie nie postawiła celu, do którego mogliby zmierzać. Więc plączą się po fabule. A gdy jego cień się pojawia, historia rozłazi się po akapitach i ciężko zrozumieć dokąd zmierza. Nie do końca też Foss radzi sobie z portretowaniem bohaterów, nie brak tutaj tendencji do ich przerysowywania. Kolejne tomy serii powinny się tak kończyć, żeby fanów opanowywała histeria w oczekiwaniu na dalsze części. Nanna Foss nie zostawiła nas w tego typu napięciu. Należy więc jedynie mieć nadzieję, że popracuje nad fabułą w drugim tomie, który miał już premierę duńską i jak się domyślam trafi też do czytelników polskich.

       

      Debiut Nanny Foss nie jest pojawieniem się w literaturze na miarę wspominanej już tutaj Rowling. „Leonidy” bardziej przypominają miejscami draft scenariusza niż powieść. Na 538 stronach jest przecież sporo miejsca na przygodę, fabularne twisty, zabawy napięciem. Nad tym jeszcze Nanna Foss musi popracować.

       

      Recenzja książki: „Leonidy”, I tom „Spektrum”, Nanna Foss, Wydawnictwo Driada, Luboń 2016. Przekład z języka duńskiego: Bogusława Sochańska. Tytuł oryginału: Spektrum #1: Leoniderne (2014). Projekt okładki: Danielle Finster. Redakcja i korekta: Marianna Świętoszek. ISBN: 978-83-945-990-1-0. Stron: 538.

       

      W przygotowaniu tego tekstu korzystałam z: „Słownik nowych gatunków i zjawisk literackich” Paulina Potrykus-Woźniak, Wydawnictwo Szkolne PWN, ParkEdukacja, Bielsko-Biała 2010.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

      Wydawnictwo Driada

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 listopada 2017 18:02
  • wtorek, 13 września 2016
    • Grząskie piaski, Henning Mankell, czyli jak żyć według mistrza szwedzkiego kryminału

      Mistrz szwedzkiego kryminału wchodzi w buty Kurta Wallandera i ścigając się ze śmiercią próbuje rozwikłać zagadkę życia. Swojego i życia człowieka na Ziemi. Oto Henning Mankell bez retuszu; odkrywający siebie z umiarem typowym dla Szweda, dla którego wszystko jest najważniejsze, poza nim samym. Jeśli więc żyć, to jak? 

       

      Grzskie_piaski_Henning_Mankell1

       

      Grząskie piaski zapamiętane zostaną, jako testament literacki – manifest Mankella. Osobliwy i wyjątkowy głos pisarza, który bardzo świadomie odmierza ostatnie godziny życia. Wraca do przeszłości po refleksję i zadumę nad światem. Konstatuje jego przemijalność; wychwytuje chwile istotne dla wyostrzenia prawdy o otaczającej nas rzeczywistości. Chce koniecznie powiedzieć nam coś ważnego, dokończyć to, na co już nie znalazł miejsca w swoich książkach; coś co potrzebował poddać głębszemu namysłowi, ująć w ramy dosłowności, która jest konieczna, gdy rzeczy wymagają nazwania ich po imieniu. Powie, że pisanie oznacza dla niego „zaglądanie w najciemniejsze kąty i oświetlanie latarką tych miejsc, które inni starają się ukryć”. Podobnie będzie z jego autobiograficzną książką. Pojawi się tu uczucie dyskomfortu, tak naturalne dla rozmowy na trudne i niewygodne tematy. Henning Mankell przenosi nas z oswojonego poziomu kryminalnej rozrywki na półkę dedykowaną zadumie. Wypuszczając się na filozoficzno-etyczne rozważania chce jeszcze raz użyć swojej popularności, żeby uderzyć w sumienia czytelników.

       

      Jeśli ktoś szuka książki o pasji życia, to chyba najlepiej oddaje ją człowiek świadomie przeżywający każdy dodatkowy, podarowany niejako dzień. Wspomnienia układają się w Grząskich piaskach w przemyślany scenariusz, w którym praca pamięci służy zgłębieniu zagadki i udzieleniu odpowiedzi na pytanie, jak żyć. Myślowy skrót i z premedytacją wyselekcjonowane prywatne informacje przenoszą nas z punktu do punktu, a na linii czasu powstaje osobliwy wzór: bez zawahań, wyraźnie nakreślony, jakby świadomość odpowiedzi wyostrzała się ze strony na stronę. Henning Mankell staje się tutaj mędrcem, dla którego literacka przestrzeń jeszcze raz posłuży ważnej sprawie.

       

      Prywatne miesza się publicznym, jakby z premedytacją Mankell chce podkreślić, że nie ma decyzji bez związku na rzeczywistość. Że każdym swoim krokiem coś w niej poruszamy, coś odciskamy, coś przesuwamy na mapie dnia. „Mój kraj jest zbudowany na imigracji i emigracji. Wszyscy skądś przybyliśmy lub wyjechaliśmy i potem powracaliśmy. Moi przodkowie pochodzili z Francji i z Niemiec”, napisze odnosząc się do bieżących spraw, z którymi świat nie potrafi sobie poradzić. „Z matką spotkałem się dopiero, kiedy skończyłem piętnaście lat”, powie i doda, że „zrobiła to, co zwykle robią mężczyźni – zostawiła nas”. A za chwilę przedłoży argumenty przemawiające za większą obecnością kobiet w polityce, podkreślając niesprawiedliwość świata, w którym „mężczyźni mają władzę, a kobiety odpowiedzialność”. Wspomnienia z prowincji Härjedalen, z długimi i mroźnymi zimami, gdzie dorastał, przeplata Mankell z opowieścią o Gustawie Fredriku Hjortbergu, jednym z uczniów Linneusza i uczestnikiem co najmniej trzech wypraw do Chin ze szwedzką Kompanią Wschodnioindyjską. Wspomnienia z Zambii, gdzie mieszkał przez część lat osiemdziesiątych przeplatają się z historią o wyprawie Thora Heyerdahla na legendarnej tratwie „Kon-Tiki” między wyspami Oceanu Spokojnego a wybrzeżem Ameryki Południowej, gdzie Norweg zaobserwował niezliczone ilości śmieci unoszących się na morzu. Opowiada Mankell o ludziach próbujących wyrwać się z koszmaru nędzy i wojny, usiłujących dostać się do bogatej Europy, o ich życiu pozbawionym radości, żeby za chwilę wrócić do 1972 roku, pokazać się nago i oddać zimno, jakie poczuł w stopy stojąc zdumiony odpowiedzią od wydawcy, który zdecydował się opublikować jego pierwszą powieść. Henning Mankell ucieka od siebie i pewnie niejeden czytelnik poczuje, że jego ciekawość pisarzem nie została zaspokojona. Ale migawki z życia prywatnego, choć tak skąpo serwowane, wiele mówią. To nie przypadek nimi rządzi, a rozmyśle rozplanowanie tej autobiograficznej historii.

       

      Zafundował sobie Mankell wyjątkowo trudne dojrzewanie. Czuć w nim ogromną potrzebę wolności i równie dużą świadomość, jak ją osiągnąć. Rezygnuje z filologii klasycznej w Wyższej Szkole Powszechnej w Borås, bo nie widzi sensu w narzucanej edukacji; woli własną ścieżkę, własne wybory. Książki, które dźwiga ze sobą w najdalsze zakątki świata podpowiadają mu tropy, którymi eksploruje rzeczywistość. Bierze garściami od innych pisarzy, od Hemingwaya nauczył się nie patrzeć wstecz, przeć na przód. „Moim nauczycielem byłem ja sam oraz ludzie mijający mnie na ulicach, spiesznie zbiegający schodami do metra”, napisze w jednym miejscu. A ma wyjątkowe szczęście do ludzi. Pozna właściciela hotelu, Francuza, który w swoim czasie studiował filozofię w Paryżu z Michelem Foucaultem. Miał okazję przyglądać się pracy Dario Fo i jego żony Franki Rame i założonej przez nich trupie teatralnej La Comune. W latach sześćdziesiątych pracuje na czarno w małym warsztacie renowacji klarnetów i saksofonów. To tam nauczy się, że w życiu trzeba dokonywać wyborów. Zmieniają się kontynenty, kraje. Zmienia się świat. „Dorastałem w epoce kartonu, ale z czasem zastąpiła ją era plastiku”, powie. Zmienia się Mankell. Gdy zaczyna pisać, wie już, że ma raka. To tu zaczyna się opowieść, która kończy się w miejscu fundamentalnych reguł, tego co esencjonalne. Tego, dla czego warto żyć.

       

      I pisze Mankell o odkrywaniu własnej tożsamości. O tym dziwnym przekraczaniu granicy samoświadomości. Pokazuje nam człowieka współczesnego w swojej bezrefleksyjnej działalności. Jego samotność, bezradność i rosnące tempo życia. Obnaża nas w brutalny sposób. Pokazuje prawdę, od której się zasadniczo odwracamy. Pokazuje ludzi w pogoni za pieniądzem, zachłystujących się bogactwem, skupionym na jego pomnażaniu, tracących sens życia. Ludzi w cyklu niszczenia, siebie i natury, coraz bardziej bezbronnej w morderczej walce o przetrwanie. A w nieustannym cyklu narodzin i śmierci rodzi się refleksja, że najważniejsza jest nadzieja. „Musimy nieustannie dbać o to, by nadzieja była w nas silniejsza od rezygnacji. Tam, gdzie umiera nadzieja, kończy się życie”, powie. Ale ważna jest też radość, bo „odebranie człowiekowi radości życia jest niczym amputowanie jego duszy”. Ważna jest również zdolność zadawania pytań, bo jak wyjaśni Mankell, to „czyni nas ludźmi”. A być może najważniejsza jest miłość, zakończy mistrz mrocznych historii ze Szwecji. Zaskakując. Bo przewrotnie radość jest tym, co najmocniej wybrzmiewa z tej smutnej książki.

       

      Recenzja: Grząskie piaski, Henning Mankell, Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa 2015. Przełożyła: Ewa Wojciechowska. Tytuł oryginału: Kvicksand (2014). Wydanie I. Redakcja: Jan Koźbiel. Korekta: Małgorzata Denys, Magdalena Marciniak, Dorota Nowak. Adiustacja: Karolina Wąsowska, Marta Radziwonka. Projekt okładki i strona tytułowych: Krzysztof Rychter. ISBN 978-83-280-2688-9. Stron 318.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo_W.A.B.3

       

      Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu?  Dołącz do 1546 osób i zamów bezpłatny newsletter lub polub fanpage Recenzentka.blox.pl. Post wydał Ci się wartościowy? Podziel się nim i go udostępnij! Masz własne zdanie? Wyraź je w komentarzu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 września 2016 19:16

Kalendarz

Luty 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014