Recenzentka

Wpisy otagowane „2017”

  • środa, 02 maja 2018
    • Znikasz - duński film o iluzji obiektywnej prawdy

      Odkryłam niedawno w Kinie pod Baranami cykl „Premiery Psychologiczne”. Dwie studentki V roku psychologii stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego Anna Nicieja i Katarzyna Staleńczyk zachęcają do spotkań z człowiekiem i z kinem; organizują pokazy premierowych filmów, połączone z dyskusjami. Wybrałam się na „Znikasz” - film Duńczyka Petera Schønau Foga. W obsadzie najlepsza współczesna duńska aktorka Trine Dyrholm, znany z kryminalnego cyklu na podstawie powieści Jussiego Adler-Olsena (Zabójcy bażantówWybawienie) Nikolaj Lie Kaas i świetnie tutaj obsadzony, nieżyjący już Michael Nyqvist.

       

       

      Znikasz” już w tytule zapowiada pewnego rodzaju iluzoryczność wpisaną w próby stworzenia zamkniętego i pełnego obrazu człowieka, i o tym w moim odczuciu jest ten film. Grający dyrektora szkoły Nikolaj Lie Kaas popełnia błąd, źle zainwestowane pieniądze doprowadzają placówkę na skraj bankructwa. Informacja o defraudacji pieniędzy szkoły zbiega się z diagnozą o guzie mózgu. Linia obrony oskarżonego dyrektora stawia tezę, że guz spowodował zmiany w osobowości, które odpowiadają za nieobliczalne zachowanie mężczyzny. Czy jednak faktycznie można zrzucić winę na biologię? W tym miejscu reżyser rozpoczyna intelektualną grę wciągając nas w krzyżówkę pytań. Czy jesteśmy jedynie bezwolnymi stworzeniami zdanymi na wahania chemii? Ile w człowieku jest wolnej woli, a ile bezwolnych reakcji?

       

      Wszystkim tym, którzy boją się DOGMY 95 mogę polecić film Petera Schønau Foga, który dobrze tutaj łączy niemal hollywoodzkie tempo z europejskim intelektualnym sznytem. Stawiam wręcz tezę, że to właśnie Duńczycy, wśród wszystkich narodów nordyckich, najlepiej dostosowali się w kinie do masowego widza, nie tracąc na jakości filmów. Kamera Petera Schønau Foga subtelnie oszukuje zmysły wciągając jednocześnie w łamigłówkę pytań. Pozornie bohaterem filmu jest dyrektor szkoły, to wokół niego jest całe filmowe zamieszanie. Tak nam się przynajmniej wydaje. Fabuła jest prowadzona dwutorowo. Z jednej strony śledzimy postępowanie sądowe, jesteśmy w sali zeznań. Z drugiej wkraczamy w sam środek wydarzeń z przeszłości i teraźniejszości. Dramat mężczyzny dotyka jego rodziny, przyjaciół, bliskich i dalszych znajomych. Każdy ma własną opinię na temat tego, co się wydarzyło, każdy inaczej cierpi z powodu sytuacji. Jednych dotknęła ona osobiście, wnosząc ból, cierpienie, problemy do ich własnego życia. Dla innych jest tylko chwilowym zamętem. Zaczynamy budować sobie z piramidy opinii wyobrażenie o mężczyźnie. Do akcji włączają się autorytety, przedstawiciele świata nauki. Dostajemy pakiet sadów, stanowisk. Wydaje się, że niepodważalny. Wreszcie możemy podjąć decyzję i osądzić mężczyznę.

       

      Przewrotność i mistrzostwo kamery Duńczyka Petera Schønau Foga w tym miejscu się objawia, gdy już zyskujemy stuprocentową pewność. Wyjątkowo spodobało mi się takie prowadzenie opowieści. I wyjątkowo spodobała mi się teza reżyserska. No bo właściwie jak jest z tą wolną wolą? Na ile świadomie podejmujemy nasze decyzje, a na ile pod wpływem impulsów, emocji? Przecież wystarczy wyprowadzić nas z równowagi, żeby tę samą sytuację ocenić skrajnie odmiennie. Szczęśliwi machamy czasem ręką na dużo poważniejsze zajścia, idąc po prostu dalej. Oburzenie, utrata równowagi zatrzymuje nas w życiu na zupełnie innej skali doznań. Wiara w wolną wolę zostaje w „Znikasz” zachwiana, bo chociaż teoretycznie to zawsze my podejmujemy ostateczną decyzję, ale nigdy nie w próżni.

       

      Subtelne kino Duńczyka bardzo pasuje do wyobrażenia o Skandynawii, do praw natury, o których zapomina się w szczelnie zamkniętych asfaltowymi drogami miastach. Dramat, który śledzimy ma piętno historii uniwersalnej. Chociaż rozgrywa się tu i teraz, w obrębie tej konkretnej grupy ludzi. Wchodzi mocno w krwiobieg i naprawdę po wyjściu z kina można się poczuć mocno zainfekowanym niepewnością wypełniającą kadry.

       

      Kamera Petera Schønau Foga bardzo dobrze pokazuje mikroemocje. Widzimy sedzinę, która ze zrozumieniem przytakuje zeznaniom żony dyrektora. Wspaniale rozegrana jest partia dotycząca adwokata mężczyzny. Jego osobista sytuacja dopełnia wrażenia niepewności podbudowanego rozchwianiem, jakie wprowadzają zwroty w jego zachowaniu. Michael Nyqvist został tutaj idealnie dobrany. Zagrało przecież też wyobrażenie, jakie zbudował sobie poprzednimi rolami niepokornego dziennikarza z „Millennium”. Wpasował się w sytuację wiernego – niewiernego męża. A reżyser pozwolił sobie w jego przypadku na śmiech wprost opowiadając o poziomie oksytocyny u mężczyzn, która wpływa na niski poziom wierności u nich. Brawo za tę scenę!

       

      Gdyby pociągnąć temat dalej można by podyskutować o tożsamości człowieka i zastanowić się na ile o tym, jak postrzegamy innych decydują nasze uprzedzenia, stereotypy (te pozytywne i negatywne), wszelkiego rodzaju etykiety, którymi próbujemy uporządkować i zrozumieć świat. Kwestia tożsamości i uprzedzeń od dawna mnie fascynowała i nie daje mi spokoju. Bo czyż nie tworzymy sobie obrazu człowieka nazbyt spontanicznie? A już na pewno pod wpływem uczuć i emocji. I tak samo działamy. To rozpacz daje przecież ludziom impuls do dramatycznych decyzji o samobójstwie. Miłość zaślepia. Rodzicielskie uczucia kłócą się z obiektywną ocena czynów dziecka. Czy więc w ogóle coś takiego jak obiektywna prawda o człowieku istnieje?

       

      Nie przez przypadek Peter Schønau Fog zatytułował swój film „Znikasz”. Im więcej wiemy o wydarzeniach, im więcej szczegółów poznajemy o bohaterach, tym bardziej oddalamy się od „prawdy” o nich. Umykają nam, znikają w mgle domysłów. Nikt nam nie pomoże w ocenie sytuacji, bo nawet psychologowie, najwyższe instancje inaczej interpretują fakty. Pozostaje ogromna niewiadoma. I pytanie, z którym wychodzimy z kina: czy jest coś takiego jak pełny, zamknięty obraz człowieka czy jesteśmy wyłącznie iluzją, którą tworzymy sobie bezwolnie reagując na zachodzące w nas procesy chemiczne?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 02 maja 2018 13:37
  • wtorek, 01 maja 2018
    • The Square - film o snobizmie w kulturze

      The Square” opowiada o snobizmie w kulturze w najbardziej szwedzki sposób. Gdybym miałam powiedzieć, z czym kojarzą mi się Szwedzi najbardziej, to odpowiedziałabym, że z fukaniem. Nigdy i nigdzie nie widziałam ludzi tak często okazujących swoją dezaprobatę pod adresem wszystkiego, co można by skojarzyć ze snobizmem. Ze snobistycznym mieszkaniem, zachowaniem, ubieraniem się. Fuj były domy, które wyglądały na większe niż pudełko zapałek. Fuj byli mężczyźni w marynarkach z wygładzonymi do tyłu włosami. Fuj był duży jacht. Generalnie fuj było wszystko to i wszyscy ci, którzy zbyt ostentacyjnie obnosili się ze swoim bogactwem. Prawo Jante? Nie do końca.

       

       

      Otwierająca „The Square” scena to mężczyzna zwlekający się z sofy, zmięty nieprzespaną nocą. Dowiadujemy się, że jest dyrektorem prestiżowego muzeum sztuki współczesnej. Jesteśmy w Szwecji, chociaż on jest Duńczykiem, co jest akurat dla wydźwięku filmu bez znaczenia. W tle wielki regał z książkami na całą ścianę, wypełniający po brzegi kadr.

       

      The Square” będzie filmem pełnometrażowym, chociaż o wydźwięku dokumentu z elementami eksperymentu psychologicznego. Jak pokazać widzom pustkę życia? Jak zobrazować elitaryzm? Jak pokazać bezsens sztuki, która ma nas uwrażliwiać a jednocześnie na zimno przechodzi obok rozgrywających się dramatów życia? W co ubrać zdjęcia, żeby dosadniej uwidoczniły absurd kultury, której cele łączenia, rozwijania empatii i budowania pomostów są jedynie pompatycznymi wpisami katalogowymi?

       

      Nigdy nie wiedziałam filmu mocniej, równie wyraziście i dobitnie podsumowującego beznadzieję współczesnej kultury. Oglądamy ludzi, których treścią życia jest współtworzenie kulturalnej mapy miasta. Widzimy przygotowania do wernisażu. Obserwujemy walkę o środki finansowe na kolejne wystawy. Wreszcie jesteśmy świadkami zakulisowych rozmów i wydarzeń. Wyłania się z nich portret świata pozorów. Jakiejś iluzji wielkiej Kultury, bycia częścią przełomowych Wydarzeń.

       

      Mogłabym mnożyć sceny, które tutaj uderzają swoim komentarzem. Bez wymienienia tej kulminacyjnej. Na ulicy stoi kobieta, która rozdaje ulotki, prawdopodobnie organizacji pomocowej i zachęca do wspierania ludzi w trudnej sytuacji. Obok leży bezdomny? Żebrak? Nieważne. Leży człowiek, któremu nikt nie pomaga. Przypomina mi się rozmowa z Mateuszem Janiszewskim i jego rozczarowanie organizacjami pomocowymi, które na utrzymanie siebie samych zżerały wielkie budżety a życie, a właściwie śmierć i choroby zbierały żniwa tuż obok. Pod ich drzwiami. Wielokrotnie od tej pory zastanawiałam się nad sensem utrzymywania organizacji humanitarnych. Nad sensem wolontariatu, który dla wielu ludzi jest sposobem na tanie zwiedzanie świata.

       

      Ruben Östlund pokazał w „The Square” wszystko to, co jest śmieszne we współczesnej sztuce. Jej napuszenie na robienie rewolucji artystycznych, które rozumieją jedynie ich twórcy. Kpi z instalacji artystycznych, które w opinii kuratorów urastają do bezcennych organizmów, a dla innych mogą być zwykłą kupką śmieci. W jednej ze scen oglądamy przygotowania do wernisażu, które wyglądają jak prace drogowe. W efekcie powstaje instalacja. Jej treścią jest zbudowanie przestrzeni, w obrębie której każdy może otrzymać pomoc od drugiego człowieka. W czasie całego filmu nie widzimy ani jednej osoby, która chciałaby wejść w jej obręb. Sztuka, którą oglądamy odeszła już od człowieka, stała się przedsięwzięciem jedynie akademickim, dla bardzo wąskiej grupy odbiorców. Hermetyzuje świat na tych, którzy ustalają co jest sztuką, i na tych którzy rozumieją wybory kuratorów.

       

      Jej aspiracje, żeby docierać do masowego odbiorcy są tym bardziej absurdalne. Na pograniczu tych ambicji rodzą się kontrowersyjne pomysły na promocję kultury. W filmie powstaje film viralowy, którego wydźwięk ma poruszyć opinią publiczną. Okazuje się, że kultura, która odżegnuje się od chwytów telewizji newsowych, sama sięga po tę samą retorykę. Absurd goni absurd, sugeruje Ruben Östlund.

       

      Dziennikarka, która przeprowadza wywiad z dyrektorem muzeum sztuki współczesnej ociera się o banał. Nawet ona nie rozumie sztuki. Wygląda na to, że to i tak nie ma znaczenia. Rozmowa musi być newsowa, krótka, dynamiczna i na poziomie masowego odbiorcy. Nikogo już nie interesuje głębokie omówienie, bo i tak teksty, które towarzyszą sztuce wchodzą na taki poziom interpretacji, że nikt oprócz absolwentów historii sztuki nie jest w stanie ich zrozumieć. Język, którym operuje sztuka jest w konflikcie z językiem codzienności: zawiły, skomplikowany, robi wrażenie bełkotliwego. Ale nie tylko dziennikarka specjalizująca się w relacjach kulturalnych potrzebuje korepetycji. Nie tylko ona nie rozumie sztuki współczesnej. Dla wielu osób obcowanie ze sztuką zamienia się w zaliczanie wernisaży: dla darmowego alkoholu, darmowych przekąsek. Dla pokazania się.

       

      Sztuka chce obalać mity, kłócić się z tabu, chce poruszać i rozrywać granice. Ale nawet ci, którzy ją tworzą nie potrafią wybronić jej języka. Wydaje się na współczesną sztukę miliony, a w efekcie służby porządkowe mogą ją pomylić z kupą śmieci. Ci, którzy współtworzą debaty, opiniotwórcza prasa jest zbyt uwikłana w poprawność polityczną, żeby faktycznie wywołać rzetelną dyskusję publiczną. A elity współfinansujące sztukę karnawalizują ją. Nic i nikt ostatecznie nie jest w stanie wybronić się. I tu przechodzimy do kulminacyjnej sceny.

       

      To, co pokazuje nam Ruben Östlund to trzy światy. Ten oficjalny, gdzie mamy pompatyczne przemówienia, wykwintnych gości, piękne garderoby. Zakulisowy, obdzierający pompę z pozłoty, gdzie ćwiczy się spontaniczność, gdzie poprawia się zniszczoną przez ekipę sprzątającą instalację. I świat obok, który kłóci się z wyznawanymi oficjalnie ideami. Wysoka kultura lubuje się w wysokich budżetach. Dyrektor przemieszcza się po mieście teslą. Oddalenie od rzeczywistości jest coraz dobitniejsze. Ci sami, którzy uczą nas wrażliwości na los drugiego człowieka, w konfrontacji boją się kontaktu z tym człowiekiem. Okazuje się, że mają ambicje edukować ludzi, o których życiu, potrzebach i wrażliwości nic nie wiedzą. Sztuka, która wchodzi na salony staje się sztuką salonową, przypomina Ruben Östlund, pokazując, że tutaj nie było i nie będzie miejsca na wzajemne zrozumienie.

       

      Wielki regał z książkami, który wypełnia otwierający kadr filmu staje się metaforą. Nie każdego stać na tyle książek. Nie każdy ma czas na czytanie tylu książek. Ale regał z książkami jest częścią świata kultury. Wypada mieć własna biblioteczkę, ten element wyposażenia domu świadczy o wyższości właściciela nad nieoczytaną masą. Zakładamy, że właściciel dużej biblioteki to miłośnik literatury. Tak jak bywalec galerii, muzeów to miłośnik sztuki. Zakładamy, że literatura i sztuka uwrażliwia. Że jej wyznawcy to lepsi ludzie. Można jednak czytać o bólu, poznać anatomię człowieka, historię choroby. Ale to w żaden sposób nie zbliży nas do zrozumienia cierpienia człowieka. Do tego trzeba czego więcej od ambicji, jakie stawia sobie współczesna literatura czy sztuka. I to właśnie o tym jest poruszający film Rubena Östlunda.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „The Square - film o snobizmie w kulturze”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 maja 2018 22:23
  • niedziela, 01 kwietnia 2018
    • Wygnani do Raju. Szwedzki azyl - Krystyna Naszkowska

      Lubię rozmawiać. Czasem chodzi tylko o chęć wygadania. Innym razem o esencjonalność rozmowy. O zbliżenie się na odległość duszy. Sięgnięcie w te rejony zaufania, gdzie puszczają hamulce. A poczucie, że możesz być sobą jedynie rośnie. Cieszą mnie spontaniczne rozmowy z elementem zaskoczenia. Zauważyłam, że najważniejsze rzeczy często padają mimochodem, żeby zostać na zawsze. Szukam w rozmowie oprócz nici porozumienia, czasem wspólnej pasji, innym razem cudzej, która coś we mnie zapala. Ale najważniejsze w rozmowie jest dla mnie to uczucie wyłączenie świata. Gdy siedzę wsłuchana, a cała rzeczywistość wchodzi w tryb niebytu. Ostatnio po rozmowie z kolegą zasypiałam z uśmiechem na buzi i zbudziłam się uśmiechając. Coś więc jeszcze musi być, skoro są ludzie, za rozmową z którymi tęsknisz i tacy, których unikasz.

       

      Wygnani_do_Raju_szwedzki_azyl_Krystyna_Naszkowska

       

      Czytałam ostatnio „Wygnanych do Raju. Szwedzki azylKrystyny Naszkowskiej. Kilka, w sumie bardzo krótkich rozmów z Polakami, którzy po marcu 1968 znaleźli się na niechcianej, przymusowej emigracji w Szwecji. Opowiadając o rzeczach dla siebie ważnych, czasem smutnych i bardzo prywatnych potrafili otworzyć się na mówienie o sprawach niewygodnych. Dać obraz człowieka czasem w rozpaczy, czasem w bólu. Potrafili pokazać ucieczki emocjonalne, które ratowały ich w tym dziwnym czasie. Zawsze zastanawiałam się na ile to, jakie zadaje się pytania wpływa na nurt rozmowy. A ile w jego prądzie jest wewnętrznych wirów, które i tak wciągają rozmówcę w to samo miejsce?

       

      Ta z Emilią Białostocką Degenius wydała mi się zakotwiczona w zamierzchłej traumie, która nieustannie ciągnie w dół. Brak wybaczenia i ogromny żal, który przerodził się w jawną niechęć, daje tu boleśnie o sobie znać. Zauważyłam, że takie przyklejenie się do własnego nieszczęścia nieustannie zostawia ślady, więzi i nie pozwala pójść dalej. I, że jednak są rozmówcy, z którymi rozmowa zawsze będzie jedynie powrotem w te same miejsca, w których jedynie gromadzą własną złość. Czy upublicznienie jej coś zmieni? Bo to tak jakby zamanifestować światu: patrz cierpię, a przecież nie wystarczy wyartykułować ból, żeby coś przestało boleć.

       

      Jedną z rozmówczyń poznałam kiedyś osobiście. Wsłuchując się w jej głos w tym wywiadzie można by odnieść wrażenie, że to pogodzona z przeszłością, wolna od pretensji, a wręcz zadowolona z siebie osoba. Która okazuje, że coś wygrała tym przymusowym marcowym wygnaniem. Nie czułam tego rozmawiając z nią dwa lata temu. Przeciwnie wydała się wtedy rozbiegana, jakby uwięziona w dwóch światach. Więcej było w niej cichego zmęczenia i nerwowej gonitwy. Kompletnie przeciwne wrażenie do wizerunku literackiego z „Wygnanych do Raju”. Która jest prawdziwa? I czy w ogóle da się uchwycić w jednym krótkim wywiadzie prawdę o człowieku? Czy są w ogóle pytania idealne, zmuszające do postawienia symbolicznych kropek nad i?

       

      Rozmowa z Maciejem Zarembą Bielawskim zrobiła na mnie na przykład wrażenie po części czegoś plotkarskiego. Zdradza kulisy swojego związku z Agnieszką, jak nazywa Agnetę Pleijel, wtedy gdy się poznają szefową największej popołudniówki „Aftonbladet”, która rzuca pracę i wydaje tomik wierszy, robiący od razu ogromną furorę. Ale kreśli też zarys szwedzkiego mitu, awansu społecznego, który w tym kraju zawsze był aktualny. Od operatora dźwigu staje się niezależnym publicystą „Dagens Nyheter”. Wystarczy zanieść artykuł o tym, jak na szwedzkich budowach marnotrawi się drewno, żeby publikować w gazecie rodziny Bonnierów, która stulecie wcześniej wydawała przecież Strindberga.

       

      Wsłuchuję się w te rozmowy i widzę, że jedna, krótka nie daje wglądu w człowieka. Może być jednak zaczynem do czegoś innego. Tło pierwsze „Wygnanych do Raju. Szwedzki azyl” tworzą wtedy w po marcu młodzi ludzie w okolicach matur i studiów, dzisiaj: Dorota Bromberg, właścicielka maleńkiego wydawnictwa, które ma szczęście do wydawania noblistów, Julia Romanowska, która w wieku 62 lat robi w Szwecji doktorat udowadniając w nim, że dzięki literaturze menedżerowie stają się lepszymi szefami, profesor kryminologii Jerzy Sarnecki, architekt współczesnego Sztokholmu Aleksander Wołodarski. Łączy ich jedno, byli na progu młodości, gdy zostali zmuszeni do opuszczenia Polski. Bez języka i bez większych pomysłów na życie, które w kraju wydawało się dość wygodne i godne. Zamożni rodzice, prominenckie zależności. Z pewnością ze scenariuszem, który gwarantował sukces. Pozbawieni korzeni, wyrwani z kręgu przyjaciół, osamotnieni i wyrzuceni z miejsca, które przecież zdążyło już stać się oswojone, własne i przyjazne, trafiają w kompletnie inny świat. Przyznaję, że myśląc o polskim marcowym antysemityzmie, nie analizowałam tego nigdy tak głęboko i na tylu płaszczyznach. A Krystynie Naszkowskiej udało się wejść wręcz w tkanki pomiędzy tymi zależnościami. Czytam i dochodzą do mnie strzępy refleksji, które składają się na poruszającą całość. Wracając z obozowej rzeczywistości do powojennej Polski rodzice tych rozmówców podjęli decyzję o pozostaniu na zgliszczach, a w pojęciu wielu Żydów raczej na wielkim poholokaustowym cmentarzysku. Zaledwie dwie dekady później słyszą, że są niepożądani. A wśród nich, ci którzy się zasymilowali, nie chodzą do synagog, których i tak praktycznie nie ma. Są Polakami i nimi się czują. Nie oddaje im wprawdzie Krystyna Naszkowska wiele miejsca, ale i tak zapełniają książkę. Gdzieś tam w tle pojawia się informacja, że byli szczęśliwi. Że to wygnanie przyniosło im więcej spokoju i godnego życia. I patrząc na historię Polski było wręcz wygnaniem do Raju.

       

      Tego typu pozycje trzeba jednak czytać w kontekście. Wyrwane z niego mogą dać mylące wrażenie o całości, a na tę składa się historia rodziców Görana Rosenberga, którego nie ma tutaj, bo to wprawdzie inny rodzaj emigracji, ale ten sam Raj, który okazał się w przypadku jego rodziców Piekłem. Więc jeśli czegoś mi brakuje w książce Naszkowskiej, to rzetelnego wstępu lub posłowia. Miejsca, gdzie znalazłoby się coś więcej niż kalendarium wydarzeń okołomarcowych. Brakuje mi tu zwyczajnie zatrzymania się nad kwestią emigracji i nadanie jej szerszego oglądu. Ale brakuje mi też pomysłu na refleksję wokół źródła wydarzeń marcowych. Ciekawie je zarysował profesor Chwalba opowiadając o Żydach, którzy wracając do powojennej Polski i trafiając do służb bezpieczeństwa czasami traktowali ten awans, jako okazję do rewanżu na Polakach, którym w obliczu wojny zabrakło odwagi lub człowieczeństwa, żeby bezinteresownie i z narażeniem życia im pomagać. I chociaż nie wszyscy z ok. 15 000 Żydów, którzy przymusowo opuścili Polskę po marcu 1968 byli przedstawicielami elit, to jednak bohaterzy wywiadów Naszkowskiej wpisują się we wrażenie, że wyrzucono rodziny uprzywilejowane, co bardzo oddaje stereotypowy obraz ówczesnej Polski rządzonej przez Żydów. Niebezpiecznie jest w kraju, w którym kwestie antysemickie nie do końca są rozwiązane i przedyskutowane, pozostawiać taką książkę bez żadnej refleksji i komentarza. I jeśli mam do „Wygnanych do Raju. Szwedzki azyl” jakieś dodatkowe pretensje to też o brak rzetelności, a ta kazałaby wspomnieć, które rozmowy i gdzie wcześniej już się ukazały, bo tę z Karolem Żyto, który leczył m.in. Zlatana Ibrahimowicza i szwedzką rodzinę królewską, czytałam wcześniej w „Dużym Formacie”.

       

      Zastanawiam się nad sensem takich publikacji, gdzie na 310 małych stronach opowiada o sobie kilka osób. Tuż przed świętami zadzwonił do mnie brat, że jest służbowo w Krakowie. Spotkaliśmy się na krótką, zaledwie godzinną rozmowę. Brakuje mi go bardzo. Tak bardzo, że gdy odebrałam telefon to głos mi się łamał i tłumaczyłam się kłamiąc, że to przez krakowski smog. Rozmawiając z Przemkiem rysowałam wzrokiem szlaczki po smutku, który w nim dostrzegłam. A którego nigdy wcześniej nie widziałam. I próbowałam go uchwycić i zrozumieć. Bo może to tylko zmęczenie? - zastanawiałam się. No bo jak można się śmiać, nie śmiejąc się oczami? Czasem rozmowa jest tylko wymianą zdań. Czasem poruszającym spotkaniem. Czasem szczęściem, że rozmowa z tobą wywołuje u drugiej osoby radość. Czasem bezradnością, że jej nie ma i nie potrafisz komuś pomóc.

       

      Czy warto więc publikować takie zbiory rozmów? Co nam mówią o rozmówcach? Przecież w rozmowie intymnej, prywatnej wchodzimy na inne poziomy szczerości. Inaczej objawia się ona w rozmowie publicznej. Inaczej rozmawia ze sobą para znajomych, których łączy przyjaźń. Rejestrów rozmawiania są dziesiątki. A jeszcze ich nasilenie zmienia napięcie jakie rośnie na zewnątrz. Jeśli bardzo ci na kimś zależy, ale wstydzisz się swoich uczuć, inaczej rozkładasz zdania i ostrożniej dobierasz słowa. Jak więc ze sobą rozmawiać?

       

      Na to pytanie poznałam odpowiedź dopiero niedawno. Po pierwsze są ludzie, z którymi warto rozmawiać tak, jakby to miała być ostatnia rozmowa. Po drugie po prostu warto ze sobą rozmawiać. Najbardziej lubię rozmowy ciepłe. Podczas których czuję spokój. Te które mną nie szarpią. Bez walki na riposty. Takie zwyczajne rozmowy o wszystkim i o niczym.

       

      Recenzja: „Wygnani do Raju. Szwedzki azyl”, Krystyna Naszkowska, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017. Stron: 310.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Wygnani do Raju. Szwedzki azyl - Krystyna Naszkowska”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 kwietnia 2018 15:05

Kalendarz

Kwiecień 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014