Recenzentka

Wpisy otagowane „2017”

  • czwartek, 24 sierpnia 2017
    • Świat Astrid Lindgren, czyli szwedzki Disneyland

      Amerykanie mają Disneyland a Szwedzi Świat Astrid Lindgren. Jest ta część lata, gdy świt od razu przeobraża się w upalny poranek. Pszczoły kołują ciężkim lotem, zataczając się na boki. Mieszkańcy Vimmerby wypatrują deszczu. Powietrze rozmywa się w drgającą plamę tuż nas asfaltem. Stoję w tłumie kilkuset osób. Czekamy na otwarcie Astrid Lindgrens Värld. Za chwilę przekroczymy bramę parku i przekroczymy granicę czasu. Czyli zrobimy coś, co do tej pory wydawało nam się niemożliwe.

       

      wiat_Astrid_Lindgren_brama_wejciowa


      Połowa rodziny moich gospodarzy tutaj pracuje; Katja jest ogrodnikiem, Lotta sprzedaje kiełbaski w punkcie gastronomicznym. Nawet Linnus, chłopak Lotty znalazł tu pracę. Szwecja zamiast ściągania dużych sieci, generuje własne, dochodowe pomysły, które utrzymują gminy i dają miejsca pracy mieszkańcom okolicznych wiosek i miasteczek. Tak zapobiegają zasysaniu talentów do dużych miast. Ale to też pomysł, żeby życie toczyło się w całej Szwecji, a nie tylko w dużych aglomeracjach. Wokół „marki Astrid” powstaje cała sieć firm i nawet te potencjalnie niezwiązane z pisarką, wpisują się w jej bajkowy anturaż.

       

      wiat_Astrid_Lindgren_Pippi_z_rkami

       

      W Vimmerby istnieje trasa spacerowa śladami miejsc z życia Astrid i jej postaci bajkowych, otwarto tu park tematyczny Astrid Lindgren i muzeum z jej domem rodzinnym. W Mariannelund, gdzie Emil jeździł do doktora, powstanie filmowa wioska Filmbyn z zrekonstruowanymi planami zdjęciowymi, a rzut beretem stąd można obejrzeć prawdziwe Bullerbyn, Katthult, nie mówiąc o „klasycznych” zabytkach, jak chociażby kościół w Pellarne, gdzie wzięli ślub rodzice Astrid. Ale tu też rozpocznie produkcję lodów firma ZEDIG’S, z korzeniami w dobrej, starej cukierni Ernsta Johanssona.  A niedaleko Vimmerby, we Frödinge, można zjeść najlepszy smålandzki sernik (ostkaka). Do Świata Astrid Lindgren podrzuci mnie Micha. Jedzie na stałą partyjkę tenisa do Vimmerby, więc razem z Lottą zabierzemy się z nim do parku. Skorzystam też w tym dniu z gratisowego biletu, który dostanę w prezencie od Lotty. Każdy pracownik Świata Astrid Lindgren dostaje 10 takich biletów. To miły gest, bo w szczycie sezonu (10 czerwca – 27 sierpnia) taki jednodniowy bilet dla osoby dorosłej kosztuje 405 SEK (182 zł).

       

      wiat_Astrid_Lindgren_Domki_na_ktre_mona_si_wdrapa

       

      wiat_Astrid_Lindgren_Wejscie_do_maisteczka1
      Po przekroczeniu bramy, wrażenie, że wszystko zaczyna się kurczyć nieustannie narasta. Świat Astrid Lindgren to świat dziecka i świat w rozmiarze dziecka. Odwracają się nie tylko proporcje, ale i komfort zwiedzania. Dzieci nie muszą wspinać się na palce, żeby cokolwiek zobaczyć. To dorośli kucają, nachylają się i siedzą z kolanami pod brodą. Wszystko tu stworzono dla wygody dziecka, które łatwo i skutecznie może uciec i schować się w malutkich domkach z mikroskopijnymi drzwiami czy wspiąć na dach budynku. Z drobnym wyjątkiem.

       

      wiat_Astrid_Lindgren_Bullerbyn

       

      wiat_Astrid_Lindgren_Wielkie_meble
      Park robi imponujące wrażenie naturalnego skrawka zieleni, który jedynie przez przypadek zamienił się w świat Astrid Lindgren. Połączenie gęstego lasu z kwitnącymi ogrodami, grządkami, zagrodami i całym planem przestrzeni bajkowych, w tym Vimmerby w miniaturze, potwierdza zamiłowanie Szwedów do przyjaznego naturze wtapiania się w jej krajobraz.

       

      wiat_Astrid_Lindgren_Mae_Vimmerby

       

      Zwiedzanie parku zacznę wielkim kubkiem lodów polanych górą domowej konfitury (3 gałki 18 zł). Moi gospodarze jedzą śniadania zawsze na słodko, więc czuję się jak na insulinowym haju. Wertuję menu okolicznych restauracji i planuję połączyć zwiedzanie Świata Astrid Lindgren z kulinarną wycieczką po daniach, które pałaszowali bohaterowie jej książek. W Stadsmästargården trzeba odstać swoje w długiej kolejce. Ale warto. Podają tu småländska isterband, czyli typową dla tego regionu, nieco kwaśnawą kiełbasę, serwowaną z sałatką ziemniaczaną i marynowanymi buraczkami (115 SEK, ok. 51 zł). W cenę obiadu wliczony jest bardzo bogaty bufet sałatkowy i woda, którą nabiera się samodzielnie już po zapłaceniu za samo danie.

       

      wiat_Astrid_Lindgren_Gammelgarden

       

      Zdjęcie: Gammelgården

       

      Na deser idę do Gammelgården, bo tutaj podają przepyszne, tradycyjne smålandzkie ciastko kalvdans (68 SEK, ok. 30 zł), serwowane do wyboru  na ciepło (polecam!)  z bitą śmietaną i domową konfiturą. Do jego przygotowania potrzebna jest siara (råmjölk), przyprawiana cukrem i solą, a potem pieczona w kąpieli wodnej aż stężeje do kremowej konsystencji. Biorę do tego szklankę soku truskawkowego (15 SEK, ok. 7 zł), skuszona apetycznym siorpaniem malucha obok.

       

      wiat_Astrid_Lindgren_Ciastko

       

      Zdjęcie: Kalvdans


      Zwiedzając Świat Astrid Lindgren czuję jak wtapiam się w świat własnego dzieciństwa. Dawne, nieco zatarte obrazy, ożywają. W ciągu dnia zaplanowanych jest 27 przedstawień, właściwie co chwilę coś się dzieje. Pamiętajcie, żeby wziąć sobie mapkę z rozpisanymi przedstawieniami. Jest po lewej stronie, zaraz po wejściu na teren parku, oczywiście w kilku językach. Rozmach, z jakim przygotowano niektóre przedstawienia naprawdę robi wrażenie. Polecam szczególnie trzy: 11:15 Bracia Lwie Serce ze sceną śmierci Sucharka, w willi Śmiesznotce (Villa Villekulla) o 14:00 tatę Pippi uprowadzają piraci, których statek zacumuje tuż przy budynku, piękny jest też dzień walki o 17:00 w Dolinie Dzikich Róż (Törnrosdalen).

       

      wiat_Astrid_Lindgren_Bracia_Lwie_Serce

       

      wiat_Astrid_Lindgren_Biegaj_aktorzy


      Mimo, że wszystkie przedstawienia są wyłącznie po szwedzku, fabuły lindgrenowskie przełamują barierę językową. Ale nie tylko tę. Dorośli z pootwieranymi buziami, dorośli łamiącym się od wzruszenia głosem komentujący słynną scenę z Braci Lwie Serce, dorośli z balansującymi niebezpiecznie na granicy powiek wielkimi łzami, obejmujący czule swoje pociechy, przerażone rykiem smoka. Nie mam do końca pewności, czy to miejsce jest szyte wyłącznie na miarę dziecięcy fantazji.

       

      wiat_Astrid_Lindgren_Koniec

       

      wiat_Astrid_Lindgren_czytajca_pani


      Komercja po szwedzku jest subtelna i wyrafinowana i stawia na wyrabianie gustu. Jeśli kuchnia, to ta lokalna, jeśli wypieki, to tradycyjne. Jeśli pamiątki, to edukacyjne lub praktyczne. Zarówno w sklepiku Pippi, jak i w księgarni Astrid Lindgren skandynawski sznyt. Ręcznik z subtelnie zarysowaną Pippi, torba, którą można nosić cały rok na zakupy. Kilka wzorów podstawek, kubków. Raczej skromnie. W księgarni już na bogato, bo przecież w świecie Astrid chodzi przede wszystkim o książki. Nie brakuje tu wydań w najdziwniejszych językach, łącznie z perskim. A na ścianach zdjęcia laureatów Nagrody im. Astrid Lindgren – ALMA.

       

      wiat_Astrid_Lindgren_Sklep_Pippi

       

      wiat_Astrid_Lindgren_Ksigarnia
      Wrażenie bycia częścią świata Astrid Lindgren jest tutaj odczuwalne na każdym kroku. Wtopione w widownię sztuki teatralne, aktorzy, którzy po przedstawieniu zostają na scenie i zapraszają na nią dzieci. Inscenizacje, które można dotknąć, wnętrza, w których można zapomnieć o rzeczywistości.

       

      wiat_Astrid_Lindgren_Pippi_na_rowerze

       

      wiat_Astrid_Lindgren_Emil

       

      Świat, który gra w przemyślany sposób na emocjach. I ten komfort oglądania i zwiedzania: wielkie dywany gęstej zieleni, na której siedzi się zamiast ławek, utwardzone, ale nie asfaltowane ścieżki, które oszukują zmysły, sprawiając wrażenie chodzenia po lesie, szum drzew, który skutecznie zagłusza dźwięki miasta, placyki piknikowe wtopione w park, sprawiające wrażenie, jakbyśmy wszyscy byli integralną częścią tego miejsca. Vimmerby ma swoją Astrid, a Astrid swój świat, do którego można wejść już nie tylko oczami wyobraźni.

       

      Część nr 3 - Śladami Astrid Lindgren

       

      Poprzednie odcinki: Część nr 2 - Śladami Astrid Lindgren, Część nr 1 - Śladami Astrid Lindgren

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 sierpnia 2017 23:20
  • poniedziałek, 14 sierpnia 2017
    • Literacka Smålandia, czyli śladami Astrid Lindgren

      Wyobrażałam sobie Astrid Lindgren w tym samym miejscu, siedzącą na ganku i uśmiechającą się w kierunku ekipy filmowej. Ma na sobie zabawny, chroniący przed słońcem daszek. Macha do chłopca grającego Emila. Była tutaj, jak na wielu innych planach filmowych. Dzisiaj, gęsta trawa przed gankiem niczym nie różni się, tak samo puszysta i jednakowo łaskocząca gołe stopy. Nie ma już jednak ławeczek, na których przycupnęła Astrid, przyglądając się pracy ekipy. Wędruję jej śladami. Wdycham zapach cynamonowej bułeczki mieszający się z silnym aromatem kawy. Oto Szwecja.

       

      Smalandia_ganek_na_ktorym_siedziala_Astrid_Lindgren

       

      Zdjęcie: Smålandia. Kiedyś na ganku stały ławeczki, na których Astrid Lindgren przyglądała się pracy ekipy filmowej

       

      Zamieszkałam w domu, w którym nakręcono Emila z Lönneberga („Emil och grisegnoen”). Właściciel naprawdę zadbał, żeby gospodarstwo zachowało wygląd dawnej zagrody. Drewniana zabudowa, rdzawa czerwień ścian kontrastująca z białymi okiennicami. Śpię w domu, który żyje w każdym kroku, każdym poruszeniu, dając znać głośnym skrzypieniem. Ktoś postawił przy ścianie rower, niczym wehikuł czasu przenosi nas o kilkadziesiąt lat wstecz. Rdzewieje z godnością, zachowując blask dawnej świetności. Jedynie trawa zapuszczająca korzenie w ogumieniu dawno niepompowanych kół przypomina o nieuchronności upływu czasu.

       

      Smalandia_dom_z_hamakiem


      Nie przez przypadek „Svelanda” zagrała w filmowej adaptacji przygód niesfornego Emila. Miała urok typowego smålandzkiego gospodarstwa. Osiemnastowieczna zabudowa wygrała nawet dzisiaj z nowoczesnością. Brak centralnego ogrzewania da się we znaki wieczorami pod koniec lipca. Na razie jednak słońce ogrzewa drewno, które oddaje ciepło. Otwieramy maksymalnie uchylne okna, nie zwracając uwagi na pszczoły, które też wariują od upału. Od upału, którego nie kojarzy się ze Szwecją.

       

      Smalandia_okna

       

      Rabaty przypominają o sile natury, którą rządzi wiatr i surowa północna aura. Kępy dzikich kwiatów wyrastają obok strzyżonej trawy. Pojęcie „chwastu” nabiera innego znaczenia, gdy siadamy do kolacji, a na talerzu lądują rośliny, które raczej można spotkać na łące niż w przydomowym ogródku.

       

      Smalandia_ogrod

       

      Opiekujący się „Svelandą” Micha i Katja bardzo pasują do Smålandii. Nie tylko dlatego, że są Niemcami, a wielu z nich tutaj zapuszcza korzenie, podobnie jak rodzina założyciela IKEA. Są po smålandzku oszczędni i samowystarczalni. Przypominają też Astrid, która potrafiła z resztek upichcić smaczną kolację. Tutaj też nie wyrzuca się jedzenia. W najgorszym razie to, czego nie zjemy trafi się kurom, które kręcą dziobami, gdy przychodzę z suchą karmą.

       

      Smalandia_ciasteczka
      Jestem w literackim sercu Smålandii. To stąd pochodzi Pär Lagerkvist, Karin Alvtegen, Vilhelm Moberg, Margareta Strömstedt, Viktor Rydberg czy Dag Hammarskjöld.”Svelanda” też jest pełna literatury, nie tylko wspomnień z odwiedzin Astrid i pracy ekipy. Na każdym kroku coś ją przypomina. A to półki z jej książkami, zdjęcia, film, który oglądamy wieczorem czy reportaż, który pokaże mi Micha, gdzie Astrid płynną niemczyzną opowiada o rodzinie.

       

      Smalandia_dom_lawki
      Żyjemy trochę jak w Bullerbyn, które odwiedzę za kilka dni. Mój gospodarz zaprasza mnie do swojego biura. Bierze koszyk z termosami, dla mnie specjalnie zaparzy melisę cytrynową. Wyciągamy nogi nad Mossjön chrupiąc czekoladowe herbatniki. Odpoczywamy po przekopaniu góry piasku, którym usypiemy ścieżkę prowadzącą nad jezioro. Światło błyszczy w pomarszczonej wodzie, a dzikie ptaki podpływają na wyciągnięcie ręki. Lekceważą nas zajęte łapaniem uciekających owadów. Rozmowa rozleniwia się, siedzimy bez słowa, wciągając zapach drzew, mchu i parującej łąki za naszymi plecami. Zaczynam rozumieć fascynację Karola Linneusza.

       

      Smalandia_lodka


      Są różne rodzaje ciszy. Podobno idealnej można doświadczyć głęboko w wodzie pod zamarzniętym lodowcem. Można też wsłuchać się w ciszę Rumskulla Näs, gdzie konary drzew głośno stękają, gdzie głos przelatującego ptaka zagłusza szum delikatnie marszczącej się o brzeg wody.

       

      Smalandia_jezioro

       

      Las wygląda tak, jakby ktoś z premedytacją zamazał czarną kredką każdą przestrzeń między drzewami. Delikatny dźwięk materiału leżaka napina się, gdy przeciągamy się leniwie. Dopijamy herbatę, kawę i wracamy do domu. Wzdłuż ścieżki imponujący mur: porośnięte gęstym mchem głazy i wciśnięte w nie drobniejsze kamienie. Te, które dwa wieki temu bezradni smålandzcy chłopi wyrwali ziemi, walcząc o każdy skrawek, który mógłby coś urodzić.

       

      Smalandia_mur_z_kamieni

       

      Śladami Astrid Lindgren - część nr 2

       

      Część nr 3

      Część nr 1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Literacka Smålandia, czyli śladami Astrid Lindgren”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 sierpnia 2017 23:50
  • wtorek, 01 sierpnia 2017
    • Pan wszystkich krów - Andrzej Dybczak

      Przyzwyczailiśmy się do idealnej twarzy Północy. Obrazu nie łamie w najmniejszym stopniu literatura kryminalna, chociaż często przejmuje funkcję reportażu i wplata gorzką prawdę w fabularne rozgrywki. Nawet głośna książka o norweskim urzędzie stojącym na straży praw dziecka nie popsuła wizerunku Skandynawii. Nie szkodzą jej uwagi polityków, ani reporterskie próby odkrywania mroków kraju wikingów. Czy osobiste doświadczenia Andrzeja Dybczaka dyskretnie zakamuflowane w literackiej oprawie otworzą nam nieco oczy?

       

      Pan_wszystkich_krow_Andrzej_Dybczak2
      Pan wszystkich krów” został odgórnie dookreślony w kategorii „opowiadania”, co nie zmienia reportażowego wydźwięku i siły dokumentu osobistego, jakie mocno dają się odczuć po lekturze tej książki. Wyjątkowa proza, na wyjątkowe czasy. Biblia minimalistów uciekających w zielone, w refleksję, w bycie razem pod patronatem hygge. Aż dziw bierze, że na tak rwącej fali popularności dobrego życia nie mówi się o prozie Andrzeja Dybczaka? Aż dziw bierze, że studia mindfulness, centra jogi jeszcze nie opanowała dyskusja o „Panu wszystkich krów”?


      W tej książce, zbudowanej na spokoju, ucieczce od zgiełku, na tęsknocie za godnością na co dzień można odnaleźć uwielbienie dla kontemplacji chwili, bratnią duszę na ścieżkach samotności, przyjaciela, z którym można podzielić los, poglądy, zaglądnąć w duszę i powspominać wspólne doświadczenia. W mężczyźnie, z którego perspektywy oglądamy świat jest wszystko to, za co cenimy ludzi: troska o rodzinę, poczucie odpowiedzialności, walka o przetrwanie, dbanie o przyrodę. I wreszcie ogromna świadomość trudu z jakim przychodzi nam dzisiaj żyć.


      Duńczycy głównie oglądają smutne filmy, bo to im podnosi poczucie szczęścia, które łatwiej dostrzec, gdy innym dzieje się krzywda. Może stąd wiele osób odbiera słynny „Plac Zbawiciela” Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego jako niemal terapeutyczne doświadczenie. Proza Andrzeja Dybczaka ma porównywalną siłę. Dając retrospektywę z życia walczącego o godność Polaka, pokazuje właściwie nasz zbiorowy los: wiecznych tułaczy, zmieniających pracę, pracujących ponad siły, często fizycznie, często nielegalnie, zmagających się z bólem, strachem i poczuciem beznadziei. Pokazuje wreszcie Polaka u siebie, czyli pana na włościach, króla klatki schodowej. Trybiki codzienności ulegają zatarciu od zwykłych złośliwości, od tupetu i widzimisię sąsiadów. Jak dogadać się z kimś, kto o kulturze osobistej nie wie nic, dobre maniery go śmieszą a języka dyplomacji uczyła ulica? Pisząc o współczesnym inteligencie, chyba nikt jeszcze nie umiejscowił go na tak osobliwie samotnej wyspie: na samym środku osiedla z wielkiej płyty, w baraku z mężczyznami, których przeorane ciężką fizyczną pracą dłonie nigdy nie sięgną po książkę, dla których rozrywka kończy się, gdy zmorzeni dniówką zasypiają na siedząco przy stole.


      Pan wszystkich krów” stworzył dodatkowo coś unikalnego. Łączy pierwotne instynkty, wewnętrzne poczucie bycia częścią natury z bardzo refleksyjną świadomością zniszczenia, jakie codzienna aktywność człowieka nanosi na mapę umęczonego świata, pogrążonego w smogu, duszącego się trującymi pestycydami. Świata, w którym już dawno zostały podzielone role na ludzi, którym wolno zaasfaltować każdy skrawek zieleni, przeorać go  autostradami, zagłuszyć rykiem silników. I na zwierzęta zaspokajające niegasnący apetyt mięsożercy, polującego w wyrafinowany sposób dla rozrywki, odbierającego dzikim zwierzętom prawo do wolności, traktującego zwierzęta hodowlane jak przedmioty. A zatem to nie jest książka dla każdego. Bo przecież nie każdemu przeszkadza tandetny wielkomiejski krajobraz wieżowców, „potwory naszych czasów: bloki, ludzie, maszyny”, korporacyjna bezduszność, telewizyjna retoryka i moda na niemyślenie.


      Niezwykłe w opowiadaniach Andrzeja Dybczaka jest uchwycenie losu współczesnego Polaka, inteligenta, którego poczucie odpowiedzialności zaprowadzi na kurs pilarza, na pastwisko, do doków, gdzie będzie rozładowywał statki, do lodowatej Norwegii, która poskąpi niejednemu hojności. W niekończącą się drogę prób, z których większość go pokona, ale nie złamie. Czy to nam Polakom zostało? Niezłomność w codziennej walce?


      Można czytać te opowiadania jak wspomnienia z podróży, jak reportaże, jak historie z drogi. Jest w nich deklaracja prawdy i autobiografii. Jest w nich surowa twarz życia, bez glamourowej oprawy, celebryckiego przepychu i śladu sukcesu. Jest w nich świadomość przekroczenia granicy beznadziei, trzymanie się kurczowo marzeń o dobrym życiu, którym może być po prostu wspólny wieczór przy trzaskającym, ciepłym ognisku. To bardzo przygnębiający obraz człowieka, któremu chociaż odebrano nadzieję, nie odebrano jeszcze wrażliwości na piękno, które wybrzmiewa tu frazą uciekającą się do kontemplacji krajobrazu, zatrzymującą się nad ulotnością przyrody. Wyjątkowo oprowadza nas Andrzej Dybczak po napotkanych krajobrazach. I wyjątkowo pięknie pisze o świecie natury.


      Czasem mówi się, że można człowiekowi wszystko odebrać za wyjątkiem wspomnień. „Pan wszystkich krów” jest zatem takim wspomnieniem.

       

      Recenzja: Pan wszystkich krów, Andrzej Dybczak, Wydawnictwo Nisza, Warszawa 2017. Wydanie I. Redakcja: Krystyna Bratkowska. Korekta: Dorota Dul. Projekt graficzny, skład i łamanie: Anna Zabdyrska. Stron 200. ISBN 978-83-62795-49-9.



      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo Wydawnictwo Nisza

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 sierpnia 2017 22:55

Kalendarz

Wrzesień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014