Recenzentka

Wpisy otagowane „2017”

  • czwartek, 06 września 2018
    • Żona - najlepszy film o patencie na literackiego Nobla

      Kto by pomyślał, że tyle przypadków złoży się na to, że „Żona” Björna Runge ( ur. 1961) pojawi się na ekranach kin w idealnym momencie. Ten tak bardzo aktualny obraz ma w sobie pewną tajemnicę. A droga do jej zrozumienia prowadzi do maleńkiego Lysekil w południowo-zachodniej Szwecji, gdzie urodził się reżyser, którego film okrzyknięto jednym z najlepszych w karierze Glenn Close. Tym, dzięki któremu najczęściej nominowana do Oscara aktorka w końcu być może otrzyma, od dawna należącą się jej, statuetkę.

       

       

      Gdy szesnastoletni Björn Runge ustawiał się w Malmö w kolejce do zapisów na kurs teatralny razem z grupą bezrobotnych chłopaków, nic jeszcze nie wskazywało, że tak rozpocznie swoją późniejszą hollywoodzką karierę. Szwedzki „Fokus” napisze, że dzieciństwo w nieustannych przeprowadzkach, zahartowało go i nauczyło wyczuwać nastroje otoczenia. Stanie się to potem jego atutem w pracy reżyserskiej. Na razie ma apetyt na filmowy świat, w który wkroczy już w wieku 20 lat. Z impetem, bo szybko dostanie się do Studia 24 pod skrzydła jednego z największych egocentryków współczesnego szwedzkiego kina. Jeśli wierzyć Lenie Andersson, która w swojej powieści „Bez opamiętania” tak opisze artystę, który w opinii wielu jest doskonałym portretem właśnie reżysera Roya Anderssona.

       

      Nakręcił 17 filmów krótkometrażowych przed swoim pełnometrażowym debiutem w 1996 filmem „Harry och Sonja”. To wtedy pozna Stellana Skarskårda, który zagrał tam tytułową rolę, a kilka dekad później będzie go ostrzegał przed Glenn Close, twierdząc, żeby uważał, bo takich jak on aktorka zjada na śniadanie. Niedługo po fabularnym debiucie, w 2003, Björn Runge wygrywa najważniejszą w szwedzkim świecie filmowym nagrodę: Guldbaggen. „Om jag vänder mig om” zostanie również doceniony na festiwalu w Berlinie. Zanim Runge przeczyta scenariusz „Żony” minie trochę czasu i kilka życiowych burz, co będzie dla niego niezłą lekcją. W 2009 w trakcie prac nad dużym filmem nagle wszystko rzuca. Ma dość głównego producenta, który za bardzo w jego odczuciu wtrąca się do pracy reżysera. Rok później razem z żoną Leną Runge decydują się na rozstanie. Sprzedają dom, dzielą majątek. To trudny krok, bo żona stoi przecież za sukcesem jego filmów, to ona je montuje. W tym miejscu prywatne życie reżysera w dziwnie frapujący sposób zakręca w stronę filmowego. To najlepszy moment na napisanie nieco o fabule „Żony”.

       

      Głównych bohaterów poznajemy w momencie, kiedy Joe odbiera telefon od sekretarza Akademii Szwedzkiej, który przekazuje mu decyzję komitetu noblowskiego. Castleman zostanie tegorocznym laureatem literackiej Nagrody Nobla. Wraz z żoną skaczą z radości na łóżku. Można by sądzić, że to świetnie dobrane małżeństwo, którego nawet na starość nie opuściło poczucie humoru i dziecięca spontaniczność. Ale coś delikatnie burzy ten idealny obraz. Widzimy to w twarzy kobiety, która mimo posągowej urody i mistrzowskiego opanowania przechodzi coś nieoczekiwanego, co śledzimy coraz bardziej intensywnie na ekranie. Dziwnym trafem fikcja filmowa zazębia się nie tylko z bieżącymi wydarzeniami, które z hukiem rozkładają na łopatki Akademię Szwedzką, ale też – uwaga – pasują do życiorysu reżysera filmu. Przypadek?

       

      W 2014 Björn Runge dostaje scenariusz Jane Anderson (ur. 1954), który jest adaptacją książki Meg Wolitzer (ur. 1959). Książka ukazuje się w 2003 w USA. W historii „Żony” niemal każdy detal jest istotny i układa się w coraz bardziej fascynującą układankę. Bohaterką filmu jest młoda dziewczyna, która pod koniec lat 50 uczestniczy w kursie creative writing, podobnie jak pisarka, która chodziła na taki kurs w Smith College. Filmowa Joan poznaje ekscentrycznego, młodego profesora, w którym w końcu się zakochuje. Dziewczyna wyraźnie ma talent pisarski, co fascynuje profesora, oboje łączy niejednoznaczna relacja. Początkowo nie wiemy, czy finałem będzie prosta miłosna historia jakich wiele. Złożoność scenariusza za chwilę pokaże ile jeszcze zaskoczeń i interpretacyjnych pułapek zastawia na nas jego autorka, znana u nas lepiej z drugiego sezonu „Mad Men”. „Żona” jak na rasowe psychologiczne studium przypadku przystało będzie nas zaskakiwać niejednym zwrotem. Pod tym względem film Runge bardzo mi przypomina „Znikasz” Duńczyka Petera Schønau Foga.

       

      Długo jednak przyjdzie czekać na premierę filmu. Jakoś nikt nie jest zainteresowany wyłożeniem pieniędzy na scenariusz kobiety, która adaptuje na potrzeby filmu powieść pisarki, do tego opisuje historię małżeństwa z perspektywy żony i na dodatek pokazuje jak mężczyźni osiągają sukces kosztem swoich partnerek. Nawet gdy film już jest gotowy jego producenci zwlekają z pierwszymi pokazami. Oficjalnie mówi się, że chcą wstrzelić się premierą w taki moment, żeby Glenn Close miała jak największe szanse na Oscara. Pokaz przedpremierowy ma miejsce we wrześniu 2017 podczas Toronto International Film Festival. Miesiąc później media społecznościowe opanowuje ruch #metoo. Wszyscy dyskutują o seksaferach w branży filmowej. Mówi się, że czasami trzeba być w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu. Timing „Żony” jest doskonały. #Metoo dociera do Szwecji i wybucha z impetem rozkładając od środka Akademię Szwedzką, która chwilę potem ogłasza, że w tym roku nie będzie przyznawać literackiej Nagrody Nobla. Świat jest w szoku. Skandalu seksualnego w samym środku zacnego komitetu noblowskiego w słynącej z równouprawnienia Szwecji nikt się nie spodziewał. Czy można sobie wyobrazić lepszą reklamę dla filmu, którego akcja rozgrywa się częściowo w Sztokholmie wokół uroczystości noblowskich?

       

      Przypadek i zbiegi okoliczności są spoiwem, które kto wie, czy nie zadecydują o sukcesie „Żony”. W 2011 Björn i Lena Runge połączył „Happy End”. Björn znowu reżyseruje, a Lena znowu montuje jego filmy. Coś iskrzy, wraca stary ogień, a może pojawia się nowy? A może chodzi o to, że Björn nie jest w stanie skleić do kupy swojego filmu tak, żeby dało się go oglądać? Dawna para w każdym razie znowu jest razem. On w międzyczasie zadebiutuje sztuką teatralną dla Stockholms stadsteater, ona od kilku lat z powodzeniem prowadzi E.motion - własną firmę, gdzie zajmuje się z rosnącym powodzeniem terapią i rozwojem osobistym. I gdyby wgryźć się w wymowę „Żony”, wydaje się, że jest w niej więcej drobiazgowej pracy psychologicznej i wyrafinowanych cięć. Znowu przypomina się scena, w której filmowa Joan proponuje profesorowi, że poprawi i podrasuje jego powieść. Pytanie, kto jest jej autorem. Czy pomysłodawca fabuły czy jej znakomita redaktorka? I kto robi „Żonę”, jej „dyrygent” spoglądający na wszystko zza reżyserskiego krzesełka czy wirtuozerka cięć, która z chaosu zdjęć wydobywa esencję, podkręcając ją tam gdzie trzeba. Wśród pojawiających się tu i tam plotek przewijają się i takie, że bohaterów filmowych i małżeństwo Runge łączy zadziwiająco podobny związek miłosno-zawodowy.

       

      No dobrze, pora na jakieś podsumowanie. Dla kogo jest ten film i czy wart jest obejrzenia? To typowe „hollywoodzkie” kino z zacięciem na coś ambitniejszego. Ale miłośnicy eksperymentów na miarę Buñuela muszą szukać rozrywki gdzieś indziej. Pytania, które w dobrym europejskim filmie musielibyśmy sobie zadać sami, tutaj stawia Christian Slater grający Nathaniela, który szykuje mocną biografię Castlemana a teraz tylko szuka potwierdzenia dla swoich przypuszczeń, które w zupełnie innym świetle mogą postawić cały dorobek słynnego pisarza. Wydarzenia rozgrywają się w dwóch planach czasowych: współcześnie i w retrospektywach ukazujących nam kluczowe dla dwójki bohaterów momenty. Jeśli mówić o jakimś eksperymencie czy wyłomie, to będzie nim wydźwięk emancypacyjny, rzecz dotąd nie eksponowana w kinie z apetytem na Oscara. To pod wieloma względami babski film, jeśli przyjrzeć się ekipie filmowej, z porządną, naprawdę oscarową rolą Glenn Close, która przemyciła tutaj własną córkę Annie Starke, grającą jej postać w młodości. Wielka Close, mimo obaw jej kolegi z branży, nie pożarła reżysera podczas śniadania w Greenwich Village w Nowym Jorku, kiedy to „namaściła” Szweda na reżysera filmu, wyrażając w ten sposób i swoje poparcie, ale też swoją pozycję w świecie filmowym. Kompromisów jest w tym filmie kilka: z jednej strony pewna linearność wydarzeń, którą w niewielkim stopniu rozładowują pojedyncze wspomnienia z przeszłości, raczej prosty język narracji i takie operowanie światłem, scenografią i kostiumami, żeby najbardziej skupić uwagę na rozgrywającym się dramacie psychologicznym. Troszkę przyoszczędzono, bo mimo, że jesteśmy świadkami uroczystości noblowskich to zdjęcia kręcono głównie w Glasgow. Co nie znaczy, że Sztokholmu czy języka szwedzkiego nie ma w filmie. Reżyser tłumaczył taką decyzję tym, że bohaterów poznajemy na początku lat 90 ubiegłego wieku, a współczesny Sztokholm wygląda już zupełnie inaczej.

       

      Z pewnością nie każdemu spodoba się temat i wymowa filmu, który mocno eksponuje problem dyskryminacji w środowisku pisarskim, nierówne szanse na debiut i kariery literackie. Pokazuje w złym świetle kuchnię rynku wydawniczego (zwróćcie uwagę na scenę, w której redaktor szuka przyszłej gwiazdy dla swojego wydawnictwa), skupiając się też na dramacie osobistym i kompromisach, które podejmują kobiety wchodząc w relacje z mężczyznami. Moim zdaniem to jednak krok ku naprawdę dobrej tendencji do robienia feministycznego kina, które nie trywializuje pewnych problemów jak choćby „Do diabła z miłością”, ale też nie stawia na ostrzu noża i nie antagonizuje. To, co udało się całej ekipie „Żony” jest po części konsekwencją tego, że film jest robiony głównie przez ludzi ze Szwecji, w dużej mierze przez kobiety, które stworzyły przekonujący, trzymający w napięciu, bardzo dobry film o środowisku literackim, które w latach 90 była bardzo męskim światem, gdzie miejsce kobiety było w tle, z tyłu, w cieniu. Na ile się to zmieniło najlepiej oddaje ostatnia scena w samolocie, gdy Joan odpowiada na propozycję Nathaniela i zwraca się do syna mówiąc, że jak wrócą do domu, to mu opowie całą prawdę.

       

      PS Przedpremierowy pokaz „Żony” obejrzałam w krakowskim kinie ARS. Polecam Wam bardzo zarówno to kino, jak i sam film.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Żona - najlepszy film o patencie na literackiego Nobla”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 września 2018 13:59
  • wtorek, 26 czerwca 2018
    • W cieniu drzewa - islandzki film o zazdrości kobiet

      Jedni mówią, że „W cieniu drzewa” to studium kłótni. Inni, że Hafsteinn Gunnar Sigurđsson specjalizuje się w rozkładaniu na czynniki pierwsze społeczeństwa islandzkiego. Według mnie to bardzo uniwersalny film o kobiecej zazdrości, która wrze w rytm rozkręcającego się do wybuchu wulkanu. Sigurđsson bardzo dobrze uchwycił bezsens kobiecej zazdrości, która podszyta jest irracjonalnymi zachowaniami, podejrzliwością, ukrywaniem emocji, które jednocześnie sterują nieświadome ofiary do gwałtownych decyzji, które objawiają się kolejnymi, niekontrolowanymi zachowaniami, prowadzącymi je prosto do autodestrukcji. Ale nie tylko. Pokazane tu kobiety niszczą po drodze wszystko i wszystkich. Agnes, tu w świetnej roli Lára Jóhanna Jónsdóttir, nakrywa męża w sytuacji, po której kobieta nie widzi szansy na dalsze wspólne życie. Inga jest starzejącą się, zaniedbaną sąsiadką Konrada i Eybjorg. Kobieta nie może znieść, że po rozwodzie Konrad „wymienił”, jak to określa, poprzednią żonę na młodszy model. Zgorzkniała, im częściej sięga po kieliszek, tym robi się złośliwsza. Obie kobiety łączy Atli, w tej roli Steinþór Hróar Steinþórsson, mąż Agnes i syn Ingi. Problem, który w życiu obu kobiet eskaluje do rozmiaru, który je przerasta, ma swoje źródło gdzie indziej. Najciekawsze jest docieranie do tego miejsca.

       

       

      Co takiego trzeba mieć w sobie, żeby wciągnąć widza w taki przecież niełatwy proces wgryzania się w film? Z życiorysu Steinþórssona jasno widać, że nie boi się używać własnego języka narracji; pozbawiony kompleksów robi nieśpieszne kino kameralne nie szukając poklasku i ma umiejętność wkładania uniwersalnych historii w bardzo islandzkie ramy. To trzeci pełnometrażowy film urodzonego w 1978 w Reykiavíku Sigurđssona, absolwenta Columbia University w Nowym Jorku. Islandczyk ma świetną rękę do kamery i robi rzeczy, które podobają się i w Europie, i w USA. Podobają się i krytykom, i widzom. O sukcesie europejskich filmów świadczą amerykańskie remaki. Jego „Tak czy siak” przerobione przez Davida Gordona na „Drogi przez Teksas” jest tego przykładem. O tym, jak duże nadzieje pokładane są w Islandczyku niech świadczy fakt, że w 2012 Sigurđsson trafił na listę „10 europejskich reżyserów, których warto obserwować”. Ale Islandczyk ma nie tylko dobrą rękę do kamery, potrafi też dobierać ludzi do współpracy. A do realizacji „W cieniu drzewa” zaprosił Polkę Monikę Lenczewską, z którą łączy go amerykańskie wykształcenie; Lenczewska ukończyła American Film Institute w Los Angeles i też trafiła na gorącą listę, gdy w 2016 magazyn „Variete” uznał ją jedną z „10 młodych operatorów, których karierę należy śledzić”. W naszym nordyckim świadku Polka jest dobrze rozpoznana, bo robiła zdjęcia do słynnego „Obcego nieba” (2015).

       

      Operator z reżyserem to serce filmu, od tego jak bije zależy jego nastrój. Aktorzy mogą go podkręcić, ale to mistycy światła i kadru utrwalają nasze emocje po każdym kinowym seansie. Tutaj zaiskrzyło. Lenczewska nie koloryzuje i nasyca obrazy leciutko, podkreślając, że to kraj raczej skąpo nasłoneczniony. Świetnie to współgra z pokazanym konfliktem, bo naprawdę łatwiej uwierzyć w irytację sąsiada, który przy tak ograniczonym braku słonecznego światła, traci go dodatkowo przez wielki cień jaki rzuca drzewo sąsiada na jego ogród. Oboje z reżyserem postanowili unikać stereotypów, więc nie ma tutaj typowych spektakularnych landszaftów, a wyłaniająca się zza kadrów Islandia przypomina trip do Krakowa, który turysta zwiedza szlifując bruki Bieżanowa i Prokocimia. Kraj znany z przyrody uderza przewrotnie zwykłą wielkomiejską rzeczywistością. Zakorkowane ulice, trzypasmówki ze sznurami aut i huk samochodów zza okna od razu mówi, że nikt w tym filmie nie będzie się mizdrzył do widza.

       

      Filmowi dobrze zrobił fakt, że reżyser jest współautorem scenariusza razem z Huldarem Breiðfjörðem (ur. 1972), który ma za sobą studia w zakresie produkcji filmowej w Nowy Jorku, ale też literaturoznawstwo, które skończył na Uniwersytecie Islandzkim. To dodatkowo autor powieści, krótkiej prozy i wierszy. Przyznaję, że chętnie przeczytałabym jego powieść drogi „Kochani Islandczycy”, gdzie opisuje podróż po interiorze 25-letniego chłopaka, który ma dość wygodnego życia w stolicy i rusza w głąb kraju, żeby poznać lepiej Islandię i jej mieszkańców. Trudno powiedzieć, czy Breiðfjörð jest bardziej scenarzystą czy pisarzem, w każdym razie w obu rolach zgarnia nagrody i wyróżnienia. Jego życiorys jest do cna islandzki. Pamiętam jak podczas Nordic Talking Dorota Sosińska tłumaczyła nam konotacje i dodatkowe zajęcia muzyków islandzkich. Wyspiarze imają się wszystkiego i powiedzenie: człowiek orkiestra bardzo pasuje tam niemal do każdego. Grająca np. Ingę Edda Björgvinsdóttir jest dodatkowo mówczynią motywacyjną.

       

      I chociaż prawie wszystko podoba mi się w tym filmie, to ocenę obniżam za przerysowanie, które uznaję za niepotrzebne. Film ostatecznie zmierza ku rozwiązaniu, które jest krzyżówką „Takiej pięknej katastrofy” Todda Bergera i „Kła” Lanthimosa. Ja za takimi klimatami w kinie nie przepadam. Odbieram też wprowadzenie takich środków do filmu za słabość autorów, którzy nie potrafili tak poprowadzić narracji, żeby zbudować na tyle silne tło konfliktu, żebyśmy uwierzyli, że jego eskalacja ma uzasadnienie. Dla freaków nordyckich to oczywiście obowiązkowy seans. Ja zadowalam się jednorazowym pokazem, co oznacza, że film nie skradł mi na tyle serca, żebym chciała go mieć u siebie na półce. Apetyt na powtórkę odebrało mi zakończenie.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „W cieniu drzewa - islandzki film o zazdrości kobiet”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 czerwca 2018 16:33
  • środa, 20 czerwca 2018
    • Thelma - Joachim Trier

      Dla osób, które nie tylko się zaznajomiły, co zafascynowały kinem Joachima Triera przyjęcie „Thelmy” może budzić pewne opory. Przeskok gatunkowy jest taki jak między Zolą a Márquezem. Realista nagle sięga po fantastykę w tonacji noire, opowiadając bajkę, która niczym krwiste historie braci Grimm strasząc ujawnia mroczną prawdę. Amerykanie zaklasyfikowali film Triera jako horror story, fairy tale i superhero movie. Czy jednak słusznie?

       

       

      Wraz z „Thelmą” dokonałam kolejnego kinowego odkrycia po cyklu psychologicznym: „Spotkania Filozoficzne” w Kinie pod Baranami. Spotkania mają akademicki sznyt a to dzięki prowadzącej, dr hab. Joannie Hańderek z Instytutu Filozofii UJ, specjalistki od filozofii kultury i współczesnej filozofii z mocnym naciskiem na postkolonializm, globalizację, gender i multikulturalizm. Jej zainteresowania naukowe i obecność pozauczelniana w roli redaktorki racjonalista.tv, członkini Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów i blogerki genialnie pasowała do dyskusji o najnowszym filmie Joachima Triera. „Thelma” zgarnia kolejne nagrody. W 2017 dostała Nagrodę Norweskich Krytyków Filmowych, a Eili Harboe za tytułową główną rolę została uhonorowana nagrodą dla najlepszej aktorki w Mar del Plata Film Festival 2017 i wyróżnieniem podczas Berlinale w kategorii „Młodzi, obiecujący aktorzy europejscy”. Ale, jak prowokacyjnie otworzyła dyskusję Joanna Hańderek, nasuwa się pytanie, czy mamy faktycznie do czynienia z dziełem genialnym czy zostaliśmy jedynie nabici w przysłowiową butelkę?

       

      A problem pojawia się już przy pytaniu, o co właściwie w tym filmie chodzi? Sam Joachim Trier dając nam wolność interpretacyjną, w wywiadach mówi, że chciał zrobić film o młodej kobiecie szukającej drogi do samej siebie, odkrywającej własną tożsamość i walczącej o autonomię dla siebie. I zrobił to, tyle, że bawiąc się kinem, zapożyczeniami i miksując gatunki. Postać kobiecą wybrał z zamysłem, bo jak powiedział sporo już zrobiono filmów o homoseksualizmie mężczyzn; „Thelma” ma być skandynawskim wyłomem w nurcie, który rządzi naszą wyobraźnią od głośnego i dla wielu kontrowersyjnego „Życia Adeli” Abdellatifa Kechiche. Thelmę poznajemy jako kilkulatkę. Długie, bergmanowskie, posuwiste ramię kamery prowadzi nas obok pary: ojca i kilkulatki. Idą środkiem skutego lodem jeziora, zatrzymują się, żeby przez chwilę obserwować przepływającą pod ich stopami rybę. Wymowne spojrzenie ojca na córkę. Wchodzą w głąb lasu, najwyraźniej wybrali się na polowanie. Ojciec dostrzega w oddali jelenia, ale wypaloną do strzału broń nagle kieruje w stronę głowy dziewczynki. Niepokojące dlaczego? i oczekiwanie na rozstrzygający strzał nadają ton całemu filmowi.

       

      I już w tym miejscu Trier nas kupuje. Tyle, że niespełnioną obietnicą. Zarysowuje się nam wizja mrocznego thrillera, który jednak stylizowany jest na kino z ambicjami. Zawieszone na skraju zdania pytanie o to, czy to faktycznie dobre kino, czy tylko dobry chwyt, wydawało mi się trudne do rozstrzygnięcia, aż do ostatniego wydania dwójkowej „Czytelni”. Z dylematu uwolnił mnie Piotr Kofta. Omawiając „Innych ludzi” zasugerował, że niektórym książkom trzeba nieco odpuścić. I o ile ostatnia Masłowska językowo jest kolejnym zimowym wejściem na K2, to fabularnie i pod kątem diagnozy społeczno-obyczajowej dałaby się streścić w kilku zdaniach i nie wnosi nic więcej niż wiele krążących po magazynach artykułów o współczesnej kondycji Polaków. I w tym miejscu Piotr Kofta powiedział coś, co bardzo dobrze sprawdzi się w przypadku „Thelmy”: czasami trzeba trzymać w ryzach własne oczekiwania i przypominać sobie nieustannie, że nie mogą być zbyt wygórowane.

       

      Do „Thelmy” podchodzę więc na luzie. W sumie, gdyby film rozebrać z warstwy grozy, zostaje zwykła opowieść o stawaniu się kobietą. Tytułowa Thelma jest dzieckiem, dla którego rodzice tracą zainteresowanie tuż po narodzinach syna. W dziewczynce narasta poczucie odrzucenia. Trier pokazuje, że dorastanie do kobiecości to droga przez odrzucenia, stanie w cieniu, nieustanne zabieganie o uwagę i uczucia. Wiem, że narzucam tej interpretacji genderowy skafander, ale odpuśćmy sobie uprzedzenia i spójrzmy na filmową historię właśnie takim filtrem.

       

      Mamy tutaj dziewczynę mocno trzymaną w ryzach przez rodziców, którzy dyscyplinują ją podsycaną żarliwością religijną. Thelma ma być skromna, cicha i posłuszna. Rodzice kontrolują jej życie, a nieustanne telefony to tylko jeden z wielu sposobów wkraczania w nie. Gdy Thelma pierwszy raz zabiera głos i wyraża własną opinię usłyszy jedno z praw Jante; nie powinna sobie wyobrażać, że jest lepsza od innych. Ojciec, wspierany przez potakującą matkę, przywróci dziewczynie odpowiednie proporcje myślenia o sobie. Thelma idzie przez życie na krótkiej smyczy. Czy się z niej urwie?

       

      Trier rozwija wiele tropów genderowych. Zacznijmy od PNES, czyli psychogennych napadów rzekomo padaczkowych, które pojawiają się u Thelmy, w filmie ciekawie zilustrowane zdjęciami z przeszłości obrazującymi dowody kobiecej histerii. I tak z mozaikowych informacji wyłania się obraz kobiecości, czegoś na kształt niezrozumiałego procesu, trudnej biologii, seksualności, którą trzeba poskramiać, przekroczeń, do których już od czasu Ewy bardziej skłonna była kobieta. Wiele jest tu symboli kojarzonych z kobietą i kobiecością, począwszy od greckiej litery theta, ryby, wielu elementów horyzontalnych jak jezioro skute lodem, ziemia czy po prostu woda.

       

      Obraz kobiety w filmie Triera to na wskroś obraz skandynawski. Trudno mówić czy bardziej norweski czy duński. Wprawdzie Trier urodził się w Kopenhadze, ale dorastał w Norwegii. Jego ojciec jest Duńczykiem. Ukończył duński European Film College. Jest kimś kto wyrósł w tyglu nordyckim, gdzie elementy feminizmu były silne. Do tego jego matka też jest filmowcem i zrobiła kilka filmów o emancypacji kobiet w Afryce. Kreując postać Thelmy wydaje mi się, że przeobraża symbolicznie faustowską Małgorzatę w rejony kojarzone z kobiecością Amazonek, które „dusiły swoich nowo narodzonych synów, jak Danaidy i kobiety z wyspy Lemnos zabijające swych mężów”*.

       

      Wreszcie Trier odwraca wątek erotyczny. Symbolicznym Akteonem, którego zachwyci kąpiąca się Diana, będzie Anja, grana przez Kayę Wilkins, znaną jako Okay Kaya, wokalistka norwesko-amerykańska, którą Trier namówił do pracy przy filmie. Bawi się też Norweg wątkiem kusicielki. Syreny w Odysei czy rusałka Renu Lorelei czarowały śpiewem. Thelma ma supermoc, którą możemy kojarzyć z magią czarownic lub nadprzyrodzonymi umiejętnościami bohaterów komiksowych. I podobnie do swoich poprzedników skorzysta z nich, żeby uwieść ukochaną.

       

      Przy „Thelmie” naprawdę można bez końca bawić się w odczytania i szukać kolejnych symboli. I to dlatego w czasie naszej kinowej dyskusji padały zarzuty, że nadmiar odbiera filmowi finezję. Że bardziej udaje niż jest przedsięwzięciem ambitnym. Bo wprawdzie symbolika w filmie jest bogata, ale zbyt oczywista. Równie oczywiste i łatwe do rozpoznania są zapożyczenia. Jest tu suspens rozsadzany od wewnątrz na zasadzie kontrastu, nieoczekiwanych połączeń, ale też hitchcockowskich chwytów. To nie tylko kwestia miejscówek, które grają w filmie: Oslo, Göteborga, Trollhättan i Kiruny, ale przede wszystkim elementów wykadrowanych w krajobrazie dla podsycenia nastroju grozy. Drzewa szumią niepokojąco, z niezrozumiałych powodów ptaki rozbijają się o szyby okien czytelni uniwersyteckiej, wąż pełznie blisko zabudowań osiedla mieszkaniowego, wielka konstrukcja u sufitu w operze w Oslo grozi zawaleniem, nagle tafla wody w basenie zamienia się w niemożliwy do przebicia sufit. Przestrzeń w filmie Triera kurczy się, zaciska i dusi. Do tego wrażenie, że w najbliższym otoczeniu nie ma miejsca, które dawałoby stuprocentowe poczucie bezpieczeństwa uruchamia odpowiedni poziom kortyzolu, aplikowanego tutaj jak kroplówka podtrzymująca życie choremu.

       

      Odpowiedź na pytanie, czy Amerykanie słusznie rozpoznali gatunkowe tropy w „Thelmie”, pomogłaby zinterpretować film. Ale mamy tu do czynienia raczej z hybrydą gatunkową. To film odczytań otwartych, bez kropki na końcu. Najbliżej mu jednak do bajki, co sam w wywiadzie dla Interii podkreśli Trier, mówiąc, że taka konstrukcja pozwoliła mu „pokazać coś bardzo ludzkiego, z czym możemy się utożsamiać, tyle że za pośrednictwem zjawisk nadprzyrodzonych”. To właśnie wydaje mi się siłą filmu, który przekonuje do siebie kolejnych jurorów. Realizm przecinają tu sceny, co do których, do końca nie mamy pewności, czy są snem, czy jawą. Niepokój podkreślany muzyką, chłód szerokiego kadrowania, zdjęcia z lotu ptaka, gdy kamera zawiesza się wysoko, sprawiają, że trudniej dostrzec szczegół, a percepcja zaciera się. Nordyckie plenery zaczynają przypominać Metropolis i Gotham City, tyle, że w filmie Triera nie wiemy, kto jest tym złym.

       

      Czy zatem iść czy nie iść na film Triera? Iść, ale jak sugeruje Piotr Kofta trzymając w ryzach zbyt wygórowane oczekiwania. Zachwycić się muzyką, stroną estetyczną filmu, fabułą i wybaczyć nadmiar, może zbyt oczywistej gry w symbole i zabawy kinem.

       

      Źródła: * Władysław Kopaliński „Słownik symboli“, Wiedza Powszechna, Warszawa 1990, The Verge

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Thelma - Joachim Trier”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 20 czerwca 2018 14:01

Kalendarz

Wrzesień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014