Recenzentka

Wpisy otagowane „2017”

  • wtorek, 26 czerwca 2018
    • W cieniu drzewa - islandzki film o zazdrości kobiet

      Jedni mówią, że „W cieniu drzewa” to studium kłótni. Inni, że Hafsteinn Gunnar Sigurđsson specjalizuje się w rozkładaniu na czynniki pierwsze społeczeństwa islandzkiego. Według mnie to bardzo uniwersalny film o kobiecej zazdrości, która wrze w rytm rozkręcającego się do wybuchu wulkanu. Sigurđsson bardzo dobrze uchwycił bezsens kobiecej zazdrości, która podszyta jest irracjonalnymi zachowaniami, podejrzliwością, ukrywaniem emocji, które jednocześnie sterują nieświadome ofiary do gwałtownych decyzji, które objawiają się kolejnymi, niekontrolowanymi zachowaniami, prowadzącymi je prosto do autodestrukcji. Ale nie tylko. Pokazane tu kobiety niszczą po drodze wszystko i wszystkich. Agnes, tu w świetnej roli Lára Jóhanna Jónsdóttir, nakrywa męża w sytuacji, po której kobieta nie widzi szansy na dalsze wspólne życie. Inga jest starzejącą się, zaniedbaną sąsiadką Konrada i Eybjorg. Kobieta nie może znieść, że po rozwodzie Konrad „wymienił”, jak to określa, poprzednią żonę na młodszy model. Zgorzkniała, im częściej sięga po kieliszek, tym robi się złośliwsza. Obie kobiety łączy Atli, w tej roli Steinþór Hróar Steinþórsson, mąż Agnes i syn Ingi. Problem, który w życiu obu kobiet eskaluje do rozmiaru, który je przerasta, ma swoje źródło gdzie indziej. Najciekawsze jest docieranie do tego miejsca.

       

       

      Co takiego trzeba mieć w sobie, żeby wciągnąć widza w taki przecież niełatwy proces wgryzania się w film? Z życiorysu Steinþórssona jasno widać, że nie boi się używać własnego języka narracji; pozbawiony kompleksów robi nieśpieszne kino kameralne nie szukając poklasku i ma umiejętność wkładania uniwersalnych historii w bardzo islandzkie ramy. To trzeci pełnometrażowy film urodzonego w 1978 w Reykiavíku Sigurđssona, absolwenta Columbia University w Nowym Jorku. Islandczyk ma świetną rękę do kamery i robi rzeczy, które podobają się i w Europie, i w USA. Podobają się i krytykom, i widzom. O sukcesie europejskich filmów świadczą amerykańskie remaki. Jego „Tak czy siak” przerobione przez Davida Gordona na „Drogi przez Teksas” jest tego przykładem. O tym, jak duże nadzieje pokładane są w Islandczyku niech świadczy fakt, że w 2012 Sigurđsson trafił na listę „10 europejskich reżyserów, których warto obserwować”. Ale Islandczyk ma nie tylko dobrą rękę do kamery, potrafi też dobierać ludzi do współpracy. A do realizacji „W cieniu drzewa” zaprosił Polkę Monikę Lenczewską, z którą łączy go amerykańskie wykształcenie; Lenczewska ukończyła American Film Institute w Los Angeles i też trafiła na gorącą listę, gdy w 2016 magazyn „Variete” uznał ją jedną z „10 młodych operatorów, których karierę należy śledzić”. W naszym nordyckim świadku Polka jest dobrze rozpoznana, bo robiła zdjęcia do słynnego „Obcego nieba” (2015).

       

      Operator z reżyserem to serce filmu, od tego jak bije zależy jego nastrój. Aktorzy mogą go podkręcić, ale to mistycy światła i kadru utrwalają nasze emocje po każdym kinowym seansie. Tutaj zaiskrzyło. Lenczewska nie koloryzuje i nasyca obrazy leciutko, podkreślając, że to kraj raczej skąpo nasłoneczniony. Świetnie to współgra z pokazanym konfliktem, bo naprawdę łatwiej uwierzyć w irytację sąsiada, który przy tak ograniczonym braku słonecznego światła, traci go dodatkowo przez wielki cień jaki rzuca drzewo sąsiada na jego ogród. Oboje z reżyserem postanowili unikać stereotypów, więc nie ma tutaj typowych spektakularnych landszaftów, a wyłaniająca się zza kadrów Islandia przypomina trip do Krakowa, który turysta zwiedza szlifując bruki Bieżanowa i Prokocimia. Kraj znany z przyrody uderza przewrotnie zwykłą wielkomiejską rzeczywistością. Zakorkowane ulice, trzypasmówki ze sznurami aut i huk samochodów zza okna od razu mówi, że nikt w tym filmie nie będzie się mizdrzył do widza.

       

      Filmowi dobrze zrobił fakt, że reżyser jest współautorem scenariusza razem z Huldarem Breiðfjörðem (ur. 1972), który ma za sobą studia w zakresie produkcji filmowej w Nowy Jorku, ale też literaturoznawstwo, które skończył na Uniwersytecie Islandzkim. To dodatkowo autor powieści, krótkiej prozy i wierszy. Przyznaję, że chętnie przeczytałabym jego powieść drogi „Kochani Islandczycy”, gdzie opisuje podróż po interiorze 25-letniego chłopaka, który ma dość wygodnego życia w stolicy i rusza w głąb kraju, żeby poznać lepiej Islandię i jej mieszkańców. Trudno powiedzieć, czy Breiðfjörð jest bardziej scenarzystą czy pisarzem, w każdym razie w obu rolach zgarnia nagrody i wyróżnienia. Jego życiorys jest do cna islandzki. Pamiętam jak podczas Nordic Talking Dorota Sosińska tłumaczyła nam konotacje i dodatkowe zajęcia muzyków islandzkich. Wyspiarze imają się wszystkiego i powiedzenie: człowiek orkiestra bardzo pasuje tam niemal do każdego. Grająca np. Ingę Edda Björgvinsdóttir jest dodatkowo mówczynią motywacyjną.

       

      I chociaż prawie wszystko podoba mi się w tym filmie, to ocenę obniżam za przerysowanie, które uznaję za niepotrzebne. Film ostatecznie zmierza ku rozwiązaniu, które jest krzyżówką „Takiej pięknej katastrofy” Todda Bergera i „Kła” Lanthimosa. Ja za takimi klimatami w kinie nie przepadam. Odbieram też wprowadzenie takich środków do filmu za słabość autorów, którzy nie potrafili tak poprowadzić narracji, żeby zbudować na tyle silne tło konfliktu, żebyśmy uwierzyli, że jego eskalacja ma uzasadnienie. Dla freaków nordyckich to oczywiście obowiązkowy seans. Ja zadowalam się jednorazowym pokazem, co oznacza, że film nie skradł mi na tyle serca, żebym chciała go mieć u siebie na półce. Apetyt na powtórkę odebrało mi zakończenie.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „W cieniu drzewa - islandzki film o zazdrości kobiet”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 czerwca 2018 16:33
  • środa, 20 czerwca 2018
    • Thelma - Joachim Trier

      Dla osób, które nie tylko się zaznajomiły, co zafascynowały kinem Joachima Triera przyjęcie „Thelmy” może budzić pewne opory. Przeskok gatunkowy jest taki jak między Zolą a Márquezem. Realista nagle sięga po fantastykę w tonacji noire, opowiadając bajkę, która niczym krwiste historie braci Grimm strasząc ujawnia mroczną prawdę. Amerykanie zaklasyfikowali film Triera jako horror story, fairy tale i superhero movie. Czy jednak słusznie?

       

       

      Wraz z „Thelmą” dokonałam kolejnego kinowego odkrycia po cyklu psychologicznym: „Spotkania Filozoficzne” w Kinie pod Baranami. Spotkania mają akademicki sznyt a to dzięki prowadzącej, dr hab. Joannie Hańderek z Instytutu Filozofii UJ, specjalistki od filozofii kultury i współczesnej filozofii z mocnym naciskiem na postkolonializm, globalizację, gender i multikulturalizm. Jej zainteresowania naukowe i obecność pozauczelniana w roli redaktorki racjonalista.tv, członkini Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów i blogerki genialnie pasowała do dyskusji o najnowszym filmie Joachima Triera. „Thelma” zgarnia kolejne nagrody. W 2017 dostała Nagrodę Norweskich Krytyków Filmowych, a Eili Harboe za tytułową główną rolę została uhonorowana nagrodą dla najlepszej aktorki w Mar del Plata Film Festival 2017 i wyróżnieniem podczas Berlinale w kategorii „Młodzi, obiecujący aktorzy europejscy”. Ale, jak prowokacyjnie otworzyła dyskusję Joanna Hańderek, nasuwa się pytanie, czy mamy faktycznie do czynienia z dziełem genialnym czy zostaliśmy jedynie nabici w przysłowiową butelkę?

       

      A problem pojawia się już przy pytaniu, o co właściwie w tym filmie chodzi? Sam Joachim Trier dając nam wolność interpretacyjną, w wywiadach mówi, że chciał zrobić film o młodej kobiecie szukającej drogi do samej siebie, odkrywającej własną tożsamość i walczącej o autonomię dla siebie. I zrobił to, tyle, że bawiąc się kinem, zapożyczeniami i miksując gatunki. Postać kobiecą wybrał z zamysłem, bo jak powiedział sporo już zrobiono filmów o homoseksualizmie mężczyzn; „Thelma” ma być skandynawskim wyłomem w nurcie, który rządzi naszą wyobraźnią od głośnego i dla wielu kontrowersyjnego „Życia Adeli” Abdellatifa Kechiche. Thelmę poznajemy jako kilkulatkę. Długie, bergmanowskie, posuwiste ramię kamery prowadzi nas obok pary: ojca i kilkulatki. Idą środkiem skutego lodem jeziora, zatrzymują się, żeby przez chwilę obserwować przepływającą pod ich stopami rybę. Wymowne spojrzenie ojca na córkę. Wchodzą w głąb lasu, najwyraźniej wybrali się na polowanie. Ojciec dostrzega w oddali jelenia, ale wypaloną do strzału broń nagle kieruje w stronę głowy dziewczynki. Niepokojące dlaczego? i oczekiwanie na rozstrzygający strzał nadają ton całemu filmowi.

       

      I już w tym miejscu Trier nas kupuje. Tyle, że niespełnioną obietnicą. Zarysowuje się nam wizja mrocznego thrillera, który jednak stylizowany jest na kino z ambicjami. Zawieszone na skraju zdania pytanie o to, czy to faktycznie dobre kino, czy tylko dobry chwyt, wydawało mi się trudne do rozstrzygnięcia, aż do ostatniego wydania dwójkowej „Czytelni”. Z dylematu uwolnił mnie Piotr Kofta. Omawiając „Innych ludzi” zasugerował, że niektórym książkom trzeba nieco odpuścić. I o ile ostatnia Masłowska językowo jest kolejnym zimowym wejściem na K2, to fabularnie i pod kątem diagnozy społeczno-obyczajowej dałaby się streścić w kilku zdaniach i nie wnosi nic więcej niż wiele krążących po magazynach artykułów o współczesnej kondycji Polaków. I w tym miejscu Piotr Kofta powiedział coś, co bardzo dobrze sprawdzi się w przypadku „Thelmy”: czasami trzeba trzymać w ryzach własne oczekiwania i przypominać sobie nieustannie, że nie mogą być zbyt wygórowane.

       

      Do „Thelmy” podchodzę więc na luzie. W sumie, gdyby film rozebrać z warstwy grozy, zostaje zwykła opowieść o stawaniu się kobietą. Tytułowa Thelma jest dzieckiem, dla którego rodzice tracą zainteresowanie tuż po narodzinach syna. W dziewczynce narasta poczucie odrzucenia. Trier pokazuje, że dorastanie do kobiecości to droga przez odrzucenia, stanie w cieniu, nieustanne zabieganie o uwagę i uczucia. Wiem, że narzucam tej interpretacji genderowy skafander, ale odpuśćmy sobie uprzedzenia i spójrzmy na filmową historię właśnie takim filtrem.

       

      Mamy tutaj dziewczynę mocno trzymaną w ryzach przez rodziców, którzy dyscyplinują ją podsycaną żarliwością religijną. Thelma ma być skromna, cicha i posłuszna. Rodzice kontrolują jej życie, a nieustanne telefony to tylko jeden z wielu sposobów wkraczania w nie. Gdy Thelma pierwszy raz zabiera głos i wyraża własną opinię usłyszy jedno z praw Jante; nie powinna sobie wyobrażać, że jest lepsza od innych. Ojciec, wspierany przez potakującą matkę, przywróci dziewczynie odpowiednie proporcje myślenia o sobie. Thelma idzie przez życie na krótkiej smyczy. Czy się z niej urwie?

       

      Trier rozwija wiele tropów genderowych. Zacznijmy od PNES, czyli psychogennych napadów rzekomo padaczkowych, które pojawiają się u Thelmy, w filmie ciekawie zilustrowane zdjęciami z przeszłości obrazującymi dowody kobiecej histerii. I tak z mozaikowych informacji wyłania się obraz kobiecości, czegoś na kształt niezrozumiałego procesu, trudnej biologii, seksualności, którą trzeba poskramiać, przekroczeń, do których już od czasu Ewy bardziej skłonna była kobieta. Wiele jest tu symboli kojarzonych z kobietą i kobiecością, począwszy od greckiej litery theta, ryby, wielu elementów horyzontalnych jak jezioro skute lodem, ziemia czy po prostu woda.

       

      Obraz kobiety w filmie Triera to na wskroś obraz skandynawski. Trudno mówić czy bardziej norweski czy duński. Wprawdzie Trier urodził się w Kopenhadze, ale dorastał w Norwegii. Jego ojciec jest Duńczykiem. Ukończył duński European Film College. Jest kimś kto wyrósł w tyglu nordyckim, gdzie elementy feminizmu były silne. Do tego jego matka też jest filmowcem i zrobiła kilka filmów o emancypacji kobiet w Afryce. Kreując postać Thelmy wydaje mi się, że przeobraża symbolicznie faustowską Małgorzatę w rejony kojarzone z kobiecością Amazonek, które „dusiły swoich nowo narodzonych synów, jak Danaidy i kobiety z wyspy Lemnos zabijające swych mężów”*.

       

      Wreszcie Trier odwraca wątek erotyczny. Symbolicznym Akteonem, którego zachwyci kąpiąca się Diana, będzie Anja, grana przez Kayę Wilkins, znaną jako Okay Kaya, wokalistka norwesko-amerykańska, którą Trier namówił do pracy przy filmie. Bawi się też Norweg wątkiem kusicielki. Syreny w Odysei czy rusałka Renu Lorelei czarowały śpiewem. Thelma ma supermoc, którą możemy kojarzyć z magią czarownic lub nadprzyrodzonymi umiejętnościami bohaterów komiksowych. I podobnie do swoich poprzedników skorzysta z nich, żeby uwieść ukochaną.

       

      Przy „Thelmie” naprawdę można bez końca bawić się w odczytania i szukać kolejnych symboli. I to dlatego w czasie naszej kinowej dyskusji padały zarzuty, że nadmiar odbiera filmowi finezję. Że bardziej udaje niż jest przedsięwzięciem ambitnym. Bo wprawdzie symbolika w filmie jest bogata, ale zbyt oczywista. Równie oczywiste i łatwe do rozpoznania są zapożyczenia. Jest tu suspens rozsadzany od wewnątrz na zasadzie kontrastu, nieoczekiwanych połączeń, ale też hitchcockowskich chwytów. To nie tylko kwestia miejscówek, które grają w filmie: Oslo, Göteborga, Trollhättan i Kiruny, ale przede wszystkim elementów wykadrowanych w krajobrazie dla podsycenia nastroju grozy. Drzewa szumią niepokojąco, z niezrozumiałych powodów ptaki rozbijają się o szyby okien czytelni uniwersyteckiej, wąż pełznie blisko zabudowań osiedla mieszkaniowego, wielka konstrukcja u sufitu w operze w Oslo grozi zawaleniem, nagle tafla wody w basenie zamienia się w niemożliwy do przebicia sufit. Przestrzeń w filmie Triera kurczy się, zaciska i dusi. Do tego wrażenie, że w najbliższym otoczeniu nie ma miejsca, które dawałoby stuprocentowe poczucie bezpieczeństwa uruchamia odpowiedni poziom kortyzolu, aplikowanego tutaj jak kroplówka podtrzymująca życie choremu.

       

      Odpowiedź na pytanie, czy Amerykanie słusznie rozpoznali gatunkowe tropy w „Thelmie”, pomogłaby zinterpretować film. Ale mamy tu do czynienia raczej z hybrydą gatunkową. To film odczytań otwartych, bez kropki na końcu. Najbliżej mu jednak do bajki, co sam w wywiadzie dla Interii podkreśli Trier, mówiąc, że taka konstrukcja pozwoliła mu „pokazać coś bardzo ludzkiego, z czym możemy się utożsamiać, tyle że za pośrednictwem zjawisk nadprzyrodzonych”. To właśnie wydaje mi się siłą filmu, który przekonuje do siebie kolejnych jurorów. Realizm przecinają tu sceny, co do których, do końca nie mamy pewności, czy są snem, czy jawą. Niepokój podkreślany muzyką, chłód szerokiego kadrowania, zdjęcia z lotu ptaka, gdy kamera zawiesza się wysoko, sprawiają, że trudniej dostrzec szczegół, a percepcja zaciera się. Nordyckie plenery zaczynają przypominać Metropolis i Gotham City, tyle, że w filmie Triera nie wiemy, kto jest tym złym.

       

      Czy zatem iść czy nie iść na film Triera? Iść, ale jak sugeruje Piotr Kofta trzymając w ryzach zbyt wygórowane oczekiwania. Zachwycić się muzyką, stroną estetyczną filmu, fabułą i wybaczyć nadmiar, może zbyt oczywistej gry w symbole i zabawy kinem.

       

      Źródła: * Władysław Kopaliński „Słownik symboli“, Wiedza Powszechna, Warszawa 1990, The Verge

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Thelma - Joachim Trier”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 20 czerwca 2018 14:01
  • środa, 09 maja 2018
    • Uwodziciel - film o skandinavian dream

      Milad Alami. Oglądam zdjęcie i widzę pogodnego, przystojnego, niewyglądającego na swój wiek mężczyznę. Rocznik 1982. Urodził się w Iranie, dorastał w Szwecji, mieszka w Danii. Cokolwiek nie zrobi jest pierwszy. Jest najlepszy. Debiutuje w wieku zaledwie 21 lat krótkim metrażem „Häst utan tyglar”. Wszystko mówi, że będzie z niego dokumentalista. Jeszcze nikt nie wie, że najlepszy. Jest 2011, gdy kończy Den Danske Filmskole w Kopenhadze. Jego film dyplomowy, „Intet kan røre mig” zdobędzie 10 nagród i zostanie pokazany na ponad 40 międzynarodowych festiwalach filmowych. Cztery lata potem za „Mommy” zdobywa nagrodę Duńskiej Akademii Filmowej dla najlepszego krótkiego metrażu. Wreszcie przychodzi czas na film pełnometrażowy. Dostanie na niego fundusze w ramach New Danish Screen, programu Duńskiego Instytutu Filmowego. Tak powstaje „Uwodziciel” (Charmøren), którym ponownie podbija międzynarodowe festiwale, zdobywając nagrody w Warszawie, Chicago, Lubece i w San Sebastian. Obejrzę „Uwodziciela” podczas krakowskiego Off Camera.

       

       

      W ARS-ie tłum zatrzymuje nas w połowie schodów. Gruba, czerwona wykładzina wycisza szmer rozmów. Boimy się, że będziemy siedzieć w pierwszym rzędzie. Miejsca są nienumerowane, a my wchodzimy na samym końcu. Pokaz opóźnia się, bo jury wciąż obraduje. Nikt się jednak nie złości, bo festiwale żyją przecież inną skalą emocji.

       

      Cały film bazuje na zaskoczeniach, które potęguje tytuł. Ten sugeruje, że śledzimy klatki z życia irańskiego podrywacza, który w szybki i łatwy sposób chce sobie załatwić duński paszport. Czy chodzi wyłącznie o pieniądze? Czy to chwilowy pobyt, który ma podrasować budżet irańskich krewnych, z którymi nieustannie łączy się na Skype i robi regularne przelewy? Czy to mężczyzna, który się poświęca, żeby wspomóc ich? A może jeden z tych ekonomicznych migrantów? Skala pytań rośnie a nakładają się na nią wszystkie mnożone ostatnio w mediach opinie. Widzimy przecież młodego mężczyznę, który ucieka z ubogiego islamskiego kraju i najwyraźniej doskonale czuje się w roli uwodziciela szukającego bogatych Dunek do roli sponsorek.

       

      To co robi z nami Milad Alami określiłabym pewnego rodzaju psychologiczną rozgrywką. Najwyraźniej chce nas doprowadzić do punktu, w którym wyrobimy sobie maksymalny ogląd, pozwolimy sobie na zamykającą ocenę, którą rozbije kolejnym ruchem kamery. Świetne prowadzenie fabuły przygważdża do fotela i w tym miejscu mogę powtórzyć to, co napisałam przy okazji „Znikasz”: tak, Duńczycy najlepiej łączą ambitne przedsięwzięcia filmowe z lubianą przez masowego widza nieco hollywoodzką narracją. Kamera tańczy szukając atrakcyjnych punktów naświetlenia, kadrowania.

       

      Pierwsze kadry sugerują prostotę graniczącą z surowością. Kamera subtelnie przesuwa się po skromnym, niewielkim wnętrzu, niechlujnym w nieco tymczasowy sposób. Poznajemy mieszkanie Esmaila. Grozi mu deportacja, więc szuka na siłę duńskiej dziewczyny, bo urzędnicy imigracyjni sugerują, że trwały związek mógłby polepszyć jego sytuację. Przystojny, młody i świetny w łóżku wykorzystuje swoje atuty, ale ciśnienie jakie czuje i gmatwanina kultur sprawia, że działa w pośpiechu i popełnia błędy. Kompletnie nie rozumiejąc jakie. Kolejne ujęcie. Jakaś kobieta, zbliża się do krawędzi okna. Wyskoczy? A jeśli tak, to dlaczego?

       

      Surowe reporterskie doświadczenie Milada Alami pozbawi „Uwodziciela” fabularnego nadmiaru. Jak to się dzieje, że chłopak urodzony w Iranie tak dobrze wyczuwa skandynawski minimalizm? Ramy jego kamery opowiadają w konwencji zderzeń. Braki wyostrzają przesyty i na odwrót. Zderzenie kultur wyostrza sprawy i rzeczy, które ukrywają się pod cienką kołdrą rzeczywistości. Kamera Milada Alami prowadzi nas duńskimi wnętrzami, którymi rządzi biel i prostota. Z przestronnych duńskich pokoi, mieszkań, w których odbija się wygodne życie najszczęśliwszego społeczeństwa świata, oko reżysera przenosi nas w dzielnice imigranckie. Wąziutkie pomieszczenia, niemal klaustrofobiczne pokoiki uderzają ponurością i biedą. Duńskie bogate osiedla willowe kontrastuje Alami z tamtejszymi blokowiskami. Ogrody z mikroskopijnymi loggiami. Esmail codziennie przebiera roboczy dres pracownika firmy transportowej w elegancki garnitur. Codziennie opuszcza przeludnione imigranckie osiedle i przekracza drzwi stylowego duńskiego baru.

       

      Do czego jesteśmy się w stanie posunąć chcąc uciec przed biedą? Co poświęcimy dla rodziny? Gdzie są granice honoru, ambicji i bezwstydu? Jaką wartością będzie moralność w konfrontacji z beznadzieją, która jest ścianą zatrzymującą człowieka przed pójściem dalej. Milad Alami opowiada nam film z punktu widzenia człowieka wyrosłego w społeczeństwie, które jedynie w kinie zetknęło się z biedą. Bergmanowski azymut na konflikty małżeńskie, tradycja kina skandynawskiego, które w surowy i subtelny jednocześnie sposób dokonuje wiwisekcji na relacjach międzyludzkich, a wreszcie irański background, który rezonuje tutaj wielokulturowością przekłada się na filmowy wielopiętrowy fresk.

       

      Jestem poruszona i wciągnięta tym bardziej, im mocniej Alami uderza w uprzedzenia o jakie naprawdę nietrudno obecnie pod adresem islamskich imigrantów. To nie jest jednak kino polityczne ani zaangażowane. Irańskie wtręty to tylko przypadek wynikający z pochodzenia reżysera. Układają historię „Uwodziciela” w uniwersalną opowieść o życiu w gorszym świecie, o skandinavian dream, który już dawno temu zastąpił ten amerykański. To inteligentne kino, pełne ukrytych znaczeń i fabularnych twistów, które wyciągają nas z wygodnych opinii. Takich zaskoczeń będzie tu kilka.

       

      Jeszcze coś się tutaj wyjątkowo udało. O ile hollywoodzkie filmy trywializują inne kultury, o tyle tutaj perski brzmi nie tylko po prostu zwyczajnie, ale też uroczo. Przeniesienie się do domów irańskich rodzin pokazuje pewnego rodzaju nostalgię za tym opuszczonym ojczystym domem. Gdy pokoje dzielą się na kółko mężczyzn dyskutujących przy stoliku o męskich sprawach i kobiet baraszkujących w kuchni, gdy wpadamy na irańską imprezę tak bardzo przypominającą te polonijne wydarzenia kulturalne pełne przebrzmiałych melodii, dawnych gwiazd, to czujemy atmosferę świata utraconego. Niezwykle dużo czułości jest w scenie, gdy grający Esmaila Ardalan Esmaili gładzi tapicerkę krzeseł. W tle widzimy perskie dywany, mieszkanie odbiega od niemal monochromatycznej duńskiej stylistyki i przechodzi w ferie barw z dominującym złotem. Kształty z obłych i nijakich zmieniają się w kanciaste przywodząc na myśl zarys minaretów. I tak jak powiedziałam bez znaczenia jest tu Iran, bo gdyby reżyser był urodzony w Polsce, to podczas obiadu zamiast typowych irańskich potraw pewnie królowałby schabowy z kapustą i nasze ruskie.

       

      Nostalgia ma wymiar uniwersalny. Tęsknimy tak samo na całym świecie. I nie ma znaczenia, czy migrujemy z południa czy ze wschodu. Nie mają znaczenia języki, religie. Bieda wszędzie tak samo przygniata. Beznadzieja równie głęboko pogrąża. A miłość, która okazuje się tutaj niewidoczną, cieniutką nicią łączącą tę łamigłówkę kadrów,  jest tak samo trudna, niezrozumiała, silna, bolesna, prawdziwa i udawana, jak wszędzie.

       

      To bardzo piękny i bardzo prawdziwy film. Nie mogę napisać o wszystkim, bo największą frajdę daje rozbijanie piramidki, jaka nam się układa w głowie, a rozsypuje wraz z kolejnymi zaskoczeniami. Cieszę się, że kino niezależne wciąż przyciąga takie tłumy i że możemy spotkać się raz w roku w Krakowie.

       

      1_Off_Camera_Uwodziciel_Recenzentka_blog_Anna_Dutka

       

      PS Idźcie na pl. Szczepański do Lodziarni Tiffany na perskie lody. Polecam te z zielonej herbaty. Matcha w intensywnej odsłonie.

       

      Uwodziciel:
      Scenarzysta: Ingeborg Topsøe, Milad Alami
      Producent: Stinna Lassen
      Montażysta: Olivia Neergaard-Holm
      Operator: Sophia Olsson
      Muzyka: Martin Dirkov
      Obsada: Ardalan Esmaili, Soho Rezanejad, Susan Taslimi, Lars Brygmann

       

      Filmografia:
      2017 Charmøren / Uwodziciel (film pełnometrażowy)
      2015 Mommy (film krótkometrażowy)
      2014 Void (film krótkometrażowy)
      2014 Mini (film krótkometrażowy)
      2011 Intet kan røre mig / Nothing Can Touch Me (film krótkometrażowy)
      2007 Ett-Två-Tre Martyr! (film krótkometrażowy)
      2003 Häst utan tyglar (film krótkometrażowy)

       

      Źródła: http://circusalphaville.com/milad-alami/

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Uwodziciel - film o skandinavian dream”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 09 maja 2018 12:15

Kalendarz

Lipiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014