Recenzentka

Wpisy otagowane „2017”

  • piątek, 12 października 2018
    • Teatr świata. Mapy, które tworzą historię - Thomas Reinertsen Berg

      Nagradzając „Teatr świata. Mapy, które tworzą historię” Thomasa Reinertsena Berga (ur. 1971) jury najbardziej prestiżowej norweskiej nagrody literackiej Brage określiło jego książkę „tour de force”. Erika Fatland na łamach „Aftenposten” napisała „po prostu piękna”. Rok 2017 z pewnością należał do Norwega. Skromnego, dyskretnego i bardzo zaskoczonego werdyktem jury. Zwłaszcza, że wygrał z Monicą Kristensen, królową svalbardzkiego kryminału i jednocześnie wybitną badaczką polarną stawianą na równi z Amundsenem i Nansenem. Kim jest ten debiutant i jaką miał receptę na napisanie najlepszej norweskiej książki non-fiction roku?

       

      Teatr_swiata

       

      „Nic” albo „praktycznie niczego” nie mogę znaleźć na jego temat. Tak jakby zaszył się w dark roomie Internetu. Mówi za niego wyłącznie to co tworzy, a tworzy regularnie. Skończył literaturoznawstwo oraz wiedzę o Bliskim Wschodzie i Afryce Północnej na Uniwersytecie w Oslo. Potem zaczyna pisać dla różnych tytułów, m.in. dla ”Klasskampen”, „Dagsavisen” a od 2007 regularnie dla „Morgenbladet”. Wyspecjalizuje się wkrótce w tematach naukowych i kulturalnych. Szczególnie poświęci się tematyce bliskowschodniej i Afryce Północnej. Jest dociekliwy. Widzi rzeczy z lotu ptaka, opisuje w makroujęciach. „Teatr świata. Mapy, które tworzą historię” jest z pozoru przedsięwzięciem, które nie powinno się powieść. No bo jak na ok. 350 stronach opisać ok. 38 000 lat historii kartografii?

       

      Ma 47 lat, gdy debiutuje „Teatrem świata”. I od razu wygrywa najwyższą literacką stawkę stając się gwiazdą festiwali literackich. Już w tegorocznej edycji Festiwalu Conrada można go będzie spotkać! No więc, jeszcze raz pytam: jak on to zrobił??

       

      Odpowiedzi na to pytanie składają się na receptę na sukces. Po pierwsze napisał książkę, której po prostu jeszcze nie było. Nikt przed nim nie pokusił się o odtworzenie historii kartografii w ujęciu norweskim, bo to szukanie Norwegii na mapach świata staje się zaczynem tej publikacji. W kraju wikingów, spektakularnych podbojów i podróżników aż prosiło się o taką rzecz. Jak dotarto na Północ uznawaną za kres możliwości do zamieszkania? Którędy wiodły do niej drogi? Kiedy północne krańce świata zaczęły wyłaniać się na mapach świata? Co ludzi pchało na północ? To tylko kilka spośród pytań, na które odpowiedzi można znaleźć w tej książce.

       

      Lata publicystycznej pracy wyrobiły w Thomasie Reinertsenie Bergu lekkość pisania. Na ten aspekt zwrócą uwagę krytycy. Rzeczywiście, popularnonaukowa precyzja i dziennikarska sprawność spotka się tu w idealnym zespoleniu. Ale jest coś jeszcze. Czytając Berga wkraczamy w bardzo osobisty świat przemyśleń, który układa się w suplement do „Teatru świata”. Ta dodatkowa mapa pytań, którymi zmierza do celu Berg, zachwyci zwłaszcza tych, którzy lubią sobie literacko stawiać poprzeczki. Wielu podkreśli edukacyjne walory „Teatru świata”. To literalnie książka, która zmusza do myślenia. A jej czytanie wymaga skupienia. Jest jak zestaw majsterkowicza, ale zamiast młotka i gwoździ dostajesz narzędzia do samodzielnego myślenia. Więc gwarantuję mocny zespół ekscytacji w brzuchu.

       

      Ale sposobów na uwiedzenie Thomas Reinertsen Berg ma jeszcze kilka. To przede wszystkim rodzaj prezentacji treści. W jednym miejscu ujmie naskalne rysunki jako świadectwa potrzeby ogarnięcia świata wzrokiem, wyprawę trzech astronautów Apollo 8 z 1968 i miniwykład o greckim bogu słońca przemieszczającym się co dnia po niebie w rydwanie przewożonym przez Heliosa, żeby przejść do sedna i opowiedzieć o wydaniu niespełna cztery stulecia wcześniej, w 1570 pierwszego na świecie nowoczesnego atlasu. Następnie przypomni, że rok zanim Flamand Abraham Ortelius wydał atlas, jedna z postaci u angielskiego dramaturga Richarda Edwardsa wspomni słowa Pitagorasa o tym, że świat podobny jest scenie, na której każdy odgrywa swoją rolę, co tak ujmie Szekspira, że wykorzysta tę kwestię w „Jak wam się podoba” a swój teatr nazwie The Globe – ziemskim światem. Albo w innym miejscu powie, że tworzeniu map zawsze towarzyszyła selekcja: „mapa Azteków odzwierciedla hierarchię w społeczeństwie o ostrych podziałach klasowych – atlas Norwegii z 1968 reprezentuje integrujący wszystkich złoty wiek socjaldemokracji”. Płynnie przeskakuje pomiędzy epokami, granicami czasu próbując wyławiać z nich wnioski, szukając punktów styczności. Wyraźnie widać, że bardzo dokładnie przemyślał sobie tę książkę.

       

      Odtworzenie historii kartografii przez Berga to raczej świadectwo padających po drodze pytań, niż czysty zbiór informacji służących opisowi przebiegu wydarzeń. Jeśli więc przypomina liczącą ok. 3 000 lat wykutą w skale na zboczu góry mapę z Bedoliny, to po to, żeby się zastanowić w jakim celu tam powstała. „Mapa ta jest świadectwem punktu zwrotnego w historii tych, którzy ją stworzyli i przemiany społeczności myśliwych w rolników prowadzących osiadły tryb życia”. Mapa ma symbolicznie ukazywać władzę arystokracji posiadającej tam ziemię.

       

      Ale istniały też, jak pisze, mapy używane w trakcie rytuałów przez szamanów, zarówno australijskich, jak i syberyjskich, były dla nich wskazówką jak wrócić z świata duchów do żywych. Mapy, jak też wskazuje, były świadectwem zmieniania się wiary ludzi w to jak powstał i wyglądał świat. Wartością dodaną książki Berga jest to, że w miejscu, gdzie zazwyczaj przytacza się mitologię starożytnych greków pojawia się nordycki suplement i historie o Finlandii, w której wierzono, że świat powstał z jajka, które podzieliło się na ziemię i niebo czy historia inuickiej wiary w to, że ziemia spadła z nieba. A żeby nasze poczucie wyższości nieco osłabić przypomni, że dopiero w 1951 Kościół oficjalnie uznał, że teoria Wielkiego Wybuchu nie stoi w konflikcie z katolicką wiarą w stworzenie świata.

       

      Wreszcie Berg daje asumpt do myślenia o historii map szerzej. Jak dobry lekarz, nie tylko skupia się na zjawisku zastanym i jego przebiegu, ale też szuka źródeł, które wywołały kartograficzny wirus. Wraca więc do opowieści o Demetriuszu z Aten, byłym uczniu Arystotelesa, który zasugerował Ptolemeuszowi kolekcjonowanie książek z całego świata. Uważał, że „handel przynosi dobrobyt, dobrobyt płaci za wiedzę, a wiedza stymuluje do dalszego handlu”. Tak właśnie powstała Biblioteka Aleksandryjska – najważniejszy śródziemnomorski ośrodek naukowy, z którego wywodzi się sztuka kreślenia map. To dzięki temu księgozbiorowi matematyk i astronom Klaudiusz Ptolemeusz napisał „Geografię”, gdzie spisał ponad 8000 miejsc w Afryce, Azji i Europie. Z papirusu „Historia naturalna” dowiedział się o „dużych wyspach, które niedawno odkryto” w nieznanych rejonach północnych. W latach 330 – 320 p.n.e. na północny Atlantyk wypłynął Pyteasz, który jako pierwszy zlokalizował na mapie Norwegię i terytoria północne. „W relacji wspomniał o wyspie Thoúle czy Thule, >> oddalonej o sześć dni żeglugi na północ od Brytanii w pobliżu zamarzniętego morza<<”. Fridtjof Nansen postawił tezę, że Pyteasz musiał stamtąd popłynąć na Orkady, Szetlandy, na norweski Vestlandet i dalej ku kręgowi polarnemu. Zakłada się, jak wyjaśnia Berg, że Pyteasz dotarł do Norwegii na wysokości mniej więcej Møre albo Trøndelagu.

       

      Znajdziecie w „Teatrze map” historię o pierwszym globusie Kratesa z Mallos co do którego pierwszeństwa jesteśmy pewni; opowieść o Snorri Sturlusonie, który w gospodarstwie Reykholt opisał nordyckich bogów i sztukę układania pieśni przez skaldów, a w dalszej kolejności historię norweskich królów, pisząc o wodzach spod Troi i z kraju Turków, którzy poszli na północ dając początek nordyckim rodom królewskim. Przeczytacie o postrzeganiu geografii przez chrześcijaństwo, zwłaszcza o św. Augustynie – ojcu kościoła, który w „Komentarzu słownym do Księgi Rodzaju” napisał, że „chrześcijanin powinien wiedzieć o Ziemi, niebiosach i innych elementach uniwersum co najmniej tyle, aby brakiem wiedzy o sprawach tego świata nie czynił wstydu wyższym prawom Biblii”. Poznacie św. Hieronima, któremu zawdzięczamy topograficzny słownik nazw miejscowości wymienionych w Biblii. Poznacie Norwega Ottara z Hålogalandu, który wyruszył podobnie jak kiedyś Odyseusz ku krańcom świata, postawił żagle i wypłynął najdalej na północ jak się dało, co później zrelacjonował królowi Alfredowi z Wessexu, ten kazał spisać, co finalnie zaprocentowało stworzeniem najstarszego opisu północnych rubieży Europy. To właśnie w „Historii przeciw poganom” znajduje się najstarsza datowana i udokumentowana forma nazwy Norwegii – Norðweg. Thomas Reinertsen Berg przypomni, że najpełniejszy opis geograficzny Północy po łacinie zawdzięczamy Adamowi z Bremy, w czwartej księdze jego „Czynów biskupów Kościoła hamburskiego”. Poznacie Duńczyka Claudiusa Claussøna Swarta, który stworzył pierwszą mapę krajów północnych. Dla osób, które właśnie czytają „Lud” Ilony Wiśniewskiej ciekawe może się okazać jak ewoluowała wiedza na temat Grenlandii, która jak sądzono jeszcze do 1865, była zrośnięta z Syberią. Niedawno pisałam o założycielu rodu Bernadotte, któremu zawdzięczamy opracowanie pierwszej wspólnej mapy Norwegii i Szwecji. Thomas Reinertsen Berg opisze jak to w Norwegii po raz pierwszy wprowadzono nauczanie geografii w 1810, bo władze były zdania, że szkoła powinna uczniom dawać „te wiadomości i umiejętności, które powinien posiadać każdy członek społeczeństwa”. Przypomni Norwega Ernsta Bjerknesa, któremu zawdzięczmy stworzenie pierwszej na świecie mapy tras narciarskich w 1890. Zaledwie 4 lata później powstaje w Norwegii pierwsza turystyczna mapa tras rowerowych.

       

      Thomas Reinertsen Berg wychodząc od podobno najstarszej mapy wyrytej na kle mamuta ok. 38 000 a 32 500 lat temu, pochodzącej z powiatu Alb-Donau w Badenii-Wirtemberdze, dochodzi do Google Maps. Pokazuje jak ciekawość ludzka, praktyczne potrzeby, ambicje władców, względy ekonomiczne, wkrótce militarne i strategiczne wpływały na rozwój kartografii i jak ta stawała się świadectwem swoich czasów. Kończy znamiennym stwierdzeniem: „Kartografia i pieniądze zawsze szły ręka w rękę i odzwierciedlały znaczące interesy poszczególnych władców, państw, firm lub ponadnarodowych korporacji”.

       

      Komu polecam tę książkę? Osobom, które komfortowo czują się wypuszczone na rozległe wyżyny intelektualnych skojarzeń. Tym, którym chce się myśleć. Każdemu, komu sprawia satysfakcję skok w metarozważania. Wreszcie tym, którzy cenią sobie edytorskie wyczyny, a zespół, który przygotował tę książkę nie odpuścił sobie ani o cal. A powtarzając słowa tegorocznego laureata Nike: chciałabym podziękować tym, którzy uczynili z tej książki przedmiot: introligatorom, grafikom, redaktorom, korektorom, tym, którzy zajęli się jej składem i łamanie, tym którzy tę książkę pakowali w kartony. Oni powołali do życia przedmiot, który być może jako jedyny po nas zostaje. Panie Marcinie, byłby Pan bardzo zadowolony z tej książki.

       

      Recenzja: Teatr świata. Mapy, które tworzą historię - Thomas Reinertsen Berg. Znak. Literanova (Kraków, 2018). Tytuł oryginału: Verdensteater. Kartenes historia (2017). Z norweskiego przełożyła: Maria Gołębiowska-Bijak.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję: Znak. Literanova.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Teatr świata. Mapy, które tworzą historię - Thomas Reinertsen Berg”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      piątek, 12 października 2018 18:40
  • czwartek, 06 września 2018
    • Żona - najlepszy film o patencie na literackiego Nobla

      Kto by pomyślał, że tyle przypadków złoży się na to, że „Żona” Björna Runge ( ur. 1961) pojawi się na ekranach kin w idealnym momencie. Ten tak bardzo aktualny obraz ma w sobie pewną tajemnicę. A droga do jej zrozumienia prowadzi do maleńkiego Lysekil w południowo-zachodniej Szwecji, gdzie urodził się reżyser, którego film okrzyknięto jednym z najlepszych w karierze Glenn Close. Tym, dzięki któremu najczęściej nominowana do Oscara aktorka w końcu być może otrzyma, od dawna należącą się jej, statuetkę.

       

       

      Gdy szesnastoletni Björn Runge ustawiał się w Malmö w kolejce do zapisów na kurs teatralny razem z grupą bezrobotnych chłopaków, nic jeszcze nie wskazywało, że tak rozpocznie swoją późniejszą hollywoodzką karierę. Szwedzki „Fokus” napisze, że dzieciństwo w nieustannych przeprowadzkach, zahartowało go i nauczyło wyczuwać nastroje otoczenia. Stanie się to potem jego atutem w pracy reżyserskiej. Na razie ma apetyt na filmowy świat, w który wkroczy już w wieku 20 lat. Z impetem, bo szybko dostanie się do Studia 24 pod skrzydła jednego z największych egocentryków współczesnego szwedzkiego kina. Jeśli wierzyć Lenie Andersson, która w swojej powieści „Bez opamiętania” tak opisze artystę, który w opinii wielu jest doskonałym portretem właśnie reżysera Roya Anderssona.

       

      Nakręcił 17 filmów krótkometrażowych przed swoim pełnometrażowym debiutem w 1996 filmem „Harry och Sonja”. To wtedy pozna Stellana Skarskårda, który zagrał tam tytułową rolę, a kilka dekad później będzie go ostrzegał przed Glenn Close, twierdząc, żeby uważał, bo takich jak on aktorka zjada na śniadanie. Niedługo po fabularnym debiucie, w 2003, Björn Runge wygrywa najważniejszą w szwedzkim świecie filmowym nagrodę: Guldbaggen. „Om jag vänder mig om” zostanie również doceniony na festiwalu w Berlinie. Zanim Runge przeczyta scenariusz „Żony” minie trochę czasu i kilka życiowych burz, co będzie dla niego niezłą lekcją. W 2009 w trakcie prac nad dużym filmem nagle wszystko rzuca. Ma dość głównego producenta, który za bardzo w jego odczuciu wtrąca się do pracy reżysera. Rok później razem z żoną Leną Runge decydują się na rozstanie. Sprzedają dom, dzielą majątek. To trudny krok, bo żona stoi przecież za sukcesem jego filmów, to ona je montuje. W tym miejscu prywatne życie reżysera w dziwnie frapujący sposób zakręca w stronę filmowego. To najlepszy moment na napisanie nieco o fabule „Żony”.

       

      Głównych bohaterów poznajemy w momencie, kiedy Joe odbiera telefon od sekretarza Akademii Szwedzkiej, który przekazuje mu decyzję komitetu noblowskiego. Castleman zostanie tegorocznym laureatem literackiej Nagrody Nobla. Wraz z żoną skaczą z radości na łóżku. Można by sądzić, że to świetnie dobrane małżeństwo, którego nawet na starość nie opuściło poczucie humoru i dziecięca spontaniczność. Ale coś delikatnie burzy ten idealny obraz. Widzimy to w twarzy kobiety, która mimo posągowej urody i mistrzowskiego opanowania przechodzi coś nieoczekiwanego, co śledzimy coraz bardziej intensywnie na ekranie. Dziwnym trafem fikcja filmowa zazębia się nie tylko z bieżącymi wydarzeniami, które z hukiem rozkładają na łopatki Akademię Szwedzką, ale też – uwaga – pasują do życiorysu reżysera filmu. Przypadek?

       

      W 2014 Björn Runge dostaje scenariusz Jane Anderson (ur. 1954), który jest adaptacją książki Meg Wolitzer (ur. 1959). Książka ukazuje się w 2003 w USA. W historii „Żony” niemal każdy detal jest istotny i układa się w coraz bardziej fascynującą układankę. Bohaterką filmu jest młoda dziewczyna, która pod koniec lat 50 uczestniczy w kursie creative writing, podobnie jak pisarka, która chodziła na taki kurs w Smith College. Filmowa Joan poznaje ekscentrycznego, młodego profesora, w którym w końcu się zakochuje. Dziewczyna wyraźnie ma talent pisarski, co fascynuje profesora, oboje łączy niejednoznaczna relacja. Początkowo nie wiemy, czy finałem będzie prosta miłosna historia jakich wiele. Złożoność scenariusza za chwilę pokaże ile jeszcze zaskoczeń i interpretacyjnych pułapek zastawia na nas jego autorka, znana u nas lepiej z drugiego sezonu „Mad Men”. „Żona” jak na rasowe psychologiczne studium przypadku przystało będzie nas zaskakiwać niejednym zwrotem. Pod tym względem film Runge bardzo mi przypomina „Znikasz” Duńczyka Petera Schønau Foga.

       

      Długo jednak przyjdzie czekać na premierę filmu. Jakoś nikt nie jest zainteresowany wyłożeniem pieniędzy na scenariusz kobiety, która adaptuje na potrzeby filmu powieść pisarki, do tego opisuje historię małżeństwa z perspektywy żony i na dodatek pokazuje jak mężczyźni osiągają sukces kosztem swoich partnerek. Nawet gdy film już jest gotowy jego producenci zwlekają z pierwszymi pokazami. Oficjalnie mówi się, że chcą wstrzelić się premierą w taki moment, żeby Glenn Close miała jak największe szanse na Oscara. Pokaz przedpremierowy ma miejsce we wrześniu 2017 podczas Toronto International Film Festival. Miesiąc później media społecznościowe opanowuje ruch #metoo. Wszyscy dyskutują o seksaferach w branży filmowej. Mówi się, że czasami trzeba być w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu. Timing „Żony” jest doskonały. #Metoo dociera do Szwecji i wybucha z impetem rozkładając od środka Akademię Szwedzką, która chwilę potem ogłasza, że w tym roku nie będzie przyznawać literackiej Nagrody Nobla. Świat jest w szoku. Skandalu seksualnego w samym środku zacnego komitetu noblowskiego w słynącej z równouprawnienia Szwecji nikt się nie spodziewał. Czy można sobie wyobrazić lepszą reklamę dla filmu, którego akcja rozgrywa się częściowo w Sztokholmie wokół uroczystości noblowskich?

       

      Przypadek i zbiegi okoliczności są spoiwem, które kto wie, czy nie zadecydują o sukcesie „Żony”. W 2011 Björn i Lena Runge połączył „Happy End”. Björn znowu reżyseruje, a Lena znowu montuje jego filmy. Coś iskrzy, wraca stary ogień, a może pojawia się nowy? A może chodzi o to, że Björn nie jest w stanie skleić do kupy swojego filmu tak, żeby dało się go oglądać? Dawna para w każdym razie znowu jest razem. On w międzyczasie zadebiutuje sztuką teatralną dla Stockholms stadsteater, ona od kilku lat z powodzeniem prowadzi E.motion - własną firmę, gdzie zajmuje się z rosnącym powodzeniem terapią i rozwojem osobistym. I gdyby wgryźć się w wymowę „Żony”, wydaje się, że jest w niej więcej drobiazgowej pracy psychologicznej i wyrafinowanych cięć. Znowu przypomina się scena, w której filmowa Joan proponuje profesorowi, że poprawi i podrasuje jego powieść. Pytanie, kto jest jej autorem. Czy pomysłodawca fabuły czy jej znakomita redaktorka? I kto robi „Żonę”, jej „dyrygent” spoglądający na wszystko zza reżyserskiego krzesełka czy wirtuozerka cięć, która z chaosu zdjęć wydobywa esencję, podkręcając ją tam gdzie trzeba. Wśród pojawiających się tu i tam plotek przewijają się i takie, że bohaterów filmowych i małżeństwo Runge łączy zadziwiająco podobny związek miłosno-zawodowy.

       

      No dobrze, pora na jakieś podsumowanie. Dla kogo jest ten film i czy wart jest obejrzenia? To typowe „hollywoodzkie” kino z zacięciem na coś ambitniejszego. Ale miłośnicy eksperymentów na miarę Buñuela muszą szukać rozrywki gdzieś indziej. Pytania, które w dobrym europejskim filmie musielibyśmy sobie zadać sami, tutaj stawia Christian Slater grający Nathaniela, który szykuje mocną biografię Castlemana a teraz tylko szuka potwierdzenia dla swoich przypuszczeń, które w zupełnie innym świetle mogą postawić cały dorobek słynnego pisarza. Wydarzenia rozgrywają się w dwóch planach czasowych: współcześnie i w retrospektywach ukazujących nam kluczowe dla dwójki bohaterów momenty. Jeśli mówić o jakimś eksperymencie czy wyłomie, to będzie nim wydźwięk emancypacyjny, rzecz dotąd nie eksponowana w kinie z apetytem na Oscara. To pod wieloma względami babski film, jeśli przyjrzeć się ekipie filmowej, z porządną, naprawdę oscarową rolą Glenn Close, która przemyciła tutaj własną córkę Annie Starke, grającą jej postać w młodości. Wielka Close, mimo obaw jej kolegi z branży, nie pożarła reżysera podczas śniadania w Greenwich Village w Nowym Jorku, kiedy to „namaściła” Szweda na reżysera filmu, wyrażając w ten sposób i swoje poparcie, ale też swoją pozycję w świecie filmowym. Kompromisów jest w tym filmie kilka: z jednej strony pewna linearność wydarzeń, którą w niewielkim stopniu rozładowują pojedyncze wspomnienia z przeszłości, raczej prosty język narracji i takie operowanie światłem, scenografią i kostiumami, żeby najbardziej skupić uwagę na rozgrywającym się dramacie psychologicznym. Troszkę przyoszczędzono, bo mimo, że jesteśmy świadkami uroczystości noblowskich to zdjęcia kręcono głównie w Glasgow. Co nie znaczy, że Sztokholmu czy języka szwedzkiego nie ma w filmie. Reżyser tłumaczył taką decyzję tym, że bohaterów poznajemy na początku lat 90 ubiegłego wieku, a współczesny Sztokholm wygląda już zupełnie inaczej.

       

      Z pewnością nie każdemu spodoba się temat i wymowa filmu, który mocno eksponuje problem dyskryminacji w środowisku pisarskim, nierówne szanse na debiut i kariery literackie. Pokazuje w złym świetle kuchnię rynku wydawniczego (zwróćcie uwagę na scenę, w której redaktor szuka przyszłej gwiazdy dla swojego wydawnictwa), skupiając się też na dramacie osobistym i kompromisach, które podejmują kobiety wchodząc w relacje z mężczyznami. Moim zdaniem to jednak krok ku naprawdę dobrej tendencji do robienia feministycznego kina, które nie trywializuje pewnych problemów jak choćby „Do diabła z miłością”, ale też nie stawia na ostrzu noża i nie antagonizuje. To, co udało się całej ekipie „Żony” jest po części konsekwencją tego, że film jest robiony głównie przez ludzi ze Szwecji, w dużej mierze przez kobiety, które stworzyły przekonujący, trzymający w napięciu, bardzo dobry film o środowisku literackim, które w latach 90 była bardzo męskim światem, gdzie miejsce kobiety było w tle, z tyłu, w cieniu. Na ile się to zmieniło najlepiej oddaje ostatnia scena w samolocie, gdy Joan odpowiada na propozycję Nathaniela i zwraca się do syna mówiąc, że jak wrócą do domu, to mu opowie całą prawdę.

       

      PS Przedpremierowy pokaz „Żony” obejrzałam w krakowskim kinie ARS. Polecam Wam bardzo zarówno to kino, jak i sam film.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Żona - najlepszy film o patencie na literackiego Nobla”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 września 2018 13:59
  • wtorek, 26 czerwca 2018
    • W cieniu drzewa - islandzki film o zazdrości kobiet

      Jedni mówią, że „W cieniu drzewa” to studium kłótni. Inni, że Hafsteinn Gunnar Sigurđsson specjalizuje się w rozkładaniu na czynniki pierwsze społeczeństwa islandzkiego. Według mnie to bardzo uniwersalny film o kobiecej zazdrości, która wrze w rytm rozkręcającego się do wybuchu wulkanu. Sigurđsson bardzo dobrze uchwycił bezsens kobiecej zazdrości, która podszyta jest irracjonalnymi zachowaniami, podejrzliwością, ukrywaniem emocji, które jednocześnie sterują nieświadome ofiary do gwałtownych decyzji, które objawiają się kolejnymi, niekontrolowanymi zachowaniami, prowadzącymi je prosto do autodestrukcji. Ale nie tylko. Pokazane tu kobiety niszczą po drodze wszystko i wszystkich. Agnes, tu w świetnej roli Lára Jóhanna Jónsdóttir, nakrywa męża w sytuacji, po której kobieta nie widzi szansy na dalsze wspólne życie. Inga jest starzejącą się, zaniedbaną sąsiadką Konrada i Eybjorg. Kobieta nie może znieść, że po rozwodzie Konrad „wymienił”, jak to określa, poprzednią żonę na młodszy model. Zgorzkniała, im częściej sięga po kieliszek, tym robi się złośliwsza. Obie kobiety łączy Atli, w tej roli Steinþór Hróar Steinþórsson, mąż Agnes i syn Ingi. Problem, który w życiu obu kobiet eskaluje do rozmiaru, który je przerasta, ma swoje źródło gdzie indziej. Najciekawsze jest docieranie do tego miejsca.

       

       

      Co takiego trzeba mieć w sobie, żeby wciągnąć widza w taki przecież niełatwy proces wgryzania się w film? Z życiorysu Steinþórssona jasno widać, że nie boi się używać własnego języka narracji; pozbawiony kompleksów robi nieśpieszne kino kameralne nie szukając poklasku i ma umiejętność wkładania uniwersalnych historii w bardzo islandzkie ramy. To trzeci pełnometrażowy film urodzonego w 1978 w Reykiavíku Sigurđssona, absolwenta Columbia University w Nowym Jorku. Islandczyk ma świetną rękę do kamery i robi rzeczy, które podobają się i w Europie, i w USA. Podobają się i krytykom, i widzom. O sukcesie europejskich filmów świadczą amerykańskie remaki. Jego „Tak czy siak” przerobione przez Davida Gordona na „Drogi przez Teksas” jest tego przykładem. O tym, jak duże nadzieje pokładane są w Islandczyku niech świadczy fakt, że w 2012 Sigurđsson trafił na listę „10 europejskich reżyserów, których warto obserwować”. Ale Islandczyk ma nie tylko dobrą rękę do kamery, potrafi też dobierać ludzi do współpracy. A do realizacji „W cieniu drzewa” zaprosił Polkę Monikę Lenczewską, z którą łączy go amerykańskie wykształcenie; Lenczewska ukończyła American Film Institute w Los Angeles i też trafiła na gorącą listę, gdy w 2016 magazyn „Variete” uznał ją jedną z „10 młodych operatorów, których karierę należy śledzić”. W naszym nordyckim świadku Polka jest dobrze rozpoznana, bo robiła zdjęcia do słynnego „Obcego nieba” (2015).

       

      Operator z reżyserem to serce filmu, od tego jak bije zależy jego nastrój. Aktorzy mogą go podkręcić, ale to mistycy światła i kadru utrwalają nasze emocje po każdym kinowym seansie. Tutaj zaiskrzyło. Lenczewska nie koloryzuje i nasyca obrazy leciutko, podkreślając, że to kraj raczej skąpo nasłoneczniony. Świetnie to współgra z pokazanym konfliktem, bo naprawdę łatwiej uwierzyć w irytację sąsiada, który przy tak ograniczonym braku słonecznego światła, traci go dodatkowo przez wielki cień jaki rzuca drzewo sąsiada na jego ogród. Oboje z reżyserem postanowili unikać stereotypów, więc nie ma tutaj typowych spektakularnych landszaftów, a wyłaniająca się zza kadrów Islandia przypomina trip do Krakowa, który turysta zwiedza szlifując bruki Bieżanowa i Prokocimia. Kraj znany z przyrody uderza przewrotnie zwykłą wielkomiejską rzeczywistością. Zakorkowane ulice, trzypasmówki ze sznurami aut i huk samochodów zza okna od razu mówi, że nikt w tym filmie nie będzie się mizdrzył do widza.

       

      Filmowi dobrze zrobił fakt, że reżyser jest współautorem scenariusza razem z Huldarem Breiðfjörðem (ur. 1972), który ma za sobą studia w zakresie produkcji filmowej w Nowy Jorku, ale też literaturoznawstwo, które skończył na Uniwersytecie Islandzkim. To dodatkowo autor powieści, krótkiej prozy i wierszy. Przyznaję, że chętnie przeczytałabym jego powieść drogi „Kochani Islandczycy”, gdzie opisuje podróż po interiorze 25-letniego chłopaka, który ma dość wygodnego życia w stolicy i rusza w głąb kraju, żeby poznać lepiej Islandię i jej mieszkańców. Trudno powiedzieć, czy Breiðfjörð jest bardziej scenarzystą czy pisarzem, w każdym razie w obu rolach zgarnia nagrody i wyróżnienia. Jego życiorys jest do cna islandzki. Pamiętam jak podczas Nordic Talking Dorota Sosińska tłumaczyła nam konotacje i dodatkowe zajęcia muzyków islandzkich. Wyspiarze imają się wszystkiego i powiedzenie: człowiek orkiestra bardzo pasuje tam niemal do każdego. Grająca np. Ingę Edda Björgvinsdóttir jest dodatkowo mówczynią motywacyjną.

       

      I chociaż prawie wszystko podoba mi się w tym filmie, to ocenę obniżam za przerysowanie, które uznaję za niepotrzebne. Film ostatecznie zmierza ku rozwiązaniu, które jest krzyżówką „Takiej pięknej katastrofy” Todda Bergera i „Kła” Lanthimosa. Ja za takimi klimatami w kinie nie przepadam. Odbieram też wprowadzenie takich środków do filmu za słabość autorów, którzy nie potrafili tak poprowadzić narracji, żeby zbudować na tyle silne tło konfliktu, żebyśmy uwierzyli, że jego eskalacja ma uzasadnienie. Dla freaków nordyckich to oczywiście obowiązkowy seans. Ja zadowalam się jednorazowym pokazem, co oznacza, że film nie skradł mi na tyle serca, żebym chciała go mieć u siebie na półce. Apetyt na powtórkę odebrało mi zakończenie.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „W cieniu drzewa - islandzki film o zazdrości kobiet”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 czerwca 2018 16:33

Kalendarz

Listopad 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014