Recenzentka

Wpisy otagowane „2017”

  • sobota, 04 listopada 2017
    • Dom Astrid Lindgren w Näs

      Nad Ramskulla Näs ktoś zaciągnął rolety. Gapię się w stalowoniebieskie niebo. A dzisiaj jadę przecież do domu Astrid Lindgren. Micha znowu wybiera się na partyjkę tenisa do Vimmerby, więc znowu mnie podrzuci. Wyglądamy jak raperzy w teledyskach z początku lat 90. Micha w ortalionowym dresie pali skręconego naprędce papierosa, zmarszczki wyostrzają mu się na twarzy w głębokie rozwidlenia; droga wylotowa z gospodarstwa tłucze nami na prawo i lewo. Brakuje tylko pieska z kiwającą się główką do kompletu.

       

      Astrid_Lindgren_wejscie_do_muzeum1

       

       

      Astrid_Lindgren_wejcie_do_muzeum

       

      Astrid_Lindgren_Drzewo_Lemoniadowe

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Astrid Lindgrens Näs otulone jest grubym pasem zieleni. Podchodzę do rozłożystego wiązu, który zagra potem u Pippi dąb - słynne „lemoniadowe drzewo” (sockerdricksträdet). Stoi przed nim grupa turystów z Niemiec. Nagle wszyscy kierują aparaty w jedną stronę i oślepią ptaki, które wzbijają się wysoko z krzykiem. Podchodzę bliżej, dramatycznie malejąc. Czy drzewo może chorować na reumatyzm? Zgrubienia układają się w bolesny wzór z wykręconych we wszystkie strony sęków, narośli. To wokół niego biegała z rodzeństwem mała Astrid. W tle słychać pisk bawiących się w berka dzieci. Odwracam się szybko, ale na równo wystrzyżonym trawniku stoją jedynie niemieccy emeryci na objazdówce po Szwecji. Huśtawka buja się wysoko, chociaż nikt na niej nie siedzi.

       

      Astrid_Lindgren_Nas_ogrod

       

      Astrid_Lindgren_muzeum_zewnatrz_ksiega

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Tu nie chodzi tylko o pamięć o Astrid, chociaż każdy zaułek czy wystający konar zapisał w sobie całe jej dzieciństwo. Wciąż mimo turystycznego stempla, Näs nosi w sobie urok małego, smålandzkiego gospodarstwa. Dzisiaj wchłoniętego przez Vimmerby. Ale subtelnie. Wszyte w specjalnie zaprojektowany ogród oddycha w podobny sposób jak niegdyś. Lubię zwiedzać ogrody i do tej pory największe wrażenie zrobiły na mnie te pekińskie i szanghajskie z lustrami w altankach, w których we wrześniową noc odbija się według Chińczyków najpiękniejsza tarcza księżyca. Ale jest coś charakterystycznego, co składa się na ogród szwedzki. Widać, że najważniejsze jest tu światło i rozmieszczenie ścieżek tak, żeby dawały największą ekspozycję na słońce. I chęć pokazania skrawka nienaruszonej przyrody. To ogród zaledwie muśnięty architektonicznym planem. Jakby ktoś wszedł na pole upstrzone kępami kwiatów, krzewów i nieco je uporządkował. I przy okazji zaopiekował się mieszkającymi po sąsiedzku zwierzętami. I chociaż ule, które tu stoją to dzieło człowieka, ale też służą opowieści o Astrid, która walczyła przecież o dobrostan zwierząt. Ogród potrzebuje pszczół. A pszczoły ogrodów. Szwedzi nie byliby też sobą, gdyby nie elementy artystyczne: pomniki i instalacje. One też wpisują się delikatnie w krajobraz. Pozostawiają komentarz do życia Astrid i wciągają w dialog, którego efektem staje się zaduma nad życiem. Ujmuje mnie zwłaszcza „De sju önskekrusen” Amerykanina Patricka Dougherty’ego. Z karteczkami gęsto zawieszonymi na każdym skrawku przestrzeni dużych plecionych konstrukcji. Każdy może wejść do ich wnętrza i zostawić własne życzenie, marzenie. Większość z nich to prośby o zdrowie, szczęście i miłość.

       Astrid_Lindgren_De_sju_onskekrusen

       

      Astrid_Lindgren_De_sjo_onskekrusen_srodek

       

      Zdjęcie: „De sju önskekrusen”, dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Dołączam do grupy szwedzkojęzycznej. Omijam cały autokar krzykliwych Niemców. Ich grupa wygląda, jakby ktoś otworzył kartonik z gęstym budyniem, który powoli, ale systematycznie zalewa sklepik muzealny jednolitą masą. Mężczyźni w drucianych, złotych oprawkach. Kobiety w pikowanych kurtkach. Widać, że mają narzucone dynamiczne tempo zwiedzania, nerwowo przemieszczają się pomiędzy półkami, stołami z książkami i wieszakami. Zaliczają zakupy. Niemcy, co obserwuję za każdym razem, są rozrzutni podczas podróży, ale nigdy w temacie jedzenia. Albert, którego odwiedziłam kiedyś w Alzacji wytłumaczył mi z powagą, że wszyscy na czymś oszczędzają. – My, Niemcy, na jedzeniu. Jedna para po kilku godzinach decyduje się na skromny obiad, dzielą się połową zamówionej porcji.

       

      Gdy przyglądam się Niemcom przy kasach hojnie rozstających się ze swoimi emeryturami, coś mnie kłuje boleśnie na wspomnienie moich osiedlowych sąsiadów. Pani Helenki, która próbuje zachować godność oddając butelki do skupu, Pana Aleksandra, którego spotykam często siedzącego na ławce i wpatrzonego gdzieś w niewidoczny horyzont, który niedawno przesłonił mu betonowo-szklany biurowiec Ch2M. Nigdy nie byli na wycieczce w Szwecji i nigdy nie przyznali, że ich na takie szaleństwo nie stać. Ludzie naprawdę ubodzy nie używają takich słów.

       

      Astrid_Lingren_w_sklepie_muzealnym

       

      Astrid_Lindgren_sklapik_muzealny

       

      Astrid_Lindgren_sklepik_muzealny_z_ksiazkami

       

      Zdjęcie: Sklepik muzealny, dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      A sklepik muzealny jest zaprojektowany do wyciągania z ludzi pieniędzy. Przytulne wnęki zachęcają, żeby tam się rozłożyć z książką. Każda okładka krzyczy – weź mnie do ręki. Wieczorem, gdy jemy kolację Micha nie opanuje zdziwienia, że wykupiłam też oprowadzanie z przewodnikiem. A bez niego nie wejdzie się do środka domu, żeby zobaczyć, gdzie Astrid z rodzeństwem bawiła się w łapanego, gdzie walczyli na poduszki, gdzie Astrid oparzyła się otwierając drzwiczki pieca. Malutkie przestrzenie, niemal tak mikroskopijne jak domki z Lego. Wszystko w drewnie, schludnie i praktycznie. Przewodniczka otwiera przed nami kolejny rozdział z życia małej Astrid, wiążąc fakty z jej życia z fragmentami z książek. Opisała całe swoje życie, miejscami niewiele tak naprawdę zmieniając. Między kuchnią, wąziutkim przedpokoikiem i niewielkimi izbami jest miniprzestrzeń; opowieść przewodniczki wypełnia ją po brzegi sprawiając wrażenie wyprawy w czasie. Wyłania się z niej kochający dom, w którym było dużo miłości i czułości. I przede wszystkim śmiechu i zabawy. Przewodniczka przeprasza, że nie wolno robić zdjęć, można jednak kupić pocztówki z wnętrzami domu w sklepiku.

       

      Astrid_Lindgren_dom_rodzinny

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Zanim zaczęliśmy zwiedzanie domu Astrid Lindgren weszłam na chwilę do muzeum. Pamiętajcie, żeby wziąć ze stołu przed drzwiami, w cenie biletu, audioprzewodnik. Polecam wejść tu zanim przestrzeń opanują turyści. Nie ma nic milszego niż usiąść w półmroku na ławce dla olbrzymów i patrząc na drzewko kwitnącej wiśni posłuchać początku opowieści o rodzinie Astrid. Przejść się jeszcze pustymi korytarzami. Pobyć tam z własnymi myślami. Szwedzkie muzea kochają zwiedzających i z wzajemnością. Jest tu trochę dobrego naśladownictwa. Wielkie ścienne gabloty przypominają te z nowojorskiego Museum of Natural History, a trójwymiarowość takiej ekspozycji najważniejszych wydarzeń czy najbardziej symbolicznych dla Astrid, sprawia, że chce się przekroczyć granicę tych dwóch światów jak grana przez Mię Farrow bohaterka „Purpurowej Róży z Kairu”.

       

      Astrid_Lindgren_W_stodole

       

      Astrid_Lindgren_upadek

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Scenariusz zwiedzania oddaje płynnie etapy życia Astrid. Od historii jej rodziców. Sporo zdjęć archiwalnych i smaczków, jak choćby maszynopis, z odręcznym rysunkiem Pippi, takiej jak ją sobie wyobrażała Astrid. I filmy, na których widać walczącą nieustannie o innych pisarkę. Pamiętajcie, żeby włączyć napisy, do wyboru niemieckie lub angielskie, bo filmy mają narrację szwedzkojęzyczną. Jeśli ktoś jeszcze nie pokochał Lindgren, to z pewnością wyjdzie stąd oczarowany jej siłą, determinacją i wolą walki o dobro dzieci, zwierząt, wszystkich wykluczonych. To Szwecja jeszcze z innej epoki, gdy ten prawdziwy Folkhemmet dochodził do punktu zwrotnego.

       

      Astrid_Lindgren_maszynopis_Pippi

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Szwedzi potrafią opowiadać o swoich bohaterach narodowych i potrafią czarować szwedzkością. Bez patosu i z prawem do pokazywania człowieka w chwilach słabości. Wszystko tutaj mocno gra na emocjach. Jestem przekonana, że można stąd wyjść z zapałem do zmieniania świata na lepsze. Z poczuciem, że chce się zostawić po sobie coś wartościowego. Coś dobrego. Wykorzystano tutaj też techniki, z których czerpie kino i teatr. Mroczne przejście tunelem z tapetą naśladującą rzędy książek i głos z taśmy czytający najpopularniejsze fragmenty. Wielka skrzynia, kilkakrotnie większa od człowieka ze szparami między deskami, aż prosi się, żeby zaglądnąć do wnętrza, które ma przerazić, wzbudzić niepokój i strach przed czymś złym. Kręcąca się na środku niemal do sufitu spiralna piramidka książek przypomina, że to o nie najbardziej w tym wszystkim chodzi. I gdzieniegdzie postać Astrid. Zawsze w ujęciach łamiących stereotyp statecznej starszej pani. Wysoko na drzewie, na trybunach wzywająca do zmiany, opowiadająca ze śmiechem na komentarz ministra finansów, którego karierę diametralnie odwróci. Najczęściej w otoczeniu dzieci i książek. Przypomina mi pod wieloma względami naszą Szymborską. Obie żyły cicho jeśli chodzi o życie prywatne, którego odpryski przyszło nam poznać po ich śmierci. Obie postanowiły dużo się śmiać. Obie zrobiły, co mogły, żeby pomagać innym. Myślę, że gdyby były sąsiadkami zostałyby przyjaciółkami. Wnętrze muzeum otwarte jest dla wszystkich, nie ma takiej niepełnosprawności, która mogłaby przeszkodzić w zapoznaniu się z ekspozycją. Schody pojawią się dopiero na zewnątrz. Ale tam panuje początek XX wieku.

       

      Astrid_Lindgren_muzeum_przejscie_przez_tunel_z_cytatow

       

      Astrid_Lindgren_muzeum_wnetrze

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      W dawnych gospodarczych pomieszczeniach zaaranżowano osobne wystawy. Wspinamy się po niemal pionowych schodach na przestronne poddasze. Dzieciaki szaleją i wskakują na stojące tam zabawki po małej Astrid i jej rodzeństwie. Szwedzcy rodzice nie reagują, cudzoziemcy wpadają w panikę, że coś popsują. Jeden z małych Svensonów uderza w bek, bo rodzice już chcą wyjść. Zostaje sam, chwilę jeszcze ryczy, w końcu obrażony idzie za zupełnie nieprzejmującymi się jego atakiem buntu rodzicami. W historycznych miejscach nie brakuje nowoczesnych dodatków: wielkich plazm z kręcącymi się w kółko filmami dokumentalnymi. Wygodnych ławeczek do zatrzymania się na chwilę.

       

      Astrid_Lindgren_wnetrze_muzeum_gora

       

      Astrid_Lindgren_muzeum_gora_siostra_przy_maszynie_do_pisania

       

      Astrid_Lindgren_siostra_w_kuchni

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Na zgłodniałych czeka przytulne bistro. Gdyby nie lekki chłód skusiłabym się na obiad na zewnątrz. Próbowania tutejszych klopsików niestety odradzam. Mięso jest za bardzo wysuszone, zamiast dżemu, kalafior. Bufet, który wchodzi w cenę obiadu jest raczej skromny w porównaniu np. z tym w Astrid Lindgrens Värld. Po obiedzie idę pospacerować po ogrodzie. Osoby, które kupią bilet wstępu do muzeum mogą się poczęstować w ogrodowej kawiarence bezpłatną kawą lub herbatą i mają tu kilka ciekawych zestawów herbat do wybory i w dowolnej ilości. Na deser próbuję tutejszych lodów, które prawdziwych smakoszy pozostawią w szoku cukrowym. To zdecydowanie najgorsze lody świata. Śmieję się, że rekompensatą jest fakt, że serwuje je chłopak o imieniu Viking, co od razu przywołuje wspomnienia naszego lektora od szwedzkiego i pewnego upalnego lata na skånskiej prowincji. Ale o tym opowiem innym razem.

       

      Astrid_Lindgren_Klopsiki_szwedzkie

       

      Astrid_Lindgren_Lody_z_herbat_w_parku

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Koszty:
      Wstęp dla 1 osoby dorosłej do muzeum Astrid Lindgren – 170 koron (74 zł)
      Wstęp i oprowadzanie po domu Astrid Lindgren – 1 osoba dorosła – 95 koron (41 zł).
      Lody w kawiarence, 3 gałki – 42 korony (18 zł)
      Obiad: szwedzkie klopsiki (köttbullar) z kalafiorem cała porcja - 110 koron (48 zł)
      Bilet autobusowy Vimmerby - Ramskulla Näs: 37 koron (16 zł)
      RAZEM: 454 korony = 197 zł.

       

      Cała podróż: Część nr 4, Część nr 3, Część nr 2, Część nr 1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      sobota, 04 listopada 2017 10:59
  • czwartek, 19 października 2017
    • (Nie) wiem, na ile książek Cię stać

      Jestem za jawnością wysokości wynagrodzeń. Kraje nordyckie słynął z najwyższej jakości życia. To tu mieszkają ludzie, którzy swoje zadowolenie oceniają najbardziej pozytywnie. To kraje czystych rąk i jawnych procedur. Czasami dla nas w Polsce szokujących. Każdy może na stronie www.ratsit.se wygooglać znajomego ze Szwecji i sprawdzić, gdzie mieszka i z kim, ile ma lat, czy prowadzi firmę, jaką marką auta jeździ, i z którego roku, ile ma psów, czy jest żonaty i czy mieszka sam. Jeśli chce sprawdzić, jak w najbliższej okolicy kształtują się zarobki, stopa bezrobocia. Czy to okolica singli, czy emerytów, wystarczy wejść na hitta.se. Jeśli chce bardziej szczegółowo zaspokoić swoją ciekawość, wystarczy napisać do tamtejszego Urzędu Skarbowego - Skatteverket i poprosić o rozliczenie roczne znajomego. Zastanawiając się, skąd bierze się szczerość, która jest wartością narodową Szwedów, myślę, że właśnie stąd. Szwedzi nie mają okazji kłamać, bo większość informacji o nich jest jawna.

       

      More Money - Flickr - Beige Alert

       

      Zdjęcie: Autor: Michael Pereckas from Milwaukee, WI, USA (More Money) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], Wikimedia Commons

       

      ILE KSIĄŻEK KUPIŁAŚ?


      Pierwszym pytaniem, jakie słyszy się w pracy, to ile dostałaś? I zawsze pojawi się ktoś, kto stwierdzi, że jesteś więcej warta. Ktoś inny, kto doda, że się marnujesz za takie pieniądze. Znajdzie się i ten, kto dostał mniej i da Ci popalić z czystej zawiści. Kwestia wysokości wynagrodzeń jest najcięższym orężem do manipulowania pracownikami. Nic nie daje pracodawcy takiej władzy nad atmosferą w zespole, nad napięciem w pracy, jak wysokość wynagrodzeń. Powiem wręcz, że niesnaski urastające czasem do mobbingu biorą się właśnie z powodu niejasnej polityki płacowej. Nikt tak naprawdę nie wie, czy jest opłacany sprawiedliwie. Nikt nie wie, jaki pułap płacowy dzieli go od kolegi na stanowisku wyżej i czy warto starać się o awans. Nikt nie wie, jaka jest różnica pomiędzy wynagrodzeniem szeregowego pracownika a tego na stanowisku managerskim. Istnieją jedynie domysły, a te stają się źródłem konfliktów i frustracji.

       

      TU NIE ZAROBISZ NA KSIĄŻKI


      Tam, gdzie polityka płacowa jest tajna, tam jest największe pole popisu dla wszelkiego rodzaju kombinatorów. Takie firmy przyciągają kiepskiej jakości pracowników, którzy na swoją pozycję pracują wygryzając lepszych od siebie. Zawsze można zdemotywować dobrego pracownika popisując się swoim wynagrodzeniem. I tu są dwie szkoły. Są tacy, którzy zawsze sobie dopisują tysiąc lub kilka setek. Gdy pracujecie na tym samym stanowisku, w tym samym projekcie, prędzej czy później trafi Cię szlak, że dostajesz za tę orkę mniej. Druga szkoła, to narzekanie na niskie wynagrodzenia i znikomy awans finansowy. W obu przypadkach być może słuchasz kłamstw, ale nie wiesz, czy jesteś oszukiwany, bo niejawne wynagrodzenia pozwalają robić z Ciebie durnia.

       

      U NAS ZAROBISZ NA NOWOŚCI KSIĄŻKOWE


      Ostatnio rekrutowałam się przez agencję na stanowisko z językiem niemieckim do pewnej krakowskiej korporacji. Otrzymałam od agencji informację, że firma płaci 6 000 brutto oprócz standardowych benefitów. W tym samym czasie byłam już na etapie podejmowania ostatecznej decyzji w dwóch innych firmach. We wszystkich chodziło o tę samą pracę, więc kluczowe było, kto za nią płaci najwięcej. Nie tylko dzisiaj, na początek, ale też, jak będzie wyglądała polityka płacowa w przyszłości. Firma polecona przez agencję, na tym etapie rekrutacji nie chciała jeszcze zdradzić ile oferuje. A w pozostałych czekano na moją ostateczną decyzję. Musiałam wybrać w ciemno, ryzykując, że wybiorę źle, bo niestety w Polsce wysokość wynagrodzeń jest tajna.

       

      Niejawna wysokość zarobków i niejasna ścieżka awansu finansowego to praktyka firm, które nie kształtują polityki zatrudnieniowej, tylko funkcjonują na zasadzie obozów pracy. Chcą zatrudnić jak najtaniej, jak najwięcej pracowników, a gdy ich oczekiwania finansowe urosną wymienią ich na kolejne pokolenie niezorientowanych pracowników. W tym znaczeniu, takie nieperspektywiczne, nierozwojowe stanowiska pracy, tworzone są jedynie dla utrzymania procesów i nigdy nie będą wizytówką firm, które rzeczywiście stawiają na specjalistów, i rzeczywiście oferują rozwój. W takich miejscach pracy bardzo jasne jest co trzeba osiągnąć, żeby wspiąć się szczebel wyżej i jakie profity tam czekają. Nie ma nic bardziej motywującego jak świadomość celu. Marzenia nie biorą się z mglistego pojęcia o tym, co chcemy osiągnąć. To bardzo sprecyzowane oczekiwania. A dążenie do nich to motor napędowy ludzkości. Polacy krążą jak muchy we mgle i nie wiedzą, dokąd zmierzają. Pewnie dlatego są permanentnie niezadowoleni z życia i tak masowo uciekają do krajów nordyckich.

       

      ZMIEŃ PRACĘ TO ZAROBISZ NA KSIĄŻKI


      W rozwianiu wątpliwości nie pomaga zmienianie pracy, jeśli wysokość wynagrodzeń jest niejasna. Można zostać ściągniętym do firmy, która w dłuższej perspektywie okaże się dużo bardziej skąpa. Można też utknąć w jakimś miejscu bez świadomości, że się marnuje, i że gdzieś indziej jest lepiej. Ciągnięcie znajomych za język średnio się tu sprawdza. Można zostać podkręconym przez kogoś, kto wstydzi się swoich niskich zarobków, więc zmieni sobie brutto na netto. Można więc zasugerować się lepszą sytuacją i przekonać jak jest w rzeczywistości, gdy już będzie za późno.

       

      Ci najmniej uczciwi pracodawcy potrafią zaakceptować podczas negocjacji jedną kwotę i dać na umowie inną. Mniejszą o kilkaset złotych. Gdy się już rozwiązało umowę z poprzednim pracodawcą, do tego ma się na utrzymaniu dwójkę dzieci i kredyt do spłacenia, podpisuje się papiery, bierze robotę, przeklina pracodawcę, szuka kolejnej pracy, a potem zastanawia się, jak to wyjaśnić podczas rozmowy rekrutacyjnej, podczas której nie powinno się przecież źle mówić o poprzedniej firmie. Wolałabym, żeby wysokość wynagrodzeń była jasna. Po to, żeby nie szarpać sobie nerwów z powodu tak niejasnych sytuacji.

       

      ILE CHCESZ W PRZYSZŁOŚCI KUPOWAĆ KSIĄŻEK?


      Nie wiem, na ile książek będzie mnie stać, bo nie mam pojęcia jak wygląda polityka awansu finansowego w mojej firmie. Nigdy tego nie wiedziałam. Nie pomagają w tym hipotetyczne widełki płacowe w przypadku budżetówki, bo mają taką rozpiętość, że można wisieć na teoretycznie wyższym szczebelku, nie mając bladego pojęcia, że jest się za swoją pracę gorzej opłacanym. Można po jakimś czasie zapytać, czy jest szansa na awans i usłyszeć, że się zarabia najwięcej w zespole. Co wcale nie musi być prawdą. Szef wie, ile zarabiasz i może zrobić z tą informacją wszystko. Jeśli Cię lubi lub po prostu ceni, a ma dodatkowo okazję to wynagrodzić, będziesz wpadać w maksymalną wysokość premii. Będziesz poza strefą wpływów, utkniesz na niejasnym poziomie i nawet nie dowiesz się, ile Cię dzieli od lepiej. Nie wiedząc, czy będziesz mogła w tej firmie w przyszłości kupować więcej książek, nie wiesz tak naprawdę, czy jakość twojego życia się poprawi. Może już do końca życia będziesz skazany na przeterminowane „nowości” biblioteczne? Może do końca życia będziesz musiała żerować na łasce bardziej zasobnych znajomych? Nie słyszałam wprawdzie, żeby ktoś brał kredyt na zakup książek. Ale słyszałam wiele osób, które mówiły, że ich nie kupują, bo ich na nie nie stać. Słyszałam też takich, którzy usprawiedliwiali się, że książek nie kupują, bo wprawdzie teraz zarabiają więcej, ale nie wiedzą, co będzie potem. My w Polsce nie możemy planować przyszłości, bo ukryte informacje o zarobkach przekreślają szansę na racjonalne jej planowanie.

       

      NIE KUPUJĘ KSIĄŻEK, BO SZUKAM PRACY


      Szukanie pracy to godziny zmarnowane na przeglądanie ofert. To godziny przygotowywania dokumentów i ich wysyłki. To godziny poświęcone na trwające kolejne godziny procesy rekrutacyjne. To koszty dojazdów na spotkania w innych miastach. To czas, który poświęcamy na szukanie pracy, zamiast na czytanie książek. Gdybyśmy wiedzieli, co nas finansowo czeka w innym miejscu pracy, może nie zmienialibyśmy pracy tak często? Ostatnio koleżanka opuściła firmę, w której pracowałam, chwaląc się, że na dzień dobry dostała 100 zł brutto więcej zasadniczego. Tak, żyjemy w kraju, w którym tak znikoma podwyżka motywuje do szukania „lepszego” wynagrodzenia. Niedawno mi się pożaliła, że żałuje tej zmiany, bo podobno tam są kiepskie podwyżki. Podobno. No właśnie my nic nie wiemy o wynagrodzeniach, bo wynagrodzenia są najbardziej ukrywaną tajemnicą w firmach. Teraz już wiadomo dlaczego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „(Nie) wiem, na ile książek Cię stać”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 października 2017 13:07
  • środa, 18 października 2017
    • IKIGAI. Japońska sztuka szczęścia - Ken Mogi

      Po wpisaniu w Google frazy „The Little book of” wyskakuje cała seria książeczek na wszelkie tematy. Mogą dotyczyć wszystkiego, ale to nie znaczy, że są o niczym. Często ich autorami zostają popularni naukowcy, poczytni akademicy, a ich wyznacznikiem jest kompaktowa forma, bardzo przejrzysty język, proste ujęcie i atrakcyjny, wywołujący szum temat. Są wizualnie ładne i bardzo dobrze wpisują się w potrzeby społeczeństwa bombardowanego milionem informacji, dla których syntezy brakuje ludziom czasu, a niekiedy umiejętności. Najczęściej jednak funkcjonują jako wisienki na popliterackim torcie, dając ludziom to, na co jest największy popyt. Dla wielu osób stają się niezobowiązującym prezentem książkowym. Tak było z małą książeczką o hygge Meika Wikinga opublikowaną u nas pod tytułem „Hygge. Klucz do szczęścia”, z małą książeczką o lykke tegoż autora, u nas pod tytułem „Lykke. Po prostu szczęście” i tak też jest z małą książeczką o ikigai, u nas „IKIGAI. Japońska sztuka szczęścia”.

       

      Ikigai_Japonska_Sztuka_Szczscia_Ken_Mogi

       

      Nie da się w tych książkach zaczytać, bo są zbyt kompaktowe i często zbyt obrazkowe. Tak mocno rozbijają się po marginesach, że urastają do setki, bywa, że do dwóch setek stron. Zazwyczaj da się je skonsumować podczas niezbyt długiej podróży tramwajem czy w jeden wieczór. Każda jednak z serii tych książek ma spektakularne premiery, dużo publikacji na blogach i w magazynach lifestylowych i długie medialne dyskusje. To takie książki, o których miło i ciekawie rozmawia się w telewizji śniadaniowej. Przebijają się też do poważniejszych mediów, które pochylają się nad kolejnym fenomenem pożerającym czas milionów czytelników na świecie. Choćby chodziło o ich półgodzinne zaangażowanie.

       

      Ikigai jest kolejnym zjawiskiem, wokół którego wydawcy budują czytelnicze napięcie po tym, jak całą naszą uwagę skupili wokół hygge. Przebija się na równi z mindfulness, ciekawe czy zostanie pokonane przez duńskie lykke i szwedzkie lagom? Co to nam mówi o nas i o tak zwanym masowym czytaniu? Skoro szukamy książek o szczęściu odmienianym przez wszystkie narodowości, podpatrujemy minimalistyczną skandynawską receptę na życie, poszukujemy uważności, chcemy żyć spokojniej i dłużej, to może znudził nam się już wyścig szczurów i zamiast ciężkiej pracy marzymy o dobrym życiu? Nie trzeba głębokich badań, żeby odpowiedzieć, że ogarnął nas szał szczęścia.

       

      Ikigai. Japońska sztuka szczęścia” niczym w tym peletonie się nie wyróżnia. Napisał ją Japończyk Ken Mogi, wychowany w Tokio, podróżujący po świecie jeden z najpopularniejszych przedstawicieli japońskiej nauki. To nie tylko doceniony neurobiolog, ale też jeden z najczęściej zapraszanych mówców na konferencje TED. Z rozwianymi włosami, nieco przypomina Einsteina. Nie da się go przeoczyć w tłumie.

       

      Ken Mogi przekonuje, że każdy bez względu na talent, poziom życia, zasobność portfela może w prosty sposób osiągnąć szczęście. Japończykom pomaga w tym ikigai. Opowiada o najsłynniejszym mistrzu sushi Jiro Ono, japońskich rzemieślnikach, zawodnikach sumo, emerytach, którzy chcą pracować, japońskiej whisky i uprawach perfekcyjnych owoców. Nauka płynąca z tych dywagacji jest prosta; wszyscy ci, którzy znaleźli sens, w tym co robią, znaleźli też ukojenie.

       

      Rodzina właściciela Sukiyabashi Jiro, nagrodzonej trzema gwiazdkami Michelin, ledwie wiązała koniec z końcem. 92 letni dzisiaj Ono musiał, więc już w szkole podstawowej pracować. Znalazł zatrudnienie w restauracji. Otwarcie własnej potraktował jako formę przeżycia. Sushi – czytamy - narodziło się w okresie Edo, w XVII w., na ulicy, sprzedawane na straganach. A żeby je przygotowywać wystarczy podstawowe wyposażenie. Ale Ono znalazł w tej wymagającej wiele monotonnych, drobnych i czasochłonnych czynności sztuce – pasję. Włożył w nią nie tylko talent, pracował z determinacją, uporem, ciężko i niestrudzenie, zgłębiając techniki kulinarne, dążąc do osiągnięcia najwyższej jakości. Poświęcił się robieniu sushi. Dzisiaj jest autorem wielu wynalazków, udoskonaleń przekazywanych sobie przez szefów kuchni. A na kulinarnej mapie jego mały, tokijski bar jest mekką smakoszy.

       

      Z małej książeczki Mogi wyłania się Japonia fascynatów, którzy niemal mistycznym kultem otaczają każdą najdrobniejszą czynność. Można być tylko dostawcą łososia lub najbardziej docenianym znawcą łososia, u którego ryby zamawiają szefowie najlepszych restauracji, łącznie z Jiro. Sztuka specjalizacji jest tylko jednak drogą do ikigai, którego istotą staje się raczej dostrzeżenie satysfakcji i przyjemności w tym, co się robi. W tym znaczeniu ikigai nadaje sens z pozoru bezsensownym zajęciom. Wydaje się, że kwestia szczęścia jest związana z postrzeganiem go przez nas samych. Można utknąć w poczuciu niespełnienia i pielęgnować zniechęcenie w sobie lub zastanowić się, co nam tak naprawdę sprawia przyjemność, dążąc do zwielokrotnienia tego.

       

      Ken Mogi przywołuje hipotezę XIX – wiecznego angielskiego psychologa Francisa Galtona, którego zdaniem „ważne cechy określonej społeczności zapisują się w języku danej kultury, a im dany rys jest ważniejszy, tym bardziej jest prawdopodobne, że zostanie określony jednym słowem”. Dla Duńczyków jest nim hygge, dla Szwedów lagom, dla Japończyków ikigai, a dla Polaków „jakoś to będzie”. Najwyraźniej, w zgodzie na zdanie się na los, dostrzegam źródło naszego niepowodzenia, a co za tym idzie niezadowolenia z życia. W indeksach szczęścia z trudem przychodzi odnaleźć Polskę. Gdy my zaczynamy narzekać na pracę, męża, współpracowników, polityków, Japończycy zadają sobie pytanie „ co ma dla mnie największą wartość” Co sprawia mi przyjemność? I poświęcają temu cały swój czas.

       

      Tak, Jiro Ono, przekuł trudną sytuację życiową na znaną na świecie restaurację. Tak, zawodnicy sumo, którym brakuje talentu odnajdują się na stanowisku pomocnika mistrza. Tak dostawca łososia, codziennie wstając o drugiej w nocy odnajduje szczęście w wyszukiwaniu najlepszych sztuk ryb na targu. Tak główny blender Suntory codziennie na lunch je zupę z makaronem udon, żeby nie zaburzyć sobie smaku. Poczucie szczęścia według Mogi nie zasadza się w tym, co robimy, a tym, jak do tego podchodzimy. Jiro Ono, jak pisze, początkowo w ogóle nie był doceniany, ale miał głębokie przekonanie, że perfekcja i doskonałość, do jakiej zmierza ma sens. Dzisiaj nikt w to nie wątpi.

       

      Jak pokazuje Ken Mogi istotą ikigai jest też zachwyt nad czymś ulotnym. Ulotna jest sztuka kulinarna, kontrakt zawarty na targu czy satysfakcja z wyprodukowania idealnej whisky. Wyrobienie w sobie wrażliwości na piękno, doskonałość i kultywowanie go w sobie staje się więc siłą napędową ku szczęściu, na które składają się właśnie drobne doznania. Japończycy, jak pokazuje Mogi, potrafią wyhodować pachnący piżmem muskmelon, uchodzący za ukoronowanie doznać smakowych. Czas poświęcony na osiągnięcie dojrzałości owocu przeliczony na zawrotną kwotę ok. 200 dolarów za sztukę i kilka minut rozkosznej konsumpcji może nie znajdzie dużego grona odbiorców, ale Japończycy – to przecież mistrzowie zachwytu nad tym co przemijalne. Poświęcają czas, uwagę i wysiłek dla kreowania rzeczy, przedmiotów, miejsc, których uroda, czas wprawdzie szybko mija, ale przynosi nieporównywalne doznania. Rozkwitające wiosną kwiaty wiśni mają swoich wiernych koneserów. A świątynia Ise – cyklicznie rekonstruowana co 20 lat przez ostatnie 1200 lat cały przemysł, skupiony na hodowaniu odpowiednich drzew, które oddadzą piękno pierwotnej budowli. To kolekcjonowanie chwil ma ogromny związek z byciem tu i teraz, dodaje Mogi, pokazując jak wymyślone w przeszłości rytuały przetrwały do dzisiaj stając się źródłem ukojenia, przekuwając w praktyce to co obecnie nazywamy kwintesencją uważności. „Zanurzenie w teraźniejszości i czerpanie przyjemności z tu i teraz oraz troska o najdrobniejsze detale stanowią esencję japońskiej ceremonii picia herbaty”, wymyślonej przez mistrza Sen no Rikyū żyjącego w XVI w. w epoce Sengoku, kiedy to samurajscy wodzowie prowadzili ze sobą nieustanne walki. A więc w czasach, jak dodaje Mogi, dość stresujących.

       

      Z pewnością ciekawe dla rozważań o szczęściu będzie przypatrzenie się wpływowi religii. Mogi podkreśla, że kultura japońska oparta jest na wierze w „osiem milionów bogów”, co pozwala Japończykom dostrzegać przejawy boskości we wszystkim, co ich otacza. Jeśli wierzy się, że boskość jest w każdej rzeczy, to inaczej się je traktuje. Przejawia się to też tolerancją i brakiem religijnego zacietrzewienia, tak typowego dla wiary w jednego Boga. W wierze w jednego Boga, to on wyznacza, co jest dobre i złe, kto zostanie nagrodzony w życiu pozagrobowym. Shinto zamiast skupiać się na nagrodzie w życiu po śmierci, skupia się na życiu tu i teraz, „na związku człowieka z innymi elementami tworzącymi sieć życia”. Nacisk kładziony jest na doskonaleniu siebie i właściwe postępowanie. Ma to wpływ na to, jak Japończycy żyją, przenika to do ich kultury. Spójrzmy na sztuki walki, które zawsze zaczynają się i kończą ukłonem, zwycięzca po wygranej nie okazuje radości, a przegrany przyjmuje porażkę ze spokojem. To, jak podkreśla Mogi „dobry przykład czerpania przyjemności i satysfakcji z odpowiedniego postrzegania drobnych gestów w imię wyższego dobra”. Okazywanie sobie szacunku, otaczanie nim starszych, harmonijne relacje z innymi – to kwintesencja ikigai. Mogi powołuje się na wyniki eksperymentu naukowców z Massachusetts Institute of Technology, którzy udowodnili, że „wrażliwość społeczna jest czynnikiem decydującym o efektach pracy zespołowej. Ikigai każdego człowiek mającego harmonijne stosunki z innymi wyzwala pomysłowość podczas swobodnej wymiany myśli. Ceniąc i szanując cechy osobowości otaczających nas ludzi, dostrzegamy złoty trójkąt złożony z ikigai, przepływu i kreatywności”.

       

      Kończąc Mogi celnie zauważa kres pewnego systemu wartości skupionego tylko na garstce najważniejszych jednostek. Podkreśla, że zasady pracy narzucone przez korporacje nie prowadzą do szczęścia. Dodaje, że by cieszyć się pełnią szczęścia trzeba równowagi w życiu zawodowym i prywatnym. Generalnie powtarza, chociaż nieco innymi słowami, to co słyszeliśmy pod koniec XIX i na początku XX wieku. Wówczas jednak krzyczano: rewolucja! Dzisiaj mówi się: ikigai.

       

      Ikigai. Japońska sztuka szczęścia, Ken Mogi, Wielka Litera, Warszawa 2017. Przekład: Małgorzata Maruszkin. ISBN: 978-83-80322-07-3. Stron: 208. Cena: 34,90 zł. Tytuł oryginału: The little book of Ikigai. The secret Japanese way to live a happy and long life.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       Logo_Wielka_Litera

       

      KONKURS: Dla czytelników Recenzentki mam jeden egzemplarz książki. Wygra go osoba, która przekona mnie, że do niej powinna trafić „IKIGAI. Japońska sztuka szczęścia”. Na Wasze odpowiedzi czekam do piątku, 20 października, do godz. 09:00. Kontakt (do wyboru): mail, komentarz pod wpisem na blogu lub Facebooku, wiadomość przez Facebooka). Osobę z Krakowa poproszę o odbiór książki osobiście w wyznaczonym przeze mnie miejscu. Osobę spoza Krakowa poproszę o podanie adresu do wysyłki. Skontaktuję się wyłącznie ze zwycięzcą.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „IKIGAI. Japońska sztuka szczęścia - Ken Mogi”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 18 października 2017 15:16

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014