Recenzentka

Wpisy otagowane „2017”

  • niedziela, 07 stycznia 2018
    • Żyj lagom. Szwedzka sztuka życia w harmonii – Anna Brones

      Czy Szwedzi opatentowali życie w harmonii? Czy oczekując mniej, żyjąc wolniej, osiągnęli balans na co dzień? Ich dewiza to być „lagom”. Czy zawsze jednak żyć lagom oznacza żyć szczęśliwie?

       

      Zyj_lagom_szwedzka_sztuka_zycia_w_harmonii_anna_brones1

       

      Wychowana w Stanach Zjednoczonych Anna Brones to córka Szwedki, która w wieku dwudziestu paru lat ucieka do USA na Zachodnie Wybrzeże z restrykcyjnego szwedzkiego modelu społecznego szukając wolności ekspresji i bycia sobą. Dla niej bycie lagom oznaczało zakazy i granice, których musiała się trzymać, żeby sprostać modelowi bycia akurat. Gdy jednak coś w duszy woła i chce więcej, nie da się tego zapakować do pudełka ze wstążką „lagom”. Kiedy więc szwedzka sztuka życia wnosi harmonię? Jak będąc lagom osiągnąć kojące poczucie spełnienia? I czy lagom to prosta droga do szczęścia?

       

      Nie musimy zastanawiać się, co było pierwsze: hygge czy lagom. Książki o duńskim hygge dotarły do nas z krajów anglosaskich. O hygge po raz pierwszy napisała Amerykanka Jessica Alexander rzucając nowe światło na wychowywanie dzieci, stając się orędowniczką duńskiej metody wychowawczej; zapoczątkowała też modę na pisanie o życiu pod patronatem hygge. W 2016, niebawem po jej duńskim „debiucie”, twórcy Oxford Dictionaries ogłaszają hygge słowem roku. Nie trzeba było długo czekać na modę na lagom. Im bardziej zainteresowanie hygge przybierało, Szwedzi szukali pomysłu na wypromowanie własnego nośnego hasła, które przywróciłoby równowagę w zainteresowaniu Szwecją. Wkrótce Ambasada Szwecji ogłosiła konkurs na zdjęcia ilustrujące życie w stylu lagom. Chwilę potem świat zapomniał o hygge zachwycając się „nowym” skandynawskim fenomenem. Boom na lagom daje początek od razu tsunami książek o szwedzkiej sztuce życia. Jeśliby jednak poszukać wspólnego mianownika dla tych wszystkich pozycji, to łączy je status autorów; to zawsze przedstawiciele klasy średniej, żyjący poza marginesem problemów społecznych, beneficjenci zawodowego sukcesu, ludzie konsumujący rzeczywistość w uprzywilejowany sposób.

       

      Nie trzeba wnikliwej lektury, żeby zrozumieć, że szwedzka sztuka życia to jednak recepta dla społeczeństw zamożnych, które błędy bezrefleksyjnej konsumpcji mają już za sobą. Nikogo nie trzeba zachęcać do kupowania lepszej jakości produktów, nieprzetworzonej żywności, niejedna osoba wolałby widok lasu zza okna zamiast stołu sąsiada i każdy chciałby pracować mniej i zarabiać więcej. Odstawiając na bok freudowskie dylematy, można upraszczając założyć, że wewnętrznie każdy lub jakaś większość skłaniałaby się do modelu życia, gdzie zamiast nieustannej walki, chciałoby się więcej spokoju i harmonii; że chętniej spędzalibyśmy więcej czasu z bliskimi. Wolelibyśmy mieć mniej stresu na co dzień, spotykać się częściej ze zrozumieniem i empatią i widzieć więcej uśmiechniętych i zadowolonych ludzi. Taki poziom oczekiwań i życia nie jest zarezerwowany dla strefy lagom.

       

      Lubimy jednak mity i chętnie je tworzymy, a książki w stylu lagom w punkt odpowiadają na masowe zapotrzebowanie na bajki o Skandynawii. Z półek radośnie uśmiechają się wystylizowane okładki, oferując spełnienie na miarę oczekiwań czytelnika, w którego domowych pieleszach znajdzie się miejsce na designerską duńską lampę i wnętrza w stylu IKEA czy marzyciela budującego sobie nieco odrealnione wrażenie o życiu na Północy.

       

      Żyj lagom. Szwedzka sztuka życia w harmoniiAnny Brones dobrze oddaje ten trend, chociaż próbuje przemycić też nieco więcej od mody na ciepłe pledy, zestawy świeczek i kolorowe poduszki. Z poziomu osoby żyjącej w społeczeństwie, które nieustannie chce więcej kosztem innych, opowiada nam Brones jak żyć wolniej i z czułością dla innych. I mimo, że to bajka dla dziewczynek z zamożnego domu, to warto jej posłuchać nie zapominając jednak, że za 39,90 zł można kupić coś bardziej wartościowego i bez błędów, od których roi się u Brones: „Uciekinier w labiryncie” ukazał się w 1933, nie, jak podaje, w 1993; Aksel nazywał się Sandemose, nie Sandemosse. Eseje Ellen Key „Piękno dla wszystkich” (Skönhet för alla) ukazały się w 1899, nie w 1889.

       

      Moje wrażenie, że chłoniemy naprawdę wszystko z Północy, bez względu na jakość, rośnie z książki na książkę. A tyle błędów w jednej pozycji to wrażenie wzmaga. Operujący stereotypem, dość powierzchowny Skandynawski raj czy wspomnienia z podróży kamperem po Norwegii Anny Siwek, to tylko skromne przykłady nieudanych publikacji, które powstały na fali zainteresowania Skandynawią. Ale mnogość pozycji przekonujących nas do życia w stylu hygge i lagom zaczyna przybierać rozmiary powodzi. I chociaż książki te nikogo nie skrzywdzą, to niestety nic nowego nie wnoszą do dyskusji o Północy. A powielanie tych samych opinii, odwoływanie się do tych samych lektur to jak plotkowanie w kółko o tym samym. W końcu zaczyna to urastać do bajki. I jest nią też „Żyj lagomBrones.

       

      To typowa pozycja quasi poradnikowa, raczej produkt literacki niż literatura. Łącząc wystylizowane zdjęcia z zachęcającym do umiaru i uważności życiem slow, opowiada nam, jak być lagom, czyli w harmonii z sobą i światem. Ta i jej podobne książki wzmacniają mit o szwedzkim raju, o wyjątkowości tego kraju, służą Szwecji do budowania jej marki – państwa idealnego, są PR-owym bumerangiem, który wraca w zwiększonym zainteresowaniu szwedzkością, a pośrednio wszystkim co skandynawskie.

       

      Wychowanie w USA nieco wyostrza jednak Brones perspektywę, więc na zasadzie kontrastu wychwytuje odmienne style pracy, podejścia do życia, przyrody. Nie przez przypadek pierwszy rozdział poświęca rynkowi pracy, od razu przypominając, że Szwedzi spędzają w niej jedynie tyle czasu, ile to konieczne; zaledwie 1% z nich marnuje go na nadgodziny. Ich zupełnie odmienne nastawienie do kultury pracy, gdzie współpraca, odejście od wielozadaniowości, budowanie środowiska opartego na zaufaniu i poszanowaniu odmienności, przynosi dużo bardziej efektywną i wyluzowaną atmosferę pracy, w której jest czas na godzinne lunche i liczne przerwy na kawę. O ile dobrze nam zrobi przeczytanie, że praca nie musi być polem nieustannej walki, to utrzymywanie szwedzkiego mitu z pewnością nie zmieni sytuacji Polaków pracujących w polskich filiach szwedzkich firm, które poza granicami swojego kraju zapominają o dobroczynnym wpływie przyjaznego i spokojnego środowiska pracy, śrubując normy i nie przywiązując żadnej wagi do dużej rotacji pracowników.

       

      Coś się jednak udało Annie Brones. W mikroskali, bo książeczka jest w sumie niewielka, więc nie ma tu czasu na rozpisywanie i nie o to w niej chodzi, na przykładzie sztuki użytkowej pokazała, jak w Szwecji budowano egalitarne społeczeństwo, w którym zapewnia się nie tylko bezpłatną edukację, dba o duchowy rozwój, ale też pielęgnuje poczucie estetyki. Brones zebrała kilka przykładów, właśnie dotyczących designu szwedzkiego, udowadniając, że lagom może też oznaczać podniesienie poprzeczki lub jej wniesienie tam, gdzie nigdy nie było jej widać. Zwykłe rzeczy codziennego użytku zaczęły być przedmiotem żywej dyskusji. Pisali najwięksi, dając okazję do popisów erudycyjnych, ale też prorównościowych. „Piękniejsze rzeczy codziennego użytku” (Vackrare vardagsvara, 1919) historyka sztuki Gregora Paulssona, to głos za tym, że dobre wzornictwo powinno być dostępne dla wszystkich, nie tylko dla elit. Twórczość publicystyczna Ellen Key, jej eseje „Piękno dla wszystkich”, inspirowały twórców produkujących na masową skalę, do przywiązywania większej uwagi do estetyki przedmiotów codziennego użytku. Carl Larsson i jego żona, zwrócili uwagę na projektowanie wnętrz domów i mieszkań, które w większym stopniu zaczynają operować bielą, drewnem i światłem. W duchu lagom, który tutaj posłużył wyrównaniu braków powstał styl, który zawojował cały świat. Trudno dzisiaj znaleźć dom, w którym nie ma czegoś z IKEA. To już nie kwestia mody, a dobrego smaku. Teraz dostępnego również dla niezamożnych osób.

       

      Szwedzkie lagom, co może nie rzuca się od razu w oczy, w skali społeczeństwa burzy wiele murów. Można je stawiać podnosząc poprzeczkę i nie tłumacząc czym jest wysoka kultura, sztuka, dobra literatura. Można też wymagać, żeby wszelkie przejawy twórczości były zrozumiałe dla wszystkich. Ten dylemat stoi u podstaw lagom. Jeśli sztuka ma być przystępna dla ogółu, to nie może być trudna. Jeśli będzie łatwa może być słaba. Widać to najlepiej w literaturze szwedzkiej, w której tak wiele lekkich powieści, gdzie większy akcent stawia się na akcję, narracyjny flow niż na eksperymenty literackie i finezję języka. Osiągnięcie kompromisu pomiędzy wybitne a dostępne dla mas, wymaga czasem wybiegów. W sztuce użytkowej może to być dobrze zaprojektowany produkt ze sklepu IKEA, którego niską cenę osiągnięto obniżając jego jakość. W byciu lagom Szwedzi wyprzedzają świat. Słuchacze maja do dyspozycji programy radiowe nadawane w „łatwym szwedzkim”, bez udziwnień, prostymi słowami. Nie tylko klarowności, ale właśnie przystępności oczekuje się tam nawet od publikacji naukowych. To nieustanne równanie do słabszych, wyciąga ich z pewnością z marginesu niezrozumienia, ale nie buduje przystani dla rozwoju osób wybitnych.

       

      A bycie lagom oznacza czasem podcinanie skrzydeł. Osobista historia matki Anny Brones pokazuje, że wyróżnianie się z tłumu, wychodzenie przed szereg i rzucanie się w oczy, są nie na miejscu w Szwecji. Dla artystki taki model wyrównywania pionu do pewnej średniej, żeby nie używać słowa przeciętnej, zmusza do ucieczek. W szwedzkiej prasie nie brakuje historii o spektakularnych zwrotach w życiu ludzi, którzy porzucają Szwecję, żeby dać upust swobodzie życia gdzie indziej. Lagom może się objawić w kontaktach z ludźmi, wtedy, gdy każe ściszyć głos, nie wzmagać dyskusji kłopotliwymi argumentami. W społeczeństwie, w którym nieładnie się kłócić, dyskusje spłycają się do nudnych wymian nieciekawych zdań. O tym nie pisze Brones. O własnej mamie wspomni zdawkowo, świadoma jednak mrocznej strony nieodstawania od reszty.

       

      Brones miejscami ucieka w kierunku poradnika maindfulnessowego i bardziej zachęca do uważności w życiu niż tłumaczy czym jest szwedzkie lagom. Z pewnością warto obcować z przyrodą, zachęcać do zdrowej diety, mówić o potrzebie ochrony środowiska, wspierania lokalnych producentów, dbania o przyjazne relacje. Ale robienie z tego książki o lagom odczytuję jako lekkie nadużycie. Rzecz w tym, że i ta książka i inne, których jest przesyt na rynku poruszają się po kolorowych obrzeżach tematu. Dokument Erika Gandini „Szwedzka teoria miłości” nie zyska masowego zachwytu, bo za dużo w nim odcieni szarości, za mało pocztówkowych widoczków z czerwonymi domkami w tle. Bardzo łatwo jest wpaść w mylące poczucie, że harmonię w życiu można osiągnąć jedynie gdzieś, gdzie nas nie ma. Ludzie masowo za nią pędzą, tworzą jej namiastkę w obcym miejscu, powtarzając sobie do końca życia, że to jest właśnie jej kwintesencja. To jak czuje się społeczeństwo zależy od tego, jak czuje się jednostka. Bo to jednostki tworzą naród. Jeśli więc dzisiaj zaczniemy żyć w większej harmonii z sobą i światem, to nie będziemy do tego potrzebować szwedzkiego lagom, duńskiego hygge czy japońskiego ikigai, tylko konsekwencji w działaniu.

       

      Recenzja: Żyj lagom. Szwedzka sztuka życia w harmonii, Anna Brones, Edipresse Polska SA, Warszawa 2017. Przełożył: Jacek Żuławnik. Tytuł oryginału: Live Lagom (2017). Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska. Korekta: Iwona Sośnicka, Agnieszka Jeż. Projekt okładki: Two Associates. Skład i łamanie: JS Studio. ISBN 978-83-8117-152-6. Stron: 221.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję Edipresse Polska SA.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Żyj lagom. Szwedzka sztuka życia w harmonii – Anna Brones”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 stycznia 2018 11:21
  • niedziela, 17 grudnia 2017
    • Moja przygoda z Norwegią - Anna Siwek, czyli jak nie pisać o podróżach

      Kiedyś „Wilki” śpiewali: „Więc zostaje tylko to / Parę zdjęć i kilka miejsc”. I tu się mylili. Zostają też czasem książki. „Moja przygoda z NorwegiąAnny Siwek to jeden z przykładów podróżowania i pisania książek w jednym i jednocześnie jedno z najczęstszych marzeń ludzi zakochanych w Skandynawii i w literaturze. Jak je zrealizować i nie popsuć, o tym będzie dzisiejszy wpis.

       

      Moja_przygoda_z_Norwegia_Anna_Siwek

       

      Już dawno prywatne relacje z podróży i osobiste rekomendacje wyparły z rynku bezosobowe przewodniki. Blogi i festiwale turystyczne rozrastają się z roku na rok poświadczając, że podróżowaniu dobrze robi rzetelna relacja, ocena i pomysł na zwiedzanie świata. Stąd zasiedziały w Toskanii duet Anny Goławskiej i Grzegorza Lindenberga pobił wszelkie rekordy sprzedaży ich bardzo subiektywnych włoskich poleceń. Stad popularność wycieczek śladami Białego po Svalbardzie razem z Iloną Wiśniewską. Do innego źródła docierają rodzice podróżujący z dziećmi, inne nawiedzają rowerzyści, piechurzy czy koneserze podróży kulinarnych. Pod tym względem książka Anny Siwek ma kompletnie niewykorzystany potencjał, a brak pomysłu na podróżowanie przełożył się na nieznośny bałagan w stylu „wszystko i nic”; począwszy od ustępów poświęconych wierzbówce kiprzycy po opis ubrań służbowych pracowników norweskiej sieci Kiwi Mini Prix.

       

      Anna Siwek razem z mężem i dwójką dorosłych synów wyjeżdża na dwutygodniowe wakacje kamperem po Norwegii. Mąż siada za kierownicą, ona do dzienniczka, który później posłuży do napisania książki. Rzecz w tym, że tytularna Norwegia pozostaje krajem z opisu na Wikipedii, rzeczą na miarę broszurki informacji turystycznej. Do tego pada tutaj na temat Norwegii stwierdzenie niemające pokrycia w faktach, co jest bolączką osób, które po wypadzie turystycznym w jakiejś miejsce chcą o nim pisać prawdę objawioną. Ten błąd popełnił w swoim czasie Andrzej Muszyński w „Cyklonie” dając upust niewiedzy na spektakularną skalę. Książka Anny Siwek powiela nieprawdziwe, stereotypowe i powierzchowne informacje. Autorka stwierdza, że Norwegia z bardzo ubogiego kraju stała się nagle bogata za sprawą ropy, co jest nieprawdą. A ta jest taka, że to ponadpartyjny projekt i zgoda na budowania państwa opartego na solidarności społecznej przyczynił się do wyciągnięcia Norwegii ze skrajnego ubóstwa. Państwo po 400 latach niechcianych lub niekorzystnych unii wychodzi pokojowo z zapaści i buduje konsensus, pod których podpisuje się cały naród. Pod wieloma względami moglibyśmy porównywać polską historię z norweską ucząc się mądrego rządzenia. Ropa i złoża gazu odkryto, gdy Norwegia była już bogatym krajem. Dobrze to opisano w monumentalnej publikacji Ośrodka KARTA „Droga na Północ. Antologia norweskiej literatury faktu”.

       

      Jedyny sensowny pomysł na czytanie tej książki to pójście tropem antropologicznym. Gdy wytniemy pełne egzaltowanych przysłówków i przymiotników opisy kraju fiordów, wyłania się obraz polskiej rodziny w epoce posttransformacyjnej. Ona, rocznik 1963, poświęca się bliskim i wspiera korporacyjną karierę męża, który wreszcie zaczyna od niej odcinać intratne kupony. Czas, który kiedyś wypełniało codzienne zajmowanie się domem i pracą, zaczynają realizować na miarę rodziny, dla której zagranica była syndromem choroby, na którą cierpieli ludzie w szaroburym PRL-u. Zamknięcie w politycznym projekcie ZSRR objawia się tęsknotą za wolnością, nie tylko do własnego zdania. Stają się obywatelami Europy; mieszkają tam, gdzie męża rzuca firma, co ona wykorzysta dla tła swoich powieści. Bo wkrótce zaczyna publikować romantyczne historie osadzone w miejscach, w których mieszka. Chwilę potem ze wspólnych wojaży wykroi nowy kawałek w swoim literackim torcie.

       

      Przyglądając się rodzinie Siwków można poobserwować zwyczaje podróżnicze Polaków. Ojciec poświęca się, żeby zafundować rodzinie podróż marzeń; pruje niezmordowany kamperem przez Skandynawię. Zero narzekań i okazywania zmęczenia. No raz, pod koniec, gdy do pokonania jeszcze kilkaset kilometrów a termin oddania samochodu za kilka godzin. To twardziel na miarę sukcesu wolnorynkowej Polski. Żona ogarnia dom na kółkach, którego jest demiurgiem. To ona zaplanuje posiłki i wyegzekwuje kilka opcji w programie zwiedzania. Wciąż jest słynną szyją, która kręci głową. Chociaż oczywiście raz się wyłamie i zagoni czekających na posiłek mężczyzn do – powiedzmy – roboty. W magiczny sposób zamieni surowy norweski kamper w substytut domu przenosząc do niego nawyki wyrośniętych synów, dla których dużo ciekawszy od widoków zza okna jest newsfeed na Facebooku.

       

      Widać, że znajdujemy się na pograniczu dwóch generacji. Synowie to już dzieci nowej Polski, wpadają na wakacje prosto z Londynu. Rodzice to ci, dla których „wreszcie” świat stanął otworem. Zdobywają go w znoju, bo trudno przyjemnością nazwać tempo ich podróżowania. Dzienne limity kilometrów wręcz szokują, ale niezmordowani prą naprzód, dalej, głębiej w kraj, odhaczają zachłannie wszystko, co warto zobaczyć po drodze. Siły jednak i czasu brak na zadumę, kontemplację i głębszą refleksję. Często dojeżdżają na miejsce za późno albo pechowo, gdy zabytki są zamknięte, ale zatrzymują się i stawiają za każdym razem dziewiczy krok. Chcą zaliczyć to, co powinno się na takiej trasie zobaczyć. Eksplorują ziemię norweską z równym entuzjazmem jak Neil Armstrong Księżyc. I nawet, gdy okazuje się, że znowu parkują w pobliżu toalet, przepełnia ich radość z misji poznawania czasami dziwnych Norwegów.

       

      To kolejna rzecz do wysupłania z „Mojej przygody z Norwegią”. Jakie pierwsze wrażenie robi na polskiej rodzinie Norwegia? Co ich śmieszy, szokuje i dziwi w przodkach wikingów. Fascynująca jest ciekawość, z jaką Anna Siwek dociera prawdy, próbując zrozumieć osobliwych dla niej miejscami Norwegów. Doczytuje, szuka wyjaśnień, chociaż nie wychodzi poza eksplorację internetu i dość stereotypowego i powierzchownego „Skandynawskiego raju. O ludziach prawie idealnych” Michaela Bootha. Odrębność skandynawskiego krajobrazu komentuje miarą swojej ciekawości i uprzedzeń. Norweskie czerwone domki „na początku straszliwie raziły jej zmysł estetyczny”. Fala zachwytów przechodzi w rozczarowanie banalnymi widokami norweskich wiosek. Gdy brakuje spektakularnych landszaftów z fiordami w tle, nuda obsianych zbożem pół, polnych łąk wyłącza autorkę, która ma wówczas czas wertować internet i poszerzać swoje informacyjne horyzonty w oczekiwaniu na „widoki jeszcze wspanialsze”.

       

      Z żalem stwierdzam, że chwytliwy pomysł na napisanie książki podróżniczej o Norwegii, tutaj nie wypalił. Dwa tygodnie kamperem przez Norwegię mogłoby stać się bazą praktycznych wskazówek, notesem z podróży, który przyszłym czytelnikom ułatwiłby planowanie takiego wyjazd. Wystarczyło podsumować każdy rozdział i pokazać liczbę przejechanych kilometrów, pokazać jak często trzeba w takim samochodzie tankować, gdzie, w jakiej formie i wysokości pobierane są opłaty za przejazd, dodatkowo dołączyć adresy ze sprawdzonymi rekomendacjami i mielibyśmy bardzo praktyczny przewodnik dla podróżujących kamperem. Brak pomysłu na książkę odbija się na jej nijakości. Do tego dochodzi narracja, w której nasycenie wtrętami w stylu Knausgårda: idziemy brać prysznic, jemy kolację, pijemy kawę, każde się zastanowić nad negatywnym wpływem Norwega, który najwyraźniej poszerza grono naśladowców. Nawet, ci którzy nie byli w Norwegii słyszeli, że to kraj z przyrodą wywracającą zmysły. Jeśli brakuje komuś słów na wyrażenie jej urody, to może warto zamilknąć. Bo słowo „piękne” potrafi potężnie namieszać w krwiobiegu. Powiedziane raz i w odpowiednim miejscu. Powtarzanie fraz sprawdza się w mantrach. W literaturze tylko w wyjątkowych momentach ma jej moc.

       

      Podsumowując: „Moja przygoda z Norwegią” to antyprzewodnik; skutecznie zniechęcający do podróżowania kamperem. Rzecz, która zostaje w pamięć to znużenie przejechanymi kilometrami, szukanie parkingów, minięte w locie centrum Trondheim, zamknięte zabytki, do których autorka dotarła za późno i spanie w pobliżu toalet. Oglądanie Norwegii zza okna samochodu przypomina wycieczki po Krakowie autobusem. A pokonywanie setek kilometrów w dwa tygodnie to jak zwiedzanie Europy w weekend. Tempo i jakość odhaczania kolejnych miejsc to po prostu zaliczanie, które w niektórych okolicznościach może skończyć się nie tylko emocjonalnym trzęsieniem ziemi. Tutaj jest wyłącznie próbą zjedzenia ciastka, które ogląda się na półce zza szybą.

       

      Recenzja: „Moja przygoda z Norwegią”, Anna Siwek, Wydawnictwo Poligraf, Brzezia Łąka 2017. Projekt okładki i skład: Aleksandra Mikołajko, Wojciech Ławski. Opieka redakcyjna: Klaudia Dróżdż. Korekta: Anna Kurzyca. ISBN: 978-83-7856-626-7. Stron: 149.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję autorce książki.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Moja przygoda z Norwegią - Anna Siwek, czyli jak nie pisać o podróżach”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 grudnia 2017 11:08
  • niedziela, 26 listopada 2017
    • Jak zawsze - Zygmunt Miłoszewski

      Zygmunt Miłoszewski jak zawsze zaskakuje. Mistrz suspensu opuszcza strefę kryminalnego mroku na rzecz historii niemal romantycznej. Fundamentalnemu pytaniu jak żyć, żeby być szczęśliwym, dodaje literackiej pikanterii, prowadząc nas przez opowieść o Ludwiku i Grażynie, małżeństwie z pięćdziesięcioletnim stażem, które budzi się pewnego razu w dniu, w którym po raz pierwszy kochali się ze sobą. Czy wiedząc, jak ułożyło się im życie, będą chcieli ponownie przeżyć je razem?

       

      Jak_zawsze_Zygmunt_Miloszewski

       

      Czytam tę powieść w wersji przed korektą, z przekreślonymi mazakiem zdaniami. Trudno jest się publicznie wypowiadać o czymś, co może ulec diametralnej zmianie. Być może skrytykuję rzecz, która wypadnie z finalnej wersji. Może ocenię, że czegoś brakuje, co zostanie ostatecznie dopisane. Spróbuję jakoś wybrnąć z tej dość kuriozalnej sytuacji, zastanawiając się jednocześnie, dlaczego Wydawcy w ten sposób strzelają sobie w stopy.

       

      Historia Ludwika i Grażyny i wpisanie ich życiorysu w rozważania „co by było gdyby” jest pomysłem, który doskonale sprzedają amerykańskie komedie romantyczne. A przyznaję, że jestem ich fanką, tyle, że w przeciwieństwie do Moniki Sznajderman, która chadza na nie do kina, a w domu lubi oglądać ambitne filmy, ja mam przeciwnie. Scenariusz, który proponuje Zygmunt Miłoszewski znajdziemy w „Family Man”, gdzie obłędnie bogaty, rozpuszczony przez los bohater grany przez Nicolasa Cage’a budzi się w alternatywnej wersji swojego życia, które spędza z kobietą, którą zostawił wieki temu dla kariery w brytyjskim City. Podobna historia przytrafi się Connorowi Meadowi granemu przez Matthew McConaughey’ego w „Duchach moich byłych”; on też dostanie szansę na zakochanie się po raz drugi w swojej miłości z dzieciństwa. W „Czasie na miłość” Richarda Curtisa pytanie o sens życia powraca tyle razy, aż filmowy Tim wreszcie zrozumie, że zamiast naprawiać to, co się zepsuło wystarczy żyć tak, jak by się chciało.

       

      Ciekawa więc byłam, co z pomysłem tak często powielanym w popkulturze zrobi Miłoszewski, słynący przecież z wywracania gatunkowych reguł i nietrzymania się schematów. Co złośliwcy i zazdrośnicy odbierają jako „warsztatową partaninę”. A ci, dla których literatura to pole gatunkowej walki, ring dla wybrańców i wygrana buntowników określają talentem pisarskim. Miłoszewski to jeden z nielicznych współczesnych pisarzy sprzedających się w oczytanej i wybrednej, chadzającej elitarnymi ścieżkami Francji. Doceniony przez snobistycznych żabojadów i na nieustannej fali krytyki panów z Agory, dość dobrze radził sobie z uporem, z jakim go nie trawią, pisząc po prostu dobre książki.

       

      Albo tym razem napisał rzecz słabszą, albo taka jest wersja przed korektą, którą czytam. Z jednej strony rozpoznaję literackie tropy, którymi Miłoszewski chadzał wcześniej ("Gniew", "Bezcenny"). Znaleźć tu można podteksty do współczesnej sytuacji politycznej, chociaż nie tak dosłowne jak poprzednio. Łączenie skandynawskiego drylu literackiego, przypatrywanie się społeczeństwu z perspektywy jego trupów w szafie, dobieranie się do tabu i prowokowanie wzmożonych dyskusji to efekt pisania i literackie logo Miłoszewskiego. Są pisarze jednej książki, którą piszą nieustannie na nowo. I są pisarze stylu. Miłoszewski wyrobił w sobie literackiego drapieżnika, który wadzi się ze współczesnością, szamocze czytelnicze dusze i gardzi pisarską uległością. Jest niepokorny w podręcznikowy sposób, na co stać jedynie ludzi niezależnych, a niezależność jest pochodną talentu, którym nie trzeba kupczyć dla wyżebranego sukcesu. Niebezpieczeństwo takiego komfortu pisania może skończyć się uległością wobec gwiazdy, a te lubią wybuchać i znikać. Niestety „Jak zawsze” przypomina mi nieudane eksperymenty kulinarne Karola Okrasy, który bierze się za obwarzanka i robi z niego bagietkę, która smakuje jak chałka.

       

      Nikt mnie nie przekona, że zabawy gatunkowe, które porwały tu Miłoszewskiego, dobiły do jakiegoś sensownego portu. Grażyna i Ludwik trafiają nie tylko do przeszłości, ale też do jej alternatywnej wersji. Do tego w tej rzeczywistości dzieją się rzeczy mocno przypominające perypetie z „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood i kilka rodem z „Forresta Gumpa” czy „Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął”. Mam wrażenie, że w jednej książce spotkały się pomysły na co najmniej trzy powieści i uniesienie tylu rzeczy w jednym, po prostu się nie sprawdziło. To książka pełna niedosytów i przesytów. Za dużo jest tu wtrętów, powiedzmy sentymentalno-wspomnieniowych, o tym, jak było kiedyś, w czasach młodości Ludwika i Grażyny. Za mało pracy nad tekstem. Zwrotnica, na której miał skręcić chyba jednak nie została odpalona i tekst pędzi, na pewno szybciej od naszego Pendolino, i może dlatego za oknem to tu, to tam rozmywa krajobraz gęsta fabularna mgła. Domyślam się, że uciekając od kryminału pisarz celuje w magiczne miejsce określane literaturą środka. Ale tam, jeśli tworzy się takie literackie hybrydy, to one mają uzasadnienie. Tu zastanawiam się, jak można było tak spaprać coś, co i wzrusza i grzmoci sumienie i bawi.

       

      Bo chociaż konstrukcyjnie powieść nie daje rady, to historia Ludwika i Grażyny jest silna, tak, jak mocny strzał prosto w twarz. Budzi z zaspania, przeciera wpatrzone w jeden punkt oczy. To emocjonalny tekst, który gotuje uczucia. I takie poprzeczki stawia się prozie gatunkowej, która spełnia zupełnie inne zadania niż pisanie pod najtęższe literackie nagrody. Literaturze popularnej dobrze robi, jeśli ma bata na emocje. A Miłoszewski sztukę dobierania się do nich opanował wybitnie dobrze. Dodatkowo robi coś, o czym mówi Adam, jedna z postaci „Jak zawsze”, „obniża próg wejścia w literaturę, bez jej spłycania” i tak, zgadzam się dalej z Adamem „to zabieg wymagający mądrości i wielkiego talentu”. Ale i mądrość i talent są potrzebne do trzymania kursu. Tu Miłoszewski zbacza, tak jak w swoim czasie Woody Allen, który wypuścił się z terenów dobrze opanowanych i zaczął robić kino ambitne. Mało kto pamięta i wraca do jego dużo bardziej skomplikowanych niż reszta „Wnętrz” czy „Września”, ale każdy wie, że Woody Allen nawet jeśli robi słabszy film, to wciąż na wysokim poziomie. Taki jest Miłoszewski.

       

      W przeciwieństwie do poradników, które z założenia mają nam podać gotową receptę na życie, „Jak zawsze” oddaje jego nieoczywistości i nieskończoność opcji, którym ulegamy raz impulsywnie, innym razem rozsądnie, i jak widzimy, ani żaden poryw, ani przemyślany plan nie gwarantuje mety z fanfarami. Wydaje się, że samo bycie w drodze, przeżywanie jej, doprawianie własnymi pragnieniami, rozpuszczanie w żalach, tasowanie w nowych układach jest esencją bycia. Wsłuchując się we wszystkie pytania jakie stawiają sobie Ludwik i Grażyna, wahamy się razem z nimi, w którą stronę puścić się na żywioł, można ulec ich pasji i sięgnąć po marzenia wcześniej zakopane głęboko na przyszłość. Gdy więc oboje siedzą z ok. 80+/- na karku i oceniają przeszłość, dywagując, czego w niej było w nadmiarze, a co przegapili, spisujemy w tyle głowy własny rachunek. A, gdy oboje wracają do punktu, w którym zaczęła się ich historia i mierzą się z całą szalą nowych możliwości inaczej patrzymy na nasze tu i teraz.

       

      Miłoszewski potwierdza się też tutaj jako wytrawny obserwator rzeczywistości. Dostrzegł pewien trend, który nazywam kursem na seniorów. Zagęściło się i w kinie, i w literaturze od krzepkich staruszków, refleksyjnych staruszek, małżeństw ze stażem, które próbują odzyskać utracony ogień („Dwoje do poprawki”), rozwodników, którzy ze sobą romansują („To skomplikowane”), seksu po menopauzie i andropauzie („Lepiej późno niż wcale”), romansów w Bollywood w tle („Drugi Hotel Marigold”), uczuć na emeryturze („Przeprowadzka”). Popkultura pokazuje, że seks nie kończy się po urodzeniu dziecka, miłość nie wypala na starość, a pożądanie to kleszcze, które spajają kruche łącza życia i da się nad nim zapanować, chociażby Viagrą i kompletem bielizny, ukrywającym upływ czasu. „Jak zawsze” to bardzo podniecająca powieść, a Miłoszewski udowodnił jeszcze jedną rzecz, otóż potrafi pisać o seksie. W dodatku o seksie niemal równolatków, którzy mają około osiemdziesiątkę na karku.

       

      Do tego Zygmunt Miłoszewski bardzo dobrze czyta, analizuje i trawestuje prozę gatunkową. Zna fabularne tricki, rozumie chemię tekstu i powody, dla których się od niego uzależniamy. Tam, gdzie trzeba operuje schematem, kompiluje stereotypy i tworzy mapę neurotycznych uzależnień, którym oddajemy się bez względu na tła historyczne, epoki. Patrzymy w „Jak zawsze” na siebie w odmiennej scenografii historycznej i widzimy jak ulegamy tym samym destrukcyjnym decyzjom. W tym sensie oddaje Miłoszewski obraz Polski i Polaków, tonących na innym statku, jakby nie potrafili obrać wreszcie właściwego kursu. Ale z drugiej strony to pisarz zbyt inteligentny na odtwórcze naśladownictwo, stąd nieustanne u niego przekraczanie granic, dopisywanie kolejnych szczebli do pisarskiej drabiny gatunkowej, na której od lat ściga się sam z sobą. Ambicje mogą jednak zawieść, czego dowodem jest „Jak zawsze”. Tym razem przekombinowana powieść. Wciąż jednak najlepszego pisarza literatury popularnej w Polsce. Który wciąż trzyma wysoki poziom.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

      Logo_W.A.B.4

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 listopada 2017 11:39

Kalendarz

Styczeń 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014