Recenzentka

Wpisy otagowane „2015”

  • piątek, 27 kwietnia 2018
    • Ogień. Pierwotna siła natury - Thomas Svardal

      Tysiące wypraw norweskimi, dzikimi szlakami, tyleż samo rozpalonych ognisk i uczenia się na własnych błędach i próbach. Wreszcie poczucie pełni dające bycie w przestrzeni, gdzie człowiek, jego słabości, hart ducha i wola sprawdzenia się stają się wypadkową wspólnych wędrówek, odkrywania piękna drzemiącego w nieśpiesznym byciu razem, kontestowania upływających leniwie chwil i napawania się wonią lasu, chłodem gór, zapachem mokrej ziemi, trawy tuż po deszczu. To wszystko to nastrój „Ognia. Pierwotnej siły natury” przebijający się zza warstw praktycznych, ujmujących opisem wskazówek. Bo gdy „zaczyna płonąć ognisko natychmiast pojawiają się ciepło, światło, nadzieja, satysfakcja i radość płynąca z piękna przyrody. Leżysz, uśmiechasz się z czystą wdzięcznością za wszystko, co ognisko oddaje w zamian za nieco pracy. (…) Poczujesz ciepło w całym ciele i sercu”.

       

      Ogien_pierwotna_sila_natury_thomas_svardal_recenzentka

       

      Ogień. Pierwotna siła natury” mógł powstać jedynie w Skandynawii. A przynajmniej tam, gdzie największą wartością jest czas poza pracą. Czas wypełniany pasją dającą flow z bycia tu i teraz. Czas spędzany z bliskimi, przyjaciółmi, znajomymi i rodziną. I luksus nieliczenia tego czasu.

       

      Thomas Svardal pisze, że ta książka nie powstałaby, gdyby nie pierwsze odkrycie dotyczące ogniska, jeszcze w wieku przedszkolnym, kiedy to dziadek pokazał mu coś, w co inaczej by nie uwierzył: cudowne właściwości smolnych szczap z łatwością płonących w deszczu. Potem przyszły liczne wyprawy z łowieniem pstrągów, na które zabierał go ojciec. Ale prawdziwa wiedza przyszła wraz z poznaniem umiejętności Saamów, od zawsze żyjących w zgodzie z naturą, dla których ogień jest często jedynym sprzymierzeńcem w środku zimy, podczas długich wędrówek w góry za stadami reniferów, gdy trzeba było przeżyć bez namiotu i śpiwora.

       

      Ogień. Pierwotna siła natury” to i survivalowy poradnik, ale to też ukłon pod adresem często nieujarzmionej norweskiej przyrody. To też wyraz tęsknoty za czymś pierwotnym i świadectwo życia, które dopiero gdy płynie w rytm Natury, daje ukojenie. Pięknie sfotografowane ogniska dopełniają wrażenia pełni, której kwintesencją jest wędrówka, bycie na szlaku, życie z dala od stresu codzienności, zwolnienie do szybkości marszu, podczas którego najważniejsze jest bycie razem, leśne kąpiele, napawanie się widokami.

       

      Thomas Svardal uroczo łączy tęsknotę za dobrym - równa się - w zgodzie z sobą i Naturą życiem z wyjątkowo praktycznymi wskazówkami. Ani na chwilę nie opuszcza nas nastrój nostalgii, spokoju i mindfulnessowej esencji, gdy autor opowiada o tym, że świeża brzoza karpacka daje najwięcej żaru ze wszystkich gatunków drzew, o tym jakie drewno pali się podczas deszczu, jak zapalić ognisko bez użycia zapałki czy podczas deszczu. Jeśli ktoś porównuje czas spędzony na przygotowywanie ogniska do darmowej terapii, to łatwiej zrozumieć jakość jego pisania. Ognisko dla Svardala to magiczne wręcz miejsce, o ogromnej sile przyciągania. Miejsce, przy którym puszczają nerwy codzienności, zwalnia rytm, a rozmowy układają się w kojące opowieści. Kontakty, więzi społeczne, które w dalekiej przeszłości scalały społeczności zasiadające wokół ognisk, były częścią procesu, który przemienił nas w ludzi – pisze w jednym miejscu Svardal powołując się na opinie naukowców i dając też wyraz własnemu stosunkowi do czasu i sposobu, w jaki ognisko scala, łączy, daje poczucie spokoju i bezpieczeństwa.

       

      Niezwykła to lektura, która z taką czułością dla przyrody wprowadza nas w jej tajniki. Miejscami można się poczuć jak podczas wędrówki z autorem, który skupia naszą uwagę na pożytecznych wskazówkach, podpowiadając gdzie i jak szukać opału, jak zawsze być przygotowanym do rozpalenia ogniska, gdzie szukać rozpałki. Jaka będzie różnica rozpalania ognia hubą a korą. Jak połączyć główne zasady rozpalania ognia i przygotować jednocześnie najlepsze podłoże dla ogniska. Dla człowieka wychowanego w surowych, betonowych blokowiskach wśród wyasfaltowanych dróg to jak otwarcie drzwi do rozbuchanego, uderzającego nadmiarem przedpola Natury, która z dzikiej staje się nagle oswojona i przyjazna. Okazuje się, że pasek kory brzozowej może rozpalić drobniejsze gałązki, a te dadzą ogień grubszym kawałkom. Martwe gałęzie, które można znaleźć u dołu każdego świerku, dadzą podczas rozpalania ogniska dużo światła i najpiękniejsze płomienie. W ostateczności nawet zabrane przedmioty, jak szklanka, plastikowy woreczek po napełnieniu własnym moczem mogą stać się soczewką dla rozpalenia ogniska bez ani jednej zapałki.

       

      Rozpalanie ogniska podczas pieczenia ziemniaków czy kiełbasek nagle nabiera niemal architektonicznej kwintesencji. Ognisko typu piramida (tipi), szałas, pagoda, które Svardal określa ogniskiem dla pedantów. Czy klin - ognisko zwycięzców. Albo fantastyczne rozwiązanie dla tych, którzy chcą trzymać ciepło przez całą noc lub zostają w obozowisku dłuższy czas, czyli ognisko z bali.

       

      I nie ma znaczenia, czy zawczasu zadbamy o rozpałkę, bo Svardal podpowiada, że mogą nią być nawet zabrane z domu kłaczki z suszarki bębnowej, zebrany po drodze suchy mech, sucha trawa. Nie ma też znaczenia, czy rozpalamy ogień w samym środku lasu, w rzęsistym deszczu, na mrozie w metrowym śniegu, na gołej półce skalnej, w górach, bo cała przyroda jest naszym sojusznikiem i wszędzie, w każdych warunkach znajdziemy nieco inne rozwiązanie, żeby uszczknąć z ognia nieco ciepła, otrzymać więcej i bardziej spektakularne światło. Można tutaj nawet przeczytać o łóżku wierzbowym nad żarem, o gotowaniu wody w papierowej torebce. Thomas Svardal podpowiada jak upichcić dobrą rybę, ziemniaki, warzywa. Kiedy wykorzystać do tego żar, a kiedy dym, bo ten raz „daje nutę żywicy”, innym razem „delikatny dymny ślad”. Jak podgrzać kawę, a innym razem jak ugotować wodę do zaparzenia świeżej.

       

      Napisanie „Ognia. Pierwotnej siły natury” zajęło aż osiem lat. Widać, że temu procesowi towarzyszyła pasja i nieśpieszne próbowanie się z Naturą. Nie ma tu ani krzty walki z czasem, bo jak twierdzi autor „ogniska nie da się pogodzić ze stresem”. Piękne, nostalgiczne zdjęcia dopełniają wrażenia ogromnego otwarcia na przeżywanie świata z uważnością na co dzień. To nie tylko praktyczny przewodnik po ogniskach. To też przewodnik po życiu. I każdemu życzyłabym takiej nieśpiesznej, bliskiej przyrodzie rzeczywistości, w której pełnię przeżywa się podziwiając rozpościerającą się na horyzoncie panoramę, przy iskrzącym ognisku, z kubkiem zagotowanej chwilę przedtem mocnej herbaty.

       

      Recenzja: „Ogień. Pierwotna siła natury”, Thomas Svardal, MUZA SA, Warszawa 2018. Przekład: Witold Biliński / sandr.pl. Tytuł oryginału: Bål. For All slags vær og ter reng (2015). Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna. Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz. Korekta: Bogusława Jędrasik. ISBN 978-83-287-0891-4. Stron: 151. Książka zawiera zdjęcia ognisk autora.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję: Wydawnictwo MUZA SA

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Ogień. Pierwotna siła natury - Thomas Svardal”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      piątek, 27 kwietnia 2018 23:32
  • poniedziałek, 07 sierpnia 2017
    • Mężczyzna imieniem Ove - film

      Mężczyzna imieniem Ove” jest trzecim na liście najlepiej sprzedających się szwedzkich filmów. Jest też pierwszą szwedzką produkcją, która po sukcesie „Jak w niebie” (Så som i himlen, 2004) Kaya Pollaka 12 lat temu, znowu zdobyła nominację do Oscara w kategorii najlepszego filmu zagranicznego. Uwielbiają go krytycy, doceniają festiwale i polecają sobie widzowie. Ale Hannes Holm reżyserem został przez przypadek. W dodatku bardzo długo omijały go najważniejsze nagrody.

       


      Robił film za filmem, a wciąż przegrywał w walce o tytuły. Tak go to wkurzyło, że zaczął bojkotować szwedzką galę filmową Guldbagge. Do świata X muzy trafił przez przypadek. Podczas koncertu wpadł na Birgittę Svensson, która zaproponowała mu rolę w swoim filmie. Tak zadebiutował w 1981 na ekranie. Potem przez rok pracował jako asystent reżysera. Te doświadczenia otworzyły mu drzwi do pracy w telewizji, gdzie przez kilka kolejnych lat prowadził w SVT programy dla młodzieży. Pod koniec lat 80. zadebiutował reżyserując serial telewizyjny. Potem przyszły pierwsze filmy pełnometrażowe.


      Zabierając się za kolejny scenariusz, nie sądził, że napisze doskonałą adaptację bestsellerowego debiutu Fredrika Backmana. Zdawał sobie jednak sprawę, że jego film będzie oceniany pod kątem świetnej książki Backmana i bał się losu większości adaptacji filmowych, uznawanych zazwyczaj za gorsze od literackich pierwowzorów. Stwierdził jednak, że opowiada własną wersję powieści i tego trzymał się do końca pracy nad scenariuszem.


      Jego zawodowa historia pokazuje, że pracowitość i upór w dążeniu do celu są ostatnim zakrętem na prostej do sukcesu. Dzisiaj nazwisko Holma rozpala hollywoodzkich producentów, którzy kręcą się koło Szweda i kuszą go gorącym Los Angeles. Ale pozycję, którą ugruntował sobie latami czekania, Holm nie zamierza tanio sprzedać. Jak powtarza, w pracy nad filmem, ceni sobie wolność. Od dawna zresztą jest współwłaścicielem firmy producenckiej. I chociaż niewątpliwie duży amerykański hit dałby mu szansę na podejmowanie bardziej ryzykownych decyzji, to jednak zanim zdecyduje o wyjeździe ze Szwecji, dobrze rozważy każdą propozycję pracy. A może obawia się powtórzenia losu Lasse Hallströma, reżysera do wynajęcia, którego wszyscy poznawaliśmy razem z „Dziećmi z Bullerbyn”, zapamiętaliśmy ze świetnego „Co gryzie Gilberta Grape’a”, a ostatnio nie możemy się nadziwić, że robi tyle słabych filmów?


      Hannes Holm to charyzmatyczna postać w szwedzkim krajobrazie. Niepoprawny, buńczuczny, wie czego chce, nie boi się igrać z opinią ani krytyki, ani kolegów po fachu, ani widzów. Bojkotował galę Guldbagge, po odebraniu we Wrocławiu nagrody European Film Award stwierdził, że to ten wieczór, gdy jest lepszy od Boba Dylana, bo pojawił się na uroczystości. A zapytany o pierwszą myśl po odczytaniu werdyktu jury we Wrocławiu, opowiedział o uldze, że wreszcie po dwóch i pół godziny siedzenia będzie mógł wstać. Gdy jechał na galę oscarową zabrał ze sobą żonę, czego nie mógł mu wybaczyć grający Ovego Rolf Lassgård i wiele innych osób, publicznie udzielających mu nagany. Ale Holm chciał w ten sposób docenić Malin, która od dawna była nie tylko jego żoną, ale też partnerką w pracy, asystowała mu na planie, to z nią konsultował każdy etap pracy nad scenariuszem. Zawdzięczał jej tyle, że czuł, że to właśnie ona powinna reprezentować ekipę filmową.


      Szwedzki film pędzi na fali hollywoodzkiej popularności. W 2013 Malik Bendjelloul odebrał Oscara w kategorii najlepszego dokumentu za "Searching for sugarman". Poszczęściło się Alicii Vikander, świętującej sukces drugoplanowej roli w „The Danish girl”. Nie udało się wprawdzie Szwedom powtórzyć losu Ingmara Bergmanna z 1984, gdy jego „Fanny i Alexander” wrócił ze statuetką, ale kinowa popularność „Mężczyzny imieniem Ove” i ciepły odbiór widzów dopowiada osobny komentarz, do długiej i pracowitej drogi Holma.


      Szwedzi są bardzo pragmatyczni ostatnimi czasy w swojej działalności artystycznej. Widzą się chętnie w literaturze popularnej i kinie komercyjnym. „Mężczyzna imieniem Ove” odżegnuje się od wielkich twórców szwedzkiego filmu, zostawiając daleko w tyle kino Bergmana czy Troella . Rzeczywiście jest autorską wersją pierwowzoru literackiego. To świetny kawał dobrego rzemiosła; film skrojony na sukces oglądalności. Historia Ovego, to historia nieco dziwnego starszego pana, który od zawsze miał własne zdanie i swoje poglądy na wszystko. Holmowi udało się opowiedzieć o nim nie zatracając nic ze szwedzkości swojego bohatera, który jak w folkhemmet przystało stoi na straży zasad, przypomni o nich, zostawiając, gdy przyjdzie na to pora „wściekłą karteczkę” i zdziwaczeje do poziomu wyalienowanego staruszka, który nikogo nie lubi, jest opryskliwy i nieuprzejmy. Zabawne u Ovego jest to, jak bardzo szwedzki i jednocześnie nieszwedzki jest w swojej szwedzkości.  


      Jego historia to jedna z tysiąca już nam opowiedzianych bajek dla dorosłych o samotniku, który robi wrażenie gbura, lecz gdy go bliżej poznajemy, ukazuje się nam obraz kochającego i wrażliwego człowieka, zamkniętego w sobie nie bez powodu. Niespodziewane zbiegi okoliczności, skazują go na kolejne wyzwania. Gdy je podejmuje historia otwiera się na  dalsze niuanse. I tak gbur przeobraża się zyskując w naszych oczach. Hannes Holm pokazuje nam, że ludzie nie są oschli z wyboru. Czasem wystarczy nieco serdeczności, nieco nachalnej może przyjaźni, zwykły gest bezinteresownego zainteresowania, żeby roztopić najbardziej zatwardziałe serca. Lubimy takie filmowe przeobrażenia i nadzieję, jaką zaszczepiają nam filmy pokroju „Mężczyzny imieniem Ove”. Chcemy wierzyć w ludzi, w to, że można na nich liczyć, że są dobrzy i potrafią w nas obudzić czułą, choć może zahibernowaną część nas samych. Widziałam w kinie mężczyzn w różnym wieku, ocierających ukradkiem łzy wzruszenia. Bo okrzyknięty najlepszą szwedzką komedią „Mężczyzna imieniem Ove” wzrusza.


      To proste kino przypomina też, że sukces nie polega na pokazywaniu nam coraz bardziej wyrafinowanych dziwactw na ekranie. Przeciwnie, wciąż sukcesem jest opowiedzenie po prostu zwykłej historii, która może się przydarzyć każdemu. A największym sukcesem jest to, że Szwedzi nie udają nikogo innego, zawsze pozostają Szwedami zamieszkującymi zimną Szwecję i przemycającymi nam w tle coś wartościowego ze swojego kraju, mówiąc jednocześnie o najbardziej podstawowych sprawach dotyczących człowieka: o miłości, przyjaźni, wierności, lojalności, śmierci, życiu.


      Mężczyznę imieniem Ove” można zobaczyć w Łodzi w kinie Charlie.


      Źródła: Gd.se, Aftonbladet.se, Sydsvenskan.se, SFI.SE, Aftonbladet.se.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Mężczyzna imieniem Ove - film”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 sierpnia 2017 21:49
  • niedziela, 25 czerwca 2017
    • Roztrzepany tata - cytat

      Może i tata jest profesorem, ale nie jest szczególnie dostojny.

           Często zachowuje się jak mały chłopiec. Bezwstydnie pierdzi przy córkach (mama nigdy tego nie robi). Niezażenowany łazi po domu goły (mamie nie przyszłoby to do głowy). W domu kuca na krześle przy stole, nie słyszy, nie widzi. Wstaje nieobecny i rozpina pasek. Portki mu spadają, a on roztargniony wychodzi z nich. A potem leżą tam jak porzucona ósemka. Mama potrząsa głową, gdy je widzi.

           Ale w przeciwieństwie do niej, tata ma wielką cierpliwość.

           Kiedy jest w pobliżu, wszystko jest jak należy. Każda z córek jest przekonana, że to właśnie ją najbardziej kocha. Całą trójkę otacza ciepłem. Uspokaja po koszmarach. Żartuje, gdy coś jest straszne. I codziennie rano, kiedy mama jeszcze śpi, on wita je w kuchni gorącą czekoladą.

           Jego trzy córki czczą go i pragną być zawsze blisko niego. Ale niestety najczęściej jest w instytucie ze swoimi studentami. W domu siedzi do późna w nocy nad matematycznymi papierami, tak długo, że zasypia na leżance w dużym pokoju. Rano mówi, że nie chciał budzić mamy.

           Zdarza się, że budzi się w środku nocy. Zaspana wygrzebuje się z łóżka i idzie sprawdzić, skąd dochodzi światło. Tata zasnął w dużym pokoju z zapaloną lampką i otwartą książką na piersiach. Śpi w kalesonach.

           Zauważa nocną erekcję taty, chociaż nie wiem, co to. Ostrożnie zabiera książkę, przykrywa go kocem i gasi lampkę. Dlaczego śpi na leżance, zamiast w łóżku? Bo jest roztrzepany.

           Tak mówi mama. Boże, nie bądź taki roztrzepany!

           To cecha szczególna profesorów.

       Wrozba_Agneta_Pleijel_Park_Sniadaniowy

       

      Cytat z: Wróżba. Wspomnienia dziewczynki, Agneta Pleijel, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016. Strona 92-93. Przełożyła: Justyna Czechowska. Tytuł oryginału: Spådomen. En flickas memoarer (2015). Redakcja: Małgorzata Szczurek. Korekta: Ewa Ślusarczyk, Agnieszka Stęplewska. Współpraca redakcyjna: Katarzyna Kościelniak. Projekt graficzny: Przemek Dębowski. Skład i łamanie: Małgorzata Widła. ISBN 978-83-65271-27-3. Stron 275.

       

      Książkę można pożyczyć w Miejskiej Bibliotece Publicznej Łódź-Śródmieście, ul. Brzeźna 10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 czerwca 2017 19:59

Kalendarz

Lipiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014