Recenzentka

Wpisy otagowane „2015”

  • poniedziałek, 20 marca 2017
    • Życie po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie - Helen Russell

      Życie po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie” jest utrzymaną w lekkim, lifestylowym tonie książką o Danii. Brytyjka Helen Russell wyjeżdża na Północ za mężem, który dostaje kontrakt w LEGO. Napisana ze swadą książka patrzy na Danię oczami przedstawicielki klasy średniej. I chociaż taka perspektywa z pewnością nie mówi całej prawdy o ojczyźnie H. Ch. Andersena, to jednak zdradza nam coś, co od pewnego czasu fascynuje ludzi na całym świecie: w czym tkwi tajemnica szczęścia Duńczyków? Ale książka zawdzięcza swój sukces jeszcze jednej rzeczy.

       

      Życie po duńsku Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie Helen Russell

       

      Helen Russell jest typową przedstawicielką swojej klasy, krok po kroku robiącą karierę, wspinającą się w górę kobietą realizującą się zawodowo kosztem zdrowia, dobrego samopoczucia i nieustannego stresu. Krótko opowiada o tym, jak z tętniącego życiem, głośnego Londynu przeniosła się w odosobnione rejony jutlandzkiej wsi. Zetknięcie tych dwóch kultur doskonale rezonuje na stronach „Życia po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie”. Czuć w zmieniającej się retoryce, jak Helen Russell z typowej Brytyjki wychowanej w kostycznym klasowym społeczeństwie o wyśrubowanej kulturze pracy zmienia się w egalitarną przedstawicielkę mistrzów hygge. Widać rozdział po rozdziale jak odzyskuje równowagę w życiu, jak się wycisza, zatraca w poszukiwaniu szczęścia i odkrywaniu uroków prostego, spokojnego życia. Co więcej, właśnie po wielkiej ucieczce na wydawać by się mogło pustynię, gdzie tylko hulający, lodowaty wiatr daje jakiekolwiek oznaki życia, znalazła to, do czego zawsze dążyła. Przytulny domek z widokiem na morze i pracę, na którą w poprzednim życiu nie miała czasu. Rezygnując z kierowniczego stanowiska sporo ryzykowała i pokazała, jak przekuć taką decyzję w sukces. Wreszcie mogła oddać się pisaniu na cały etat, a jej książka stała się bestsellerem. No i spełniła jeszcze jedno marzenie. I to właśnie wydaje mi się dodatkową wartością, jaka przyczyniła się do sukcesu „Życia po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie”. Bo kto nie lubi czytać o odważnych ucieczkach z poukładanego, ale niezbyt szczęśliwego życia?

       

      Zaletą tej książki jest też niewątpliwie połączenie lekkiego magazynowego stylu ze zbilansowaną dawką ciekawostek o Danii i nadanie narracji bardzo osobistego rysu. Bo Helen Russell utrzymuje narrację w rytmie swojego pobytu, który oddaje symptomy typowego szoku kulturowego, któremu towarzyszy nieustanny zachwyt, pozytywne zdziwienie, chęć odkrywania uroków nowego miejsca. I taka jest książka Brytyjki. Pozytywna, urocza, miła i bardzo hygglig.

       

      Nawet jeśli w książce Hellen Russell pojawiają się niepokojące treści, ich wydźwięk łagodzi jej poczucie humoru i dystans, z jakim traktuje takie informacje. Z jej perypetii wyłania się obraz małej, homogenicznej Danii, która wypracowała sobie przez lata plan na szczęście. Gdzieś w tle przebija się echo ubóstwa, z którego wyrosły zacne duńskie marki. Dwóch wdowców wychowujących kilkoro dzieci rozsławi Danię na cały świat. H. Ch. Andersen i pewien cieśla, który zajmie się pracą w drewnie, żeby utrzymać w ten sposób rodzinę, która dzisiaj dzięki zyskom LEGO utrzymuje sporą część Danii. Wybrzmiewa tu obraz kraju poukładanego, z zakorzenioną, mocną tradycją o kulturze, która jak domyśla się autorka mogła się powieść jedynie w tak niewielkiej społeczności. Naprawdę z przyjemnością czyta się o poczuciu wspólnoty i wierze w drugiego człowieka, która jest fundamentem scalającym ufających sobie Duńczyków. Poczucie wolności i jej połączenie z wiarą w system, który na każdym etapie życia wyciąga w stronę swoich obywateli przyjazną dłoń, wprowadza nutę rozmarzenia.

       

      Urok „Życia po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie” polega też na sporej dawce prywatnych wtrętów, które sprawiają, że czyta się książkę Russell jak wpis blogowy żony, która opowiadając o nowym miejscu nie szczędzi opowieści z domowych pieleszy, dzieli się problemami z zajściem w ciążę, plotkami z pracy męża i własnymi perypetiami z sąsiadkami, ekspedientkami w sklepie czy duńskimi urzędniczkami. Wydaje się też, że wydarzenia z prywatnego życia świetnie służą Russell do wynajdowania nowych tematów na kolejne rozdziały książki. Połączy też w dobrej dawce obserwacje własne uzupełniając je wiadomościami znalezionymi w internecie, przeczytanymi w prasie. Wreszcie przeprowadza wiele wywiadów. Wszystko to składa się na ciekawą wspomnieniową historię z życia pary Brytyjczyków, tuż po trzydziestce, którzy razem z psem wyjeżdżają na odludne wiejskie peryferie Jutlandii. I tak z perspektywy sennego Billund w południowej części półwyspu poznajemy tajemnicę szczęśliwych Duńczyków.

       

      Zgłębianie duńskiego fenomenu to zaglądanie w dusze społeczeństwa, które postanowiło zrobić wszystko, żeby każdemu w ich kraju żyło się godnie. Wyjątkowo ostro w początkowych rozdziałach rzuca się w oczy brytyjskość Russell, którą dziwi, że przedstawiciele różnych warstw społecznych mogą okupować te same ulice, spędzać czas w tych samych klubach. Egalitarność, jaka jest podstawą życia w Danii, a co za tym idzie też równość ekonomiczna podpowiada, że szczęście kształtuje się na poziomie nie tylko podstawowych potrzeb. Szczęśliwi Duńczycy są po prostu pod każdym względem równymi sobie ludźmi, o podobnych dochodach, podobnym wykształceniu, podobnych szansach na karierę. A Dania jednym z krajów, w którym najlepiej jest być pracownikiem. Największe podatki płacą tu najbogatsi, więc to nie pieniądze są pierwszym kryterium wyboru pracy. Przeciwnie, Duńczycy idą za swoimi pasjami. Zresztą już na etapie edukacji myślą o tym, co lubią robić. Radość z pracy jest warunkiem koniecznym, bez którego Duńczyk po prostu nie byłby w stanie jej wykonywać. Ludzie chętnie przebywają w pracy, którą w zrównoważony sposób dzielą z życiem osobistym, które dla Duńczyka jest priorytetowe. Poczucie bezpieczeństwa i wiara w przyszłość sprawia, że życie w Danii jest sielanką, którą jedynie odrobinę przerywają lodowate dni i ponure jesienno-zimowe noce. Te, należy oswoić odpowiednią dawką dodatkowego światła, przytulnym wnętrzem, smacznymi wypiekami, gronem przyjaciół, innymi słowy atmosferą pozwalającą miło spędzić czas.

       

      Doceniam pracę włożoną w redakcję tej książki, która ma bardzo przemyślany układ rozdziałów. Każdy jest kolejnym miesiącem pobytu co bardzo dobrze pokazuje dynamikę mieszkania w nowym miejscu i kolejne wynikające z tego odkrycia czy potrzeby, stąd rozdziały zamykające poświęcone są np. podatkom i świętom Bożego Narodzenia. Udany jest sposób prezentowania wiedzy i nowych informacji. Wszystko tutaj do siebie pasuje i ani przez chwilę nie odstaje od wybranego poziomu i stylu publikacji. Mam też wrażenie, że Helen Russell bardzo przyłożyła się, żeby dane statystyczne, które tu wykorzystuje były naprawdę ciekawie zaprezentowane.

       

      Z „Życia po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie” dowiesz się, że wyprodukowano 650 miliardów klocków LEGO, co oznacza 86 na mieszkańca naszej planety, że Dania ma 406 wysp, to stąd pochodzi Dogma 95, „The Killing”, „Rząd” i „Most nad Sundem”, jak Duńczycy świętują Dzień Tańczącej Krowy, dlaczego sekcje zwierząt są popularne wśród dzieci w Danii, jak ciała zwierząt wykorzystuje się do produkcji biopaliwa, którym napędzane są duńskie autobusy miejskie, czym jest „spaghetti-msza”, dlaczego Duńczycy nie muszą się modlić do boga, co sprawiło, że Duńczycy w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 2013 opuścili swoje domy pełne hygge, żeby spędzić 5 godzin podczas premiery „Nimfomanki”, erotycznej epopei Larsa von Triera, czym jest „przerwa na Disneya”, o mszy poświęconej kwestiom cielesnym, dowiesz się skąd się wziął dowcip o tym, że Duńczycy oceniają się jako szczęśliwych podczas wypełniania ankiety Eurobarometru, bo zawsze robią to na rauszcie, poznasz gen szczęścia 5-HTT, który najczęściej spotykany jest w Danii i u Holendrów i dowiesz się dlaczego w Danii łatwiej zrealizować „amerykański sen” i jak zdobywanie nowych umiejętności zwiększa zadowolenie z życia.

       

      Lekka, nie stroniąca od brytyjskiego poczucia humoru, przystępnie napisana historia z życia ujmuje, z powodzeniem stając się dobrą bazą wyjściową do poznawania Danii na odległość. Polecam wszystkim, którzy szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego Duńczycy są najszczęśliwszym społeczeństwem świata zatrzymali się wyłącznie na pojęciu hygge, zapominając, że na poczucie szczęścia pracuje się długofalowo i kompleksowo. Tak jak to robią Duńczycy.

       

      Recenzja: "Życie po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie" - Helen Russell, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017. Tłumaczenie: Grzegorz Ciecieląg. Seria: MUNDUS. Fenomeny. Projekt okładki: Agnieszka Winciorek. Zdjęcie na okładce: iStock.com. Tytuł oryginału: The Year of Living Danishly. Wydanie I. ISBN 978-83-233-4232-8.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Życie po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie - Helen Russell”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 marca 2017 20:23
  • sobota, 18 marca 2017
    • Noma, czyli początki sławy kuchni skandynawskiej - cytat

      Zaczęło się w 2004 roku, kiedy to dwaj szefowie kuchni, Rene Redzepi i Claus Meyer, zamienili stary magazyn w Christianshavn na restaurację. Nazwa wzięła się z połączenia słów nordisk (nordyckie) oraz mad (jedzenie). Tak narodziła się Noma. Jej ojcowie przysięgli sobie, że składniki tradycyjnie stosowane w kuchni śródziemnomorskiej, a co za tym idzie, również w najpopularniejszych restauracjach, czyli oliwę z oliwek i foie gras, zastąpią miejscowymi, duńskimi dodatkami. Jeszcze w tym samym roku Meyer w porozumieniu z innymi szefami kuchni ustalił zasady mające zapewnić kuchni nordyckiej rozwój. Podobnie jak porozumienie Dogma 95, w którym położono nacisk na powrót do korzeni sztuki filmowej, również członkowie Sympozjum Nordyckiej Sztuki Kulinarnej (jak sami siebie określali) ślubowali, że będą korzystać z surowych, samodzielnie wybranych produktów sezonowych. Po osiemnastu godzinach wspólnej pracy kucharze ogłosili Manifest Nowej Kuchni Nordyckiej. w ogólnym zarysie zdecydowano, że kuchnia skandynawska powinna wyrażać idee "czystości, świeżości, prostoty oraz zasad etycznych", czemu miałoby służyć korzystanie ze "składników i produktów spożywczych reprezentatywnych dla naszego klimatu", co w ostatecznym rozrachunku przysłuży się "promowaniu producentów żywności z krajów nordyckich".

       

      Życie po duńsku Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie Helen Russell

       

      Cytat z książki: "Życie po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie" - Helen Russel, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017. Tłumaczenie: Grzegorz Ciecieląg. Seria: MUNDUS. Fenomeny. Projekt okładki: Agnieszka Winciorek. Zdjęcie na okładce: iStock.com. Tytuł oryginału: The Year of Living Danishly. Wydanie I. ISBN 978-83-233-4232-8.



      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      sobota, 18 marca 2017 17:30
  • niedziela, 12 marca 2017
    • Szwedzka teoria miłości, czyli dziwolągi z Północy

      Szwedzka teoria miłości” została okrzyknięta filmem o samotności egoistycznych Szwedów. Pytanie jednak, czy ten dokument to rzecz z tezą i przerysowana wersja rzeczywistości czy bolesny dowód inżynierii społecznej z chłodną konsekwencją przeprowadzonej na naszych sąsiadach z Północy?

       

      Szwedzka_teoria_milosci
      Jedna ze scen z książkami w tle to obraz pustego mieszkania po Szwedzie odnalezionym dwa lata po samobójczej śmierci. Wszystko w jego życiu zadziałało na korzyść anonimowego zniknięcia. Cyfrowy świat z poleceniem zapłaty nie zakłócał rozkładu ciała, a zakorzeniona w szwedzkiej duszy niechęć do wtrącania się, nie obudziła w nikim ciekawości tym, co dzieje się za drzwiami, które od dwóch lat się nie otwierają. Trzeba czasu, żeby unikających konfliktu Szwedów zachęcić do zgłoszenia dokuczliwego smrodu rozkładających się zwłok; nikt jednak nie ma ochoty na branie na siebie odpowiedzialności za związane z tym procedury. Takimi sprawami powinno się zająć państwo. Czy w tym świecie w ogóle jest miejsce na uczucia i odruchy człowieczeństwa?

      Szwed z poruszającej sceny samobójczej, pojawia się w rzeczach, które po sobie zostawił. Smutny obraz mieszkania, w ogóle nieprzypominającego designerskich skandynawskich wnętrz jest dotkliwym obrazem prawdziwej według reżysera Szwecji. Zamkniętej w sterylnych, chłodnych, minimalistycznie urządzonych przestrzeniach. Wrażenie chłodu, obcości i dystansu pogłębiają rzędy książek w grubych, eleganckich oprawach. Prawdopodobnie robionych na zamówienie. Błyszczące złotym kolorem litery i bezosobowy księgozbiór, nawet on nic nie wyjawi o duszy właściciela, dla którego najistotniejsze przed śmiercią było uregulowanie długu z komornikiem.

      Nie mam wrażenia, że Erik Gandini (ur. 1967) opowiada nam w „Szwedzkiej teorii miłości” całą prawdę o Szwecji. Włoch z pochodzenia raczej przyłożył swój południowy temperament do z pewnością dziwnej dla niego szwedzkiej natury, w której nie ma podnoszenia głosu, okrzyków radości, gestykulacji i hiperentuzjazmu. Szwedzi cieszą się środkiem, co rzadko się uzewnętrznia, no chyba, że sobie popiją. Zastanawia mnie na ile przerysowana w filmie szwedzka teoria miłości ma związek z rozwodem Gandiniego z pisarką książek dla dzieci i gwiazdą telewizyjną, Szwedką Johanną Westman? Para złożyła pozew o rozwód w tym samym roku, w którym ukazał się film. Czy zadziałał tutaj odruch urażonej męskiej dumy i chęć przekucia osobistej porażki w spektakularny dokument, który ujawni światu tajemnicę osobliwej szwedzkiej egoistycznej natury. Bo clue filmu zasadza się na udowodnieniu, że projekt stworzenia społeczeństwa idealnego nie tylko nie powiódł się, ale też wyhodował potwora.

      Co robi Erik Gandini w „Szwedzkiej teorii miłości”, a czego nie zauważył żaden krytyk piszący o jego dokumencie? Upraszczając sprawę mamy dwie Szwecje: tę etnicznie szwedzką i tę wielokulturową. Od dawna pomiędzy nimi trwa cicha wojna. W naturze Szwedów leży poprawność polityczna, unikanie konfliktów i niemówienie wprost tego, co się myśli. Kłóci się z tym temperament pokoleń imigranckich, dla których szwedzka natura jawi się, jako coś osobliwego, wypaczonego i chorego. To przerysowanie ujawnia się też w „Szwedzkiej teorii miłości”. Mamy tu z jednej strony problem samotności, na którym swoją kamerę skupia Gandini. W obrazach, w których są Szwedzi brakuje bliskości, ciepła i uczuć. Wystarczy zwrot kamery w kierunku uchodźców, imigrantów, a robi się weselej, bardziej przyjaźnie, czyli „normalniej”. Na ujawnieniu nienormalności „prawdziwych” Szwedów i normalności Szwedów napływowych zasadza się Gandini.

      Urodzony we Włoszech Gandini przeniósł się do Szwecji dopiero w wieku 19 lat. Tu zdobył wykształcenie i z pewnością największym szokiem kulturowym musiała być dla niego niezależność Szwedek, introwertyczność społeczeństwa, dla którego większe znaczenie ma ochrona środowiska od pielęgnowania więzi międzyludzkich. A przypominam, że trafił do Szwecji z kraju, w którym normą są wielopokoleniowe rodziny, czterdziestoletni synowie niańczeni przez nadopiekuńcze mamusie i kultura, w której kobietę docenia się za urodę, a nie sukcesy zawodowe. Trafił do Szwecji, w której na każdym kroku stawia się na niezależność jednostki, prawo do bycia sobą, a kwestia równych praw jest sprawą wyskakującą przy każdej okazji. O tym, że pogodzenie tak sprzecznych temperamentów jest wybuchowe potwierdza „Szwedzka teoria miłości”.

      Erik Gandini przedstawia nam Szwecję trawioną samotnością. Szwecję dziwolągów. Robi nam filmowe pranie mózgów pokazując poszatkowany obraz: pijanej grupy jasnowłosych Szwedów, którzy demonstrują radość zapijaniem jej kolejną puszką piwa. Widzimy samotnych mężczyzn, którzy opowiadają o swojej misji dawców nasienia. Obserwujemy kobietę, jedną z wielu, które zdecydowały się świadomie na samotne rodzicielstwo. W sterylnie białym pokoju dziewczyna ściąga majtki i wstrzykuje sobie nasienie dawcy. Widzimy miliony okien, za którymi toczy się życie Szwedów, z których co czwarty umrze w osamotnieniu. Narratorami dokumentu częściowo są urzędnicy, których zadaniem jest zamykanie spraw po zmarłych w samotności mieszkańcach. Kolejnym narratorem jest syryjska imigrantka pomagająca innym imigrantom w pokonaniu bariery językowej, ale też kulturowej. Wyjaśnia im, że ze Szwedami nie należy wdawać się w długie dyskusje, tylko odpowiadać „tak”, „nie”. Wyjaśnia im na czym polega związek na odległość dwóch osób, które mieszkają w tym samym mieście, ale w różnych mieszkaniach i spotykają się tylko wtedy, gdy mają na to ochotę. Kamera krąży po ponurych, betonowych dzielnicach przypominających klasyczne polskie blokowiska z lat 70. i 80. ubiegłego wieku. Nie ma tutaj malowniczych, pocztówkowych widoków szwedzkich czerwonych domków i kolorowych dodatków rodem z IKEA. Zastanawiam się, dlaczego Gandini postanowił przekazać nam tak odpychający obraz Szwecji?

      Nie można zaprzeczyć, że Szwecja decydując się na państwo opiekuńcze, przejęła wiele ról, które wcześniej spadały na ludzi. Zaczęto budować domy późnej starości, do których trafiali niedołężni seniorzy, uwalniając od opieki nad nimi własne dzieci. Pojawiły się przedszkola, które odciążyły kobiety, ułatwiając im rozwój zawodowy. Gminy wzięły na siebie obowiązek budowania mieszkań, dzięki czemu kolejne pokolenia Szwedów nie muszą na nie zaciągać kredytów. Bezpłatna edukacja umożliwia wszystkim równy start. Wysokie zasiłki dla bezrobotnych uwalniają przed strachem przed bezrobociem. A wiele rozwiązań rządowych wspiera obywateli na każdym kroku wyciągając w ich stronę pomocną dłoń. Jednak Erik Gandini stawia w swoim dokumencie tezę, że projekt państwa opiekuńczego zdeformował społeczeństwo szwedzkie, doprowadzając do kultu jednostki, gdzie egoistyczne pragnienia dominują, niszcząc więzi międzyludzkie. Kontrowersyjna teza. A filmy z tezą mają to do siebie, że są na ogół złe.

      Moim zdaniem Erik Gandini w „Szwedzkiej teorii miłości” bardzo dobrze jednak nazwał problem. Tak, Szwedzi mają problem, który ujawnia się rosnącą liczbą osób umierających w samotności, ludzi decydujących się na samotność z wyboru, matek stawiających świadomie na samotne macierzyństwo. Ale wbrew temu, co narzuca Erik Gandini w dokumencie, problemem społeczeństwa szwedzkiego nie jest manifest z lat siedemdziesiątych, który według niego rozbił rodzinę szwedzką i wyzwolił kobiety, co bardzo przypomina mi tezy Janusza Korwin-Mikkego, ale raczej zakorzeniona w kulturze szwedzkiej zasada umiaru, słynne „lagom” i prawo Jante. No i dobrobyt, na co akurat Erik Gandini również zwrócił uwagę.

      Szwedzi mają ogromny problem z artykułowaniem swoich potrzeb. W ich kulturze brakuje bliskości, w której byłoby przyzwolenie na narzekanie i obarczanie innych swoimi problemami. Związki trwają w Szwecji tak długo, jak chemia w nich. Ludziom nie chce się pracować nad czymś, co staje się uciążliwe i wymaga poświęcenia, skoro można iść dalej bez męczenia się. Przyjaźń po szwedzku jest wolna od dzielenia się trudnymi sprawami. W sferze publicznej Szwedzi wyróżniają się ogromną poprawnością polityczną. Ukrywanie swoich odczuć i niedawanie innym prawa do ich artykulacji doprowadza do coraz częściej spotykanej przemocy psychicznej, mobbingu w szkołach i miejscach pracy. Do tego dochodzi poczucie komfortu życia w kraju zamożnym, w którym wszystko jest dostępne, łatwe i przyjemne. Gdzie nie trzeba się na co dzień szarpać z systemem, wykłócać z urzędnikami i walczyć o swoje. To jedyna część dokumentu, z którą mogę się po części zgodzić. Nie do końca jednak zgodzę się z dodatkowym wnioskiem, jaki wysnuwa Erik Gandini podkreślając towarzyszące szwedzkiej zamożności ubóstwo duchowe.

      Szwedzka teoria miłości” jest rozdęta jak przestrzeń zbombardowana milionem informacji, do których przypisuje się nietrafione tezy, i z których wysnuwa się niesłuszne wnioski. Ten dokument idealnie dopasowuje się tym samym do wymogów czasów. Świetnie się ogląda. Jest zrobiony w stylu teledysków MTV, szybko, kolorowo, z dynamiczną narracją i ciekawą oprawą graficzną. Jest niczym innym niż krzyżówką lifestylowego artykułu z dokumentem o zacięciu pseudoreportażowym. I operuje tego samego kalibru narzędziami szoku, co potwierdza scena zamykająca film pokazująca grupę Szwedów szukających bliskości, mieszkających w leśnej wspólnocie. Jeszcze dziwniejszych w swojej nadekspresji czułości i epatowaniu miłością.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 12 marca 2017 17:18

Kalendarz

Marzec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014