Recenzentka

Wpisy otagowane „1994”

  • czwartek, 21 marca 2013
    • Maria Szulc - Potęga podświadomości

      Ostatnio strasznie narzekałam. Matka, co jakiś czas przysyłała mi książki w stylu jak przestać się martwić i zacząć żyć. Ale jestem sceptyczką i nie wierzę w mądrości tzw. chłopskich filozofów, czyli tych wszystkich szkoleniowców, którzy piszą książki o tym, jak być szczęśliwą, jak być niegrzeczną, jak być zmotywowaną, jak być kochaną. I wówczas matka przysłała mi „Sztukę podświadomości” Marii Szulc. Autor: profesor. Z wykształcenia: biochemiczka. I to był strzał w dziesiątkę.

      Profesor Szulc wypracowała metodę polegającą na psychostymulacji, która przynosiła rewelacyjne wyniki w leczeniu. W niektórych przypadkach kilkuminutowa sesja wystarczyła, żeby pacjent zaczął w siebie wierzyć, przestał się bać, zaczął być szczęśliwy. Efekty, jakie przynosiły sesje z profesor Szulc były niewiarygodne, spektakularne i co więcej – natychmiastowe.

      Ale zacznijmy od początku. Pierwsza rzecz, która uderzyła mnie w tej książce to sama historia profesor Szulc. Odrzucona przez środowisko akademickie, nieakceptowana przez lekarzy. Z dnia na dzień rosła lista osób, którym pomogła i lista wrogów, którzy próbowali jej zaszkodzić. Pomagała ludziom w leczeniu nerwic, wad wymowy, problemów w nawiązywaniu i utrzymywaniu kontaktów. Przychodzili też do niej alkoholicy. Asystowała podczas prowadzenia operacji chirurgicznych a pacjenci zamiast znieczulenia wprowadzani byli przez Szulc w stan hipnozy, potrafiła u takiego pacjenta powstrzymać krwawienie. Na YouTube można znaleźć filmy z profesor Szulc, nagrane podczas operacji. Gdyby, zatem to leczenie ograniczało się do pomagania w układaniu sobie życia z innymi, pomyślałabym, że to kolejne przeinterpretowane wypadki opisane na potrzeby książki z chęci zarobienia na naiwności ludzi, którzy za nią płacą. Autorka bez żalu, obiektywnie opisuje ostracyzm środowiska akademickiego, odrzucenie przez lekarzy, którzy nie akceptowali w swoim gronie biochemiczki, która leczy. Generalnie panowało przekonanie, że powinna zamknąć się w laboratorium i zająć poważną nauką. Stąd dla kogoś, kto z racji swoich przekonań, odbiegających od przeciętności pasji, czy sukcesów spotkał się z ostracyzmem, lektura tej książki będzie jak miód na zranione serce. Im więcej sukcesów osiągała Szulc tym większe kręgi zataczała zmowa milczenia wokół niej i jej pracy. Czytając o jej historii i o tym, jak perfidni potrafili być niektórzy profesorowie próbujący ją zniszczyć nie mogłam wyjść z podziwu dla niezłomności jej charakteru i wiary w sens własnej pracy. Ten rozdział o początkach kariery jest jednocześnie i strasznym i śmiesznym obrazem polskiej nauki.

      Szulc w taki sposób opisuje pracę rozwijającą jej metodę leczenia, że ma się wrażenie dotykania spraw wyjątkowych. Biochemiczka zaczyna się interesować na początku swojej kariery zawodowej hipnozą, osiąga niewiarygodne sukcesy, które docenia świat i przemilcza polskie środowisko naukowe. Zaczyna szukać metod, do osiągnięcia takich samych sukcesów, jak w przypadku hipnozy, ale przy pełnej świadomości pacjenta. Tak rozwija biostymulację, którą potem nazwie psychostymulacją. Wyjaśnia, dlaczego Freud, który nie osiągnął sukcesów z hipnozą zaczyna ją krytykować i zajmuje się psychoanalizą. Czytając wyjaśnienia o tym, czym jest i jak funkcjonuje podświadomość i nadświadomość ma się wrażenie przebywania w kręgu wtajemniczonych, jak przed inicjacją do zamkniętego klubu dla wybranych. Profesor tłumaczy, dlaczego może pisać o potędze podświadomości, o niesamowitych możliwościach nadświadomości i dlaczego nie pokaże, jak przejąć nad nimi kontrolę. Z jednej strony zamyka drogę tam, gdzie chcę dotrzeć podejmując się tej lektury. Przekonuje jednak, że taka wiedza nie może być ogólnodostępna, powinna być zarezerwowana dla osób, które skorzystają z niej nie szkodząc innym, a nie ma pewności, że z takim zamiarem każdy czyta tę książkę. Nie zdradza, więc tego, co najważniejsze. W książce są jednak wskazówki, jak przeprogramować swoją podświadomość i jak dotrzeć do nadświadomości. Nie jest to prosta droga, wymaga czasu i uważności. Po lekturze tej książki pozostaję w niezłomnej świadomości, że warto tam dotrzeć i warto przejść to wszystko, co mnie w życiu czeka.

      Słucham teraz „Searching for Sugar Man” Rodrigueza. I nagle uświadamiam sobie, że Rodriguez to przykład człowieka, który w praktyce stosował wszystko to, do czego Szulc zachęca. I w końcu, chociaż trwało to długo, doszedł tam, gdzie zaczynając tę drogą widział to słynne światło w tunelu i nie stracił wiary, że idzie we właściwym kierunku.

      Maria Szulc, Potęga podświadomości, Wydawnictwo Medium, Warszawa, 1994. 238 stron.

      Anna Dutka

      Tagi: recenzja książki, recenzje książek, recenzja literatury, recenzje literatury, lubię czytać, portal z książkami, strona z książkami, blog z książkami, blog o książkach, strona z recenzjami książek, strona z recenzjami literatury, blog o literaturze

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Maria Szulc - Potęga podświadomości”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      szwecja11
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 marca 2013 07:31
  • piątek, 19 lutego 2010
    • Paula - Isabel Allende

      Ryszard Kapuściński opisując swoje pierwsze wrażenia z Ameryki Łacińskiej napisał w „Wojnie futbolowej”, że „rzeczywistość jest tu pomieszana z fantazją, prawda z mitem, realizm z retoryką”. Podobnie jest w twórczości Isabel Allende, która ma niezwykły dar wychwytywania najistotniejszych chwil w ich magicznych przełomach. Słowa, którymi opisuje rzeczywistość wydają się tworzyć wokół bohaterów przytulny, ciepły pled myśli, wspomnień, marzeń. W trudny do wyjaśnienia sposób powoli, jak bohaterowie „Płci wiśni” Jeanette Winterson, Allende wypełnia nas do samego końca szeptami namiętności codzienności.

       

      Zapowiadana na list pożegnalny, rodzaj ostatniej rozmowy z umierającą córką powieść, w rzeczywistości jest czymś więcej. Jest hołdem złożonym życiu, miłości, wolności wyboru, magii bycia sobą. Z jednej strony Allende prowadzi nas przez trudny etap rozstawania się z umierającą na porfirię córką. Znajdujemy się, więc w zimnych, przestronnych salach szpitalnych, pośród przemykającego tłumu lekarzy, pielęgniarek, zajętych kolejnymi pacjentami. Polską czytelniczkę, przyzwyczajoną do stereotypowego radosnego hiszpańskiego temperamentu, zdziwi chłód personelu madryckiego szpitala. Chciałybyśmy, żeby Paula przeżyła i wydaje nam się, że kolejni uzdrowiciele swoimi czarodziejskimi sztuczkami wyciągnął ją w ostatniej chwili z coraz jednak mocniejszego uścisku śmierci. Śmierć, jak w najlepszym thrillerze do końca trzyma nas w napięciu, nie pozostawiając jednak cienia wątpliwości, kto w tym spektaklu nadziei, walki o życie i chwytania się najlżejszych przejawów ozdrowienia pociąga za sznurki.

      Z drugiej strony ta książka jest przewodnikiem po życiu samej pisarki, której bogate losy skierują nas w sam środek zamieszek w Chile z okresu przejęcia władzy przez Augusta Pinocheta. Stryj pisarki, Salvador Allende traci władzę strzałem między oczy, nastają czasy niespotykanego w tym kraju terroru. Kraj zamienia się w niekończącą się lawinę aresztowań, mordów cywilów, niewyjaśnionych uprowadzeń, tajemniczych zniknięć. W tej sytuacji Isabel Allende decyduje się na emigrację. Schronienie znajduje w Wenezueli przeżywającej rozkwit gospodarczy. Śledzimy jej skomplikowane losy, bezskuteczne próby znalezienia pracy, wreszcie osobiste problemy i początek rozpadu jej małżeństwa. Osobiste retrospekcje mają być w przyszłości przewodnikiem po rodzinie dla córki Allende.

       

      Dla miłośniczek sztuki pisania książka będzie źródłem licznych wskazówek, jak pisać udzielanych przez bądź co bądź uniwersytecką wykładowczynię sztuki narracyjnej. Poznamy od kuchni perypetie autorki, tło powstania debiutanckiej powieści, poszukiwanie agentki, pierwszą nieśmiałą próbę nazwania się pisarką. Wreszcie Allende nie szczędzi nam zachęty do brania z życia, odważnie tego co najlepsze, do dokonywania czasem trudnych, ale koniecznych decyzji, do brania spraw w swoje ręce, ale też ufania napotykanym ludziom. Pokazuje się nam przez pryzmat nieraz traumatycznych wydarzeń, jako osoba, która potrafi w tych trudnych momentach podziękować za choćby odrobinę dobrego, która z nich zostaje, jak wówczas, gdy będąc ośmioletnią dziewczyną została zwabiona przez pedofila czy gdy po raz siedemnasty jej dom został okradziony. Wydaje się być niestrudzoną miłośniczką życia, która w ostatniej jego połowie celebruje nie każdą jego minutę, a każdy ułamek sekundy. Pokazując jednocześnie, jakim zyskiem osobistym dla niej, a przecież też dla każdej z nas może być każda, i dobra i zła chwila.

       

      Przyznaję, że z przykrością sięgam po każdą kolejną powieść Isabel Allende, odmierzając strony do końca jej twórczości, świadoma zbliżającego się końca tego magicznego spotkania. I jak na przyzwoitą książkową malkontentkę przystało, zamiast cieszyć się tym, co przeczytałam, pomarudzę, dlaczego tych książek jest tak mało.

       

      Isabel Allende, Paula. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA S.A., Warszawa 1998. Przełożyła: Elżbieta Komarnicka. Tytuł oryginału: Paula (1994).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      szwecja11
      Czas publikacji:
      piątek, 19 lutego 2010 12:21
  • piątek, 20 listopada 2009
    • Sztuka i kłamstwa - Jeanette Winterson

      Jeanette Winterson robi ze słowem to, czego nie są sobie w stanie wyobrazić najbardziej wyrafinowani kochankowie. Sztuka i kłamstwa to najbardziej światłoczuła i plastyczna z jej książek, migocze "rozświetloną czerwienią", "zdrową plamą w bełkocie zbyt jaskrawego światła", "światłem oskarżycielskich wstążek neonów".

      Książka jest bardzo dygresyjna zmuszając do wielopoziomowego myślenia, a Winterson układa opowieści w piramidę przenikających się zdarzeń, przemyśleń. W rozerwanych na strzępy wątkach, tekst staje się dynamicznym rytmem wynurzeń.

      W końcu Winterson stawia nas do pionu mówiąc "dość życia zablokowanego przez strach", uwalniając czytelnika i tekst z wszelkiego rodzaju nakazów narracyjnych, konstrukcyjnych, lekko kłaniając się swobodnie płynącemu strumieniowi słów.

      Jeanette Winterson, Sztuka i kłamstwa. Utwór na trzy głosy ze sprośnym kontrapunktem., tłum. Zbigniew Batko, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 1999. Tytuł oryginału: Art & Lies. A Piece for Three Voices and a Bawd (1994).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      szwecja11
      Czas publikacji:
      piątek, 20 listopada 2009 18:26

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014