Recenzentka

Wpisy otagowane „2004”

  • środa, 13 sierpnia 2014
    • Izabela Sowa - Zielone jabłuszko

      Na ostrym zakręcie życia książki Izabeli Sowy są jak ostatnia deska ratunku. Chwytasz i wiesz, że pociągną cię w górę. Mają w sobie ten ładunek emocji, który człowieka otwiera na przeżywanie. Głębokie, osobiste. To literatura, która przekracza granicę opowiadania, wchodząc ze swoimi historiami do naszego życia. Czytając „owocową serię” czuję się jak podglądacz, zachłannie wsłuchujący się w opowieści o Malinie, Wiśni, Jagodzie, a teraz Ani.

      Zielone jabłuszko” urzekło mnie i wprowadziło w stan nostalgii. Izabela Sowa zbudowała uniwersalną historię pokolenia wychowanego w latach osiemdziesiątych w PRL-owskich blokowiskach, na osiedlowych ślizgawkach, słuchającego Listy Niedźwiedzia, biegającego w tenisówkach „czeszkach”, czekając na słodycze i ciuchy z paczek, stojąc po dary z kościoła. Zatopieni w szarości betonu, przemierzając pustki sklepowych półek, tocząc codzienne małe i duże bitwy, żeby poradzić sobie, coś załatwić, coś innego wystać. Przenosimy się do liceum i chociaż to szkoła sprzed około 30 lat, to od współczesnej dzieli ją i ustrój, który upadł, i zasady, które przestały obowiązywać. Gdy Ania ma 17 lat, ja kończę 11, mogę więc używając frazy Pauliny Wilk ze „Znaków szczególnych” napisać, że słuchaliśmy tej samej muzyki, oglądaliśmy te same seriale, kupowaliśmy zdjęcia z Izaurą i Leoncio. Na ścianach wieszaliśmy plakaty Limahla, chłopcy nie mogli się oderwać od Sabriny potrząsającej biustem w rytm „Boys, boys, boys”, zbieraliśmy opakowania po słodyczach, puszki po piwie. Byliśmy jak monolit z przewidywalnym repertuarem potrzeb i marzeń. Każdy z nas chciał wyrwać się na Zachód lub chociaż zasmakować w jego odrobinie. Wszystko, co miało choćby namiastkę zagranicy, było lepsze, nawet jeśli było tylko pustym opakowaniem po czekoladzie.



      Paulinie Wilk w „Znakach szczególnych” udało się genialnie podsumować to pokolenie, a Izabeli Sowie opisać literacko. Jeśli ktoś chce poczuć smak głębokiego PRL-u, bylejakość i tumiwisizm, to u Sowy znajdzie go w najlepszym wydaniu. Z książki na książkę Sowa staje się coraz bardziej zadumana, refleksyjna. Od kipiącego poczuciem humory debiutu sporo się pozmieniało. Sowa wspina się po szczeblach literatury popularnej zmierzając ku literackiemu środkowi, gdzieś gdzie spotyka się jakość z rozrywką. A „Zielone jabłuszko” z jednej strony wciąż mocno trzyma się poprzedniczek, ale już próbuje nieco innej formuły. Każda nowa książka Sowy przenosi coraz bardziej ciężar opowiadania z partii dialogowych na opisowe i widać, że pisarka zmierza ku fabule a tym samym zagląda tam, gdzie rządzą mistrzynie opowiadania historii. Pisze się i mówi o „owocowej trylogii” a przecież „Zielone jabłuszko” to zdecydowanie część stanowiąca całość z poprzednimi tomami: „Smakiem świeżych malin”, „Cierpkością malin”, „Herbatnikami z jagodami”. Bolek, który leczy zziębniętych, powalonych grypą Wiśnię, Milenę i Trawkę, pojawi się potem w życiu Jagody a tutaj przeczytamy o jego nastoletniej przyjaźni z Anią. Może po drodze pomysł na trylogię rozwinął się w coś więcej.  Niezależnie od zamierzeń udało się Sowie stworzyć równoległy świat, który od ponad dziesięciu lat żyje własnym życiem i w nas, bo nie jestem w stanie oderwać się od tych ludzi, zauroczona ich historiami.

      A czym urzeka historia Ani wrażliwca szukającego bratniej duszy, serdecznej i prawdziwej przyjaciółki? Właśnie jej tęsknotą za prawdziwymi uczuciami, lojalnością i oddaniem. Czym jest przyjaźń i jakich ofiar wymaga, pyta Sowa a ja z zapartym tchem śledzę kolejne wydarzenia: budowanie pierwszych sojuszy, wspieranie się, dodawanie otuchy, pierwsze rozczarowania, zdrady, samotność. Wchodząc na kolejne szczeble emocjonalnej drabiny, Sowa doprowadza nas do miejsc przecięcia się uczuć, kumulowania ich, przepełniania się. Stoimy tam bezbronni, bo pani doktor psychologii doskonale uruchamia łańcuszek emocjonalnych skojarzeń, sprawiając, że wypełniają nas następujące po sobie fale uczuć i razem z Kryśką kombinujemy, wspólnie z Anią niecierpliwimy się odnalezioną przyjaciółką, z Bolkiem staramy się pozbierać po złamanym sercu. Krążymy po życiu, smakując w takiej skali smaków, jaka towarzyszy pierwszym, młodzieńczym dramatom. Jak rozpoznać prawdziwą przyjaźń? Ci, którzy przeczytali książkę, już wiedzą. A resztę pozostawię z refleksją, że wielkie słowa, czy błyskotliwe obietnice są jak bombki na choince, świetnie wyglądają raz w roku, w innych przypadkach to tylko kiczowate świecidełka.

      Pisząc o przyjaźni, opowiada też Sowa o pierwszych ważnych decyzjach i wyborach. Ania będzie się musiała zmierzyć z całą klasą, która z dnia na dzień stanie przeciwko niej. Jak sobie poradzić z ostracyzmem i odrzuceniem? Jak stawać codziennie twarzą w twarz z tłumem, który cię nie widzi, ignoruje, odrzuca? Szukając odpowiedzi na te pytania, Ania znajdzie prawdziwego przyjaciela. Zrozumie sens przyjaźni i to, co się na nią składa. A wówczas innego znaczenia nabierze wszystko, z czym musiała się zmierzyć, bo gdyby nie poczuła rozczarowania udawaną przyjaźnią, nie zrozumiałaby tej prawdziwej.Szukając odpowiedzi na najtrudniejsze pytania poruszamy się po gęstej mapie przypuszczeń. Sowa prowadzi nas do przeszłości zastanawiając się, jak bardzo determinuje nasze tu i teraz. Poznajemy poszczególne postaci książkowej serii w kolejnych odsłonach, konstelacjach. Widzimy, kim byli, jak się zmieniają. Oswaja nas to z życiem i z tym, co przyniesie. Wracamy, więc do istoty pisarstwa Izabeli Sowy. Zagląda tam, gdzie każdemu przychodzi od czasu do czasu wejść, wbrew naszej woli. Spotykamy się w tej prozie z problemami codzienności, zaułkami smutku, zakrętami losu. Mierzymy się z tęsknotami, pokonujemy lęk, odzyskujemy nadzieję. Tam, gdzie dzieje się coś ważnego pojawia się Izabela Sowa ze swoim pisarstwem, przekłada rzeczywistość na baśń i uczy nas życia. Mówi, że mamy prawo kochać i być kochanym, wierzyć i ufać. Uczy nas dzielić smutek z radością. Zachęca do bycia sobą. I najważniejsze: daje nam nadzieję.

      Anna Dutka

      Izabela Sowa, Zielone jabłuszko, Prószyński i S-ka, Warszawa 2004. Projekt okładki: Maciej Sadowski. Redakcja: Jan Koźbiel. Redakcja techniczna: Elżbieta Urbańska. Korekta: Mariola Będkowska. 176 stron.

      POLECAM RÓWNIEŻ:

      Izabela Sowa - Smak świeżych malin

      Izabela Sowa - Cierpkość wiśni

      Izabela Sowa - Herbatniki z jagodami

      Izabela Sowa - Świat szeroko zamknięty

      Izabela Sowa - Ścianka działowa

      Izabela Sowa - Agrafka

      Izabela Sowa - Podróż poślubna

      Izabela Sowa - Podróż poślubna - Pierwsze zdanie

      Dlaczego warto oglądać Seks w wielkim mieście

      Izabela Sowa - Części intymne

      Izabela Sowa - Powrót

      Katarzyna Targosz - Wiosna po wiedeńsku

      Ałbena Grabowska - Grzyb - Coraz mniej olśnień

      Ałbena Grabowska - Lot nisko nad ziemią

      Ralph Sarchie, Lisa Collier Cool - Zbaw nas ode Złego

      Grażyna Obrąpalska - Przystanek Kostaryka

      Cecilia Randall - Hyperversum. Sokół i Lew

       

      Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów newsletter i polub Fanpage

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      szwecja11
      Czas publikacji:
      środa, 13 sierpnia 2014 13:43
  • czwartek, 17 lipca 2014
    • Japoński wachlarz - Joanna Bator

       

      Jest jedyną pisarką, która mówi gotowym do druku tekstem literackim. Byłam na kilku spotkaniach z Joanną Bator, każdorazowo wysublimowanych językowo. Gdy zaczyna mówić, czuć napięcie tłumu, maksymalnie skoncentrowanego na każdym jej słowie, bo każde rozkosznie drażni nerwy, dając chwile zmysłowego zasłuchania. Gdybym była mężczyzną zostałabym jej groupie, licząc po cichu, że udałoby mi się ją w końcu uwieść.

       

      Zanim w 2004 ukazał się Japoński wachlarz, Bator miała za sobą m.in. publikację debiutanckiej „Kobiety” (2002). Na dwa lata wyjeżdża do Japonii, przywiezie stamtąd wspomnienia, które przełoży na non-fiction, cudownie udowadniając fenomenalną przekładalność języka wrażeń na język literatury. Niemal wszystkie jej powieści nominowane będą do Nagrody Literackiej NIKE, którą otrzymuje w końcu za wydane w 2012 „Ciemno, prawie noc”. Rok wcześniej Bator decyduje się rozstać z instytucjami naukowymi i poświęcić wyłącznie pisaniu. Od razu widać, że do literatury wchodzi ktoś, kto wie, co i jak chce opowiadać.

       

      Japoński wachlarz zacznie słowami: „nie jestem japonistką”, ale to właśnie z tej książki, jak powie „antropologicznych obrazków kreślonych wzorem zuihitsu”, pięknego językowo przewodnika po kulturze, dowiem się najwięcej o Japonii. Kraju, który Bator zapamiętuje sensorycznie, rozpisując z rozmachem tokijską gamę barw, zapachów, smaków i obrazów. Wchodzę w odległą mi kulturę, niedostępną dla obcych, hermetyczną a tutaj wyraźnie bliską, namacalną, odczuwalną. Pierwsza rzecz, która wyraźnie rzuca się w oczy to wykwintna kreska, w jaką zmienia się fraza u Bator. Mam wrażenie, że jestem w stanie niemal dotknąć perłowej masy porannej tokijskiej mgły. Krajobraz żyje fetą rozbłyskujących barw, zwielokrotnionych w kakofonii iskrzących reklam, łamiących kolory jarzeniówek, malowniczego dress codu ulicy. Oszołomienie, które czuję, musi być porównywalne z pierwszym wrażeniem z zetknięciem z tokijskim tłumem. Tekst unosi mnie, wchłaniając i przenosząc do sobie wiadomych miejsc. Razem z Bator wyczekuję kolejnego przechodnia, którego zaczynam śledzić, oddając się niemal erotycznemu doznaniu towarzyszącemu poznawaniu nowych uliczek, kawiarenek, shop centrów. Bator to niebezpieczna obserwatorka: rozsmakowuje się w strzępach podsłuchanych rozmów, oddaje się rozkoszy łowcy, który ze specyficznym dla siebie instynktem wypatruje kolejnych ofiar. Włóczy się po Tokio bez planu, ulegając fanatycznej pasji do tłumu, „tonie w erotyczno-katastroficznych fantazjach” miasta „gęstego jak semiotyczna dżungla, miasta wspaniałego, miasta pandemonium”.

       

      U Bator nic nie jest zwyczajne. To tak jakby pisząc próbowała się ze światem, udowadniając, że słowa są jednak w stanie oddać jego niepowtarzalność i istotę. Bator nie jest po prostu kontestatorką, raczej zamienioną w zmysły nadzwyczajnie czułą obserwatorką, do której docierają najdrobniejsze wrażenia. Prozie wydarzeń nada wyszukaną formę, pokazując, że patrząc można i widzieć i dostrzegać. A Bator chce zobaczyć całą sobą, chce się dać wchłonąć przeżywaniu. Jej tekst pozwala na dzielenie tego odczucia. Nikt jeszcze tak silnie nie wpłynął na moje zmysły udowadniając, że literatura to odczuwalne przeżycie. 

       

      Rozpisując Japonię w tętniące życiem obrazy, zabiera nas Bator na dziewicze spotkanie. Jestem gaijin – obcą. Jestem wewnątrz Tokio. Zamieniam się w pulsujące Tokio. 

       

      Jakie jest Tokio? Pozorny chaos ustępuje wyrafinowanej kulturze, w której nie ma miejsca na przypadkowość. Ulica rozpisana jest na oczywiste dla wszystkich kody, procedury. To świat hierarchii i uniformu, określającego „jakie miejsce w hierarchii zajmuje opakowane w niego ciało”. W Japonii w złym tonie jest oddawanie się jakimkolwiek zmysłowym doznaniom publicznie. Zakochane pary nie całują się na powitanie, przyjaciółki nie ściskają się serdecznie. Nikt nie pałaszuje na ulicy hot doga, czy lodów. Wszędzie panuje stosowny do sytuacji dystans, wszędzie znajdują się odpowiednie miejsca, w których można zaspokoić swoje potrzeby, bez względu na to, czy ma się ochotę na seks, czy na słodką przekąskę.  Stąd popularność hoteli miłości, gdzie w dowolnej scenografii można oddać się każdej formie erotycznej rozpusty. Stąd popularność takich miejsc, jak scena kosupure, betonowy mostek Jingu nad torami kolejki Yamanote, na którym można zaprezentować się w dowolnym przebraniu, żeby przez chwilę być kimś innym. Miejsce popularności cos-playerek mistrzyń przeistaczania, odgrywających w blasku fleszy swoje ulubione postaci. To jedyne miejsce, w którym czterdziestoletni mężczyźni prezentują się ufryzowani na Elvisa i jednocześnie jedyne, w którym mogą to robić z taką powagą bez narażenia się na śmieszność.

       

      Japonia japonizuje kulturę zachodu, doprowadzając japońską kopię do prawdziwej maestrii, napisze Bator, podążając za przypadkowymi kobietami do cukierni chiizukēki, sprzedającej wyłącznie serniki, coś, co tak przypadło do gustu Japończykom, że proste ciastko zamienili w niepowtarzalne dzieła sztuki cukierniczej. „Sernik o smaku zielonej herbaty matcha, zielony jak ona, ozdobiony kroplą bitej śmietany i paroma grudkami czerwonej fasoli (…). Domieszany do lekkiego serowego kremu herbaciany puder, podobny do używanego w ceremonii herbacianej, nadawał zasadniczej części deseru gorzkawy, ziołowy posmak, fasola była mączna i bardzo słodka, jej skórka chrupiąca od karmelu, śmietana gęsta i ciężka. Ta nieprawdopodobna i o dziwo smaczna kombinacja smaków i konsystencji była moją małą przygodą, zmysłowym spotkaniem z Japonią”, pisze Bator a ja nie wytrzymuję i robię kulinarną przerwę.

       

      Niepowtarzalność Tokio rozpisuje się jeszcze gęściej. W surowym klimacie tsunami, trzęsień ziemi, pory deszczowej i odczuwalnej tymczasowości, otoczenie zmienia się szarpane dramatycznymi wydarzeniami. Ale nie tylko topografia miasta naznaczona jest chwilowością; ludzie dopisują do niej swój osobliwy komentarz. Mody, za którymi podążają tokijczycy to krótkotrwałe interwały, napędzane kolejnym równie krótkim oszołomieniem, które przechodzi nagle w zachwyt czymś odmiennie różnym. Gdy ważne jest tu i teraz, pieczołowitość szczegółu dopracowana zostanie do perfekcji. Perfekcyjne jest też otoczenie, zabetonowane z plastikowymi substytutami zieleni. Poruszanie się w tym świecie wymaga wirtuozerii życia w akustycznych mieszkaniach szerokich na wyciągnięcie ramion, poruszania się ulicami maksymalnie wypełnionymi mieszanką aut, rowerów i pieszych.

       

      Bator penetrując przestrzeń miasta zagląda do wszystkich jego zakamarków ze szczególnym rodzajem wścibstwa. Podgląda sąsiada, zagląda ludziom do talerzy, wygrzebuje ze śmieci „durnostojki”, które paczkami wysyła do Polski. Rozpoczyna swoisty opis poradnika codzienności. Opis pierwszego tête-à-tête z sedesem przypomina od razu fragmenty „Delicji ciotki Dee” Teresy Hołówki. Rytuał zdejmowania i nakładania butów i kapci, innych do witania gości, innych do podziwiania tarasu i ogrodów, innych do toalety, skwituje z polską nonszalancją, dopasowując się do niego wyłącznie wówczas, gdy trzeba. Rozdział po rozdziale oswajam coraz bardziej tę nieznajomą przestrzeń a z czasem mam wrażenie coraz większego zadomowienia. To niewiarygodne, bo daję się uwieźć narracji Bator, pozorowi, że dzięki literaturze można obcować z miejscem. 

       

      Początkowe oszołomienie przechodzi w konstatację, zatrzymujemy się z Bator, bo tak bardzo wchłonęło mnie poznawanie Tokio, że mam wrażenie ekskluzywnej wyłączności. Mam wrażenie, jakby Bator siedziała naprzeciwko i dzieliła się na gorąco wrażeniami z dwuletniego pobytu, z właściwą dla siebie precyzją opisu. Wsłuchuję się w historię, a zachwyt zmienia się w zdumienie, mieszające się coraz bardziej z zażenowaniem, bo tak bardzo różnimy się od Japończyków. Dyskrecja, powie Bator, obok otwartości, to drugie słowo klucz do zrozumienia japońskiego imperium erotycznego. Humbert Humbert z „Lolity” Nabokova oszalałby z radości w Japonii, napisze dalej, prowadząc mnie z hoteli miłości do Krainy Mydła – japońskich burdeli, gdzie namydlone kobiety, swoimi ciałami namydlają ciała mężczyzn, zakazanych tak jak gotówka w klubach pachinko a jednak funkcjonujących a wszystko na zasadzie umowy społecznej: jeśli nie szkodzi może istnieć. Yakuza – japońska mafia na tych samych zasadach prowadzi swoją „działalność”. „Dziwny jest ten świat”, śpiewał kiedyś Czesław Niemen a teraz zastanawiam się, czy planowaną od lat podróż do Japonii w dalszym ciągu chcę zrealizować? Kim są ci ludzie czytający erotyczne manga, w których poziom brutalności i okrucieństwa stawia Hannibala Lectera na pozycji nudziarza bez wyobraźni, pyta Bator a mnie przechodzi dreszcz przerażenia. „Japońskie prawo nie zabrania przedstawiania seksu z dziećmi ani jakiejkolwiek innej dewiacji wymyślonej przez ludzkość. Pedofilia jest oczywiście karana, podobnie jak we wszystkich innych cywilizowanych krajach świata, ale w krainie wyobraźni wszystko wolno”, czytam. Jeśli o krajach skandynawskich pisze się, że są stworzone dla kobiet, to Japonia jest zdecydowanie rajem dla mężczyzn. W żadnym innym kraju w tak oczywisty sposób i tak powszechnie nie epatuje się seksem, przyjemnością i erotyczną obietnicą jak tutaj. Gejsze, czy współczesne hostessy, im droższe tym bardziej nieosiągalne to wyrafinowana odpowiedź na niezaspokojone męskie ego; stworzone do jego łechtania i zadowalania. Bator nie tylko w przenośni wchodzi w tę kulturę, na pewien wieczór zamienia się w hostessę w jednym z luksusowych klubów dla mężczyzn.

       

      Zamykając książkę pozostaję z wrażeniem odrębności i przekonaniem, że niebezpiecznie szybko zbliżamy się do japońskiego etosu pracy, czy kultury spędzania czasu wolnego. Im bardziej oddalamy się od siebie tym bardziej przypomina to japońskie małżeństwa, które wymijają się rano i wieczorem a rozwodzą po przejściu na emeryturę, gdy okazuje się, że po kilkudziesięciu latach takiego „spotykania” się w domu, ci ludzie nie potrafią faktycznie razem mieszkać i być ze sobą. Im więcej Japończycy pracują, tym częściej napięcie i stress rozładowują w alkoholu, kupowanym seksie i hazardzie. Nie dziwi mnie, że Japonki odkładają na nie wiadomo kiedy plany małżeńskie i reprodukcyjne, skoro służą one wyłącznie państwu do podtrzymania jego przysłowiowych filarów. Odpowiedzialność za wychowywanie dzieci spada na matki, a presja sukcesu jest zbyt duża, żeby wybaczyć jakąkolwiek porażkę wychowawczą. O przyszłym życiu małych Japończyków zaważą decyzje, jakie podejmą ich rodzice wybierając dla nich przedszkole a potem kolejne szkoły, bo ścieżka edukacyjna najbardziej determinuje szansę na dobrą pracę, dobre małżeństwo, dobre życie. Japonia, jak czytam nie jest krajem przypadku a życie nie da tutaj nikomu drugiej szansy, więc gorsze urodzenie, gorsze decyzje zamienią się z pewnością w gorsze życie. I chociaż to wciąż kraj najlepiej ubranych i wyglądających bezdomnych, to jednak wciąż również w tę kulturę wpisana jest swojego rodzaju bezduszność. 

       

      Joanna Bator zostawia z nadmiarem wrażeń, niemożliwym do szybkiego i natychmiastowego zrozumienia światem. Przeczytajcie o onsenach – kąpielowych spa i kulturze mycia, o największym teatrze masowym Takarazuka, w którym wszystkie role grają kobiety, przeciwieństwie kabuki. O imperium lolitek. O kulturze jedzenia. Zjedźcie rybę fugu, żeby otrzeć się o śmierć albo tańczącą krewetkę. A potem rozejrzyjcie się dookoła -  z ulgą? Z niepokojem?

       

      Joanna Bator, Japoński wachlarz, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2004. Projekt okładki i stron tytułowych: Maciej Sadowski. Redaktor: Joanna Rodziewicz. Korekta: Elżbieta Szelest. 278 stron. Książka zawiera liczne zdjęcia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      szwecja11
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 lipca 2014 11:27
  • środa, 12 marca 2014
    • Alice Munro - Uciekinierka

      Przyznając jej w 2009 roku prestiżową Międzynarodową Nagrodę Bookera, jury w uzasadnieniu werdyktu powie, że "Alice Munro potrafi zawrzeć w każdym ze swoich opowiadań taką głębię, mądrość i precyzję, jaką wielu pisarzy osiąga w powieściach w ciągu całego życia". Jedna z blogerek doda wręcz, że Munro pisze z neurochirurgiczną precyzją. Niewiarygodne to pisarstwo, zwodzące prostotą, uderzające skomplikowaniem. Gdy Alice Munro opowiada, czas się zatrzymuje, zamyka człowieka w kapsule historii, z pozoru zwyczajnej, ludzi przeciętnych, spraw codziennych. Zamyka trzymając w uścisku, jakby na uwięzi opowieści, która coraz pewniej i mocniej przejmuje, uwiera, nie daje spokoju.


      To historie o kobiecym odczytywaniu świata, który zwodzi, mami, rozczarowuje. Świata z regułami spychającymi kobiety na pobocza rzeczywistości. Ulegają w nim pokusie romantyzmu, w którym są trenowane od dziecka. Na łasce emocji, w sieci naiwności, podsycane spontanicznymi uczuciami, popełniają swoje pierwsze, wiążące je na całe życie błędy. Są ofiarami kultury, która konstytuuje je w roli kobiety uległej, oddanej, wiernej. Munro pokazuje ich wątpliwości, rozterki, wewnętrzne bitwy. Ucieczki.


      Robi to w misterny sposób, budując napięcie, gęstniejącą atmosferą niepokoju, która przechodzi w nadzieję, żeby zaskoczyć rozczarowaniem. Zwroty emocjonalne targają tekstem, który ucieka wszelkim jednoznacznościom. Każda z kobiet to osobna historia rozpisana z kunsztowną pieczołowitością psychologicznego detalu. Jej bohaterki będą próbować walczyć o siebie. Staną się jednocześnie same dla siebie strażnikami własnej moralności, trzymając w ryzach swoje potrzeby, pragnienia, pożądania. Nigdy nie zdobędą się na tę swobodę, wolność i egoizm, z którą mężczyźni organizują swój świat. A jeśli się zdobędą, to będą temu towarzyszyły wyrzuty sumienia, strach i nieporozumienia. Munro powie o Juliet, że „nie potrafiłaby bronić swego wyboru filologii klasycznej, akceptować tego, że ludzie uważaliby go za nieważny lub nudny, zignorować tego faktu, jak zrobiłby to mężczyzna”. Gdy Carla zarzuci swojemu mężowi, że zbyt łatwo wpada w złość, niewzruszony odpowie „jak wszyscy faceci”. Clark dzieli swoje życie na życie z Carlą i resztę, czyli jego męski świat, do którego Carla nie ma dostępu. I tacy są mężczyźni w opowiadaniach Munro. Niedostępni, zaprogramowani na branie, zdobywanie, wygrywanie. Są bezkompromisowi w układaniu sobie życia. Są stworzeni do wyższych celów, do realizacji własnych marzeń. Do spraw męczących, nużących, nudnych poślubiają lub zatrudniają kobiety. Harry, gdy wypali się zawodowo w pracy, kupi tygodnik w małym miasteczku, które pamięta z dzieciństwa. Cała rodzina musi się tam przenieść, gdzie będzie się realizował zawodowo. Ollie, gdy nadarzy się okazja wykorzysta Tessę i jej historię do zrobienia kariery. Gdy żony Clarka, Sama zachorują, w ich życiu pojawią się Ailo, Irene, opłacone gospodynie do prowadzenia domu. Sam po śmierci żony szybko poślubi koleżankę z pracy, zamieszka w jej domu a dom, w którym mieszkał z Sarą zburzy, żeby powiększyć ogród. Pani Travers od czasu do czasu trafia do szpitala, gdzie lekarze ją „stabilizują” do akceptowanego przez męża stanu. Nawet, jeśli w małżeństwie mężczyźni ulegają pozorom równouprawnienia, to w sytuacjach, kiedy mogą zadeklarować swoje prawdziwe przekonania, wyjść z cienia żony, zrobią to dobitnie. Sam stwierdzi, że Irene przywróciła mu wiarę w kobiety, bo potrafi ogarnąć dom, zamienić go w organizacyjny ład i porządek, w miejsce, w którym jedzenie się nie przypala a rzeczy leżą zawsze na swoim miejscu. Gdy Clark poczuje, że jego wolność jest zagrożona powie żonie „dusisz mnie”. Mężczyzna z pociągu w opowiadaniu „Szansa” będzie pogardliwie, głośno prychał, oznajmiając swoje niezadowolenie, popisując się wątpliwą erudycją. Dan poczuje się uprawniony, żeby krygować Juliet, zarzucając jej, że chowa córkę jak pogankę. Moralność, etyka, zasady nie stoją na przeszkodzie ich własnych żądz. Gdy żona Erica zachoruje, będzie zaspokajał swoje potrzeby seksualne z kobietą z sąsiedztwa. Gdy Juliet wyjedzie odwiedzić rodziców, prześpi się z jej najlepszą przyjaciółką. Sam bezkarnie molestuje seksualnie Irene w obecności chorej żony, własnej córki. Neil zaprosi na dwuznaczną przejażdżkę Grace narzeczoną swojego brata.


      Nie ma jednak znaczenia, czy chodzi o Carlę, która jako młodziutka dziewiętnastoletnia dziewczyna weźmie ślub, rezygnując z ukochanej weterynarii, czy o Sylvię, akademiczkę wykładającą botanikę na uniwersytecie. Czy o Juliet, która pisze doktorat z filologii klasycznej, czy Lorraine, która skończy studia, ale popełni poważny błąd wychodząc za „faceta o ptasim móżdżku”. Każda z nich decyduje się albo na życie według propozycji męża albo ryzykuje własne marzenia dla fantazji o nieznajomym. Nie rozumieją, co je skazuje na uległość wobec mężczyzn. Czy to wychowanie, zażenowanie, współczucie, pyta Munro? Skazują się na wszelkie niewygody, na oderwanie od rodziny, przyjaciół, dla mrzonki o szczęściu rodzinnym, udanym małżeństwie. Juliet wspominając swoje życie z Erikiem w Zatoce Wielorybów powie, że było ryzykowne, zabałaganione, wyczerpujące. Zaryzykuje wszystko wiążąc się z mężczyzną, który najwyraźniej nie potrafi żyć tylko z jedną kobietą. Sylvia będzie dojeżdżać do pracy 60 km, bo mąż chce mieszkać w domu z ogrodem, blisko lasu. Carla dla męża zerwie z poprzednim życiem.


      Uderzające w tych opowiadaniach jest obserwowanie, jak zmienia się kultura, układ wartości, przeorganizowuje świat a kobiety tkwią na zaprogramowanych dla nich pozycjach. W miejscowości, w której wychowała się Juliet, „jej rodzaj inteligencji był często zaliczany do tej samej kategorii co utykanie czy dodatkowy palec, a ludzie nader skwapliwie wyliczali jej wady – nie umiała szyć na maszynie, zrobić zgrabnej paczki czy w odpowiednim momencie zauważyć, że wystaje jej halka”.  Tryskającą radością Sarę, jej matkę, brano tam, przez jej śmiech, za osobę, która zawsze usiłuje zwrócić na siebie uwagę. Ailo będzie krytykować zamiłowanie Juliet do czytania. Kobiety w tym świecie wychowywane są do bycia żonami i matkami. Ich jedyną ambicją powinno być wzorowe prowadzenie domu, a zainteresowania powinny skupiać się wokół spraw praktycznych, które pomogą im spełniać się w roli gospodyni.  Munro pokazuje, jak z tego narzuconego wzorca trudno się wybić. Jej bohaterki kotłują się z życiem. Nie potrafią znaleźć w sobie konsekwencji do realizowania własnych marzeń, ambicji zawodowych, pasji. Ulegają pokusie związku, dla którego zmieniają hierarchię wartości we własnym życiu, idą za pasją męża, kochanka skazując się z czasem na pustynię duchową. Zdobyta wcześniej wiedza pomoże Juliet odnieść sukces zawodowy, ale nie potrafi zamienić tego w coś trwałego, bo stale miota się pomiędzy ulotnymi, nic niewnoszącymi do jej życia związkami. Robin przez zwykłą pomyłkę porzuci zainteresowanie teatrem, na lata odbierając sobie jedyną rzecz, która sprawiała jej radość. Grace pochłania wiedzę, zalicza nadobowiązkowe przedmioty w szkole, zamiast pokierowania jej talentem, usłyszy od swojego nauczyciela, że to jej nic nie da.


      Jest jednak w tym świecie nadzieja a są nią kobiety, które jednoczą się w swoim losie, które potrafią wesprzeć się wzajemnie w najtrudniejszych sytuacjach życiowych. To wielka sieć kobiecej solidarności, której miarą jest zrozumienie, empatia i wyrozumiałość. Sylvia pomoże Carli, Ruth wesprze Sylvię i kompletnie jej obcą Carlę. Sylvia przyjmie ze zrozumieniem decyzję Carli. Nie zawsze tak będzie, bo dopiero uczą się solidarności kobiecej. Z przyjaciółkami rozmawiają o problemach, które na własne oczy obserwują ich córki. Są świadkiem awantur, niekończących się kłótni. Bywają zakładniczkami, których uczuciami grają ojcowie. Sam i w dzieciństwie, i w późnej starości będzie szukał sojuszniczki w córce. Harry tak przedstawia swoje życie z Eileen, żeby to ją pokazać przed córką w złym świetle. Niezrealizowane uczucia, brak emocjonalnego porozumienia kobiety chcą zaspokoić w relacjach ze swoimi córkami, skazując je często na zaborczość, od której ucieknie Penelopa.  Spotykając się z brakiem współczucia i oschłością, którą odwdzięczy się Juliet Sarze.


      O kobietach Munro powie, że przyjemne doświadczenia z mężczyznami przeżywają w wyobraźni. W prawdziwym życiu doznają upokorzeń i rozczarowań, o których szybko starają się zapomnieć. Łączy je skłonność do usprawiedliwiania zachowań mężczyzn, które je ranią. Sara będzie tłumaczyć przed córką ojca. Powie, że Sam ją kocha, tylko jest nieszczęśliwy. Godzą się z połowicznym uczuciem, z jego krótkotrwałością. Uciekają. Bezwiednie, czasem na ślepo. Niełatwe to ucieczki i niejednoznaczne. Nie wiedzą jeszcze dokładnie, od czego. My widzimy, że uciekają przed narzuconą im rolą, przed pozorami szczęścia, przed nudą w życiu. Czy im się uda?


      PS Alice Munro laureatka Nagrody Nobla 2013, trzykrotna laureatka Governor General’s Award, laureatka Canadian Booksellers Award za „Dziewczęta i kobiety” (1971), Marian Engel Award (1986), Trillium Book Award (1990), Order of Ontario (1994), WH Smith Literary Award (1995), PEN/Malamud Award (1997), National Book Critics Award za „Miłość dobrej kobiety”(1998), Giller Prize (1998, 2004), Rea Award for the Short Story (2001), Libris Award, O. Henry Award (2006, 2008), Man Booker International Prize (2009), Canada-Australia Literary Prize (2009), Commonwealth Writers Prize, Kawaler Orderu Sztuki i Literatury (2010).

      Anna Dutka


      Alice Munro, Uciekinierka, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2009. Stron 392. Z języka angielskiego przełożyła: Alicja Skarbińska – Zielińska. Redakcja i korekta: Maciej Byliniak. Projekt graficzny okładki i stron tytułowych: Grażka Lange.

      2004 - Uciekinierka - Pierwsze zdanie

      Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów newsletter i polub Fanpage

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      szwecja11
      Czas publikacji:
      środa, 12 marca 2014 15:04

Kalendarz

Marzec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014