Recenzentka

Wpisy otagowane „2018”

  • wtorek, 11 grudnia 2018
    • Olaus Magnus - ten, który rozpętał światowe zainteresowanie Skandynawią

      Pierwszym bestsellerem o krajach nordyckich, który dał zaczyn tak ogromnej dzisiaj popularności literatur z Północy, nie była trylogia Stiega Larssona czy kryminały Henninga Mankella, a ponad 800 stron esejów wydanych w 22 księgach, autorstwa Szweda Olofa Månssona, znanego dzisiaj pod zlatynizowanym nazwiskiem jako Olaus Magnus. Gdy w 1555 ukazała się jego „Historia ludów północy” (Historia de gentibus septentrionalibus) świat, który tyle co zasmakował w druku, oszalał. Eseje przetłumaczono na kilkanaście języków, w tym na niderlandzki. Olausa Magnusa czytano z takimi samymi wypiekami na twarzy i z takich samych powodów, dla których współcześnie sięga się po twórczość Stephena Hawkinga. Nie było w XVI wieku porównywalnego autora, który w równie ciekawy i przystępny sposób tłumaczyłby niejasności współczesnego świata, stawiając jednocześnie śmiałe tezy i nie bojąc się wykraczać poza język znanej wówczas nauki.

       

       

      Dlaczego kolekcjonerzy na całym świecie marzyli o egzemplarzu Olausa Magnusa? Dlaczego to właśnie z tego dzieła Olof Rudbeck czerpał wiedzę do swoich badań naukowych? I właściwie, jakim cudem, w świecie, który nie był w stanie wyobrazić sobie i przedstawić na mapach zarysu krajów nordyckich, które jawiły się jako jakaś niejasna terra incognita, dzieło Olausa Magnusa tak bardzo trafiło w powszechne zainteresowanie i było, mimo rozmachu, tak chętnie czytane? No i wreszcie, jak pisze się bestsellery, które tak rozpalają wyobraźnię, że ich status do dzisiaj nie gaśnie?


      Niektórzy twierdzą, że trzeba się dobrze urodzić, żeby zrobić karierę. Nie zawsze się to sprawdza, ale w przypadku Olausa Magnusa jest coś na rzeczy. Olof Månsson urodził się w październiku 1490 roku w Linköping i z pewnością nie był to przeciętny dom mieszczański, skoro jego progi opuściło aż dwóch arcybiskupów szwedzkich. Chłopaka posłano do szkoły w Linköping i Västerås. Na studia wyjedzie do Rostocku i prawdopodobnie do Kolonii. Ciągnie go w świat. Thomas Reinertsen Berg w „Teatrze świata. Mapy, które tworzą historię” nazwie go globtroterem, bo już jako dziesięciolatek uda się w pierwszą zagraniczną podróż. Wprawdzie tylko do Oslo, ale w wieku 20-27 lat będzie przecież przebywał na studiach w Niemczech.


      Trudno powiedzieć, czy było to zacięcie do zrozumienia świata czy okrucieństwo dorastającego chłopca, który potrafił wrzucić do wody związaną ze sobą kaczkę i kota, żeby obserwować, które zwierzę lepiej sobie poradzi w walce o życie. Ale tak właśnie Olaus Magnus zaczynał eksplorować świat i poznawać prawa fizyki. Nie wiemy co siedemnastoletni Olaus wiedział już o świecie. Wiemy, że jemu współcześni nie mieli jeszcze o wielu rzeczach pojęcia. Wciąż czekano na odkrycie faktu, że Amerykę otaczają wody oceanów. Tempo odkryć było heroiczne. Dzisiaj narzekamy na intensywność informacji. Trzeba jednak wejść w buty mieszkańca Szwecji przełomu XV i XVI wieku, do którego nieustannie docierają naprawdę epokowe odkrycia. To tak, jakbyśmy się co chwilę dowiadywali o nowych lądach i nagle okazałoby się, że są całe nienazwane przez człowieka obszary Ziemi, z życiem o którym nie mieliśmy pojęcia. Gdy Olaus Magnus ma 23 lata, pierwszy Europejczyk, Hiszpan Vasco de Balboa, przetnie kontynent w okolicach Panamy i ujrzy Ocean Spokojny.

       

      Najbardziej intratną finansowo ścieżką zawodową w czasach Olausa Magnusa jest kariera w kościele katolickim, który posiada wówczas około 15% wszystkich gruntów w Szwecji. Duchowni nie dość, że mają większy majątek od szlachty, to jeszcze nie płacą podatków. Ale je zdzierają. „Najbiedniejszy” szwedzki biskup z diecezji Åbo pobierał podatki aż z 643 gospodarstw. W domu, w którym urodził się Olaus myśli się najwyraźniej praktycznie. Zarówno Olaus, jak i jego starszy brat Johannes robi szybką karierę w Kościele i zdobywa sobie zaufanie przełożonych.


      Już wiosną 1518 Olaus dostaje zlecenie od legata papieskiego, które zmieni całe jego życie. Młodziutki kanonik ma się zająć w Norrlandzie sprzedażą odpustów, których dochody zostaną przeznaczone na sfinansowanie remontu bazyliki św. Piotra. „Ruszył więc konno wzdłuż wschodniego wybrzeża Szwecji do Ångermanlandu, a stamtąd na zachód do Jämtlandi i przez góry do Trondheim, gdzie, jak można przypuszczać, spotkał się z Erikiem Walkendorfem, arcybiskupem Nidaros i znawcą geografii, który dwa lata później sporządził dla papieża opis Finmarku, by zapoznać go z życiem na Północy”(1). Nie mamy pewności, co do przebiegu całej trasy podróży Olausa, ale „wiemy na pewno, że wracał przez Jämtland, a sobótkę 1519 roku spędził w Torneå, w rejonie granicznym między Szwecją a Finlandią, gdzie spotykali się na handel kupcy białoruscy, karelscy, samscy, fińscy, szwedzcy, norwescy, z Zatoki Botnickiej i z Biarmii”(2). Przypuszczalnie „odwiedził kaplicę w Särkilax, najdalej wysuniętą placówkę diecezji uppsalskiej, i być może stamtąd pojechał do Pello za kołem podbiegunowym, gdzie kończyło się stałe osadnictwo”(3).


      To właśnie podczas tych służbowych podróży pozna kulturę północnych krańców Skandynawii. Ale czy to właśnie wówczas wpadnie na pomysł publikacji, która zrewolucjonizuje tak rynek książki, że w XXI wieku szwedzcy wydawcy będą odcinać od niego kupony? Na pewno jest skrupulatnym obserwatorem, który skrzętnie notuje wspomnienia. W tym czasie odwiedzi Sztokholm i stanie się świadkiem rzezi, podczas której zamordowanych zostanie 82 przedstawicieli szwedzkiej elity. Świadkowie tego wydarzenia opowiadali, że kilka dni ulicami miasta płynęła krew. Zginęło wówczas 1,5 % mieszkańców sześciotysięcznego w tym czasie Sztokholmu. Przy dzisiejszej populacji miasta, oznaczałoby to śmierć 21 tysięcy jego mieszkańców.


      Gdy trzydziestoletni wówczas kanonik katedry w Uppsali Olaus Magnus z przerażeniem ogląda rzeź sztokholmską, w tym samym roku Portugalczyk Ferdynand Magellan opływa południowy kraniec Oceanu Spokojnego. Pod koniec tego samego roku ukaże się mapa świata Waldseemüllera, na której po raz pierwszy pokazano Amerykę jako oddzielny kontynent i po raz pierwszy użyto jej obecnej nazwy. W odwzorowywaniu północnych krańców świata jest on bardzo pod wpływem Nicolausa Germanusa. Finlandii na tej mapie jeszcze nie ma.


      To burzliwy okres w historii Szwecji. Władzę przejmuje w spektakularny sposób Gustaw zwany potem Wazą, którego ojciec został brutalnie zgładzony w rzezi, jaką Chrystian II zgotował elicie szwedzkiej. Protoplasta rodu szukając pieniędzy, znajdzie je w sekularyzacji dóbr kościelnych. To czas reformacji. Recesem z 16 czerwca 1527, podjętym w Västeråsie, „złamano ekonomiczną i polityczną władzę księży i biskupów. Korona przejęła zarząd nad majątkiem kościołów i klasztorów. Głową Kościoła został król, a po utracie władzy świeckiej biskupi stracili swoje miejsce w Radzie Królewskiej, w której, zgodnie z zapisami kodeksu królewskiego opartego na prawie krajowym, zasiadali od średniowiecza”(4). Jedną decyzją majątek Korony powiększył się z 3,5% do 17% gospodarstw w skali kraju, czyli z ok. 4 000 do 18 000 majątków. Mimo, że Olaus Magnus nie wyrzeka się katolicyzmu, król wyznacza go „do prowadzenia negocjacji z kupcami hanzeatyckimi w Lubece i Niderlandach na temat dostępu do szwedzkich portów” – co jak podkreśla Thomas Reinersten Berg, świadczy, że król „doceniał wiedzę arcybiskupa na temat szwedzkiej linii brzegowej i ufał, że potrafi on bronić interesów kraju. Z tego powodu Olaus Magnus pojawił się w Antwerpii latem 1527 roku”(5). Zobaczy tam carta marina Waldseemüllera. W północnej części mapy Waldseemüller zostawia adnotację o braku możliwości odwzorowania Północy „z powodu wielu sprzecznych opisów podróży po tej części świata”(6). Obszary północne na jego ostatniej mapie, jak to podsumuje Thomas Reinertsen Berg wyglądają na „nieforemną grudę ozdobioną czworonogiem przypominającym morsa”. Olaus Magnus już pracuje nad własną mapą pokazującą miejsca, z których pochodzi.


      Póki co jednak i on i jego brat arcybiskup Johannes Magnus cieszą się zaufaniem króla. Johannes wyjeżdża do Gdańska, gdzie dostał bojowe zadanie zbadania możliwości małżeństwa Gustawa Wazy z trzynastoletnią księżniczką Jadwigą, córką króla Polski i wielkiego księcia Litwy. Szanse na ślub Gustaw miał mierne, bo był królem z awansu, wciąż czekał na oficjalną koronację. A licząca milion mieszkańców Szwecja była ostatnim państwem, do którego chciałby wysłać swoją córkę, o której rękę zabiegało w tym czasie 15 zacniejszych kandydatów, władca dziesięciomilionowej Rzeczpospolitej Obojga Narodów, rozciągającej się od Bałtyku do Morza Czarnego. Johannes Magnus z niezadowoleniem śledzi wieści na temat Kościoła w Szwecji i postanawia póki co zostać w bezpiecznym Gdańsku, do którego w ciągu najbliższych stu lat ucieknie sporo szwedzkich uchodźców, w tym najwięcej księży, zakonników i zakonnic, wielu przedstawicieli rodów szlacheckich. Ślady ich obecności, o czym sporo można przeczytać u Hermana Lindqvista w „Wazowie. Historia burzliwa i brutalna”, można zobaczyć na nagrobkach i tablicach pamiątkowych, zwłaszcza w bazylice Mariackiej.


      Gustaw Waza grozi obu braciom odebraniem majątków, jeśli nie wrócą do kraju. Gdy jednak dochodzi do całkowitego zerwania Szwecji z Rzymem, również Olaus osiada w Gdańsku. Nigdy już nie wróci do ojczyzny. Pod wpływem swojego przyjaciela, portugalskiego humanisty i filozofa Damião de Góis zacznie interesować się kulturą własnego kraju. Prowadzi w Gdańsku szeroko zakrojone prace nad stworzeniem mapy krajów północnych. Bazą dla niej będę notatki, jakie sporządził podczas podróży po Skandynawii oraz informacje i szkice otrzymane od żeglarzy. Przypuszczalnie wzoruje się dodatkowo na mapach Prus i bałtyckiego wybrzeża sporządzonych przez Mikołaja Kopernika i biskupa Hansa Braska. Jest też duże prawdopodobieństwo, że zobaczył w Gdańsku mapę ziem polskich i litewskich ojca polskiej kartografii, Bernarda Wapowskiego i pewnie dowiedział się, że tenże pracował nad sporządzeniem mapy ziem północnych, dzisiejszej Łotwy i Wielkiego Księstwa Moskiewskiego. Wapowski, o czym wspomina w „Teatrze świata. Mapy, które tworzą historię” Thomas Reinertsen Berg, studiował mapę szlaków handlowych między miastami południowo-wschodniego wybrzeża Bałtyku a Szwecją i Finlandią. Olaus pracuje nad własną mapą. Nazwie ją carta marina, czyli mapa morska.

       

      Carta Marina

      Zdjęcie: Olaus Magnus, Carta marina [Public domain], via Wikimedia Commons


      Gustaw Waza wreszcie przygotował grunt pod oficjalną koronację. Ale Johannes Magnus, który mógłby dokonać aktu namaszczenia przebywa w Gdańsku, z którego nie zamierza się ruszyć, a uznany przez papieża Gustaw Trolle jest na uchodźstwie w Danii. Ceremonii dopełni biskup Skary Magnus Haraldsson. I tak to po raz pierwszy od 70 lat królem Szwecji zostanie Szwed. Gdy kilka lat później Gustaw znajdzie sobie wreszcie żonę, znowu pojawi się problem, bo ponownie zabraknie arcybiskupa, który mógłby poprowadzić ceremonię. Johannes Magnus ani myślał wracać do Szwecji. Król doprowadzi na dwa dni przed ślubem do szybkiej konsekracji Laurentiusa Petriego, co Johannes Magnus skomentuje szyderczo.


      Wiosną 1537 Olaus po 10 latach opuszcza Gdańsk i wraz ze swoim bratem Johannesem wyjeżdżają do Włoch. Dwa lata później pożyczy od władz weneckich 440 dukatów żeby wydrukować „Mapę morską i opis ziem północnych wraz z rzeczami cudownymi w nich się zawierającymi” (Carta marina et descriptio septentrionalium terrarum ac mirabilium rerum in eis contentarum). I jest to z pewnością coś więcej niż tylko mapa. To ilustrowany leksykon o Północy, jej mieszkańcach, władcach, bogactwach naturalnych, faunie i wyznaniach. To ona właśnie po raz pierwszy pokazuje w miarę prawidłowy kształt Półwyspu Skandynawskiego i południowych wybrzeży Morza Bałtyckiego oraz kształt i kierunek Zatoki Botnickiej. To pierwsza mapa, która w miarę prawidłowo oddaje kształt Islandii. Olaus Magnus każe ją bogato ozdobić. Znajdą się na mapie ryciny przedstawiające zajęcia typowe dla ówczesnych mieszkańców Szwecji i Finlandii, np. dojenie renów, budowa łodzi, odlewanie dział, polowanie na foki. Na mapie znajdą się np. zaznaczone miejsca bogate w bursztyn. Gdańsk, w którym znalazł azyl wyróżni ozdabiając miasto herbem i dedykacją pisząc, że wykonał mapę: „dzięki szczególnej pomocy, bezpieczeństwu i życzliwości doznanej w waszym czcigodnym mieście, którego mieszkańcem byłem przez pewien czas”. Niestety gigantyczna mapa wielkości 170 na 125 centymetrów nie wzbudziła zbyt dużego zainteresowania. Stała się popularna dopiero w pomniejszonym wydaniu z 1572.


      W 1544 umiera Johannes, a w wieku 54 lat Olaus Magnus zostaje arcybiskupem Uppsali. Arcybiskup cały czas pracuje nad rzeczą, która na zawsze zmieni oblicze rynku książki.


      Jest 1555, gdy ukazuje się „Historia ludów północnych”, czyli „Historia de gentibus septentrionalibus”. Ma wówczas 65 lat. Jest to literackie uzupełnienie „ Carta marina…”, gdzie Olaus zamieszcza własne spostrzeżenia z podróży po Skandynawii, stawia śmiałe tezy, włącza legendy i cytaty z klasycznych dzieł historycznych, m.in. Saxo Grammaticusa czy autora kronik Gotów i Rzymian Jordanesa. W 22 księgach esejów opowiada o dziwnych morskich zwierzętach, jeżdżących na nartach Saamach, kobietach myśliwych, które swoją zwinnością biją na głowę mężczyzn. Próbuje wyjaśnić wiele zjawisk pogodowych, pisze o piorunach, orkanach, dziwnych kręgach, które pojawiają się na niebie zimą. O opadach śniegu i innych zjawiskach pogodowych. Pisze, że w Hålogalandzie był taki dostatek ryb, że łby rybie używane do rozpałki zamiast drewna. Zależało mu, żeby oddać sposób życia, spędzania czasu, obyczaje, opisać przyrodę. Jego książka stała się bestsellerem publikowanym niemal przez cały XVII wiek. Popularność zawdzięczała przystępnemu językowi i bogatym ilustracjom. Z pewnością też entuzjazmowi, z jakim arcybiskup opisuje ziemie, z których pochodzi. Ale też wszechstronności, na jaką postawił Olaus Magnus. Jego teksty oddają nie tylko historię, ale są pełne socjologicznych, psychologicznych, etnograficznych opisów. Opowiadają o architekturze, poglądach, jakie dominowały w ówczesnym świecie. To było naprawdę dzieło życia.


      Ciekawe, że książka dopiero w 1909 została przetłumaczona na szwedzki. Jest 1 sierpnia 1557 roku, gdy umiera Olaus Magnus. Miał 67 lat. On i jego brat Johannes nazywani są pierwszymi szwedzkimi humanistami.


      Ale tutaj nie kończy się historia Olausa Magnusa, którego najważniejsze dzieła zaczynają żyć własnych życiem, dodajmy pełnym tajemnic. Z niewiadomych powodów giną niemal wszystkie egzemplarze „Carta marina…”. Odnajdują się dwa, w tym jeden całkiem niedawno. Mapy różnią się nieco, co znowu nakręca spiralę domysłów. Kolekcjonerzy robią wszystko, żeby mieć w swoich zasobach egzemplarz „Historii ludów północnych”. Jeden z nich znajdzie się w Polsce. W oprawie z pergaminu, tłoczonym srebrem, z superekslibrisem herbowym króla Stefana Batorego. Dzięki darowi Adama Wolańskiego trafi do Muzeum Hutten-Czapskiego w Krakowie. Można go tutaj obejrzeć. W 2015 Henryk Pietruszczak przetłumaczy i wyda „Historię ludów północy”, która jest nieustannie przedmiotem studiów zafascynowanych naukowców, próbujących rozwikłać zagadkę niezwykłej jak na czasy Olausa Magnusa wiedzy i umiejętności w nazywaniu i obrazowaniu świata. Skąd ją posiadł, jak udało mu się w całość złożyć fakty, nad którymi pracowało tylu zacnych kartografów? Póki co, odpowiedzi na te pytania nie znamy.


      Źródła: Wikipedia, Thomas Reinertsen Berg „Teatr świata. Mapy, które tworzą historię”, przekład: Maria Gołębiewska-Bijak. Znak. Literanova, Kraków 2018; Herman Lindqvist, „Wazowie. Historia burzliwa i brutalna”, przekład: Emilia Fabisiak, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018.

       

      1.  Thomas Reinertsen Berg „Teatr świata. Mapy, które tworzą historię”, przekład: Maria Gołębiewska-Bijak. Znak. Literanova, Kraków 2018, str. 117

      2.  Thomas Reinertsen Berg „Teatr świata. Mapy, które tworzą historię”, przekład: Maria Gołębiewska-Bijak. Znak. Literanova, Kraków 2018, str. 116

      3. Thomas Reinertsen Berg „Teatr świata. Mapy, które tworzą historię”, przekład: Maria Gołębiewska-Bijak. Znak. Literanova, Kraków 2018, str. 117

      4. Herman Lindqvist, „Wazowie. Histoia burzliwa i brutalna”, przekład: Emilia Fabisiak, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018, str. 96

      5.  Thomas Reinertsen Berg „Teatr świata. Mapy, które tworzą historię”, przekład: Maria Gołębiewska-Bijak. Znak. Literanova, Kraków 2018, str. 120

      6.  Thomas Reinertsen Berg „Teatr świata. Mapy, które tworzą historię”, przekład: Maria Gołębiewska-Bijak. Znak. Literanova, Kraków 2018, str. 116

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 grudnia 2018 17:52
  • sobota, 24 listopada 2018
    • Historii nie pisze życie, tylko historycy

      Historii nie pisze życie, tylko historycy. Gdy poszłam do liceum, nagle okazało się, że nie mamy podręczników do historii, bo trudno było się uczyć z tych, które obowiązywały w PRL. Otwierały się nowe oficyny, które nie nadążały z zaspokajaniem rynku. Głód książek był ogromny, a pamięć o ich reglamentacji wciąż żywa, więc kupowało się wtedy prawie wszystko. Jedyną barierą mogło być wyraźne „nie” rodziców, ale tylko dwa razy mama próbowała mi wyperswadować zakup książki. Chodziło o „Czterech pancernych i psa” i o jakiś kryminał, którego tytułu nawet dzisiaj nie pamiętam. Pamiętam jedynie jego okładkę, jak z koszmaru Marcina Wichy. Dostałam obie, bo jak większość dzieciaków byłam fanką ekipy Rudego. Dla mnie to był mit Marusi, Szarika i Janka, a nie jak dla rodziców niewłaściwa wersja historii. Po części miałam szczęście, bo rozpoczynając liceum uczyłam się historii od najlepszych polskich historyków publikujących do tej pory w podziemiu.

       

      Historie_pisza_historycy_nie_zycie

       

      Nasza nauczycielka historii przed pierwszą lekcją oznajmiła nam, że nie ma podręczników, bo te, które dotąd obowiązywały, zakłamywały historię. Powiedziała, że ona też musi poznać historię na nowo. I będzie ją nam opowiadała, więc musimy wszystko notować. Zanim poszłam na studia miałam cztery lata intensywnej zaprawy w robieniu notatek.

       

      To były czasy, gdy młodziutki Donald Tusk jako reprezentant Kongresu Liberalno-Demokratycznego (KLD) przyjechał do Klubu Niedźwiadek. Najlepszy klub jazzowy zapełnił się równie szczelnie ludźmi, co dymem. Bo wtedy wszędzie paliło się obficie i gęsto. Byliśmy dzieciakami i zbijaliśmy z pantałyku zawodowego polityka, który pamiętam, że czerwienił się bardzo, bo nie potrafił zripostować naszych pytań. To był taki czas, że gdy do Przemyśla przyjechał Adam Michnik jedyną salą, która była w stanie pomieścić wszystkich,  był WDK. Pod ścianami ludzie stali z wielkimi magnetofonami, bo jeszcze mało kto słyszał o dyktafonach, a komórek nie było i nagrywali każde słowo. Ale wtedy nagrywało się ludzi na pamiątkę, nie dla afer.

       

      Historia rozgrywała się wokół nas i chłonęliśmy ją intensywnie dyskutując. A zmiany w mediach były siermiężne. „Dziennik Telewizyjny” zastąpiły „Wiadomości”. Janina Paradowska była jedną z wielu anonimowych dziennikarek zapraszanych do studia „100 pytań do”. Ale to właśnie jej charakterystyczny głos i niewygodne pytania zapamiętałam z tego programu.

       

      Pamiętam pierwsze wolne wybory i turkusowy plakat z Tadeuszem Mazowieckim. Ze spotkania przedwyborczego przyniosłam kilka. Wracając do domu, powiesiłam jeden z nich na drzwiach klatki schodowej. Gdy weszłam do domu z rulonem w ręce, tato po raz pierwszy w życiu uścisnął mi rękę. Bez słowa. Jakoś było jasne o co chodzi. Plakat zniknął rano. Naprawdę nie było do końca oczywiste, o czym i jak głośno można było wtedy mówić.

       

      Jak się zastanawiam nad tym, czy lubiłam historię, to bardzo podobała mi się taka seria powieści historycznych o dawnej Polsce. Teraz lepiej rozumiem, dlaczego Bronisław Geremek wolał studiować średniowiecze. Tam ręce cenzury raczej nie miały się po co zapuszczać. Nieznośny był język książek traktujących o współczesnej historii. W 1983 Ossolineum wydało „Historię Finlandii”, gdzie czytam: „Wzrost siły i aktywności ugrupowań prawicowych, po raz pierwszy włączenie do rządu przedstawiciela IKL, którego profaszystowskie stanowisko nigdy nie było ukrywane, przy jednocześnie występujących trudnościach dla Fińsko-Radzieckiego Towarzystwa Przyjaźni i Pokoju rodziły przekonanie o niechęci do zobowiązań traktatowych, o antyradzieckości, o podatnej glebie dla dążeń rewizjonistycznych” (str. 277).

       

      Przełomową dla mnie książką o historii, dzięki której zrozumiałam, że to historycy piszą historię, była „Historia Polski” Jerzego Topolskiego. Ukazała się, gdy byłam w trzeciej klasie liceum, rekomendowana przez ówczesnego Ministra Edukacji Narodowej. Gdy doszłam do czasów, które już przeżyłam, a wręcz w nich uczestniczyłam angażując się po raz pierwszy w życiu politycznie, zdumiałam się. To nie była historia, którą śledziłam z wypiekami na twarzy oglądając kolejne „Wiadomości”, czytając kolejne numery „Wyborczej”, która tyle co przekształciła się z druku przedwyborczego w gazetę codzienną. Nie byłam świadkiem, tego co Topolski opisywał. Nie pamiętałam tego tak.

       

      Dzisiaj znowu przeżyłam swojego rodzaju déjà vu. Kończyłam „Wazów. Historia burzliwa i brutalna” Hermana Lindqvista, gdy doszłam do ostatniej z rodu Wazów, królowej Krystyny. A że niedawno czytałam jej biografię Petera Englunda, to mogłam sobie porównać tych dwóch historyków. I właściwie, gdybym miałam odtworzyć portret królowej, to musiałabym napisać dwa: według Englunda i według Lindqvista. Wyłoniłyby się z nich dwie różne kobiety.

       

      I wtedy sobie uświadomiłam, o czym czasem zapominam. Bo i bieżące wiadomości, i reportaże, i książki o historii - piszą ludzie. A rzeczy, które opisują, to ich wyobrażenie o miejscach, wydarzeniach i ludziach. Mniej lub bardziej poetyckie. Mniej lub bardziej konfabulowane. I każde mówi nam więcej o autorze niż o rzeczywistości, którą opisuje.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      sobota, 24 listopada 2018 16:30
  • środa, 14 listopada 2018
    • Winni - duński film czarnym koniem Oscarów 2019?

      Jest ich kilkoro. Spotkają się na studiach. Młodzi i zbuntowani. Nie zamierzają powtarzać tego, co już było. Nie będą się sprzedawać. I zrobią wszystko, żeby robić to, co chcą. Wspólnie właśnie zrobili film, który został oficjalnym duńskim kandydatem do Oscara.

       

      Winni_dunski_film_Gustav_moller

       

      Mieli na zrobienie tego filmu mało pieniędzy, zaledwie ok. pół miliona euro, więc kręcą tylko trzema kamerami. Mało czasu; film był kręcony 13 dni, chronologicznie, w ujęciach od 5 do 35 minut, które dopiero w postprodukcji poddano żmudnej obróbce. Dźwiękowiec przyznał, że zbudowanie oprawy dźwiękowej dla filmu zajęło więcej czasu niż zdjęcia do niego. Mieli mało przestrzeni. Kręcą więc w jednym miejscu; jest to dwupokojowe pomieszczenie dyspozytorni numeru alarmowego 112. Ograniczało ich wszystko, tym większy nacisk musieli położyć na kreatywność.

       

      Zrobili więc najkrótsze 85 minut w historii filmu. Zbudowane na napięciu i suspensie. To duńskie kino, które świadomie wychodzi poza wszelkie ramy gatunkowe. A jednocześnie odwołuje się do tego, co w kinie gatunkowym najlepsze. Jest mocne. Jest emocjonalne. Jest nieprzewidywalne. Są tu elementy rasowego thrillera i podkręcone do wysokiego C napięcie. Są tu elementy kryminału z policjantem, który musi być szybszy od porywacza, jeśli chce uratować przed śmiercią ofiarę. Jest tu film psychologiczny z elementami dramatu człowieka, któremu wymyka się spod kontroli życie zawodowe i sypie to prywatne.

       

      Pomysł na "Winnych" zrodził się z życia. Uwagę reżysera Gustava Möllera (ur. 1988) przyciągnął film na YouTube, który był zapisem prawdziwej rozmowy przyjmującego zgłoszenie pod numerem alarmowym od uprowadzonej kobiety, która udawała, że rozmawia ze swoim dzieckiem, żeby naprowadzić osobę, która odebrała telefon na jej ślad. Möller zorientował się, że od 20 minut z napięciem słucha dramatycznego przebiegu rozmowy, pracując cały czas wyobraźnią, która w całość składała chaotyczne informacje, zapisy dźwięków w tle, decyzje pracownika numeru alarmowego. Stwierdził, że chce zrobić taki właśnie niepowtarzalny film, gdzie najwięcej rozegra się w umyśle widzów. I każdy z nich wyjdzie z kina ze swoją wersją tego, co mu podpowiedziała wyobraźnia.

       

      Zaczął research do filmu. W Danii pod numerem alarmowym pracują policjanci, co jak powiedział bardzo go zaskoczyło. Mierzą się tam z wyzwaniami, które odciskają się mocnym piętnem na psychice, która często nie wytrzymuje odpowiedzialności, napięcia i tempa, w jakim trzeba podejmować decyzje. Podczas rozmów spotkał oficera, który przyznał, że wykonuje tę pracę wbrew swojej woli. Wtedy zrozumiał, że znalazł bohatera filmu. Główna rola przypadła doświadczonemu i nagrodzonemu aktorowi. Jakob Cedergren (ur. 1973), urodził się w Lund, ale od szóstego roku życia mieszka w Danii. Znamy go z roli Daniela w „Zakochani widzą słonie” (2005) czy „Straszliwie szczęśliwi” (2008). Pozostałych aktorów wybrano oceniając jedynie ich głosy, bo tylko ich głosy grają w filmie.

       

      Mając mały budżet, mało czasu i możliwości, trzeba było sposobu, żeby rozgrywający się dramat naprawdę wciągnął widzów i utrzymał ich napięcie do napisów końcowych. W rozmowie z Krzysztofem Kwiatkowskim dla „Wysokich Obcasów” Gustav Möller powie, że „musieli zadawać sobie więcej pytań i głębiej szukać odpowiedzi”. Rozpoczyna się kolejny research. Möller słucha podcastu „Serial” Julie Snyder i Sarah Koenig. Ogląda filmy, których akcja rozgrywa się w oszczędnej stylistyce, m.in. „12 gniewnych ludzi”, „Locke” Stevena Knighta. Ale najbardziej inspiruje go amerykańskie kino z lat 70. To wtedy robiło się filmy angażujące, realne i opowiadające o prawdziwych problemach w konwencji, która zachwycała tłumy.

       

      Zabierają się do pracy. Większość z nich tyle co skończyła studia, ale już mają na swoim koncie sukcesy. Gustav Möller już jako nastolatek robi pierwsze filmy krótkometrażowe. W 2015 za „I mørke” - film dyplomowy, otrzyma The Next Nordic Generation Award. Producentka Lina Flint objęta jest prestiżowym programem Duńskiego Instytutu Filmowego New Danish Screen, tym samym w ramach, którego Milad Alami nakręcił ”Uwodziciela”, należy też do Nordisk Film’s unit for talent development SPRING. Jacob Lohman (ur. 1974) grał m.in. w „Wybawieniu” i „Kochanku królowej”.

       

      W momencie, kiedy piszę ten artykuł „Winni” otrzymał nominację European Film Award w kategorii „Najlepszy europejski scenariusz” i „Najlepszy europejski aktor” dla Jakoba Cedergrena. Podczas Camerimage otrzymał nominację w Konkursie Debiutów Reżyserskich. Sundance opuścił z Nagrodą Publiczności dla „Najlepszego Dramatu Zagranicznego” i nominacją do Głównej Nagrody Jury w konkursie na najlepszy dramat zagraniczny. Ale to nie koniec. Podczas MFF w Salonikach „Winni” zdobywa nominację w konkursie głównym a MFF w Valladolid opuszcza z dwiema nagrodami: Nagrodą Indywidualną za najlepszy scenariusz i Nagrodą Specjalną „Nagroda Złotych Blogów”.

       

      Ale to nie dla krytyków i festiwali robi swoje kino Szwed Gustav Möller. Powiedział, że chce łączyć a nie dzielić, że zależy mu na robieniu dobrego kina, które daje do myślenia, które wchodzi w obszary, w których najczęściej toczy się życie, tam, gdzie przecina się czarne z białym, dobre ze złym, dając niejednoznaczną i trudną do rozszyfrowania mieszkankę uczuć, emocji. Ale też przekonań, opinii, uprzedzeń i stereotypów. Życie dla niego jest ciekawe w warstwie nakreślonej grubą kreską niewiadomej. Tam, gdzie najtrudniej o jednoznaczną decyzję. Nie chce robić filmów wykluczających, wyłącznie dla osób przygotowanych do odbioru trudnych treści. Krytyków i elity. Przeciwnie, widzi dla siebie szansę na stworzenie autorskiego projektu, którego spoiwem będą najbliższe ludzkiej duszy sprawy pokazane w estetyce zapożyczonej z anturażu kina gatunkowego. Ale bez wyraźnych odwołań. Bo jak wielokrotnie podkreśla w wywiadach, jeśli wchodzi się w dany gatunek, to jednocześnie bierze się na barki ograniczenia i z góry założone oczekiwania widzów. A on nie tyle chce rozbijać od środka gatunki filmowe, co czerpać z nich, to co najlepsze, żeby połączyć ambitne z rozrywkowym.

       

      Jacob Cedergren grający filmowego Asgera Holma, policjanta, który najwyraźniej wbrew swojej woli pracuje w dyspozytorni numeru alarmowego dostał więc trudną rolę. Film był kręcony w czasie rzeczywistym, praktycznie bez dubli. Kamera pracuje na bliskich zbliżeniach, widzimy drgające mu ze stresu ręce, napinające się mięśnie twarzy, wzrok wbity w głuchą ciszę telefonu. 75 godzin nagranego materiału okrojono do 85 minut, wycinając wszystko, co niepotrzebnie zakłóciłoby osobisty odbiór obrazu. Nie znamy przeszłości policjanta, którego poznajemy pod koniec dnia pracy. Odbiera kilka ostatnich rozmów od jakiś imprezowiczów, narkomana, kobiety, która pijana przewróciła się na rowerze, mężczyzny, który został okradziony przez prostytutkę. Przełomowe będzie zgłoszenie kobiety, która ucieka się do podstępu i udaje, że dzwoni do córeczki, w rzeczywistości została uprowadzona. Asger, który najwyraźniej najlepiej czuje się w akcji, wyraźnie angażuje się w sprawę, na tyle, żeby zostać długo po skończonym dyżurze. W miarę rozwoju fabuły budujemy sobie wyobrażenie o Asgerze i rozwoju wypadków operując jak się okazuje sporymi uproszczeniami. W tym miejscu najbardziej zostajemy wciągnięciu w rozważania nad życiem, nad tym, co w nim jest ważne. Lojalnością, miłością, przyjaźnią, poświęceniem. Reżyser z premedytacją tak okroił zdjęcia. Chciał wpuścić nas w ciemny zaułek i pokazać jak łatwo sięgamy po uprzedzenia i stereotypy. Jak szybko szufladkujemy ludzi. Tworząc niemal miniaturowy, oszczędny, po skandynawsku minimalistyczny obraz, osiąga najwięcej. Łapie nas w pułapkę intensywnej pracy myśli, zaskakuje wywracając nasze przekonania do góry nogami. Pokazuje, że nic w życiu nie jest czarno-białe. Bardzo duże podobieństwo pod tym względem widzę ze „Znikasz” Petera Schønau Foga. Ale przyznaję, że dopiero w filmie Möllera osiągnęłam ten rodzaj zaskoczenia, że niemal wstałam zdezorientowana zwrotem, jaki funduje w jednej z kulminacyjnych scen.

       

      Podoba mi się to, że ekipa „Winnych” nie poszła na łatwiznę, pakując film w gotowy i łatwy do sprzedania nordic noir. Reżyser zresztą podkreślił w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”, że od takiej estetyki woli pracę na archetypach: ofiary, porywacza, bohatera, zbuntowanego policjanta. Bardziej interesuje go rozgryzanie człowieka i szukanie pełnowymiarowych, niejednoznacznych postaci. Myślę, że to dobry czas dla kina i nas widzów. Wchodzimy w nową erę filmu, tzw. półki środka. Kino skandynawskie się zmienia. Odchodzi w historię Dogma i trudny język Bergmana. Do głosu dochodzi pokolenie wyrosłe na metajęzyku mediów, które świetnie czuje puls codzienności. Jej intensywność i napięcia. I wkracza w nią odważnie, na własnych warunkach. To najciekawsze kino, na Północy, moim zdaniem wychodzi właśnie z duńskiej szkoły. Świetny „Uwodziciel”, doskonałe „Znikasz” i teraz wyśmienity „Winni” potwierdza tę tezę.

       

      PS Film zawdzięczamy nieodzownemu Gutek Film. „Winnych” obejrzałam w moim ulubionym Kinie pod Baranami. Polecam Wam ich kartę Klubu Przyjaciół Kina, dzięki której kupuję bilety w dużo niższych cenach.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 14 listopada 2018 15:27

Kalendarz

Grudzień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014