statystyka
środa, 02 maja 2012

Romantyczne zapatrzenie w inną epokę, które kończy się podróżą w czasie i szukaniem kobiety życia to od teraz nie tylko historia Owena Wilsona w „Midnight in Paris”. Ian podobnie jak bohater z ostatniego hitu Woody Allena żyje kontestując dawne, inne czasy i szukając w ich odmienności miejsca dla siebie, własnych marzeń i pasji. W przypadku Iana, głównego bohatera Hyperversum fascynacja przekłada się na studia, które kontynuuje podczas doktoratu, coraz bardziej ocierając się o prawdę, którą przechowują stare księgozbiory. Ulega w niezrozumiały dla siebie samego sposób przywiązaniu, czy uzależnieniu od portretu kobiety, który znajduje w jednej z ksiąg francuskich archiwów.  


Postać Iana i jego fascynacja Isabeau to oś, wokół której Cecilia Randall tworzy powieść. A właściwie grę w historię, która z przygotowanej i odgrywanej w sieci według scenariusza RPG staje się dla Iana i jego przyjaciół prawdziwym, życiowym wyzwaniem, dzięki któremu trafiają w sam środek wydarzeń trzynastowiecznej Francji. Niezrozumiały dla wszystkich błąd lub awaria w systemie przenosi uczestników gry na pogranicze flandryjskie a to co miało być wyłącznie wirtualną grą staje się grą na śmierć i życie.


Randall wzięła to, co najbardziej magiczne w średniowieczu: niezwykły mit rycerskości z legendami o rycerzach mierzących się w turniejowych pojedynkach, walczących o zwycięstwa w wielkich bitwach, historie o namiętnych porywach serca trzymanych na wodzy dworskiego konwenansu, siłę, która przejawia się w męstwie i honorze, puściła nieco wodze fantazji i pozwoliła spotkać się amerykańskim studentom z trzynastowiecznymi postaciami, Janem bez Ziemi - bratem Ryszarda Lwie Serce, który odegrał rolę negatywnego bohatera w historii o Robin Hoodzie, uczestnikami krucjat, francuskimi i angielskimi rycerzami.


Bohaterowie mówią współczesnym nam językiem i patrzą na średniowieczną codzienność oczami współczesnego człowieka. Randall miała wielokrotnie okazję dać wyraz swojemu poczuciu humoru stawiając Iana, Jodi, Martina, Daniela, Carla i Donnę w sytuacjach dla nich obcych, gdzie ludzie przyzwyczajeni do korzystania ze zdobyczy techniki, cywilizacji stają się nieporadną i zabawną grupą, która ma problem chociażby ze zjedzeniem obiadu bez widelca. Ta perspektywa bycia w samym środku średniowiecznego świata, który poznaje się, oczami obcego, nierozumiejącego go, tym lepiej i bardziej pozwoliło zbliżyć nas czytelników do jego codzienności i zwyczajności. Przezabawne są sceny nie tylko spożywania posiłków, ale też ubierania się, gdzie ludzie przyzwyczajeni do wygodnych t-shirtów i dżinsów muszą poświęcić godziny na ubieranie się i rozbieranie, czego nie są w stanie zrobić samodzielnie. Ta podróż w czasie otworzyła przed powieścią nowe możliwości. Ian, który długo studiował trzynastowieczne średniowiecze w wielu sytuacjach jest dla przyjaciół przewodnikiem po nim, znajomość historii pomaga mu lawirować pomiędzy rozgrywającymi się intrygami. A my dostajemy od Iana wskazówki, którymi dzieli się z pozostałymi. Podczas, gdy w klasycznej powieści historycznej brak znajomości realiów przedłuża proces czytania na szukanie źródeł, które pozwoliłyby zrozumieć lepiej czytaną historię, tak tutaj takim źródłem jest Ian. Gdy więc rozpoczyna się turniej poznajemy jego specyfikę, zasady walki i sposób, w jaki w średniowieczu ewaluowały reguły rządzące turniejami. Zrozumiemy historię mariaży politycznych nabierających innego znaczenia w oczach mężczyzny, który musi się pogodzić z utratą ukochanej „sprzedawanej” dla korzyści politycznych innemu mężczyźnie. Weźmiemy udział w średniowiecznym wieczorze kawalerskim.


Ta powieść dotyka głęboko drzemiących, stłumionych, czy wręcz zabijanych przez współczesny świat potrzeb sprawdzenia się w roli prawego człowieka walczącego bezinteresownie i z powodzeniem o ważne sprawy. Świat tej książki jest światem z marzeń o normalności, gdzie ludzie żyją odpowiedzialnie i potrafią się tą odpowiedzialnością dzielić. Środki masowego przekazu epatują nas ostatnio rozwydrzonymi młodymi ludźmi, żyjącymi bez celu, krzywdzącymi najbliższych. Dla odmiany w książce Randall spotkamy ambitnych młodych ludzi z pasjami: studenta, który pisze doktorat o XIII wiecznej rodzinie francuskich feudałów, dwie absolwentki medycyny, studenta fizyki materiałowej.  Sporą odwagą było wybranie na głównych bohaterów tak „normalnych” postaci, pozbawionych tej dziwaczności i nieprzystosowania, która bije rekordy popularności we współczesnych mediach. Tak, jakby Randall przewrotnie w stosunku do mainstreamu chciała nam pokazać, że żeby przeżyć coś ciekawego w życiu, trzeba się najpierw nauczyć czegoś wartościowego.


O tym, jakimi ludźmi są poszczególne postaci tej książki dowiadujemy się stopniowo, niemal jak w życiu, poznając ich w różnych sytuacjach. Randall chce i potrafi budować emocjonalne napięcie wokół poszczególnych postaci. I tak, jak w życiu z jednymi postaciami tracimy na jakiś czas kontakt, z innymi nie chcemy go utrzymywać, jedni zyskują naszą sympatię i wzbudzają coraz większe zaufanie, innych taktujemy z dystansem. Każda z tych osób dostała od autorki szansę na zaistnienie i zbudowanie swojej pozycji w powieści. Dając im prawo do literackiego życia Randall kreśli linie ich życia bez wahania każąc im być ludźmi z krwi i kości.


Zazdroszczę autorce „Hyperversum”, która  napisała pierwszą w swoim życiu powieść i od razu spotkała się z sukcesem czytelniczym, który idzie w parze z uznaniem krytyków. Hyperversum zasłużenie dostało nagrodę literacką za najlepszą powieść młodzieżową, chociaż niezasłużenie może być tym tytułem zaszufladkowane, jako lektura dla nastolatków.  Mam już za sobą czasy licealne, a doskonale bawiłam się przy lekturze tej książki. Randall stworzyła niewidoczną nić, którą niepostrzeżenie wytycza nam kierunek, próbując wydobyć nas z nieświadomości i otworzyć na niezwykły świat, do którego prowadzi droga poprzez poznawanie siebie, zmaganie się z własnymi słabościami, strachem, bólem, ale też poznawaniem, czym jest oddanie, przyjaźń, wierność. Jej bohaterowie emanują ciepłem i dobrocią, która stale nam towarzyszy, sprawiając, że wiara w dobro nas nie opuszcza. Dałam się wciągnąć w tę emocjonalną rozgrywkę, w której uczucie najsilniej przejawia się pomiędzy obdarowywaniem ukochanego cieniutkim, haftowanym szalem a czułym pocałunkiem, gdzie podziwem obdarza się tego, który nie skorzystał z możliwości łatwego zwycięstwa, jaką dały mu niespodziewane kłopoty przeciwnika.


Przenosząc się w czasie do trzynastego wieku Randall pokazuje, jak wiele zmieniło się wokół człowieka a jak niewiele zmienił się sam człowiek. Przyjaźń, która rozwijała się wśród znajomych, gdzieś na amerykańskiej prowincji, w zupełnie zmienionych warunkach, gdzie trudno jest zaspokoić podstawowe potrzeby, gdzie na szali stawia się własne życie, gdzie ławo o ból, a trudno uciec przed strachem, stawia każdego przed nowymi wyzwaniami. Każdy dzień staje się lustrem, od którego jedni woleliby uciec, inni z dumą zobaczą swoje odbicie. Randall w piękny sposób opisała, czym jest prawdziwa przyjaźń, jak rodzi się miłość na całe życie, jak rozróżnić bohaterstwo od pozerstwa, co to jest wierność, czy honor. Pokazała ułomność współczesnego człowieka, który, na co dzień chętnie i szybko odwołuje się do wielkich słów, których znaczenia tak naprawdę nigdy nie poznał. Ci młodzi ludzie, których ręka pisarki skazała na najważniejszą przygodę ich życia stali się ludźmi w nowym dla siebie znaczeniu. Na własnym ciele noszą ślady poświęcenia, wierności, ale też tchórzostwa i lęku. I tak, jak jeden z bohaterów powtarza, że nie będzie umiał już żyć tak jak dawniej, tak samo czytelnik zobaczy świat na nowo i podobnie do niektórych z bohaterów, którzy wolą zostać na zawsze w trzynastym wieku, nie będzie chciał opuszczać tego powieściowego świata.


Cecilia Randall, Hyperversum, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2011. Przełożyła Natalia Mętrak. 749 str.


Anna Dutka


Tagi: współczesna literatura włoska, literatura płaszcza i szpady, literatura przygodowa, powieść płaszcza i szpady, powieść przygodowa, powieść fantastyczna, fantasy, RPG, postaci historyczne, prawdziwa historia, średniowiecze, XIII wiek, powieść rozgrywająca się w średniowieczu, recenzja książki, recenzje książek, recenzja literatury, recenzje literatury, lubię czytać, portal z książkami, strona z książkami, blog z książkami, strona z recenzjami książek, strona z recenzjami literatury, blog o literaturze, blog o książkach, Włochy, Francja, Flandria, Anglia, papiestwo, Otton IV, Filip II, Filip August, Fryderyk II, Guillaume de Ponthieu, Jean de Ponthieu, Henri de Bar, Etienne de Sancerre, Henri de Grandpré, Bouvines, granica flandryjska pomiędzy wzgórzami Artois i regionem Hainaut, włoscy pisarze, włoskie pisarki, włoscy autorzy, włoskie autorki.

Tagi: 2006
07:30, szwecja11 , Włochy
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 marca 2012
Z miłości do Amerykanki opuszcza Anglię. Z braku pracy w USA zaczyna pisać. Tak zaczęła się historia pisarstwa autora okrzykniętego przez „Washington Post” najwybitniejszym żyjącym twórcą historycznych powieści przygodowych, autora powieści opiewających przygody żołnierza Richarda Sharpe’a rozgrywających się w czasach napoleońskich, cyklu opowiadającego o Sasach walczących z Wikingami, czy trylogii o poszukiwaniu świętego Graala. W „Pieśni łuków” autor wyrusza do piętnastego wieku, żeby śladami łucznika Nickolasa Hooka dotrzeć z armią angielską do Francji, do legendarnego miejsca, w którym rozegrała się jedna z najdziwniejszych bitew średniowiecznej Europy. Hooka poznajemy, jako nastolatka służącego lordowi Slaytonowi, który mianuje go leśniczym swoich lasów. Chłopak od najmłodszych lat ćwiczy się w strzelaniu z łuku a umiejętność ta ma na zawsze odmienić jego los, doprowadzając go pewnego dnia przed oblicze samego króla. Niespodziewanie dla samego siebie przeżyje historię, która uczyni go zupełnie innym człowiekiem. Śledząc jego losy znajdziemy się w tyglu wydarzeń, które sprowokowały króla Anglii Henryka V do marszu na Francję, poznamy krwawą historię średniowiecznego Hawru, do którego niedawno Aki Kaurismaki przeniósł akcję swojego ostatniego filmu, zobaczymy, do czego może doprowadzić człowieka duma i przekonanie o własnej nieomylności, jak już w średniowieczu zarabiano na wojnie. Znajdziemy się w samym środku powstawania i upadku wielkich angielskich rodów.

Cornwell z pasją amatora, który całe życie poświęcił studiom historycznym, składa hołd historii, którą opisuje w sposób szczególny, kontestując magię jej odkrywania, z dziecięcą ciekawością, naukową dokładnością i literackim rozmachem godnym miana mistrza gatunku. Obdarzając na nowo życiem postaci historyczne, oddaje im karty powieści, które zaczynają drżeć od szczęku oręża, uderzeń mieczy w przyłbice, ciosów kopii, dwuręcznych toporów i maczug. Autor w posłowiu przytacza długie studia literaturowe, które poprzedziły napisanie tej książki, potwierdza, że nazwiska wszystkich łuczników walczących pod Azincourt z wyjątkiem Thomasa Perrilla są prawdziwymi, zaczerpniętymi  z list werbunkowych armii króla Henryka V, wiele spośród opisywanych wydarzeń miało miejsce podczas marszu wojsk angielskich. Przeplatając je fikcyjnymi wydarzeniami i dialogami tworzy tętniący życiem świat średniowiecznych traktów, wsi, miast i miasteczek, których mieszkańcy wciągają czytelnika w dramaturgię wydarzeń.

Ta książka z jednej strony jest gratką dla miłośnika wojskowości, który odnajdzie tu prawdziwy przegląd oręża, elementów ubioru, opisy machin oblężniczych, fortyfikacji i sposobów ich zdobywania. Mam wrażenie, że opis wytwarzania łuku jest tak precyzyjny, że z powodzeniem, może posłużyć za instrukcję wykonania i montażu.  Opisując przygotowania oblężnicze Cornwell z podziwem obserwatora, zafascynowanego trudem i wysiłkiem wznoszenia umocnień, walki z żywiołami przyrody, zmaganiem się ze zmęczeniem, strachem i głodem pozwala nam wejść w sam środek tych działań.

Bohaterowie tej powieści bez względu na to, czy są postaciami historycznymi, czy wymyślonymi są prawdziwi. W brutalny, często okrutny sposób dają świadectwo ludzkich słabości, żądz czy pragnień. Cornwell nie szczędzi scen skazywania jeńców, zdrad, grabieży, czy gwałtów. Pokazuje średniowieczny świat pełen hipokryzji wysoko urodzonych możnych, rozpusty duchowieństwa, prawa silniejszego.

„Pieśń łuków” to też powieść, w której autor daje w mocny sposób wyraz swoim pacyfistycznym poglądom, stając się zagorzałym orędownikiem pokoju oddaje ostatnie słowa więzionemu przez dwadzieścia pięć lat księciu Karolowi Orleańskiemu, uczestnikowi tytułowej bitwy, który powie „Pokój to skarb, którego nie sposób przecenić. Nienawidzę wojny. Tej cenić nie należy nigdy.”  Cornwell rozwiewa magię zbudowaną wokół średniowiecznych wojen, czy mitu rycerza, pokazuje, że dawne walki były ciężką pracą i sztuką łączenia strategii z siłą, poprzedzoną latami ćwiczeń, zmaganiem się z własną słabością, fizjologią, strachem, były umiejętnością opanowania i koncentracji. Spotkaniem człowieka z człowiekiem i aktem brutalnej i krwawej jatki. Daje się odczuć, czytając tę książkę, że autor z ogromnym szacunkiem podchodzi do ułomności człowieka, która zostaje zdemaskowana w obliczu tamtych wojen. Rycerze ćwiczeni latami w sztuce walki, w pojedynku z kaprysami przyrody, stają się śmiesznymi, zakutymi w kilogramy stali, ciskającymi na oślep, często bezbronnymi celami. Rycerskość tak hołubiona podczas turniejów nie ma szans w ciżbie miotających toporami przeciwników. To, co stanowi o wielkości rycerza, jego uczciwość, honor giną w ferworze walki, gdzie liczy się szczęście w unikaniu ciosów, szybkość, siła uderzenia i umiejętność brania w niewolę bogatych jeńców zamienianych na drogie łupy.  Cornwell pokazuje hipokryzję i niesprawiedliwość wojny, której zwycięzcami zawsze są najbogatsi, którzy walczą otoczeni wiernymi rycerzami broniącymi ich przed groźnymi ciosami, giermkami ponoszącymi znaczący ciężar walki rycerza, któremu służą.

Książka ma gatunkowe atuty, które gwarantują jej sukces czytelniczy: ciekawą prawdziwą historię opowiedzianą z pasją i tempem, które świetnie oddaje w danym momencie szybkość walk, innym razem uciążliwość żmudnego marszu, opowieść o człowieku, który przeżywa duchową przemianę, romans, który połączy dwie zagubione osoby, w najgorszym momencie ich życia. Bohaterów, tak jak w życiu raz silnych i uczciwych innym razem podłych i tchórzliwych. Ma też świetnego autora, który wie, jak pisać bestsellery.

Bernard Cornwell, Pieśń łuków. Azincourt., Wydawnictwo Esprit, Kraków 2009. Tłumaczył Tomasz Tesznar.

Anna Dutka

Tagi: literatura, książka angielska, angielski, recenzja, recenzje literatury, książki, książek, literatury, literaturze, lubię czytać, portal z książkami, portal, strona z recenzjami, Anglia, Francja, angielscy pisarze, angielski pisarz, autor, autorzy, literatura historyczna, powieść przygodowa, religia, obyczaje, kultura średniowiecza, średniowiecze, obyczaje średniowieczne, historia wojskowości, twórca, mistrz powieści historycznych, przygodowych.

Tagi: 2008
07:32, szwecja11 , Anglia
Link Komentarze (2) »
środa, 22 lutego 2012
Szczera literatura drogi do świata wewnętrznego indyjskich kobiet, na skraju zmęczenia swoją kulturą i tradycją, która zamienia ich kobiecość w niekończącą się listę zobowiązań i uwikłań. Anita Nair w odważny sposób połączyła ze sobą losy sześciu indyjskich kobiet, które przypadkowo spotkają się i poznają w pociągu do Kanyakumari. Kobiety obdarzone zaufaniem, jakie rodzi się pomiędzy podróżującymi tym samym pociągiem, którzy wiedzą, że jest to ich pierwsze i ostatnie spotkanie, bez obaw opowiadają sobie nawzajem rzeczy do tej pory tłumione nawet przed sobą.

Nair na główną bohaterkę, od której wszystko się zaczyna wybiera czterdziestopięcioletnią Akhilę „bez męża, dzieci, domu i rodziny. Śniącą o ucieczce i przestrzeni. Spragnioną życia i przeżywania. Marzącą o tym by się w nie włączyć.” Kobieta, która po śmierci ojca, jako najstarsza zajmuje się młodszym rodzeństwem, zapominając o własnych potrzebach, zamienia się w niewidoczną, bezbarwną osobę, odcinającą się od własnych potrzeb, zawsze gotową do pomocy, zaangażowaną i oddaną swojej rodzinie. Jej życie mija, zamieniając się w ciąg takich samych, naznaczonych rutyną dni. Gdzieś w tym przemijaniu rozkwita w kobiecie powoli rozwijający się bunt, jakaś wewnętrzna siła sprzeciwiająca się prawom tradycji, która ubezwłasnowolnia ją w okowach codziennego jarzma i nudy.

Autorka oddając Akhili i jej przypadkowym współtowarzyszkom podróży głos, oddaje tak naprawdę głos pokoleniu indyjskich kobiet, które dusząc się w zniewalającym je świecie pragną wyzwolenia. Ta książka jest głosem rozżalonego, zagniewanego, tłumiącego w sobie bunt i własne potrzeby pokolenia kobiet, które obserwując swój los, widzą jałowość własnego życia, emocjonalną pustkę związków małżeńskich aranżowanych dla nich, ciężar codziennych obowiązków, które zamieniają je w służące, które domagają się dla siebie prawa do zrozumienia, że mają uczucia, które są niezaspokajane, że chcą poznać coś więcej niż świat czterech ścian kuchni, że chciałyby się spełniać w czymś więcej, niż w rodzeniu i wychowywaniu dzieci.

Autorka opowiada o Indiach łącząc dziennikarską precyzję w wychwytywaniu drobnych szczegółów, które leżą u podłoża ważnych zmian społecznych z literackim talentem do opisywania ich w sposób, który wywołuje w czytelniku chęć życia własnym życiem, podjęcia walki o siebie, sięgnięcie po prawo do realizacji własnych marzeń. Zostajemy przez autorkę wciągnięci w pewną emocjonalną grę, która rozgrywa się w podświadomości, tam, gdzie drzemią nasze tłumione uczucia. Poruszając tę cienką nić, szarpaną wprawną ręką Nair, ulegamy początkowej egzotyce Indii. Autorka z premedytacją wciąga nas w zmysłowy świat, który rozgrywa się pomiędzy iskrzącymi barwami sari, dźwiękami biżuterii, która delikatnie zaznacza każdy ruch nadgarstka, każde powolne poruszenie stopą. Zostajemy odurzeni indyjską kuchnią, której smaki, barwy i zapachy uwodzą rozbudzając wyobraźnię. Powtarzamy po chwili odurzeni nieznane nazwy, nieznane zapachy rozkoszując się samym wyobrażeniem kulinarnej orgii, jaka ma miejsce na kolejnych stronach książki. Jak mantrę powtarzam „ryż z cytryną, ryż z twarogiem, idli, wady, puri, korna, samosy w miętowo-tamaryndowym ćatni, uppma i wady, sambor i dosy.

Początkowa egzotyka, przejawiająca się w barwnych sari, odmiennym od europejskiego makijażu, sztuce tańca i śpiewu, zachwycająca swoją odmiennością, w opowiedzianej z bliska historii nabiera nieco smutniejszych barw. Zamienia się w rytuał tradycji wyznaczający kobiecie jej rolę, pozycję i przeznaczenie. Każda fałda sari, każdy jej odcień, sposób pokrywania ciała makijażem, zdobienia biżuterią to wskazówka dla męskiego świata, na jakim etapie gotowości do zamążpójścia lub zaawansowania w roli żony jest napotykana kobieta. Kobieta spowita tą mapą znaczeń, zamieniania jest w bezosobowy kodeks drogowy, który ma ułatwić poruszanie się mężczyznom, ma służyć do osiągania przez nich celu. Oddając głos jednemu z nich usłyszymy „Chcę, żeby moja żona dbała o mnie i o moje dzieci. Nie chcę, żeby praca zajmowała jej tyle czasu, że już go nie będzie miała dla domu, ani żeby dbać o moje potrzeby”.

Anita Nair przyglądając się z bliska życiu swoich bohaterek opowiada, jak przypisana kobiecie przez tradycję i kulturę rola wpływa na jej los. Autorka pokusiła się o ciekawą analizę zależności, które pchają kobiety do uległości wobec losu, a tym samym do niechęci do kobiet, które były na tyle silne, żeby go wziąć w swoje ręce. Ta książka jest misternym studium układów i relacji rządzących światem kobiet, na które te bezwolnie się zdają, wpędzając się w machinę strachu, zawiści, czy zazdrości. Autorka pokazuje, jak przekazywane z pokolenia na pokolenie fobie pchają kolejne pokolenia kobiet w trudny labirynt niespełnionych oczekiwań, rosnących obowiązków, tłumionych pasji, niezaspokojonych ambicji. Nair udało się pokazać w poruszający sposób, jak narzucone społecznie wzorce tworzą wokół kobiet żelazny mur, który skutecznie odcina je od reszty dynamicznie zmieniającego się świata. To, co wzbudza największe emocje, to sposób, w jaki autorka przedstawia mężczyzn, którzy korzystają z możliwości, jakie otwierają się przed nimi wraz ze zmienianiem się świata i upór i determinacja, z jaką odbierają swoim kobietom prawo do korzystania z tych samych szans.

Wraz ze swoimi bohaterkami autorka na głos zastanawia się, w jaki sposób kobieta powinna postępować w relacji z mężczyzną, żeby zagwarantować sobie podobne jak on prawa do czułości, namiętności, sukcesu zawodowego, spełniania marzeń. I dochodzi do prostego i uderzającego swoją prostotą wniosku, że to kobiety same się skazują na swój los. Same stają się wielopokoleniowymi strażniczkami swojego uzależnienia od mężczyzn, same stają się swoimi najsurowszymi sędziami, same tłumią w sobie swoje potrzeby.

Anita Nair, Przedział dla pań. Powieść w częściach., Świat Literacki, Izabelin 2004. Przełożyła Hanna Pustuła.

Anna Dutka

Tagi: literatura, książka indyjska, indyjski, recenzja, recenzje literatury, książki, książek, literatury, literaturze, książek, lubię czytać, portal z książkami, portal z recenzjami, z książkami, Indie, indyjscy pisarze, indyjska pisarka, autorka, indyjskie pisarki, autorki, literatura feministyczna, emancypacyjna, emancypantki, feminizm, feministki, emancypacja, równe prawa kobiet i mężczyzn, feminizm, równouprawnienie w Indiach, Azja, hinduizm, religia.

Tagi: 2001
07:24, amdutka , Indie
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 13 lutego 2012

To przejmujący opis ponad trzydziestu lat z historii Azji Mao, Pol Pota, japońskiej jakuzy i Tamilskich Tygrysów, wielkich ruchów rewolucyjnych, wielkich rzezi.


Dobierając reportaże do tego zbioru Terzanii dokonał wyboru, dzięki któremu widzimy Azję w niezwykły sposób. Autor opowiada o krajach azjatyckich posługując się chronologią wydarzeń, począwszy od lat sześćdziesiątych, skupiając się do najważniejszych faktach, pokazując nam Chiny rządzone przez Mao, wyjazd Amerykanów z Sajgonu, wojnę w Kambodży, kończąc przejęciem Hongkongu przez Chiny w latach dziewięćdziesiątych. Posługując się dynamiką kolażu, opisuje w krótkich tekstach raz Japonię, innym razem Sri Lankę, wraca do Indii, żeby wyjechać do Chin. Próbując zrozumieć człowieka analizuje jego miejsce w społeczeństwie, które jest światem mafii, narkotykowego biznesu, wielkich idei na usługach wielkich organizacji terrorystycznych. Początkowe zdezorientowanie, przesyt informacji sprawia, że ta mozaika faktów wydaje się być chaotycznym zbiorem, który jednak zmienia się i dojrzewa wraz z jego autorem, początkowo chłopakiem kierującym się młodzieńczą ciekawością do Azji, jej odmiennością kulturową, następnie mężczyzną, który po pierwszym kontakcie z tym nowym światem nabiera wiedzy, którą z determinacją porządkuje i układa w całość, wreszcie dojrzałym i doświadczonym reporterem, który zetknął się z okrucieństwem niejednej wojny, niejednej naiwnej wiary w rewolucję, poznał smak i niesmak życia.  

Nie sposób czytając te teksty nie poddać się uczuciom, które ubezwłasnowolniają autora. Widać, jak Terzani przemienia się z niemal człowieka złamanego prawdą w poświęcającego się wybawiciela. Widać, jak okrucieństwo tego świata raz ochładza jego zmysł obserwacyjny do skalkulowanej na zimno analizy a innym razem zamienia go w zaangażowanego kontestatora, gotowego pójść w sam środek piekła. Gdy Terzani traci wiarę w Azję, jego reportaże nie zostawiają też cienia wiary w czytelniku. Przyznaję, że z łatwością dałam się zaangażować w nastrój niepokoju, zdumienia, czy oburzenia. Jest to nastrojowość ukryta w symbolicznych obrazach. Nie ma w nich drobiazgowego igrania ludzkimi uczuciami. Przeciwnie, autor ucieka się do opisów, które swoim niedopowiedzeniem przemawiają głębiej, bardziej przejmująco i wstrząsająco. Cenię go za tę siłę między słowami i za to napięcie emocjonalne, które drzemie między opisywanymi zdarzeniami. Odbieram takie pisanie, jako wyraz szacunku dla czytelnika. Takie pisarstwo przypomina mi rozmowę przyjaciół, którzy do zrozumienia się potrzebują kilku słów.


W tych reportażach udało się autorowi pokazać, jak w takich wielomilionowych społeczeństwach pojedynczy człowiek traci na znaczeniu. Jak jego miejsce zajmują rządzące się swoimi prawami światy na skrzyżowaniu polityki, religii, biznesu i przestępczości. Reportaże Terzaniego dotykają okrutną prawdą, która odziera rzeczywistość z romantycznych wyobrażeń i naiwnej nadziei na lepsze jutro. Azja jawi się tutaj jak wessana przez machinę nowoczesności złamana dyktaturą masa społeczna, którą w zależności od dekady przerabia się raz na mięso armatnie, innym razem na niewolniczą siłę roboczą, a jeszcze innym na ciemną masę na usługach ruchów religijnych.


Na koniec tej szokującej lekcji autor przeprowadza wywiad z dziedzicem fortuny Fiata Giovanni Aberto Agnellim a potem przenosi nas na włoską prowincję, cichą, spokojną, nieco leniwą, radosną. W ten zaskakujący sposób zestawia ze sobą dwa światy: świat kultury pracy niewolniczej, opartej na redukcji strat i maksymalizacji zysków i świat, w którym najważniejszy jest człowiek i jego prawo do afirmacji życia.


Tę książkę trzeba czytać. Polecam ją szczególnie osobom, które zachłysnęły się lub uległy polityce wielkich korporacji. Polecam ją osobom, które słuchają przedstawicieli rządów powtarzających, że musimy dłużej pracować, bo brakuje pieniędzy na nasze emerytury, bo dłużej żyjemy, choć powód jest inny – marnowanie publicznych pieniędzy przez owe rządy, polecam ją przedstawicielom sektora biznesu, którzy w ciągłym szukaniu dróg do osiągnięcia jeszcze większego zysku szykują nam azjatycki model pracy: pracy niewolniczej, w której pracować będziemy coraz dłużej, coraz więcej, w coraz gorszych warunkach za coraz mniejsze pieniądze. Azja tę społeczną reformę przeprowadziła za pomocą dyktatury, ale Terzani pokazuje, że Europa i reszta świata jak widać potrafi zrobić to samo korzystając z demokratycznych metod. Czy należy się zacząć bać? Po lekturze tych reportaży: tak.


Tiziano Terzani, W Azji., Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010. Przełożyła Joanna Wajs.


Anna Dutka


Tagi: literatura, książka włoska, reportaż włoski, reportażysta, recenzja, recenzje literatury, książki, literatury, literaturze, książek, lubię czytać, portal z książkami, portal z recenzjami, Włochy, włoscy pisarze, reportażyści, najlepszy światowy reportaż, reportażysta

Tagi: 1998
07:26, szwecja11
Link Komentarze (5) »
środa, 01 lutego 2012
Starożytna historia opowiedziana w tempie powieści przygodowej, budująca napięcie niczym w thrillerze politycznym, odwołująca się do sprawdzonych motywów powieści non-fiction, w którą autor w doskonałych proporcjach wplata wymyślone, lecz możliwe dialogi. To balansowanie na granicy historii i zmyślenia Posteguillo doprowadził do mistrzowskiej galanterii, wzmacniając efekt wprowadzeniem dodatkowych autentycznych postaci, których pojawianie się i znikanie raz, że dynamizuje akcję a dwa pozwala na ciekawe dygresje o życiu starożytnego świata, pokazując obyczajowość, tradycję i kulturę epoki. Ta książka z powodzeniem mogłaby być używana zamiennie z podręcznikiem do historii, bo w niebanalny, atrakcyjny sposób opowiada o dwóch najważniejszych wodzach starożytnego świata Scypionie Afrykańskim i Hannibalu i rozgrywających się za ich życia wydarzeniach.

Atutem tej książki jest jej wiarygodność. Nie tylko w samej historii, lecz również wątków pobocznych, które mają pokazać tło wydarzeń towarzyszących, oddać warunki, w których dorastali ci wielcy wodzowie, pokazać stosunki społeczne, zwyczaje i obyczaje. W powieści Posteguillo świat pulsuje wszystkimi zmysłami. Bez względu na to, czy autor zabiera czytelnika na przegląd wojska, do obozu tuż przed bitwą, czy na ulice Rzymu doskonale, niemal w sensualny sposób oddaje zmieniającą się scenerię. Gdy setki tratw i łódek przepływa z Afryki w stronę Europy przez cieśninę gibraltarską czuć narastające napięcie wśród żołnierzy i strach transportowanych zwierząt. Gdy wódz kartagiński zmuszony jest przedzierać się ze swoim wojskiem przez bagna, czytelnika przenika doskwierający chłód, wilgoć i unoszący się zapach mokradeł. Gdy konsulowie przechadzają się po rzymskich ulicach, słychać pokrzykiwanie przechodniów, lekkie ocieranie się rzemieni sandałów, ciepło letniego słońca.
Posteguillo nie tylko dobrze buduje napięcie i pozwala na zmysłowe rozsmakowanie się w powieściowym świecie, ma też tę umiejętność narratora, który potrafi tworzyć przemawiające do wyobraźni obrazy. Stąd czytelnik jest w stanie zobaczyć opowiadaną historię wraz z całą gamą towarzyszących jej dźwięków, zapachów, barw.

Tę powieść można też czytać, jak podręcznik pokazujący, jak żyć, żeby przeżyć godnie życie, co tak naprawdę tworzy legendę, na ile sukces jest kwestią przypadku, a na ile ciężkiej systematycznej pracy, jak tworzyć wielopokoleniową siłę rodów, jak wychowywać dzieci na przyszłych przywódców. Historia Hannibala i Scypiona Afrykańskiego to doskonała okazja do pokazania człowieka w chwili jego wielkości i upadku, w drodze do sukcesu i klęski. Posteguillo to bynajmniej nie autor moralizujący a raczej starożytny filozof, który zaprasza czytelników do odbycia pełnej przygód wycieczki historycznej, zobaczenia starożytnego świata oczami świadka, który dzięki sile narratora nagle znajduje się w samym epicentrum wydarzeń.

Santiago Posteguillo, Africanus. Syn Konsula., Wydawnictwo Esprit SC, Kraków 2011. Przełożyła Patrycja Zarawska.
Tagi: 2006
07:31, szwecja11 , Hiszpania
Link Komentarze (2) »
wtorek, 20 grudnia 2011
Zabawne wspomnienia syna o sławnym ojcu, z jednej strony pisarzu o światowej renomie z drugiej koneserze marcepanów i chałwy, który w ukryciu zajadał się słodkościami a żonie oświadczył się posyłając jej zamiast kwiatów tort. To książka, która pokazuje, że można mieć szczęśliwe dzieciństwo, jeśli trafi się na rodziców, którzy potrafią i kochać i wychowywać. W każdej przytaczanej przez Tomasza Lema anegdocie jest dużo ciepła i wdzięczności za wspaniałe dzieciństwo i możliwość czerpania garściami z wielkości ojca.

Ta lektura to też pełna ciepłego humory wycieczka historyczna do początków PRL, który dzięki swoistemu poczuciu humoru Stanisława Lema wygląda jak ciąg dalszy filmów Barei. Autor w niezwykły sposób pokazał, że na wielkość człowieka składa się tysiące drobnych rzeczy, wiele własnych wyborów, świadomość dążenia do celu, umiejętność ich stawiania a potem umiejętność twórczego ich rozwijania. Lem ojciec umiał cieszyć się życiem i przekazał tę radość na syna. Potrafił też dzielić się życiem, przygarniając zagubione psy, koty. Miał umiejętność obracania codzienności w anegdotę, bycia roztargnionym, gdy tego wymagał ciężar chwili, dzięki czemu z tym większą lekkością szedł dalej przez życie.

Ten koneser słodkości i radości życia pisał książki, które trudno byłoby nazwać słodkimi, czy zabawnymi. Wygląda na to, że zapewniając najbliższym najradośniejsze chwile, dla odmiany mroki i trudności kontestował między wierszami swojej twórczości, rozliczając się tam ze zmorą swoich czasów.  

Wiem teraz, że cenił Luisa Buñuela a sklepem, w którym zatracał się bez reszty był budowlany Bauhaus. W domenie nut był analfabetą. Gdy rozchorował się na cukrzycę , uznał, że „akt samobójstwa, polegający na zamknięciu się w gabinecie z pięciokilową puszką tureckiej chałwy, nie byłby wcale takim złym pomysłem.”.  Wiem, też, że sięgnę znowu do jego twórczości, która po lekturze tej książki nabrała dla mnie nowego znaczenia.

Tomasz Lem, Awantury na tle powszechnego ciążenia., Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009.

Tagi: współczesna polska literatura, polscy pisarze, polski pisarz, książki polskie, recenzja książki, recenzje książek, czytam, portal o książkach, z książkami, Polska.
Tagi: 2009
14:55, szwecja11 , Polska
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Smutna, pełna gorzkiej prawdy satyra fińskiej wsi, która równie dobrze może być uniwersalną opowieścią o nietolerancji i eskalacji zła, w której niczym w bajce zwycięża finalnie dobro.

Akcja tej książki jest dość prosta. Do wsi na północy Finlandii przyjeżdża mężczyzn, który kupuje podniszczony młyn, po szybkim remoncie z sukcesem zaczyna go prowadzić, dorabiając sobie również sprzedażą gontów. Ludzie we wsi cieszą się, bo mają taniego i solidnego dostawcę. Gunnar Huttunen jest jednak dla nich tajemniczym mężczyzną, który nie lubi za wiele mówić o sobie, ale plotki, które dotarły za nim aż do dalekiej Północy budzą poruszenie.  Ludzie puszczają jednak wszystko w niepamięć, bo ważniejsza jest dla nich wygoda z posiadania we wsi dobrego młynarza, który i zboże przemieli i tanie gonty sprzeda. Wszystko zaczyna się komplikować, gdy wyobraźnia młynarza daje o sobie znać. I tu zaczyna się pasmo wydarzeń, których finał zaskakuje bajkową poetyką.

Huttunen wzbudził we mnie dużo ciepła i zrozumienia. Jest krzepkim, prostym mężczyzną o wielkim sercu i niezwykłej wrażliwości. Wieczorami zbierają się wokół niego wiejskie dzieci, które z wypiekami na twarzy słuchają wymyślanych przez niego opowieści, które potrafi ubarwiać odgrywanymi scenkami, z zamiłowaniem, upodobaniem i niezwykłym talentem naśladując dźwięki i ruchy dzikich zwierząt. U Huttunena wzruszyła mnie też szczerość, z jaką reaguje na świat. Gdy niespodziewanie do jego młyna przyjeżdża instruktorka kółka ogrodniczego, zauroczony jej krzepką urodą musi schłodzić ogarniające go emocje szybkim zanurzeniem w lodowatej wodzie rzeki. Zachwycony jej „solidnymi udami i umięśnionymi łydkami (…) jej szeroką pupą zakrywającą całkowicie siedzenie roweru”, staje się zapalonym miłośnikiem ogrodnictwa, który z oddaniem poświęca się sadzonkom, wyczekując kontrolnych odwiedzin instruktorki w swoim przydomowym ogródku.  Gunnar nie potrafi nazwać swoich uczuć, nie potrafi rozmawiać o nich i tu przypomina mi bohatera granego przez Ryana Goslinga w „Lars and the Real Girl”, który bliskości z kobietą uczy się z kupioną w Internecie lalką ludzkich rozmiarów. Ten bohater miał jednak szczęście trafić na cudownych, otwartych ludzi, który dopingując go i okazując zrozumienie pomagają mu pozbyć się tego, co do tej pory uniemożliwiało mu zbliżenie się do kobiety. Huttunen mając tę samą wrażliwość trafia na mur niezrozumienia i nietolerancji. Jego życie z czasem zamieni się w pasmo nieszczęść.

Paasilinna w niezwykły sposób pokazuje narastające wokół Gunnara niezrozumienie, strach wiejskiej społeczności, wreszcie rozwijające się coraz bardziej przejawy niechęci. Spiętrzające się sytuacje wplątują Gunnara w spiralę nienawiści. W mieszkańcach wsi uzewnętrzniają się ich najgorsze cechy.   Autor pokazuje siłę systemu i jego kluczowych reprezentantów. Obserwujemy zachowanie przedstawiciela Kościoła, policji, służby zdrowia, władz samorządowych, banku. Nie nazywając problemu po imieniu autor zdaje się na wyczucie czytelnika, pokazując, jak ludzie reprezentujący system mogą zniszczyć jednostkę. Jednocześnie Paasilinna pokazuje, że  strażnicy systemu muszą kierować się zdrowym rozsądkiem, właśnie po to, żeby nie niszczyć w ludziach indywidualności.

Zachowanie młynarza zaczęto odczytywać, jako przejaw szaleństwa. Poszczególni mieszkańcy wsi wykorzystywali tę sytuację do ugrania czegoś dla siebie. Nagle wieś stała się sceną międzyludzkiej gry o władze, rację. Czasem grą o prawo do lenistwa, jak w przypadku kobiety, która podsłuchując rozmowę młynarza z instruktorką kółka ogrodniczego, po otwarciu drzwi, uderzona przez nie spada ze schodów i symulując paraliż całą winę za ten wypadek zrzuca na młynarza. Absurdalność dochodzi do szczytu, gdy sam młynarz przyjmując wyrok wsi, która uważa, że powinien leczyć się psychiatrycznie sam zgłasza się po poradę medyczną do wiejskiego lekarza. Ten racząc go sowicie alkoholem w trakcie rozmowy wpada w dygresje oddając się swojemu ulubionemu tematowi, jakim są polowania. Symulując własne przygody w lesie, podchodzenie zwierzyny, jej ucieczkę zaczyna zachowywać się tak jak młynarz opowiadający dzieciom bajki. Poruszony tym Huttunen widząc w nim bratnią duszę przechodzi do odgrywania zachowań jego ulubionych zwierząt. Lekarz odbiera jego zachowanie, jako zniewagę, próbę ośmieszenia go. I tak, przedstawiciel władzy podejmuje ostateczną decyzję, że młynarz rzeczywiście jest wariatem. W jednej ze scen pada znamienne stwierdzenie, że gdy bogaty człowiek, lub człowiek posiadający władzę zaczyna zachowywać się nieracjonalnie, ludzie mu potakują, nie dostrzegając nic zdrożnego w jego zachowaniu. A prosty młynarz nie miał za sobą siły urzędu, we wsi był nowy, i nie na tyle zamożny, żeby zapewnić sobie spokój.

Czy Huttunen wygrał? Nie chcę zdradzać, ale autor widać jest zwolennikiem teorii, która mówi, że zło się kołem toczy. I w świetle tej teorii, ci którzy dopuszczają się zła po stokroć zostaną ukarani.

Arto Paasilinna, Wyjący młynarz, Wydawnictwo PUNKT, Warszawa 2003. Z języka fińskiego przełożyła Bożena Kojro. (1981)

Tagi: literatura fińska, skandynawska, fińskie książki, fińscy pisarze, z Finlandii, recenzja książki, recenzje książek, czytam, portal, strona internetowa, www o książkach, z książkami, Finlandia, finlandzka literatura, finlandzki pisarz.

Tagi: 1981
13:33, szwecja11 , Finlandia
Link Komentarze (2) »
środa, 07 grudnia 2011
Ciekawy debiut na granicy szaleństwa. Głębski tak, jak Łysiak w „Liderze”, czy Miłoszewski w „Uwikłaniu” odkrywa skrywane, ciemne strony systemu, który niewinnych skazuje na potępienie, nie pozwalając prawdzie wyjść na światło dzienne, stając się zaułkiem ze ślepą uliczką dla uciekających przed mroczną tajemnicą. Na okładce książki czytamy, że to autentyczna historia, więc dreszcz emocji zaostrza się z każdą stroną. O ile nie przepadam za kryminałami, o tyle wciągnęła mnie ta niemal kryminalna historia, przez to, że ma i glejt prawdziwości i skrojona jest wprawnym, niepokornym i odważnym cięciem autora, przyjmując na siebie rolę Brudnego Harrego, który w imię prawdy idzie na literackie szranki z „Nimi”.

Akcja jest klaustrofobiczna, jak pokoik, w którym przebywają klienci sali, do której trafia młody absolwent psychiatrii, tropiący zagadki ludzkiego umysłu. Porywając się na największy eksperyment w swoim życiu przypominający spotkanie bohaterów „Lotu nad kukułczym gniazdem” w „Nagim lunchu”, którzy zafundowali sobie odlot, jak w „Wojnie polsko-ruskiej”. Głównego bohatera - Andrzeja Majera polubiłam od razu. Za entuzjazm. Za naukową pasję. Głębskiemu nie daruję żony Majera i Joli-sekretarki. Skąd u pisarzy taka potrzeba opisywania tępych kobiet i zołz? Akcja gęstnieje, ale czy się wyjaśnia? Czy zbliża mnie do prawdy? Ta niedwuznaczność to najmocniejsza strona tej książki. Bo nie wiem, czy nagle wpadam w narkotyczny odlot z Majerem, czy zbliżam się do rozwiązania jednej z największych zagadek medycyny, czy jedynie potwierdza się ułomność ludzkiej psychiki i wariuję razem z głównym bohaterem? Ostatnie strony to poetycko-narkotyczny majstersztyk no i jednak ostrzeżenie, że i zabawa zapałkami i innymi nieostrymi narzędziami to przysłowiowe igranie z ogniem i jak w tym przypadku z ciemniejszą stroną naszej psychiki, która wciąż pozostaje dla nas niewyjaśnionym.

Jacek Głębski, Kuracja, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 1998

Tagi: współczesna polska literatura, polscy pisarze, polski pisarz, książki polskie, recenzja książki, recenzje książek, czytam, portal o książkach, z książkami.

Tagi: 1998
08:48, szwecja11 , Polska
Link Komentarze (4) »
wtorek, 06 grudnia 2011
Urzekająco ciepła próba zrozumienia trudnego losu wojennego pokolenia Niemców i przymusowych robotników, widziana i opowiedziana z perspektywy dziecka. Temat trudny i ciężki, pokazany oczami dziecka pozwolił na niebanalne pokazanie historii. Jak tu bowiem do jednego worka wrzucić i wyjaśnić, czym dla Polaków były przymusowe roboty, co to znaczy stracić dzieciństwo, młodość i zostać zmuszonym do niewolniczej pracy. Oleś-Owczarkowa poradziła sobie dość sprawnie dając tym samym popisowy pokaz umiejętności psychologicznych, bo czytając tę książkę można mieć odczucie, że to dorosły pochyla się nad swoim wewnętrznym dzieckiem i klaruje długo i cierpliwie, odpowiednio prostym językiem, czym jest trudne dzieciństwo, okrucieństwo wojny i strach o najbliższych.

Chylę czoło, że autorka nie pokusiła się o tkliwe wymuszacze łez. Wbrew pozorom więcej w tej książce jest momentów otuchy, ciepłego i pełnego zrozumienia spojrzenia na problem oczami tzw. obu zaangażowanych stron niż łzawych historii i świadectw okrucieństwa wojny. W książce spotykamy oczywiście też złych „bauerów”, którzy kijem i nadzorem pod bronią zaganiają do pracy pozyskanych bezpłatnych robotników, wykorzystują ich bez skrupułów, ale są też rodziny uczciwych Niemców, którzy jak się dowiadujemy wcale nie chcieli tej wojny a teraz próbują dostosować się do tych nowych okoliczności, które i dla nich często są związane ze strachem o najbliższych, którzy walczą na wojnie, troską o gospodarstwo, które zostaje na barkach samotnych kobiet.

Okazuje się, że nie tylko Ala – główna bohaterka traci swoje dzieciństwo, ale też córki bauera, który wyjeżdża w końcu na front i staje się mniej niż weekendowym ojcem, który od czasu do czasu, a wraz z końcem wojny coraz rzadziej odwiedza rodzinę. Wojna jest trudna nie tylko dla mamy Ali, zmuszonej do opuszczenia swojego rodzinnego domu i pracy u obcych. Niemki miały własne historie, tak jak żona bauera Langera, który na jedną z kolejnych przepustek przyjeżdża z radziecką sekretarką. Z rzeczy, które mnie prawdziwie bawiły to opisy rodziny Ali. Rodzina dziewczynki jest konserwatywną chłopską wielodzietną rodziną, w której matka pilnuje, żeby wszystko była jak Bóg przykazał. Według tego porządku „mężczyźni są stworzeni do polityki, a kobiety do kuchni i do roboty przy dzieciach”.

Ta książka nie sili się na wielkie wyzwanie literackie, nie ma w sobie potencjału tworzenia literackich nisz, czy przełamywania utartych szlaków, ale jest dobrą warsztatowo prozą i choćby dlatego z ciekawością poczekam na kolejną powieść autorki.

Teresa Oleś-Owczarkowa, Rauska., Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009.

Tagi: współczesna literatura polska, polskie pisarki, polska pisarka, książki polskie, recenzja książki, recenzje książek

Tagi: 2009
10:22, szwecja11 , Polska
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 listopada 2011
Ta książka to literackie studium losu kobiety, która była z mężczyzną, który „nigdy nie chciał dawać. Chciał tylko mieć. Wszystko i wszystkich”.

Są książki, których fabuła do tego stopnia mnie wciąga, że w trakcie czytania wchodzę w opisywany świat, wraz z jego dźwiękami, smakami, barwami. Czytając czuję się, jakbym była w kinie. Nie pamiętam nawet przewracania kolejnych stron. Właściwie tylko uporczywy głód, dzwonek do drzwi albo dźwięk telefonu wyrywa mnie z zaczytania. „Ta, którą nigdy nie byłam” jest właśnie taką książką. Co gorsza jest książką, która z jednej strony maksymalnie wciąga a z drugiej powoli uzależnia i angażuje.

Axelsson nie robi tego jednak z czytelniczką wprost. Nie zapowiada, że oddaje nam do rąk pewnego rodzaju pitawal małżeńskich przestępstw i grzeszków. Czytamy opowieść pewnej kobiety od jej dzieciństwa aż do czasów, kiedy jest u szczytu swojej kariery zawodowej. Z początku zwykła historia przeciętnej dziewczyny zamienia się w pewnego rodzaju ostrzeżenie.

 MaryMarie podąża bezwiednie drogą narzuconą przez wielopokoleniowe ubezwłasnowolnienie kobiet, oznaczające wrzucanie do jednego worka ich marzeń, zmuszanie do przyjmowania stereotypowych ról, których głównym motorem działania jest szukanie tego jedynego, co finalnie staje się też ich jedynym źródłem satysfakcji, chociaż na końcu też rozczarowaniem. MaryMarie należy do pokolenia Szwedek, które pozornie wychowywane są na dużo bardziej niezależne od swoich matek, lecz wciąż tkwią w rodzinnym schemacie, który jest dla nich emocjonalnym więzieniem. Ojciec MaryMarie nie wybiera na żonę niezależnej Szwedki a Polkę po traumie obozu w Auschwitz. Decyzje zapadające w rodzinie dziewczynki są napiętnowane silnym uporem ojca i słabą wolą matki.  Axelsson pokazuje symbolicznie skłonność mężczyzn do stawiania siebie w roli wybawiciela, wybierania kobiet słabszych emocjonalnie, których gorsze pochodzenie, wykształcenie uniezależnia je i skazuje na życie we wdzięczności. MaryMarie, która jest wystarczająco inteligentna i samodzielnie myśląca, mimo, że może osiągnąć wszystko o czym zamarzy a co socjaldemokratyczna Szwecja ułatwia również osobom spoza tzw. elit wybiera los kobiety uzależnionej od mitu mężczyzny, podobnie, jak jej matka uzależnia się od swojego męża. Dziewczyna wybiera tak jak wiele pokoleń przed nią przystojnego, elokwentnego Sverkera. Wciąż na niego czeka, śledząc jego kolejne gorące i krótkotrwałe romanse. Rozwija się, robi karierę czekając aż ją dostrzeże, doceni, pokocha. Ulega silnej pasji kobiecej, która skłania do uzależniania się od toksycznych mężczyzn, którzy kobietami pomiatają, wykorzystują, obdarzają złudzeniami, podsycają nikłymi nadziejami. Axelsson nie pozostawia tutaj żadnych złudzeń. Mówi: „Kobieta spotyka mężczyznę. Budzi się nadzieja. Mnożą marzenia. Rodzi się zawód. Kruszą iluzje. Płyną łzy”. MaryMarie jak wiele innych kobiet jest ślepa na doświadczenia poprzednich pokoleń, brnie w schemat, który bez względu na to, jaką decyzję podejmie i tak ją zniszczy. Staje się symboliczną kobietą w rękach symbolicznego mężczyzny egocentryka, patrzącego na świat z perspektywy czubka własnego penisa. Dla Sverkera świat to łóżkowe eldorado, tysiące prześcieradeł, w które owija tysiące kobiet. Jest wampirem energetycznym, który karmi się ich marzeniami o wielkiej miłości. Sverker nauczył się nietrudnego zresztą kodu skutecznego uwodziciela. Zdobywa pozycję, pieniądze, bierze sobie MaryMarie, która będzie dla niego przystankiem w drodze od jednej kochanki do drugiej, będzie emocjonalnym wsparciem, gdy przyjdzie rozczarowanie nową miłostką, znudzenie zbyt długim romansem, czy okazją dla rozładowania napięcia seksualnego, gdy zabraknie w danej chwili kochanki. MaryMarie godzi się na tę iluzję małżeńską, bo mimo, że Sverker był „kłamcą, klientem prostytutek, chronicznie niewiernym małżonkiem” był kimś, dla kogo MaryMarie chciała żyć: „owinęłabym się wokół niego jak anakonda i nie chciałabym puścić, wessałabym mu się w szyję, zamknęła w uścisku jego ramiona i nogi, trzymałabym go tak mocno, że nigdy by mnie nie zostawił.”

Akcja powieści jest tak zbudowana, że śledzimy dwie równolegle toczące się historie jednej kobiety. Stajemy się obserwatorkami dwóch alternatywnych opowieści, pokazujących, co by było w zależności od tego, jaką decyzję podjęłaby MaryMarie. Kluczowym wydarzeniem są odwiedziny Sverkera w burdelu, w którym uprawia seks z nieletnią imigrantką. W nieznanych okolicznościach zostaje wypchnięty przez okno i w konsekwencji wypadku skazany na życie w wózku, sparaliżowany od ramion w dół. Zaczynamy śledzić historię Mary, robiącej karierę minister, byłej redaktor naczelnej poczytnej gazety, która opiekuje się sparaliżowanym mężem, lecz w końcu media poznają okoliczności jego wypadku, a zamieszanie, które to wywołuje wydaje się grozić zniszczeniem kariery minister. Autorka pokazuje jak tragiczny jest niekiedy los kobiet, jak związanie się z niewłaściwym człowiekiem może zniszczyć im karierę i życie. Historią Mary przypomina historie znanych kobiet, jak choćby Hilary Clinton, której romans męża ze stażystką przekreślił jej szansę na prezydenturę. Przypomina historie kobiet, które publicznie zmuszone są stawiać czoło zdradom swoich mężów, upokarzane osobistymi pytaniami, które rozgrzebują rany małżeńskie. Media zaczynają dociekać, czy walka Mary z handlem ludźmi nie jest wyłącznie pokłosiem jej osobistych doświadczeń. Przy okazji jesteśmy świadkami życia rządu szwedzkiego od kuchni. Axelsson pokazując bezradność minister wobec problemów, z jakimi jej urząd powinien się uporać zabiera jednocześnie głos w debacie o sens działań wielkiej polityki, która przegrywa codzienną walkę o polepszanie świata. Walcząc z problemami trzeciego świata tak naprawdę Mary walczy z wiatrakami, biorąc udział w konferencjach, sympozjach, honorując różne uroczystości i mając świadomość, że podczas tych wszystkich spotkań, w czasie których debatuje się o ratowaniu biednych, ci biedni właśnie umierają z głodu na ulicy. Axelsson z typową dla Szwedek wrażliwością społeczną, pokazuje też podział świata, na tych którzy walczą o prawa kobiet i tych, którzy walczą o prawa mężczyzn do kobiet: „Watykan, ortodoksyjni muzułmanie i amerykańska prawica utworzyli zwarty mur (…). Byli gotowi zapłacić każdą cenę i poświęcić życie dowolnej liczby dzieci i kobiet, aby bronić władzy mężczyzn nad rozmnażaniem się”. Pozwala sobie też na zdanie, które mogłoby być manifestem wszystkich pokrzywdzonych kobiet: „Mam w sobie furię. Jestem absolutnie wściekła na mężczyzn, którzy roszczą sobie prawo do rządzenia kobietami. Moją wściekłością mogłabym zburzyć całe miasta, obedrzeć ze skóry pełnych pogardy kardynałów ze Stolicy Apostolskiej i muzułmańskich fundamentalistów, a potem poprzybijać ich skalpy do ściany, chciałabym ułożyć na mojej plaży stos z zadufanych w sobie skurwysynów różnej maści i własnoręcznie podłożyć pod nim ogień, chciałabym skopać na śmierć wszystkich facetów na całym świecie, którzy biją żony, oskalpować wszystkich alfonsów i powtykać zapałki pod paznokcie klientów prostytutek”.

W drugiej równolegle toczącej się historii poznajemy Marie, która po sześciu latach opuszcza więzienie za zabójstwo męża. Więzienie pełne kobiet, które siedzą tam za zabicie mężów, którzy się nad nimi znęcani, mężczyzn, którzy je wykorzystywali.  Z Marie w więzieniu odbywała karę prostytutka, która została wykorzystana w burdelu przez artystę, który kupuje od jej alfonsa zgodę na bardzo intymne i uwłaczające jej godności zdjęcia. Dziewczyna podczas wernisażu zaatakuje artystę, trafia do więzienia, w którym w końcu popełnia samobójstwo. Tego typu kobiety są wielokrotnie napiętnowane. Przez społeczeństwo, którego zmowa milczenia daje przyzwolenie na przemoc w rodzinie, zmuszając je do walki w samotności i odtrąceniu z codziennym poniżeniem, które co gorsza rozgrywa się w zaciszu czterech ścian domu. Takie kobiety, nie mogą liczyć na wsparcie, bo oczekuje się od nich życia w obłudzie, skazane na samotność przegrywają swoje marzenia, wreszcie własne życie. Gdy Marie wychodzi na wolność prześladuje ją przeszłość. Znamienne jest jej spotkanie z pastorem, który interesuje się stanem jej ducha tylko dlatego, że buduje postać mordercy w amatorskim teatrzyku, w którym dzięki przeżyciom Marie chce lepiej wypaść. Sytuacja Marie wydaje się być beznadziejna, opuszczona przez przyjaciół szuka drogi, do własnego wnętrza, drogi, która oznaczałaby wreszcie otuchę i spokój. Szukając wybawienia odnajduje go w sobie: „teraz będę miła dla siebie samej, naprawdę miła i naprawdę troskliwa”.

Majgull Axelsson, Ta, którą nigdy nie byłam., Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008. Przełożyła Katarzyna Tubylewicz. Tytuł oryginału: Den jag aldrig var. (2004)

Tagi: współczesna literatura szwedzka, skandynawska, autorki szwedzkie, skandynawskie, Szwecja, książki szwedzkie, skandynawskie.

Tagi: 2004
15:11, szwecja11 , Szwecja
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9