Recenzentka

Północ & Co

  • czwartek, 17 maja 2018
    • Dwie siostry - Åsne Seierstad

      Od czasu „Księgarza z Kabulu” Åsne Seierstad bardzo się zmieniła. Zarzuty, że wykorzystała gościnność afgańskiej rodziny, żeby napisać ich kosztem książkę a potem fatum bestsellera o masakrze mocno daje o sobie znać w „Dwóch siostrach”. Seierstad zaczęła się bać. Seierstad zrobiła się letnia jak wystudzona kawa i tak samo smakuje. Opowiadała o strachu już w rozmowie w "Skavlan". Wraz z ciążą uświadomiła sobie odpowiedzialność, już nie tylko za siebie, ale też za drugiego człowieka. Strach, który oswoiła na trudnych misjach, wrócił. Seierstad wyraźnie bała się wziąć opisaną tutaj historię w mocny reporterski uścisk. Ale dlaczego?

       

      Dwie_siostry_Asne_Seierstad

       

      Pomysł, żeby zastanowić się nad pobudkami, dla których norweska młodzież radykalizuje się i podejmuje decyzję o przyłączeniu się do Państwa Islamskiego trafił tutaj na taką sobie realizację. Jest to rzecz o tyle dziwna, że Seierstad przyzwyczaiła nas, że pisze na wysokim C. To nie kwestia braku źródeł, których jest tu sporo, podobnie jak rozmów, których nie szczędzi czy znajomości tematu. Przecież wcześniejsze, które poruszała przygotowały ją do podjęcia się tego wyzwania. Rzecz ciekawa, że ogrom pracy słabo daje o sobie znać. Może historie dziewiętnastoletniej Ayan i szesnastoletniej Leili nie miały jednak takiego potencjału jak zakładano? Co się stało, że słynna Norweżka napisała tak w sumie nijaką książkę?

       

      Bez obaw, nie do końca. Coś jej jednak wyszło. Pokazała, że droga do radykalizacji to długi proces rozłożony w czasie. W życiu sióstr pojawia się muzułmańska organizacja młodzieżowa hołdująca islamskiemu purytanizmowi. Ktoś tworzy na Facebooku stronę „Islam Net”. W tle odradza się salafizm i idea naśladowania życia trzech pierwszych pokoleń muzułmanów po proroku Mahomecie. Wśród niektórych norweskich muzułmanów narasta poczucie niższości, świadomość życia na marginesie społeczeństwa, które ani nie chce, ani nie próbuje ich zrozumieć. Brak akceptacji i poczucie odrzucenia skłania do szukania głębszych i silniejszych relacji we własnym kręgu, który się zamyka. Radykalizacji towarzyszy neoreligijność i rzucanie wyzwań norweskim wartościom. Świat się polaryzuje na halal i haram. W tle słychać nośne hasła Osamy bin Ladena. Refren dżihadystów przechodzi w czyny. Wybucha wojna na miarę XXI wieku. Równie niepojęta jak Matrix. Tunezyjskie seksbojowniczki jadą do Syrii, „żeby tam zaoferować swoje młode ciała wygłodniałym rebeliantom, a wracają stamtąd z brzuchami pełnymi dżihadystycznych niemowląt”. Zbiorowe gwałty na syryjskich kobietach zostają dopuszczone fatwą. Nie brakuje chętnych do wyjazdu do Syrii i tworzenia nowego, idealnego Państwa Islamskiego.

       

      I w tym miejscu wkracza Åsne Seierstad z historią sióstr rozpisaną na 500 stron. Miałam jednak wielokrotnie wrażenie znużenia i rozwlekłości, która nie przekładała się na sens tak długiego pisania. Teoretycznie ma to być reportaż literacki, ale wrażenie, że Åsne Seierstad straciła całą literacką parę przy pisaniu „Księgarza z Kabulu” nie opuszcza mnie do ostatniej strony. W tamtej książce była tajemnica, dociekliwość, młodzieńcza ciekawość. Ten koktajl emocji wybrzmiał w całości. Nie opuścił jej przy Breiviku. „Dwie siostry” robią wrażenie suchego pisarskiego projektu. To od początku rzecz wrzucona w ramy rozsądnej i rzeczowej pracy. Co pozbawiło ją wewnętrznego nerwu. Ciekawa jestem, czy podzielicie moje wrażenie, że autorka musiała sama się nudzić opisując tę historię? Ja się nudziłam.

       

      A przecież czytanie o dwóch Norweżkach somalijskiego pochodzenia, które przeżywają zwyczajne życie nastolatek, imprezują, biegają po galeriach, podkochują się w kolegach i nagle stają się orędowniczkami szariatu, zakrywają twarze, uczą się arabskiego i myślą o ucieczce do Syrii i przyłączeniu się do Państwa Islamskiego jest niemal gotowcem na thriller.

       

      Rzecz w tym, że Åsne Seierstad nie potrafiła z historii sióstr wydobyć esencji, która tak chwyta za gardła w przypadku Breivika. Brakuje też Seierstad pomysłu na udźwignięcie w jednej książce historii dwóch sióstr z niewielkiej miejscowości w Akershus, zarysu historii Państwa Islamskiego i pokazania tła społeczno-obyczajowego współczesnej Norwegii. O tej ostatniej praktycznie nic się nie dowiadujemy. Więc to bardziej książka dla czytelnika norweskiego, który lokalnie dopowie sobie to, czego nam brakuje. Historia Państwa Islamskiego rozkłada się tutaj nierównomiernie i raczej ma charakter mglistej powłoki narzuconej na tekst Seierstad.

       

      To zdecydowanie jej najsłabsza rzecz z trójki wspomnianych, które dość nierówno się rozkładają w portfolio Norweżki, co też trochę zdradza, że nie ma ona tak rozpoznawalnego i wyrobionego stylu jak w przypadku wielkiego Kapuścińskiego, do którego najbliżej jej w „Księgarzu z Kabulu”. Co więcej w „Dwóch siostrach” bardzo daje o sobie znać nacisk, żeby nikogo nie urazić co wygładza książkę do poziomu znanego z relacji dyplomatycznych. Gdybym szukała wśród reportażystów ambasadora poprawności politycznej Åsne Seierstad zdobyłaby „Dwoma siostrami” palmę pierwszeństwa.

       

      A taka nagroda odbiera reportażyście nie tylko charyzmę, ale po prostu wiarygodność. Nie przekonuje mnie Åsne Seierstad ani w całości, ani w szczególe. Weźmy użycie w tekście fragmentów z Messengera i esemesów. Chciałabym, żeby u autorki jej rangi naturalizacja tekstu miała swoje przesłanki i odpowiedni zakres. Chciałabym, żeby docenieni autorzy nie opuszczali się i nie publikowali tekstów tak słabo przemyślanych i niepotrzebnie rozbuchanych.

       

      Chciałabym, żeby ta książka była zwyczajnie w świecie lepiej zredagowana i bardziej zadziornie napisana. Żeby nie działo się tak, że peany uderzają w autorkę w ramach pokłosia poprzednich sukcesów. Temat dwóch sióstr został zmarnowany. A chodzi przecież o rodzinę z imigranckimi korzeniami, do tego somalijską, a to jest ta grupa, która najmocniej zakorzeniła się w Norwegii i mogłaby dać wyraziste tło historii sióstr. Czy Seierstad nie umiała wczuć się w tę społeczność? Starsza Ayan miała ambicje polityczne, chciała zostać dyplomatą i pracować w ONZ, walczyć z niesprawiedliwością i ubóstwem. Inteligentna i zaangażowana i dodajmy bardzo oczytana. Kto w jej wieku z takim zaparciem czyta Knuta Hamsuna, Ibsena? Mogła zostać pierwszą osobą z wyższym wykształceniem w rodzinie. Czego bała się Seierstad i czego nie napisała? Co sprawia, że w „Dwóch siostrach” tak niewiele jej się udało? Braki w tej książce układają się w ciekawszą rzecz od lektury samych „Dwóch sióstr

       

      Tym razem Åsne Seierstad nie odrobiła porządnie lekcji. Podsuwa nam pewne odpowiedzi, ale zabrakło jej czasu i pomysłu, żeby się rzetelnie nad tym tematem pochylić. Wyszła książka miejscami powierzchowna. Na pewno gruba. Nieuporządkowana. Po prostu taka sobie. Już w „Księgarzu z Kabulu” Åsne Seierstad pokazała, że potrafi nałożyć burkę, pojechać do Kabulu, zamieszkać w afgańskiej rodzinie i opisać świat islamu. Ale z punktu widzenia kobiety Zachodu. Wciąż nią jest. I o ile Breivika rozgryzła, to świat mniejszości w jej własnym kraju nadal jest dla niej obcy i niezrozumiały. I nie zbliżyła się do niego nawet na odległość łokcia.

       

      Dwie siostry”, Åsne Seierstad, W.A.B., Warszawa 2018. Przełożyła: Iwona Zimnicka. Tytuł oryginału: To søstre (2016). Redakcja: Zofia Sawicka. Konsultacja arabistyczna: Hanna Jankowska. Korekta: Karolina Wąsowska, Beata Wójcik. ISBN 978-83-280-5317-5. Stron: 509.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję: W.A.B.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Dwie siostry - Åsne Seierstad”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 maja 2018 14:25
  • środa, 09 maja 2018
    • Uwodziciel - film o skandinavian dream

      Milad Alami. Oglądam zdjęcie i widzę pogodnego, przystojnego, niewyglądającego na swój wiek mężczyznę. Rocznik 1982. Urodził się w Iranie, dorastał w Szwecji, mieszka w Danii. Cokolwiek nie zrobi jest pierwszy. Jest najlepszy. Debiutuje w wieku zaledwie 21 lat krótkim metrażem „Häst utan tyglar”. Wszystko mówi, że będzie z niego dokumentalista. Jeszcze nikt nie wie, że najlepszy. Jest 2011, gdy kończy Den Danske Filmskole w Kopenhadze. Jego film dyplomowy, „Intet kan røre mig” zdobędzie 10 nagród i zostanie pokazany na ponad 40 międzynarodowych festiwalach filmowych. Cztery lata potem za „Mommy” zdobywa nagrodę Duńskiej Akademii Filmowej dla najlepszego krótkiego metrażu. Wreszcie przychodzi czas na film pełnometrażowy. Dostanie na niego fundusze w ramach New Danish Screen, programu Duńskiego Instytutu Filmowego. Tak powstaje „Uwodziciel” (Charmøren), którym ponownie podbija międzynarodowe festiwale, zdobywając nagrody w Warszawie, Chicago, Lubece i w San Sebastian. Obejrzę „Uwodziciela” podczas krakowskiego Off Camera.

       

       

      W ARS-ie tłum zatrzymuje nas w połowie schodów. Gruba, czerwona wykładzina wycisza szmer rozmów. Boimy się, że będziemy siedzieć w pierwszym rzędzie. Miejsca są nienumerowane, a my wchodzimy na samym końcu. Pokaz opóźnia się, bo jury wciąż obraduje. Nikt się jednak nie złości, bo festiwale żyją przecież inną skalą emocji.

       

      Cały film bazuje na zaskoczeniach, które potęguje tytuł. Ten sugeruje, że śledzimy klatki z życia irańskiego podrywacza, który w szybki i łatwy sposób chce sobie załatwić duński paszport. Czy chodzi wyłącznie o pieniądze? Czy to chwilowy pobyt, który ma podrasować budżet irańskich krewnych, z którymi nieustannie łączy się na Skype i robi regularne przelewy? Czy to mężczyzna, który się poświęca, żeby wspomóc ich? A może jeden z tych ekonomicznych migrantów? Skala pytań rośnie a nakładają się na nią wszystkie mnożone ostatnio w mediach opinie. Widzimy przecież młodego mężczyznę, który ucieka z ubogiego islamskiego kraju i najwyraźniej doskonale czuje się w roli uwodziciela szukającego bogatych Dunek do roli sponsorek.

       

      To co robi z nami Milad Alami określiłabym pewnego rodzaju psychologiczną rozgrywką. Najwyraźniej chce nas doprowadzić do punktu, w którym wyrobimy sobie maksymalny ogląd, pozwolimy sobie na zamykającą ocenę, którą rozbije kolejnym ruchem kamery. Świetne prowadzenie fabuły przygważdża do fotela i w tym miejscu mogę powtórzyć to, co napisałam przy okazji „Znikasz”: tak, Duńczycy najlepiej łączą ambitne przedsięwzięcia filmowe z lubianą przez masowego widza nieco hollywoodzką narracją. Kamera tańczy szukając atrakcyjnych punktów naświetlenia, kadrowania.

       

      Pierwsze kadry sugerują prostotę graniczącą z surowością. Kamera subtelnie przesuwa się po skromnym, niewielkim wnętrzu, niechlujnym w nieco tymczasowy sposób. Poznajemy mieszkanie Esmaila. Grozi mu deportacja, więc szuka na siłę duńskiej dziewczyny, bo urzędnicy imigracyjni sugerują, że trwały związek mógłby polepszyć jego sytuację. Przystojny, młody i świetny w łóżku wykorzystuje swoje atuty, ale ciśnienie jakie czuje i gmatwanina kultur sprawia, że działa w pośpiechu i popełnia błędy. Kompletnie nie rozumiejąc jakie. Kolejne ujęcie. Jakaś kobieta, zbliża się do krawędzi okna. Wyskoczy? A jeśli tak, to dlaczego?

       

      Surowe reporterskie doświadczenie Milada Alami pozbawi „Uwodziciela” fabularnego nadmiaru. Jak to się dzieje, że chłopak urodzony w Iranie tak dobrze wyczuwa skandynawski minimalizm? Ramy jego kamery opowiadają w konwencji zderzeń. Braki wyostrzają przesyty i na odwrót. Zderzenie kultur wyostrza sprawy i rzeczy, które ukrywają się pod cienką kołdrą rzeczywistości. Kamera Milada Alami prowadzi nas duńskimi wnętrzami, którymi rządzi biel i prostota. Z przestronnych duńskich pokoi, mieszkań, w których odbija się wygodne życie najszczęśliwszego społeczeństwa świata, oko reżysera przenosi nas w dzielnice imigranckie. Wąziutkie pomieszczenia, niemal klaustrofobiczne pokoiki uderzają ponurością i biedą. Duńskie bogate osiedla willowe kontrastuje Alami z tamtejszymi blokowiskami. Ogrody z mikroskopijnymi loggiami. Esmail codziennie przebiera roboczy dres pracownika firmy transportowej w elegancki garnitur. Codziennie opuszcza przeludnione imigranckie osiedle i przekracza drzwi stylowego duńskiego baru.

       

      Do czego jesteśmy się w stanie posunąć chcąc uciec przed biedą? Co poświęcimy dla rodziny? Gdzie są granice honoru, ambicji i bezwstydu? Jaką wartością będzie moralność w konfrontacji z beznadzieją, która jest ścianą zatrzymującą człowieka przed pójściem dalej. Milad Alami opowiada nam film z punktu widzenia człowieka wyrosłego w społeczeństwie, które jedynie w kinie zetknęło się z biedą. Bergmanowski azymut na konflikty małżeńskie, tradycja kina skandynawskiego, które w surowy i subtelny jednocześnie sposób dokonuje wiwisekcji na relacjach międzyludzkich, a wreszcie irański background, który rezonuje tutaj wielokulturowością przekłada się na filmowy wielopiętrowy fresk.

       

      Jestem poruszona i wciągnięta tym bardziej, im mocniej Alami uderza w uprzedzenia o jakie naprawdę nietrudno obecnie pod adresem islamskich imigrantów. To nie jest jednak kino polityczne ani zaangażowane. Irańskie wtręty to tylko przypadek wynikający z pochodzenia reżysera. Układają historię „Uwodziciela” w uniwersalną opowieść o życiu w gorszym świecie, o skandinavian dream, który już dawno temu zastąpił ten amerykański. To inteligentne kino, pełne ukrytych znaczeń i fabularnych twistów, które wyciągają nas z wygodnych opinii. Takich zaskoczeń będzie tu kilka.

       

      Jeszcze coś się tutaj wyjątkowo udało. O ile hollywoodzkie filmy trywializują inne kultury, o tyle tutaj perski brzmi nie tylko po prostu zwyczajnie, ale też uroczo. Przeniesienie się do domów irańskich rodzin pokazuje pewnego rodzaju nostalgię za tym opuszczonym ojczystym domem. Gdy pokoje dzielą się na kółko mężczyzn dyskutujących przy stoliku o męskich sprawach i kobiet baraszkujących w kuchni, gdy wpadamy na irańską imprezę tak bardzo przypominającą te polonijne wydarzenia kulturalne pełne przebrzmiałych melodii, dawnych gwiazd, to czujemy atmosferę świata utraconego. Niezwykle dużo czułości jest w scenie, gdy grający Esmaila Ardalan Esmaili gładzi tapicerkę krzeseł. W tle widzimy perskie dywany, mieszkanie odbiega od niemal monochromatycznej duńskiej stylistyki i przechodzi w ferie barw z dominującym złotem. Kształty z obłych i nijakich zmieniają się w kanciaste przywodząc na myśl zarys minaretów. I tak jak powiedziałam bez znaczenia jest tu Iran, bo gdyby reżyser był urodzony w Polsce, to podczas obiadu zamiast typowych irańskich potraw pewnie królowałby schabowy z kapustą i nasze ruskie.

       

      Nostalgia ma wymiar uniwersalny. Tęsknimy tak samo na całym świecie. I nie ma znaczenia, czy migrujemy z południa czy ze wschodu. Nie mają znaczenia języki, religie. Bieda wszędzie tak samo przygniata. Beznadzieja równie głęboko pogrąża. A miłość, która okazuje się tutaj niewidoczną, cieniutką nicią łączącą tę łamigłówkę kadrów,  jest tak samo trudna, niezrozumiała, silna, bolesna, prawdziwa i udawana, jak wszędzie.

       

      To bardzo piękny i bardzo prawdziwy film. Nie mogę napisać o wszystkim, bo największą frajdę daje rozbijanie piramidki, jaka nam się układa w głowie, a rozsypuje wraz z kolejnymi zaskoczeniami. Cieszę się, że kino niezależne wciąż przyciąga takie tłumy i że możemy spotkać się raz w roku w Krakowie.

       

      1_Off_Camera_Uwodziciel_Recenzentka_blog_Anna_Dutka

       

      PS Idźcie na pl. Szczepański do Lodziarni Tiffany na perskie lody. Polecam te z zielonej herbaty. Matcha w intensywnej odsłonie.

       

      Uwodziciel:
      Scenarzysta: Ingeborg Topsøe, Milad Alami
      Producent: Stinna Lassen
      Montażysta: Olivia Neergaard-Holm
      Operator: Sophia Olsson
      Muzyka: Martin Dirkov
      Obsada: Ardalan Esmaili, Soho Rezanejad, Susan Taslimi, Lars Brygmann

       

      Filmografia:
      2017 Charmøren / Uwodziciel (film pełnometrażowy)
      2015 Mommy (film krótkometrażowy)
      2014 Void (film krótkometrażowy)
      2014 Mini (film krótkometrażowy)
      2011 Intet kan røre mig / Nothing Can Touch Me (film krótkometrażowy)
      2007 Ett-Två-Tre Martyr! (film krótkometrażowy)
      2003 Häst utan tyglar (film krótkometrażowy)

       

      Źródła: http://circusalphaville.com/milad-alami/

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Uwodziciel - film o skandinavian dream”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 09 maja 2018 12:15
  • środa, 02 maja 2018
    • Znikasz - duński film o iluzji obiektywnej prawdy

      Odkryłam niedawno w Kinie pod Baranami cykl „Premiery Psychologiczne”. Dwie studentki V roku psychologii stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego Anna Nicieja i Katarzyna Staleńczyk zachęcają do spotkań z człowiekiem i z kinem; organizują pokazy premierowych filmów, połączone z dyskusjami. Wybrałam się na „Znikasz” - film Duńczyka Petera Schønau Foga. W obsadzie najlepsza współczesna duńska aktorka Trine Dyrholm, znany z kryminalnego cyklu na podstawie powieści Jussiego Adler-Olsena (Zabójcy bażantówWybawienie) Nikolaj Lie Kaas i świetnie tutaj obsadzony, nieżyjący już Michael Nyqvist.

       

       

      Znikasz” już w tytule zapowiada pewnego rodzaju iluzoryczność wpisaną w próby stworzenia zamkniętego i pełnego obrazu człowieka, i o tym w moim odczuciu jest ten film. Grający dyrektora szkoły Nikolaj Lie Kaas popełnia błąd, źle zainwestowane pieniądze doprowadzają placówkę na skraj bankructwa. Informacja o defraudacji pieniędzy szkoły zbiega się z diagnozą o guzie mózgu. Linia obrony oskarżonego dyrektora stawia tezę, że guz spowodował zmiany w osobowości, które odpowiadają za nieobliczalne zachowanie mężczyzny. Czy jednak faktycznie można zrzucić winę na biologię? W tym miejscu reżyser rozpoczyna intelektualną grę wciągając nas w krzyżówkę pytań. Czy jesteśmy jedynie bezwolnymi stworzeniami zdanymi na wahania chemii? Ile w człowieku jest wolnej woli, a ile bezwolnych reakcji?

       

      Wszystkim tym, którzy boją się DOGMY 95 mogę polecić film Petera Schønau Foga, który dobrze tutaj łączy niemal hollywoodzkie tempo z europejskim intelektualnym sznytem. Stawiam wręcz tezę, że to właśnie Duńczycy, wśród wszystkich narodów nordyckich, najlepiej dostosowali się w kinie do masowego widza, nie tracąc na jakości filmów. Kamera Petera Schønau Foga subtelnie oszukuje zmysły wciągając jednocześnie w łamigłówkę pytań. Pozornie bohaterem filmu jest dyrektor szkoły, to wokół niego jest całe filmowe zamieszanie. Tak nam się przynajmniej wydaje. Fabuła jest prowadzona dwutorowo. Z jednej strony śledzimy postępowanie sądowe, jesteśmy w sali zeznań. Z drugiej wkraczamy w sam środek wydarzeń z przeszłości i teraźniejszości. Dramat mężczyzny dotyka jego rodziny, przyjaciół, bliskich i dalszych znajomych. Każdy ma własną opinię na temat tego, co się wydarzyło, każdy inaczej cierpi z powodu sytuacji. Jednych dotknęła ona osobiście, wnosząc ból, cierpienie, problemy do ich własnego życia. Dla innych jest tylko chwilowym zamętem. Zaczynamy budować sobie z piramidy opinii wyobrażenie o mężczyźnie. Do akcji włączają się autorytety, przedstawiciele świata nauki. Dostajemy pakiet sadów, stanowisk. Wydaje się, że niepodważalny. Wreszcie możemy podjąć decyzję i osądzić mężczyznę.

       

      Przewrotność i mistrzostwo kamery Duńczyka Petera Schønau Foga w tym miejscu się objawia, gdy już zyskujemy stuprocentową pewność. Wyjątkowo spodobało mi się takie prowadzenie opowieści. I wyjątkowo spodobała mi się teza reżyserska. No bo właściwie jak jest z tą wolną wolą? Na ile świadomie podejmujemy nasze decyzje, a na ile pod wpływem impulsów, emocji? Przecież wystarczy wyprowadzić nas z równowagi, żeby tę samą sytuację ocenić skrajnie odmiennie. Szczęśliwi machamy czasem ręką na dużo poważniejsze zajścia, idąc po prostu dalej. Oburzenie, utrata równowagi zatrzymuje nas w życiu na zupełnie innej skali doznań. Wiara w wolną wolę zostaje w „Znikasz” zachwiana, bo chociaż teoretycznie to zawsze my podejmujemy ostateczną decyzję, ale nigdy nie w próżni.

       

      Subtelne kino Duńczyka bardzo pasuje do wyobrażenia o Skandynawii, do praw natury, o których zapomina się w szczelnie zamkniętych asfaltowymi drogami miastach. Dramat, który śledzimy ma piętno historii uniwersalnej. Chociaż rozgrywa się tu i teraz, w obrębie tej konkretnej grupy ludzi. Wchodzi mocno w krwiobieg i naprawdę po wyjściu z kina można się poczuć mocno zainfekowanym niepewnością wypełniającą kadry.

       

      Kamera Petera Schønau Foga bardzo dobrze pokazuje mikroemocje. Widzimy sedzinę, która ze zrozumieniem przytakuje zeznaniom żony dyrektora. Wspaniale rozegrana jest partia dotycząca adwokata mężczyzny. Jego osobista sytuacja dopełnia wrażenia niepewności podbudowanego rozchwianiem, jakie wprowadzają zwroty w jego zachowaniu. Michael Nyqvist został tutaj idealnie dobrany. Zagrało przecież też wyobrażenie, jakie zbudował sobie poprzednimi rolami niepokornego dziennikarza z „Millennium”. Wpasował się w sytuację wiernego – niewiernego męża. A reżyser pozwolił sobie w jego przypadku na śmiech wprost opowiadając o poziomie oksytocyny u mężczyzn, która wpływa na niski poziom wierności u nich. Brawo za tę scenę!

       

      Gdyby pociągnąć temat dalej można by podyskutować o tożsamości człowieka i zastanowić się na ile o tym, jak postrzegamy innych decydują nasze uprzedzenia, stereotypy (te pozytywne i negatywne), wszelkiego rodzaju etykiety, którymi próbujemy uporządkować i zrozumieć świat. Kwestia tożsamości i uprzedzeń od dawna mnie fascynowała i nie daje mi spokoju. Bo czyż nie tworzymy sobie obrazu człowieka nazbyt spontanicznie? A już na pewno pod wpływem uczuć i emocji. I tak samo działamy. To rozpacz daje przecież ludziom impuls do dramatycznych decyzji o samobójstwie. Miłość zaślepia. Rodzicielskie uczucia kłócą się z obiektywną ocena czynów dziecka. Czy więc w ogóle coś takiego jak obiektywna prawda o człowieku istnieje?

       

      Nie przez przypadek Peter Schønau Fog zatytułował swój film „Znikasz”. Im więcej wiemy o wydarzeniach, im więcej szczegółów poznajemy o bohaterach, tym bardziej oddalamy się od „prawdy” o nich. Umykają nam, znikają w mgle domysłów. Nikt nam nie pomoże w ocenie sytuacji, bo nawet psychologowie, najwyższe instancje inaczej interpretują fakty. Pozostaje ogromna niewiadoma. I pytanie, z którym wychodzimy z kina: czy jest coś takiego jak pełny, zamknięty obraz człowieka czy jesteśmy wyłącznie iluzją, którą tworzymy sobie bezwolnie reagując na zachodzące w nas procesy chemiczne?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 02 maja 2018 13:37

Kalendarz

Maj 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Kategorie

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014