Recenzentka

Północ & Co

  • piątek, 12 października 2018
    • Teatr świata. Mapy, które tworzą historię - Thomas Reinertsen Berg

      Nagradzając „Teatr świata. Mapy, które tworzą historię” Thomasa Reinertsena Berga (ur. 1971) jury najbardziej prestiżowej norweskiej nagrody literackiej Brage określiło jego książkę „tour de force”. Erika Fatland na łamach „Aftenposten” napisała „po prostu piękna”. Rok 2017 z pewnością należał do Norwega. Skromnego, dyskretnego i bardzo zaskoczonego werdyktem jury. Zwłaszcza, że wygrał z Monicą Kristensen, królową svalbardzkiego kryminału i jednocześnie wybitną badaczką polarną stawianą na równi z Amundsenem i Nansenem. Kim jest ten debiutant i jaką miał receptę na napisanie najlepszej norweskiej książki non-fiction roku?

       

      Teatr_swiata

       

      „Nic” albo „praktycznie niczego” nie mogę znaleźć na jego temat. Tak jakby zaszył się w dark roomie Internetu. Mówi za niego wyłącznie to co tworzy, a tworzy regularnie. Skończył literaturoznawstwo oraz wiedzę o Bliskim Wschodzie i Afryce Północnej na Uniwersytecie w Oslo. Potem zaczyna pisać dla różnych tytułów, m.in. dla ”Klasskampen”, „Dagsavisen” a od 2007 regularnie dla „Morgenbladet”. Wyspecjalizuje się wkrótce w tematach naukowych i kulturalnych. Szczególnie poświęci się tematyce bliskowschodniej i Afryce Północnej. Jest dociekliwy. Widzi rzeczy z lotu ptaka, opisuje w makroujęciach. „Teatr świata. Mapy, które tworzą historię” jest z pozoru przedsięwzięciem, które nie powinno się powieść. No bo jak na ok. 350 stronach opisać ok. 38 000 lat historii kartografii?

       

      Ma 47 lat, gdy debiutuje „Teatrem świata”. I od razu wygrywa najwyższą literacką stawkę stając się gwiazdą festiwali literackich. Już w tegorocznej edycji Festiwalu Conrada można go będzie spotkać! No więc, jeszcze raz pytam: jak on to zrobił??

       

      Odpowiedzi na to pytanie składają się na receptę na sukces. Po pierwsze napisał książkę, której po prostu jeszcze nie było. Nikt przed nim nie pokusił się o odtworzenie historii kartografii w ujęciu norweskim, bo to szukanie Norwegii na mapach świata staje się zaczynem tej publikacji. W kraju wikingów, spektakularnych podbojów i podróżników aż prosiło się o taką rzecz. Jak dotarto na Północ uznawaną za kres możliwości do zamieszkania? Którędy wiodły do niej drogi? Kiedy północne krańce świata zaczęły wyłaniać się na mapach świata? Co ludzi pchało na północ? To tylko kilka spośród pytań, na które odpowiedzi można znaleźć w tej książce.

       

      Lata publicystycznej pracy wyrobiły w Thomasie Reinertsenie Bergu lekkość pisania. Na ten aspekt zwrócą uwagę krytycy. Rzeczywiście, popularnonaukowa precyzja i dziennikarska sprawność spotka się tu w idealnym zespoleniu. Ale jest coś jeszcze. Czytając Berga wkraczamy w bardzo osobisty świat przemyśleń, który układa się w suplement do „Teatru świata”. Ta dodatkowa mapa pytań, którymi zmierza do celu Berg, zachwyci zwłaszcza tych, którzy lubią sobie literacko stawiać poprzeczki. Wielu podkreśli edukacyjne walory „Teatru świata”. To literalnie książka, która zmusza do myślenia. A jej czytanie wymaga skupienia. Jest jak zestaw majsterkowicza, ale zamiast młotka i gwoździ dostajesz narzędzia do samodzielnego myślenia. Więc gwarantuję mocny zespół ekscytacji w brzuchu.

       

      Ale sposobów na uwiedzenie Thomas Reinertsen Berg ma jeszcze kilka. To przede wszystkim rodzaj prezentacji treści. W jednym miejscu ujmie naskalne rysunki jako świadectwa potrzeby ogarnięcia świata wzrokiem, wyprawę trzech astronautów Apollo 8 z 1968 i miniwykład o greckim bogu słońca przemieszczającym się co dnia po niebie w rydwanie przewożonym przez Heliosa, żeby przejść do sedna i opowiedzieć o wydaniu niespełna cztery stulecia wcześniej, w 1570 pierwszego na świecie nowoczesnego atlasu. Następnie przypomni, że rok zanim Flamand Abraham Ortelius wydał atlas, jedna z postaci u angielskiego dramaturga Richarda Edwardsa wspomni słowa Pitagorasa o tym, że świat podobny jest scenie, na której każdy odgrywa swoją rolę, co tak ujmie Szekspira, że wykorzysta tę kwestię w „Jak wam się podoba” a swój teatr nazwie The Globe – ziemskim światem. Albo w innym miejscu powie, że tworzeniu map zawsze towarzyszyła selekcja: „mapa Azteków odzwierciedla hierarchię w społeczeństwie o ostrych podziałach klasowych – atlas Norwegii z 1968 reprezentuje integrujący wszystkich złoty wiek socjaldemokracji”. Płynnie przeskakuje pomiędzy epokami, granicami czasu próbując wyławiać z nich wnioski, szukając punktów styczności. Wyraźnie widać, że bardzo dokładnie przemyślał sobie tę książkę.

       

      Odtworzenie historii kartografii przez Berga to raczej świadectwo padających po drodze pytań, niż czysty zbiór informacji służących opisowi przebiegu wydarzeń. Jeśli więc przypomina liczącą ok. 3 000 lat wykutą w skale na zboczu góry mapę z Bedoliny, to po to, żeby się zastanowić w jakim celu tam powstała. „Mapa ta jest świadectwem punktu zwrotnego w historii tych, którzy ją stworzyli i przemiany społeczności myśliwych w rolników prowadzących osiadły tryb życia”. Mapa ma symbolicznie ukazywać władzę arystokracji posiadającej tam ziemię.

       

      Ale istniały też, jak pisze, mapy używane w trakcie rytuałów przez szamanów, zarówno australijskich, jak i syberyjskich, były dla nich wskazówką jak wrócić z świata duchów do żywych. Mapy, jak też wskazuje, były świadectwem zmieniania się wiary ludzi w to jak powstał i wyglądał świat. Wartością dodaną książki Berga jest to, że w miejscu, gdzie zazwyczaj przytacza się mitologię starożytnych greków pojawia się nordycki suplement i historie o Finlandii, w której wierzono, że świat powstał z jajka, które podzieliło się na ziemię i niebo czy historia inuickiej wiary w to, że ziemia spadła z nieba. A żeby nasze poczucie wyższości nieco osłabić przypomni, że dopiero w 1951 Kościół oficjalnie uznał, że teoria Wielkiego Wybuchu nie stoi w konflikcie z katolicką wiarą w stworzenie świata.

       

      Wreszcie Berg daje asumpt do myślenia o historii map szerzej. Jak dobry lekarz, nie tylko skupia się na zjawisku zastanym i jego przebiegu, ale też szuka źródeł, które wywołały kartograficzny wirus. Wraca więc do opowieści o Demetriuszu z Aten, byłym uczniu Arystotelesa, który zasugerował Ptolemeuszowi kolekcjonowanie książek z całego świata. Uważał, że „handel przynosi dobrobyt, dobrobyt płaci za wiedzę, a wiedza stymuluje do dalszego handlu”. Tak właśnie powstała Biblioteka Aleksandryjska – najważniejszy śródziemnomorski ośrodek naukowy, z którego wywodzi się sztuka kreślenia map. To dzięki temu księgozbiorowi matematyk i astronom Klaudiusz Ptolemeusz napisał „Geografię”, gdzie spisał ponad 8000 miejsc w Afryce, Azji i Europie. Z papirusu „Historia naturalna” dowiedział się o „dużych wyspach, które niedawno odkryto” w nieznanych rejonach północnych. W latach 330 – 320 p.n.e. na północny Atlantyk wypłynął Pyteasz, który jako pierwszy zlokalizował na mapie Norwegię i terytoria północne. „W relacji wspomniał o wyspie Thoúle czy Thule, >> oddalonej o sześć dni żeglugi na północ od Brytanii w pobliżu zamarzniętego morza<<”. Fridtjof Nansen postawił tezę, że Pyteasz musiał stamtąd popłynąć na Orkady, Szetlandy, na norweski Vestlandet i dalej ku kręgowi polarnemu. Zakłada się, jak wyjaśnia Berg, że Pyteasz dotarł do Norwegii na wysokości mniej więcej Møre albo Trøndelagu.

       

      Znajdziecie w „Teatrze map” historię o pierwszym globusie Kratesa z Mallos co do którego pierwszeństwa jesteśmy pewni; opowieść o Snorri Sturlusonie, który w gospodarstwie Reykholt opisał nordyckich bogów i sztukę układania pieśni przez skaldów, a w dalszej kolejności historię norweskich królów, pisząc o wodzach spod Troi i z kraju Turków, którzy poszli na północ dając początek nordyckim rodom królewskim. Przeczytacie o postrzeganiu geografii przez chrześcijaństwo, zwłaszcza o św. Augustynie – ojcu kościoła, który w „Komentarzu słownym do Księgi Rodzaju” napisał, że „chrześcijanin powinien wiedzieć o Ziemi, niebiosach i innych elementach uniwersum co najmniej tyle, aby brakiem wiedzy o sprawach tego świata nie czynił wstydu wyższym prawom Biblii”. Poznacie św. Hieronima, któremu zawdzięczamy topograficzny słownik nazw miejscowości wymienionych w Biblii. Poznacie Norwega Ottara z Hålogalandu, który wyruszył podobnie jak kiedyś Odyseusz ku krańcom świata, postawił żagle i wypłynął najdalej na północ jak się dało, co później zrelacjonował królowi Alfredowi z Wessexu, ten kazał spisać, co finalnie zaprocentowało stworzeniem najstarszego opisu północnych rubieży Europy. To właśnie w „Historii przeciw poganom” znajduje się najstarsza datowana i udokumentowana forma nazwy Norwegii – Norðweg. Thomas Reinertsen Berg przypomni, że najpełniejszy opis geograficzny Północy po łacinie zawdzięczamy Adamowi z Bremy, w czwartej księdze jego „Czynów biskupów Kościoła hamburskiego”. Poznacie Duńczyka Claudiusa Claussøna Swarta, który stworzył pierwszą mapę krajów północnych. Dla osób, które właśnie czytają „Lud” Ilony Wiśniewskiej ciekawe może się okazać jak ewoluowała wiedza na temat Grenlandii, która jak sądzono jeszcze do 1865, była zrośnięta z Syberią. Niedawno pisałam o założycielu rodu Bernadotte, któremu zawdzięczamy opracowanie pierwszej wspólnej mapy Norwegii i Szwecji. Thomas Reinertsen Berg opisze jak to w Norwegii po raz pierwszy wprowadzono nauczanie geografii w 1810, bo władze były zdania, że szkoła powinna uczniom dawać „te wiadomości i umiejętności, które powinien posiadać każdy członek społeczeństwa”. Przypomni Norwega Ernsta Bjerknesa, któremu zawdzięczmy stworzenie pierwszej na świecie mapy tras narciarskich w 1890. Zaledwie 4 lata później powstaje w Norwegii pierwsza turystyczna mapa tras rowerowych.

       

      Thomas Reinertsen Berg wychodząc od podobno najstarszej mapy wyrytej na kle mamuta ok. 38 000 a 32 500 lat temu, pochodzącej z powiatu Alb-Donau w Badenii-Wirtemberdze, dochodzi do Google Maps. Pokazuje jak ciekawość ludzka, praktyczne potrzeby, ambicje władców, względy ekonomiczne, wkrótce militarne i strategiczne wpływały na rozwój kartografii i jak ta stawała się świadectwem swoich czasów. Kończy znamiennym stwierdzeniem: „Kartografia i pieniądze zawsze szły ręka w rękę i odzwierciedlały znaczące interesy poszczególnych władców, państw, firm lub ponadnarodowych korporacji”.

       

      Komu polecam tę książkę? Osobom, które komfortowo czują się wypuszczone na rozległe wyżyny intelektualnych skojarzeń. Tym, którym chce się myśleć. Każdemu, komu sprawia satysfakcję skok w metarozważania. Wreszcie tym, którzy cenią sobie edytorskie wyczyny, a zespół, który przygotował tę książkę nie odpuścił sobie ani o cal. A powtarzając słowa tegorocznego laureata Nike: chciałabym podziękować tym, którzy uczynili z tej książki przedmiot: introligatorom, grafikom, redaktorom, korektorom, tym, którzy zajęli się jej składem i łamanie, tym którzy tę książkę pakowali w kartony. Oni powołali do życia przedmiot, który być może jako jedyny po nas zostaje. Panie Marcinie, byłby Pan bardzo zadowolony z tej książki.

       

      Recenzja: Teatr świata. Mapy, które tworzą historię - Thomas Reinertsen Berg. Znak. Literanova (Kraków, 2018). Tytuł oryginału: Verdensteater. Kartenes historia (2017). Z norweskiego przełożyła: Maria Gołębiowska-Bijak.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję: Znak. Literanova.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      piątek, 12 października 2018 18:40
  • piątek, 28 września 2018
    • Bernadotte - szwedzki król, który w testamencie zobowiązał syna do czytania książek

      Jean Baptiste Bernadotte - prosty, francuski żołnierz, który dał początek obecnie panującej w Szwecji rodzinie królewskiej. Nie miał wykształcenia, nie miał pieniędzy, nie miał szlacheckiego pochodzenia. Miał urok osobisty, umiejętność wkradania się w łaski właściwych osób, zgrabne uda, fart, doskonały PR i podobno krew Maurów w żyłach. Jak to się stało, że człowiek znikąd zdobył wszystko? Dlaczego Dumas zbudował postać d’Artagana wzorując się na jego gaskońskich cechach? Jak doszło do tego, że Bernadotte został szwagrem Józefa Bonaparte? Dlaczego Napoleon poparł jego małżeństwo z Désirée, którą kochał, i której poświęcił jedno z własnych dzieł literackich inspirowanych „Cierpieniami młodego Werthera” Goethego? W jaki sposób dziadek Maneta pomógł Bernadotte zdobyć szwedzki tron? Co wiązało Madame de Staël ze Szwecją i Jeanem? Krzysztof Mazowski w „Bernadotte – żołnierz fortuny” kreśli portret władcy jakiego z pewnością nie stworzyliby dworscy biografowie. Czyta się go w duchu powieści przygodowych. Z mocnym tłem, esencją faktów i dobrą ręką do układania z takich ingredients smakowitego kawałka soczystej historical non-fiction.

       

      Bernadotte_zolnierz_fortuny_krzysztof_Mazowski

       

      Gdyby nie rewolucja francuska Bernadotte w najlepszym razie doszedłby do stanowiska sierżanta. Na tyle mógł liczyć ktoś jego pochodzenia. Ale ma szczęście. Potrafi też zabiegać o awanse dla siebie, prosi o protekcje właściwe osoby. 14 lipca 1789 pada Bastylia, symbol dawnego ładu, a wraz z nią system feudalnych przywilejów. Raport ministerstwa wojny z tego okresu mówi o poważnych deficytach w armii. Rewolucja zbiera krwawe żniwa. Generałowie są odwoływani lub gilotynowani. Brakuje 1900 oficerów, a tymczasem zanosi się na wojnę, którą w końcu Francja wypowiada królowi Czech i Węgier, czyli praktycznie Austrii. W tym momencie Bernadotte jest już po awansie na porucznika 36 regimentu piechoty. Ma też już słynny tatuaż z napisem „śmierć tyranom”, który bardzo zabawnie będzie się prezentował na ramieniu późniejszego króla Szwecji i Norwegii. Cztery lata później jest już kapitanem. Rok potem pułkownikiem. Wówczas też trafia pod przyjazne skrzydła generała Armii Sambry i Mozy. Wiele zawdzięcza Kléberowi, świadczy o tym między innymi to, że wiesza jego portret w królewskiej sypialni na zamku w Sztokholmie. Mija kolejny rok, jest 1793 a Napoleon mianuje Bernadotte generałem brygady za zasługi przy oblężeniu Tulonu. Rotacja wśród rządzących elit jest miażdżąca. Przetasowania uderzają ostrzem gilotyny w Robespierre’a. Wojna trwa i sprzyja kolejnym awansom. Trzydziestojednoletni Bernadotte, po 14 latach służby zostaje generałem dywizji. Idzie łeb w łeb z Napoleonem w nominacjach, ten jednak miał zaledwie 26 lat, gdy został generałem, chociaż nie tak jak Bernadotte za odwagę na froncie, a za stłumienie rojalistycznego powstania.

       

      Klan Bonapartów nie tylko chce mieć po swojej stronie ambitnego i młodego generała, ale też chce go lepiej kontrolować, więc proponuje, żeby ożenił się z byłą kochanką Napoleona. Désirée zdążyła ochłonąć i pocieszyć się w kilku romansach po koszu Napoleona, kwitując, że jej przeznaczeniem jest kochanie bohaterów. Ślub z nią wprowadziłby Jean'a do rodziny Bonapartych, a takich szans się nie przepuszcza. Désirée też jest niezła w matematyce uczuć i widzi, że dobrze jej zrobi mariaż z drugim po Napoleonie człowiekiem. Wesele odbywa się w domu Józefa Bonaparte. Jeśli do tej pory kariera Bernadotte’a pędziła, to po ślubie dostała piorunującego rozpędu. Generał w 1798 otrzymuje doktorat honorowy miasta Giessen, w 1799 zostaje ministrem wojny. Potem ambasadorem, chociaż nie ma w ogóle doświadczenia dyplomatycznego. Napoleon nadaje mu arystokratyczny tytuł książęcy związany z rejonem Ponte Corvo. Herb dynastii Bernadotte do dzisiaj zachował symbolikę tego miejsca.

       

      Opinie na temat Bernadotte są podzielone i wszystkie bardzo żywe, ale co do jednego nikt nie ma wątpliwości. To naprawdę świetny strateg i dowódca. I potwornie ambitny. Wyprawa z 1797 na odsiecz Armii Italii porównywalna jest do przeprawy Hannibala przez Alpy. Ale jak podkreśla Krzysztof Mazowski - pamięta się tych, którzy sterują machiną propagandową, a ta należy do Napoleona, który nada odpowiednią rangę i rozgłos własnemu przejściu przez Przełęcz Świętego Bernarda. Bernadotte’a kochają żołnierze. Mówi się, że ma na nich elektryzujący wpływ. Zmiękczy też serce Napoleona, który w pewnym momencie nie będzie mu szczędził komplementów. Ale popularność w szeregach armii to zbyt duże zagrożenie. W dodatku istnieje ryzyko, że jak dłużej będzie ministrem wojny, to wkrótce podporządkuje sobie pozostałych ministrów. Zostaje więc pierwszym porewolucyjnym ambasadorem. Wystarczająco daleko od Paryża, żeby osłabić jego wpływy na szczytach władzy.

       

      Bernadotte ma ogromną świadomość swoich braków. Nadrabia je czytając jak wściekły. Wkrótce będzie czarował na salonach cytatami z klasyków. Gdy zostaje ministrem wojny wstaje o 3 rano i jest pierwszy w pracy.

       

      A co tymczasem z Napoleonem? Człowiek rewolucji nie może być królem, ale może zostać cesarzem, którym pierwszy konsul wkrótce się mianuje, upodabniając się coraz bardziej do reszty panujących w tamtym czasie. Jak trafnie podsumuje Krzysztof Mazowski „Jerzy III był szalony i często zakładano mu kaftan bezpieczeństwa, jego syn także nie budził zaufania i miał napady histerii, królowa Portugalii, Maria I chodziła w ubrankach dziecięcych, co było jednym z mniejszych jej dziwactw, król Hiszpanii, Karol IV nie należał do błyskotliwych i był groteskowo otyły, szwedzki Gustaw IV Adolf to neurotyk, król Danii, Kristian VII był szaleńcem trzymanym pod kluczem przez 33 lata”. Bernadotte w orszaku koronacyjnym Napoleona, w katedrze Notre Dame, będzie niósł łańcuch koronacyjny na szyję. To wyróżnienie i dowód zaufania. Ale nie wszyscy to wydarzenie przyjmują z entuzjazmem. Beethoven zniesmaczony cofa swoją dedykację na symfonii „Eroica”, którą skomponował zachwycony Napoleonem.

       

      Jean naprawdę związał się z właściwą kobietą. Napoleon nigdy nie zapomniał o swoim młodzieńczym uczuciu do Désirée, co objawia się między innymi kolejną nominacją Bernadotte’a. Tym razem na marszałka. Ten, zaraz po odebraniu buławy marszałkowskiej, wyjeżdża do Hanoweru, gdzie w 1804 zostaje gubernatorem. Będzie tam korzystał z rezydencji po diuku of Cambridge, angielskim wicekrólu, który za miastem miał pałacyk Herrenhausen, który później w Szwecji Bernadotte będzie chciał skopiować budując Rosendal na Djurgården. To moment, kiedy osiąga szczyt swojej francuskiej kariery. Zostaje oficerem Legii Honorowej i dowódcą jej ósmej kohorty. W armii zajmuje trzecie miejsce, Napoleon zwraca się do niego „drogi kuzynie”. Żeby osiągnąć coś więcej, musiałby go obalić.

       

      Ale jest 1805 i Szwecja wypowiada wojnę Francji. Bernadotte znowu wskakuje w mundur i rusza na kolejną wyprawę. Po drodze narusza neutralność Prus i wkracza do prowincji Ansbach, gdzie pozna czarującą hrabinę Lucie Anne von Pappenheim. Ją i jej córkę – a może ich córkę - będzie wspierał finansowo gdy zostanie królem Szwecji. Wojna zatacza coraz szersze kręgi. W Tylży spotyka się Napoleon z Aleksandrem uznając rosyjską strefę wpływów w Szwecji i Finlandii. Planują rozbiór tej pierwszej i jej podział pomiędzy Rosję a Danię o ile Dania przyłączy się do blokady kontynentalnej. Przez Danię i Holstein trafiały do Europy towary angielskie, więc Napoleon rozkazuje Bernadotte zając kraj. W Fontainebleau Francja podpisuje z Danią układ. 5 miesięcy później, 14 marca 1808 Dania wypowiada Szwecji wojnę. Dzień później Bernadotte zjawia się w Kopenhadze z rozkazem uderzenia na szwedzkie Skåne. Gdy angielska flota zjawia się w Göteborgu, aby uniemożliwić planowaną inwazję na Skåne, robi – jak podkreśli Krzysztof Mazowski – wrażenie „budzące żal i smutek” i doda, że „mieszkańcy zajmowali się głównie upijaniem i popełnianiem samobójstw”. Napoleonowi świta myśl, żeby osadzić Bernadotte na tronie duńskim lub go adoptować i zrobić swoim następcą. Sam Bernadotte rozważa zostanie królem Danii, Polski lub Hiszpanii. W Szwecji dochodzi do przewrotu i obalenia Gustava IV Adolfa. Major Johan Georg de la Grande przywozi list z propozycją zawieszenia broni pomiędzy Francją a Szwecją. I to w tym mniej więcej czasie Bernadotte dostaje propozycję objęcia szwedzkiego tronu. Szwedzi sądzili, że Bernadotte jest ulubieńcem Napoleona, ale jest niestety przeciwnie. Panowie się nie lubią, Jean nie rozumie posłuchu jakim cieszy się Napoleon. Ale jest sprytny. Inni mówią, że dwulicowy. Manewruje wokół swojego szefa umiejętnie bawiąc się w grę pozorów. I stawia go dyplomatycznie w takiej sytuacji, że Napoleon nie ma po części wyboru i wyraża zgodę na objęcie przez niego tronu Szwecji.

       

      Ta jest wówczas drugim co do wielkości państwem Europy, zamieszkałym przez ok. 3,5 mln osób, niejednorodnym etnicznie, jednocześnie jednym z najbiedniejszych i o krok od całkowitej zagłady.

       

      Wydarzenia nabierają rozpędu. Bernadotte ma dobry PR, teraz potrzebuje nieco reklamy. Do Szwecji przyjeżdża dziadek Maneta. Zaczyna się cyrk typowy dla kampanii wyborczej. Józef Antoni Ennemond Fournier nie cofając się przed oszustwem podaje się za przedstawiciela cesarza. Wszem i wobec obwieszcza, że „Bernadotte jest jedynym księciem krwi, którego wybór cesarz i cała Francja powitałaby z radością”. Składa obietnice finansowe, które nie mają pokrycia. W rzeczywistości Bernadotte zjawi się w Szwecji bez kasy i z długami. I wymyśla hasło, które łyknął nieroztropni Szwedzi łudząc się, że marszałek francuski odzyska utraconą Finlandię. Potem Bernadotte za tę „pomoc” zgrabnie się odwdzięczy, zostając ojcem chrzestnym córki Fourniera, czyli mamy Maneta. Postawiony pod murem Napoleon złośliwie skomentuje kandydaturę Bernadotte’a mówiąc, że Szwedzi są przyzwyczajeni do szalonych królów. Ale robi sobie też polityczne nadzieje z tym wyborem.

       

      Król Karl XIII w 1811 dopuszcza Bernadotte do najwyższego masońskiego kręgu wtajemniczenia. Adoptuje go, żeby Jean mógł zostać królem. Zwolennik republiki i detronizacji Ludwika XVI zostaje oficjalnie następcą tronu, który robi w kraju porządki, czekając cierpliwie na śmierć Karola XIII. Świadek francuskiej rewolucji wie jak może się skończyć panowanie niechcianego władcy. Bernadotte, teraz Karl Johan boi się. Zaczyna więc od zorganizowania tajnej policji i wprowadzenia kontroli prasy. Pasjami zamyka gazety, zwłaszcza „Aftonbladet”, która odradza się w kolejnej odsłonie. Jest to strach spryciarza, który za chwilę pokaże środkowy palec i Szwecji, i Napoleonowi. Spotyka się z Rosjanami i zgadza się, że Finlandia geograficznie bardziej pasuje do Rosji niż do Szwecji i nie ma wobec niej żadnych roszczeń. Ale, żeby jakoś wybrnąć z tej sytuacji przed narodem zaczyna „starać się” o Norwegię. To jednak nie było w interesie Napoleona, którego wiernym sojusznikiem była Dania, prawowita „właścicielka” Norwegii. Napoleon sugeruje alians Szwecji, Danii i Księstwa Warszawskiego, a nawet ściślejszy związek tych państw na podobieństwo Związku Reńskiego. Odmawiając Napoleonowi pomocy przekreśla szansę na powodzenie kampanii moskiewskiej. I nazwijmy to wprost: zostaje zdrajcą.

       

      Do Sztokholmu przyjeżdża, związana ze Szwecją przez pierwszego męża, najsłynniejsza kobieta XIX wieku – Anne Louise Germaine de Staël. Za jej sprawą zamek królewski zmienia się w paryski salon. Urok osobisty króla przyciąga do niego kobiety, ale jego nie ciągnie po porostu do kobiet, wybiera te wpływowe, które umiejętnie rozkochuje znajdując w nich sojuszniczki na całe życie. Madame de Staël jest wówczas w trakcie pracy nad książką i wspomnieniami. „Reflexions sur le suicie” zadedykuje Jeanowi. Nie brakuje plotek, że ma taką chrapkę na Jeana, że próbuje doprowadzić do rozwodu króla. Bernadotte zdaje sobie sprawę z siły pióra i wie, że sojusznik taki jak Madame to skarb. Zatrudnia zresztą pisarzy do własnych spraw. Niemiecki romantyk August Wilhelm Schlegel przygotuje na jego zlecenie memorandum w kwestii niemieckiej.

       

      Ale politycznie Karlowi Johanowi zaczyna się osuwać grunt pod nogami. Wie, że Finlandii nie odzyska, Norwegii najwyraźniej też nie dostanie. Car Aleksander robi mu jednak nadzieje. Jeśli wesprze go w pokonaniu Francji, to odwdzięczy się pomocą w otrzymaniu Norwegii. Ale przecież to oznacza zdradzę własnej ojczyzny i pokazanie nielojalności wobec człowieka, któremu wszystko zawdzięcza. W dodatku Szwedzi naprawdę go nie lubią. I tu objawia się jego talent w lawirowaniu pomiędzy zobowiązaniami a obietnicami. Lord Byron najlepiej to skwituje: „Bernadotte to zbuntowany bękart adoptowany przez Skandynawów”. Karl Johan unika wkroczenia do Francji jako wróg, idzie jednak z armią na Holandię. Zajmuje Danię, która jest sojusznikiem Napoleona, który dostaje spazmów. Jest tak wściekły, że każe usnąć z budowli państwowych wszystkie portrety Bernadotte, a jego nazwisko z wszelkich dokumentów.

       

      Norwedzy mają dość przechodzenia z rąk do rąk. Ale to kraj bez własnej arystokracji czy elity, którą stanowi ta napływowa z Danii. Wykorzystują zamieszanie wojenne i 17 maja 1814 ogłaszają przyjęcie własnej konstytucji. Bernadotte początkowo nie ma ochoty godzić się na stawianie go przed faktami i mobilizuje armię do działania. Madame de Staël podszeptuje Jeanowi, że nie opłaca mu się to. Wtedy to w stolicy Norwegii pojawiają się przedstawiciele największych graczy politycznych tych czasów i przemawiają do rozsądku Norwegom, którzy ostatecznie godzą się z postanowieniami traktatu kilońskiego. Bernadotte próbuje złagodzić niepewność i gniew norweski i to wtedy kreśli coś na wzór sojuszu nordyckiego, podtrzymując, że Norwegia ma większe szanse na przetrwanie pod skrzydłami Szwecji. 14 sierpnia 1814 Norwegia podpisuje w Moss konwencję o zawieszeniu broni co dla Szwecji oznacza zakończenie ostatniej w jej historii wojny i rozpoczęcie trwającego do dziś pokoju.

       

      W tle rozpoczyna się Kongres Wiedeński a władcy biorący w nim udział wyrażają swoje niezadowolenie z francuskiego kaprala na tronie królewskim. I dają mu wyraźnie do zrozumienia, że jest królem drugiej kategorii. Później biograf Bernadotte napisze, że Szwedzi powinni być wdzięczni, że ich władcą nie został „któryś z mało rozgarniętych książąt duńskich”. Dzieją się i inne rzeczy, które mogą zmienić siatkę wpływów i granic. Aleksander I przyjmuje pod opiekę rodzinę swojego kuzyna, zdetronizowanego króla Gustava IV Adolfa. Rozważa nawet przyznanie mu jakiegoś księstwa, może Krakowa, ostatecznie z tego rezygnuje.

       

      Gdzieś muszą się podziać uchodźcy polityczni i wtedy Jean otwiera szwedzkie granice dla przedstawicieli reżimu napoleońskiego. Do dziś żyją w Szwecji, w nadanej przez Bernadotte’a posiadłości Elghammar w Södermanland potomkowie księcia d’Otrante. Jedna z córek Lucjana Bonaparte wyszła za szwedzkiego dyplomatę i trafiła na dwór królewski w Sztokholmie. Synowie rozstrzelanego marszałka Ney’a, syn generała Jean-Baptiste Drouet’a otrzymują stopnie wojskowe w szwedzkiej armii.

       

      Rząd szwedzki zostaje tak przeorganizowany, żeby wszyscy ministrowie mówili po francusku. Ustawy i przepisy miały być sformułowane w możliwie najprostszy do zrozumienia sposób, co do dzisiaj obowiązuje w prawie szwedzkim. W lutym 1818 umiera Karl XIII. Karl Johan zostaje prawowitym władcą, a jego mottem koronacyjnym będzie: „Miłość ludu mą nagrodą”. Wtedy też sformułuje obowiązującą do dziś szwedzką zasadę neutralności mówiąc, że „pokój może być jedynym celem, do jakiego powinien dążyć mądry rząd”. Szwedzi zawdzięczają mu wprowadzenie nowinek technicznych, m.in. telegrafu optycznego, prawdziwka w szwedzkim jadłospisie nazwanego na jego cześć grzybami Karla Johana.

       

      Bardzo dziwne było małżeństwo Bernadotte z Désirée, która wolała tęsknić za mężem w Paryżu. Mówiła, że na dźwięk słowa „Sztokholm” dostaje kataru.

       

      Karl Johan spędził w Szwecji 34 lata. Zmarł w 1844, pochowany został w Riddarholmskyrka w Sztokholmie obok Gustava II Adolfa, Karla XII i Gustava III. W swoim testamencie zostawił wytyczne jak wychowywać jego syna. Życzył sobie, żeby Oscar czytał książki najsłynniejszych autorów. „Powinien przeznaczyć jakiś czas na zagraniczną literaturę, aby zorientować się, co jest charakterystyczne dla innych nacji”, żeby umieć rozmawiać z cudzoziemcami.

       

      Bernadotte_szwedzki_krol_ktory_w_testamencie_zobowiazal_syna_do_czytania_ksiazek

       

      Wpis o Bernadotte powstał w oparciu o książkę: "Bernadotte - żołnierz fortuny", Krzysztof Mazowski. Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2013. Cytaty pochodzą z wyżej wymienionej książki. Książkę można kupić w krakowskim Składzie Tanich Książek, ul. Grodzka 50.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Bernadotte - szwedzki król, który w testamencie zobowiązał syna do czytania książek”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      piątek, 28 września 2018 15:14
  • czwartek, 06 września 2018
    • Żona - najlepszy film o patencie na literackiego Nobla

      Kto by pomyślał, że tyle przypadków złoży się na to, że „Żona” Björna Runge ( ur. 1961) pojawi się na ekranach kin w idealnym momencie. Ten tak bardzo aktualny obraz ma w sobie pewną tajemnicę. A droga do jej zrozumienia prowadzi do maleńkiego Lysekil w południowo-zachodniej Szwecji, gdzie urodził się reżyser, którego film okrzyknięto jednym z najlepszych w karierze Glenn Close. Tym, dzięki któremu najczęściej nominowana do Oscara aktorka w końcu być może otrzyma, od dawna należącą się jej, statuetkę.

       

       

      Gdy szesnastoletni Björn Runge ustawiał się w Malmö w kolejce do zapisów na kurs teatralny razem z grupą bezrobotnych chłopaków, nic jeszcze nie wskazywało, że tak rozpocznie swoją późniejszą hollywoodzką karierę. Szwedzki „Fokus” napisze, że dzieciństwo w nieustannych przeprowadzkach, zahartowało go i nauczyło wyczuwać nastroje otoczenia. Stanie się to potem jego atutem w pracy reżyserskiej. Na razie ma apetyt na filmowy świat, w który wkroczy już w wieku 20 lat. Z impetem, bo szybko dostanie się do Studia 24 pod skrzydła jednego z największych egocentryków współczesnego szwedzkiego kina. Jeśli wierzyć Lenie Andersson, która w swojej powieści „Bez opamiętania” tak opisze artystę, który w opinii wielu jest doskonałym portretem właśnie reżysera Roya Anderssona.

       

      Nakręcił 17 filmów krótkometrażowych przed swoim pełnometrażowym debiutem w 1996 filmem „Harry och Sonja”. To wtedy pozna Stellana Skarskårda, który zagrał tam tytułową rolę, a kilka dekad później będzie go ostrzegał przed Glenn Close, twierdząc, żeby uważał, bo takich jak on aktorka zjada na śniadanie. Niedługo po fabularnym debiucie, w 2003, Björn Runge wygrywa najważniejszą w szwedzkim świecie filmowym nagrodę: Guldbaggen. „Om jag vänder mig om” zostanie również doceniony na festiwalu w Berlinie. Zanim Runge przeczyta scenariusz „Żony” minie trochę czasu i kilka życiowych burz, co będzie dla niego niezłą lekcją. W 2009 w trakcie prac nad dużym filmem nagle wszystko rzuca. Ma dość głównego producenta, który za bardzo w jego odczuciu wtrąca się do pracy reżysera. Rok później razem z żoną Leną Runge decydują się na rozstanie. Sprzedają dom, dzielą majątek. To trudny krok, bo żona stoi przecież za sukcesem jego filmów, to ona je montuje. W tym miejscu prywatne życie reżysera w dziwnie frapujący sposób zakręca w stronę filmowego. To najlepszy moment na napisanie nieco o fabule „Żony”.

       

      Głównych bohaterów poznajemy w momencie, kiedy Joe odbiera telefon od sekretarza Akademii Szwedzkiej, który przekazuje mu decyzję komitetu noblowskiego. Castleman zostanie tegorocznym laureatem literackiej Nagrody Nobla. Wraz z żoną skaczą z radości na łóżku. Można by sądzić, że to świetnie dobrane małżeństwo, którego nawet na starość nie opuściło poczucie humoru i dziecięca spontaniczność. Ale coś delikatnie burzy ten idealny obraz. Widzimy to w twarzy kobiety, która mimo posągowej urody i mistrzowskiego opanowania przechodzi coś nieoczekiwanego, co śledzimy coraz bardziej intensywnie na ekranie. Dziwnym trafem fikcja filmowa zazębia się nie tylko z bieżącymi wydarzeniami, które z hukiem rozkładają na łopatki Akademię Szwedzką, ale też – uwaga – pasują do życiorysu reżysera filmu. Przypadek?

       

      W 2014 Björn Runge dostaje scenariusz Jane Anderson (ur. 1954), który jest adaptacją książki Meg Wolitzer (ur. 1959). Książka ukazuje się w 2003 w USA. W historii „Żony” niemal każdy detal jest istotny i układa się w coraz bardziej fascynującą układankę. Bohaterką filmu jest młoda dziewczyna, która pod koniec lat 50 uczestniczy w kursie creative writing, podobnie jak pisarka, która chodziła na taki kurs w Smith College. Filmowa Joan poznaje ekscentrycznego, młodego profesora, w którym w końcu się zakochuje. Dziewczyna wyraźnie ma talent pisarski, co fascynuje profesora, oboje łączy niejednoznaczna relacja. Początkowo nie wiemy, czy finałem będzie prosta miłosna historia jakich wiele. Złożoność scenariusza za chwilę pokaże ile jeszcze zaskoczeń i interpretacyjnych pułapek zastawia na nas jego autorka, znana u nas lepiej z drugiego sezonu „Mad Men”. „Żona” jak na rasowe psychologiczne studium przypadku przystało będzie nas zaskakiwać niejednym zwrotem. Pod tym względem film Runge bardzo mi przypomina „Znikasz” Duńczyka Petera Schønau Foga.

       

      Długo jednak przyjdzie czekać na premierę filmu. Jakoś nikt nie jest zainteresowany wyłożeniem pieniędzy na scenariusz kobiety, która adaptuje na potrzeby filmu powieść pisarki, do tego opisuje historię małżeństwa z perspektywy żony i na dodatek pokazuje jak mężczyźni osiągają sukces kosztem swoich partnerek. Nawet gdy film już jest gotowy jego producenci zwlekają z pierwszymi pokazami. Oficjalnie mówi się, że chcą wstrzelić się premierą w taki moment, żeby Glenn Close miała jak największe szanse na Oscara. Pokaz przedpremierowy ma miejsce we wrześniu 2017 podczas Toronto International Film Festival. Miesiąc później media społecznościowe opanowuje ruch #metoo. Wszyscy dyskutują o seksaferach w branży filmowej. Mówi się, że czasami trzeba być w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu. Timing „Żony” jest doskonały. #Metoo dociera do Szwecji i wybucha z impetem rozkładając od środka Akademię Szwedzką, która chwilę potem ogłasza, że w tym roku nie będzie przyznawać literackiej Nagrody Nobla. Świat jest w szoku. Skandalu seksualnego w samym środku zacnego komitetu noblowskiego w słynącej z równouprawnienia Szwecji nikt się nie spodziewał. Czy można sobie wyobrazić lepszą reklamę dla filmu, którego akcja rozgrywa się częściowo w Sztokholmie wokół uroczystości noblowskich?

       

      Przypadek i zbiegi okoliczności są spoiwem, które kto wie, czy nie zadecydują o sukcesie „Żony”. W 2011 Björn i Lena Runge połączył „Happy End”. Björn znowu reżyseruje, a Lena znowu montuje jego filmy. Coś iskrzy, wraca stary ogień, a może pojawia się nowy? A może chodzi o to, że Björn nie jest w stanie skleić do kupy swojego filmu tak, żeby dało się go oglądać? Dawna para w każdym razie znowu jest razem. On w międzyczasie zadebiutuje sztuką teatralną dla Stockholms stadsteater, ona od kilku lat z powodzeniem prowadzi E.motion - własną firmę, gdzie zajmuje się z rosnącym powodzeniem terapią i rozwojem osobistym. I gdyby wgryźć się w wymowę „Żony”, wydaje się, że jest w niej więcej drobiazgowej pracy psychologicznej i wyrafinowanych cięć. Znowu przypomina się scena, w której filmowa Joan proponuje profesorowi, że poprawi i podrasuje jego powieść. Pytanie, kto jest jej autorem. Czy pomysłodawca fabuły czy jej znakomita redaktorka? I kto robi „Żonę”, jej „dyrygent” spoglądający na wszystko zza reżyserskiego krzesełka czy wirtuozerka cięć, która z chaosu zdjęć wydobywa esencję, podkręcając ją tam gdzie trzeba. Wśród pojawiających się tu i tam plotek przewijają się i takie, że bohaterów filmowych i małżeństwo Runge łączy zadziwiająco podobny związek miłosno-zawodowy.

       

      No dobrze, pora na jakieś podsumowanie. Dla kogo jest ten film i czy wart jest obejrzenia? To typowe „hollywoodzkie” kino z zacięciem na coś ambitniejszego. Ale miłośnicy eksperymentów na miarę Buñuela muszą szukać rozrywki gdzieś indziej. Pytania, które w dobrym europejskim filmie musielibyśmy sobie zadać sami, tutaj stawia Christian Slater grający Nathaniela, który szykuje mocną biografię Castlemana a teraz tylko szuka potwierdzenia dla swoich przypuszczeń, które w zupełnie innym świetle mogą postawić cały dorobek słynnego pisarza. Wydarzenia rozgrywają się w dwóch planach czasowych: współcześnie i w retrospektywach ukazujących nam kluczowe dla dwójki bohaterów momenty. Jeśli mówić o jakimś eksperymencie czy wyłomie, to będzie nim wydźwięk emancypacyjny, rzecz dotąd nie eksponowana w kinie z apetytem na Oscara. To pod wieloma względami babski film, jeśli przyjrzeć się ekipie filmowej, z porządną, naprawdę oscarową rolą Glenn Close, która przemyciła tutaj własną córkę Annie Starke, grającą jej postać w młodości. Wielka Close, mimo obaw jej kolegi z branży, nie pożarła reżysera podczas śniadania w Greenwich Village w Nowym Jorku, kiedy to „namaściła” Szweda na reżysera filmu, wyrażając w ten sposób i swoje poparcie, ale też swoją pozycję w świecie filmowym. Kompromisów jest w tym filmie kilka: z jednej strony pewna linearność wydarzeń, którą w niewielkim stopniu rozładowują pojedyncze wspomnienia z przeszłości, raczej prosty język narracji i takie operowanie światłem, scenografią i kostiumami, żeby najbardziej skupić uwagę na rozgrywającym się dramacie psychologicznym. Troszkę przyoszczędzono, bo mimo, że jesteśmy świadkami uroczystości noblowskich to zdjęcia kręcono głównie w Glasgow. Co nie znaczy, że Sztokholmu czy języka szwedzkiego nie ma w filmie. Reżyser tłumaczył taką decyzję tym, że bohaterów poznajemy na początku lat 90 ubiegłego wieku, a współczesny Sztokholm wygląda już zupełnie inaczej.

       

      Z pewnością nie każdemu spodoba się temat i wymowa filmu, który mocno eksponuje problem dyskryminacji w środowisku pisarskim, nierówne szanse na debiut i kariery literackie. Pokazuje w złym świetle kuchnię rynku wydawniczego (zwróćcie uwagę na scenę, w której redaktor szuka przyszłej gwiazdy dla swojego wydawnictwa), skupiając się też na dramacie osobistym i kompromisach, które podejmują kobiety wchodząc w relacje z mężczyznami. Moim zdaniem to jednak krok ku naprawdę dobrej tendencji do robienia feministycznego kina, które nie trywializuje pewnych problemów jak choćby „Do diabła z miłością”, ale też nie stawia na ostrzu noża i nie antagonizuje. To, co udało się całej ekipie „Żony” jest po części konsekwencją tego, że film jest robiony głównie przez ludzi ze Szwecji, w dużej mierze przez kobiety, które stworzyły przekonujący, trzymający w napięciu, bardzo dobry film o środowisku literackim, które w latach 90 była bardzo męskim światem, gdzie miejsce kobiety było w tle, z tyłu, w cieniu. Na ile się to zmieniło najlepiej oddaje ostatnia scena w samolocie, gdy Joan odpowiada na propozycję Nathaniela i zwraca się do syna mówiąc, że jak wrócą do domu, to mu opowie całą prawdę.

       

      PS Przedpremierowy pokaz „Żony” obejrzałam w krakowskim kinie ARS. Polecam Wam bardzo zarówno to kino, jak i sam film.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Żona - najlepszy film o patencie na literackiego Nobla”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 września 2018 13:59

Kalendarz

Październik 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Wyszukiwarka

Kategorie

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014