Recenzentka

Fiction

  • czwartek, 25 maja 2017
    • Świętosława. Królowa wikingów - Agata Stopa

      Świętosława. Królowa wikingówAgaty Stopy to bardzo dobry przykład powieści historycznej. Wycyzelowane fakty w minimalny sposób mieszają się z fikcją, która jest komentarzem autorki do tez historyków. Potężna, zamaszysta księga ujmuje rozmachem czasowym, składając się w spójną opowieść o najważniejszej kobiecie z epoki wikingów. Żony królów: Szwecji Eryka Zwycięskiego, Danii, Norwegii i Anglii Swena Widłobrodego i matki królów: Olafa Skötkonunga, Knuta Wielkiego i Haralda II Svenssona.

       

      Swietoslawa_Krolowa_wikingow_Agata_Stopa1

       

      U Agaty Stopy polityka jest wredną matką wymuszanych sojuszy. Matką bezwzględną w dochodzeniu do władzy i realizacji własnych planów. Historia „Świętosławy. Królowej wikingów” układa się w żywy obraz epoki, która tylko minimalnie różni się od współczesnej sceny politycznej. Gry pozorów, wymierzane sobie podstępnie ciosy, szukanie zakulisowych sojuszników. Wszystkie te strategie politycznego przetrwania znalazły genialną narratorkę w osobie Agaty Stopy, która doskonale wyczuwa wszelkie dysonanse, oddaje zniuansowane odcienie wielkiej polityki. Jest też osobą z pietyzmem zatrzymującą się nad detalem historycznym. Wiele w „Świętosławie. Królowej wikingów” jest opisów, które odtwarzają codzienność bohaterów. Widzimy miejsca, w których przebywają, jesteśmy w stanie wyobrazić sobie przestrzenie, w których rozgrywa się akcja. I jest to opis w idealnej proporcji do opowiadanej historii, wystarczający do zobaczenia oczami wyobraźnie malowanej przestrzeni. Filmowa narracja to z pewnością atut Agaty Stopy. A podejście do ubierania sceny akcji w kostiumy z epoki można by tu wskazać jako godne naśladowania. Wydaje mi się, że dopiero z umiarem podany opis tła świadczy o dużej sprawności powieściopisarskiej.

       

      762 strony gęstego druku bez żadnych sztuczek wydawniczych sprawia, że „Świętosława. Królowa wikingów” czyta się w tempie skandynawskiej – co najmniej - trylogii kryminalnej, której służą przecież podwójne interwały i szerokie marginesy. Uczciwie wydana powieść to prawie kilogram czystej przyjemności obcowania z wielką historią. Książka Agaty Stopy trafi w gusta osób, które za historią, jako taką, nie przepadają i trzeba im ja podać w przystępnej formie, ale bez udziwnień i zbytniego konfabulowania. Tym różni się od powieści Dumasa, że w centrum zainteresowań jest nadanie prawdzie historycznej interesującej fabuły, zamiast skupiania się na fikcyjnych przygodach, które jedynie wykorzystują wątki historyczne. W przeciwieństwie do Bernarda Cornwella więcej u Agaty Stopy jest związków międzyludzkich i gdy dochodzi do bitew, wojen przygląda się wypadkom, które do nich doprowadziły, zamiast wchodzenia w centrum pojedynków i uderzeń armii. Oręż u niej grzmi w tle. Analizuje konflikty polityczne i ich wpływ na nowy rozkład sił, sojuszy. Skupia się na negocjacjach, kulisach wielkich rozmów. Misternie rozpracowuje ludzkie namiętności, małe i duże uczucia, które często biorą górą, składając się na późniejsze daty w almanachach. To historia tutaj rządzi, a skrupulatna dokumentacja zdjęciowa, liczne rysunki jedynie potwierdzają to wrażenie. Nie spotkałam się jeszcze z takim podejściem do pisania powieści, bo strona wizualna książki chyli się ku omówieniom naukowym. Dodatkowo jest w niej bardzo dużo przypisów, więc można ją czytać bez wcześniejszego przygotowania historycznego.

       

      Początek „Świętosławy. Królowej wikingów” wydaje się jednak nieco niedopracowany i trochę odbiega od dalszej części powieści. Niepotrzebne wydały mi się wstawki ze Świętosławą kilka lat później. Nie wnosiły one niczego do opowiadanej historii, nie służyły też samej narracji, którą osłabiał taki przerywnik. Próby stylizacji językowej wydają się nie do końca udane i z ulgą odebrałam styl w dalszej części, która jest naprawdę świetnie opowiedziana. Początkowo brakowało mi nieco jakiegoś mocnego wtrętu fikcyjnego, który podkręciłby narrację. Wystarczy jednak poczekać nieco, żeby docenić ten sposób pisania powieści historycznej. Agata Stopa wlała życie w posągowe postaci, które zaledwie wyłaniały się do tej pory spoza sążnistych, średniowiecznych kronik. Stonowany do minimum opis emocji, o których z dawnych pism niewiele się dowiadujemy, tutaj przybiera postać niemal studium psychologicznego. I pewnie nie przez przypadek, bo autorka to absolwentka psychologii klinicznej. Świętosława i cały peleton postaci historycznych to przede wszystkim ludzie i próba zrozumienia też ich emocjonalnej sfery, kim byli, co czuli, jakimi wewnętrznymi motywami się kierowali. Kipi tu więc od zazdrości, zawiści. Jest też miejsce na wielkie namiętności, rozpracowaną do szczegółu męską tęsknotę, kobiece udręki księżniczek wydawanych za niechcianych starców dla korzyści politycznych. W fermencie wielkiej polityki widzimy ludzką twarz drobnych decyzji, które składają się na małe i duże tragedie osób, które rozpoznajemy, jako królów, królowe, zapominając, że przede wszystkim byli ludźmi.

       

      Kolejnym atutem „Świętosławy. Królowej wikingów” jest połączenie słowiańskiej kultury z nordyckimi wierzeniami. Filtry, którymi mierzy ten temat w zbalansowany sposób rezonują w treści powieści, która łagodnie wprowadza w świat średniowiecznych wierzeń. Dobrze uchwycono przenikanie się kultur, wtargnięcie chrześcijaństwa na tereny ludów Północy i różne strategie chrystianizacji. Właśnie ta przystępność mówienia o trudnych tematach klasyfikuje powieść Agaty Stopy jako dobrą rekomendację dla uczniów gimnazjów i szkół średnich. Można dzięki tej powieści wejść w kulturę staronordycką i zrozumieć współczesne kraje skandynawskie i ich obyczaje, które przecież są mieszanką dawnych wierzeń, na które nałożyły się nowe tradycje.

       

      Bardzo dobrze zostało w powieści uwypuklone odmienne oblicze wikingów, jednych z najcenniejszych najemników europejskich. Na kartach powieści dużo miejsca zajmuje Jomsborg i jego znaczenie dla bezpieczeństwa księstwa polskiego, historia jednego z najsłynniejszych najemników Thorkella Wysokiego, który z nadania Knuta zostanie potem lordem Wschodniej Anglii. Można prześledzić polsko-skandynawskie wątki i przecierające się ścieżki, które od początku państwa polskiego miały spore znaczenie. Dużą wartość dla poznania historii krajów skandynawskich ma uchwycenie zmieniającej się sytuacji politycznej na Północy. Agata Stopa w przystępny sposób wychwyci znamienne szarady, liczne ustępstwa, jakie kolejni książęta podejmowali dla osiągnięcia swoich zysków. Wreszcie pokaże też ekspansję dzielnych wikingów w dalsze rejony Europy, zwłaszcza podbój Anglii. Ciekawie połączy losy Świętosławy z historią jej brata Bolesława Chrobrego. Nie zabraknie tutaj tła, w którym wybrzmiewają zmieniające się losy rosnącego w potęgę królestwa polskiego. Zwróci uwagę na rolę Ody, kolejnej żony Mieszka. Wreszcie przyciągnie uwagę dla wątków, w których zaznaczy silniej role i pozycje kobiet na dworach książęcych, królewskich i jarlów.

       

      Samą Świętosławę poznajemy jako nastolatkę, dość szybko wydaną za mąż dla utwierdzenia sojuszy ze Szwedami. Ciekawie został uwypuklony jej romans z norweskim księciem Olafem Trygvassonem. Interesujące będzie prześledzenie jak Agata Stopa wykorzystuje ten motyw dla dramaturgii powieści, budując główne napięcie pomiędzy tymi bohaterami. Gotujące się w nordyckim kotle sprzeczne interesy, walki o dominację umacniających swoje siły młodych skandynawskich księstw, świetnie dopełnia całości obrazu. Agata Stopa nie tylko chce nakreślić barwną biografię królowej wikingów. Dopełnia ten opis żywym obrazem epoki, tym ciekawszym, że obejmującym czasy zmian pod panowaniem pierwszych, znaczących królów skandynawskich. Widzimy ruchome granice, łączenie się, przechodzenie ziem z rąk do rąk, wyrywanie sobie skrawków Skandynawii i konstytuowanie ich w odrębne państwa. Co też pozwala dzisiaj lepiej zrozumieć odrębność tej części świata i współczesny nordycki sojusz, praktycznie niewyobrażalny dla pozostałej części Europy.

       

      Wszystkie te zabiegi sprawiają, że „Świętosława. Królowa wikingów” jest bardzo dobrze opowiedzianą lekcją historii, podczas której chętnie odwoływano się do starych kronik i sag. I jak przykład pokazał, niczego nie trzeba w niej ubarwiać, niczego dodawać, bo życie samo w sobie jest wystarczająco skomplikowane, przewrotne i obfitujące w liczne, zaskakujące zwroty akcji.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję autorce książki

       

      Recenzja książki: Świętosława. Królowa wikingów - Agata Stopa, Wydawnictwo Poligraf, Brzezia Łąka, 2016. Projekt okładki: Magdalena Muszyńska. Ilustracje: archiwum własne autorki. Korekta: Jolanta Kaźmierczak, Klaudia Dróżdż, Zofia Smyk. Skład: Wojciech Ławski. ISBN: 978-83-7856-508-6. Stron: 762.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 maja 2017 18:54
  • czwartek, 13 kwietnia 2017
    • #YOLO - Jakub Koisz

      #YoloJakuba Koisza to bardzo udany z wielu względów debiut, który przypomina wypadkową „Gry w klasy” Julio Cortázara, prozy beatników i fali książek w stylu „My, dzieci z dworca ZOO”. Jest tu nieśpieszne tempo nieustannego melanżu, wspomnienia z urwanych filmów, atmosfera nieprzerwanego ciągu narkotyczno-dopalaczowego. Jest seks, kłamstwa i wpisy w mediach społecznościowych. Kilka rzeczy sprawia jednak, że proza Koisza wtapia się w literackie czeluście, nie wyróżniając się niczym szczególnym.

       

      #Yolo Jakub Koisz

       

      Zacznijmy jednak od początku. Pisarzy, którzy zostawiają po sobie stylistyczny, rozpoznawalny trop jest w sumie niewielu. Jakub Koisz niewątpliwie językowo postawił kropkę nad wybijającym się, charakterystycznym „i”. Ma świetne ucho, bardzo dobre wyczucie stylu i pisze językiem, który ani na chwilę nie traci na impecie. Podejrzewam wręcz, że jeśli jest w trakcie kolejnej powieści, to będzie ona zupełnie inna. Wyczuwam u niego potrzebę mierzenia się z różnymi materiami. Nie będzie to jednak eksperyment na miarę Korporacji Ha!art czy Lampy i Iskry Bożej. Jakub Koisz nie stanie się Dorotą Masłowską w spodniach, ani nawet Małgorzatą Rejmer, która na nowo opowiada nam Warszawę w „Toksymii”. Będzie raczej chodzącym lustrem, w którym, jak w „#Yolo”, odbija obraz zblazowanych warszawskich dwudziestoparolatków. Potrafi pisać naśladując, nie wyczuwam w nim autora, który ma zadatek na wywracanie literatury. Chociaż wyraźnie chce zostawić po sobie coś oryginalnego. Językowo wyczuwam swobodę mówienia slangiem, bez wpisanego w to ryzyka ośmieszenia. Koisz wtopił się w słowotwórcze wygibasy; jest cięty, dowcipny i mocny. Czy to jednak wystarczy?

       

      Postać, którą wybrał na najważniejszego bohatera, to obserwator, kontestator i główny komentator. To dzięki niemu wchodzimy w zamknięty świat (części) pokolenia 20+. Moim zdaniem też dość charakterystyczny. Bo spójrzmy kto i o czym pisze. A potem kim jest i jak żyje. Sporo mamy literatury o problemach zblazowanych, zamożnych dzieciaków (czy dorosłych), które mogą sobie pozwolić na alternatywne wybory, kosztowne imprezowanie i drogie upijanie się życiem. Tego prawdziwego (równa się zwyczajnych Polaków) jest mało, stąd tyle powieści o pisarzach w roli głównej, środowisku artystycznym, wszelkiej maści dziennikarzach, pracownikach teatru itp.. Uwikłani w życie, zmęczeni ludzie - jak widzę - nie mają czasu i siły, żeby pisać książki. Piszą je w większości ci, którzy na taki luksus mogą sobie zwyczajnie pozwolić. Brak prawdziwego życia i wracanie do przepisanych już po raz setny problemów, po prostu jest wtórne. No i nudne. Ciężko jest mi się zdobyć na zainteresowanie kolejną prozą w stylu „ćpanie, bzykanie i melanżowanie”.

       

      Gdy sięgam po powieść w stylu „#Yolo” czekam na odrobinę świeżości, ale otrzymuję bardzo dobrze odtworzony fragment zamkniętej rzeczywistości. I nic więcej. Nawet jeśli Koisz językowo odlatuje, to wyłącznie na poziomie odtwarzania stylu małolatów silących się na oryginalność. W dodatku jest kolejnym polskim prozaikiem, który upaja się własnym wyrafinowaniem słowotwórczym na niekorzyść historii, która wymyka mu się z rąk i staje się nieciekawa. Wolałabym tę powieść otrzymać w formie nowelki lub opowiadania, bo w takiej objętości błysnęłaby, tu jednak przedłuża się o niepotrzebne strony.

       

      Kolejne pytanie, to czy naprawdę potrzebujemy jeszcze jedną powieść o mężczyźnie, oczywiście inteligentnym, oczytanym, tym razem też ze znajomością filmu, który patrząc na kobiety, widzi wyłącznie dziwadła, zazwyczaj głupie, wyskakujące z majtek, nawet wówczas, gdy panowie są zmęczeni i właściwie od niechcenia „spuszczają się w rozjechane i suche szparki hipsterek”. Czy potrzebujemy kolejnych reprezentantek kultury obrazkowej, z których „żadna nie zwróciła uwagi na książki, ale od razu wpadły im w oko obrazy z superbohaterami”. Nic nie przekonało mnie do powieści Jakuba Koisza, nic nie sprawiło, że chciałabym zaakceptować ten opis świata i jego literacki wybór. Na miliony jest w literaturze głupiutkich panienek, „lubiących się z kimś przelizać”, rozkładających non stop nogi. Bohaterki Koisza tym różnią się od bohaterek rocznikowo od niego starszych panów pisarzy, że środek głupoty krąży w ich przypadku po nieco innej orbicie. Bo mamy inne czasy, więc Karolina „już osiągnęła to, o czym marzyła w gimnazjum: pełne zblazowanie, sporą grupę wyznawców na swoim modelingowym fanpejdżu oraz całkiem sporą wiedzę na temat środków psychotropowych”. Koisz przypomina mi Augusta Strindberga, tyle, że kilkanaście dekad później, gdy pisze: „Jeśli waginy samic homo sapiens wytwarzały śluz każący mężczyznom, niczym mrówkom, zapieprzać od świtu do zmierzchu na dwie zmiany, pokonywać kilometry, pocić się krwią, to ona była tutaj alfą, prawdziwą królową feromonów”.

       

      Jakub Koisz jest trochę jak jego bohater, który poznając dziewczynę, stwierdza, licząc, że dziewczyna „odczyta erotyczny podtekst tego bełkotu”, że „każdy mężczyzna tworzy. Z każdego z nas wypływa energia, która pozornie rzucona na pastwę chaotycznego świata znajduje jednak swój dom, wchodzi w relacje, łączy się w jeden niezależny byt. To jest architektura życia…”. I podobnie do tej postaci sam sporo tworzy, przekładając otaczający go świat na kolejne projekty, tym razem literacki. W pisaniu najważniejsze jest dla mnie pytanie „Po co?”. Jeśli jest sens, to wówczas warto pisać. I jeśli miałabym coś doradzić debiutującemu pisarzowi, to postawienie sobie tego pytania i powtarzanie go tak długo, aż zrozumie: po co pisać kolejną książkę?

       

      Recenzja książki: #YOLO, Jakub Koisz, Wydawnictwo Ovo, Wrocław 2016. Redakcja: Katarzyna Kostołowska. Korekta: Anita Baraniecka-Kozakiewicz. Grafika na okładce: Miedzioryt "Kot" Marcin Makarewicz. Projekt okładki i skład: Marcin Makarewicz. Zdjęcie na okładce: Evilvision. Wydanie I. ISBN: 978-83-935709-7-3. Stron: 269.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Wydawnictwo Ovo

       

      KONKURS!!! Chcesz mimo wszystko przeczytać tę książkę? Jeśli tak jej egzemplarz może być Twój. Napisz do mnie, dlaczego chcesz przeczytać "#Yolo". Skontaktuję się wyłącznie z autorem najciekawszego uzasadnienia i tę osobę poproszę o adres do wysyłki książki. Na Wasze odpowiedzi czekam dzisiaj, do godz. 23:59.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 kwietnia 2017 19:55
  • czwartek, 02 lutego 2017
    • Wisłocka, czyli jak to ze sztuką kochania było - Konrad Szołajski

      Jest 1998 rok. W Polsce Minister Edukacji Narodowej wydaje rozporządzenie, które wprowadza do szkół przedmiot „Wiedza o życiu seksualnym człowieka”. Konrad Szołajski nakręci wówczas dokument „Pani od seksu” o szkolnej pedagożce z Zawiercia, która postanawia uczyć tego przedmiotu. 13 lat później Szołajski towarzyszy z kamerą i dokumentuje życie trzech katolickich par, dla których przewodnikiem po życiu seksualnym jest pewien kapucyn, ojciec Ksawery Knotz, redaktor naczelny wortalu „Szansa Spotkania”, na którym doradza katolikom, jak godzić potrzeby seksualne z nauką Kościoła. Film zostaje nagrodzony w 2011 podczas łódzkiego Festiwalu Mediów „Człowiek w Zagrożeniu”. Szołajski zrobi też dokumenty o szkole uwodzenia dla mężczyzn pokazując jak można odnieść sukces w szybkim zdobywaniu partnerek i porażkę w budowaniu relacji. Można powiedzieć, że podobnie, że jak niegdyś Bronisław Malinowski badał życie seksualne dzikich, tak on dokumentuje życie seksualne Polaków.

       

      Wisłocka, czyli jak to ze sztuką kochania było Konrad Szołajski


      Film z 2001 o Michalinie WisłockiejSztuka kochania według Wisłockiej” bardzo wpisuje się w tę pracę dokumentalisty i dodatkowo to niemal obraz prywatny. Syn znanego lektora telewizyjnego Lucjana Szołajskiego i Wisłocka znają się prywatnie, a takie filmy zawsze opowiada się nieco innym językiem. Wystąpi tu wnuczka ginekolożki, która tuż przed ślubem prosi babcię o porady łóżkowe. Wisłocka opowiada skąd wziął się pomysł na najbardziej wyklętą i pożądaną książkę okresu PRL. Nie zabraknie głosu ilustratorki Bożeny Bratkowskiej, redaktorki książki Teresy Menciny, wykładowcy etyki seksualnej Władysława Skrzydlewskiego OP, dyrektora wydawnictwa „Iskry” dr Łukasza Szymańskiego.

       


      Dokument „Sztuka kochania według Wisłockiej”, Konrad Szołajski, 2001


      Słynna pani od seksu umiera w 2005. Kilka lat po jej śmierci córka Wisłockiej Krystyna Bielewicz przekazuje Szołajskiemu niepublikowane dotąd pamiętniki matki. Zewsząd pojawiają się zachęty, żeby te materiały wykorzystać w jakiś sposób – tak o początkach, najpierw pomysłu na film fabularny o Wisłockiej, opowiada sam Szołajski w posłowie powieści. Szukając języka narracji autor wymyśla fikcyjny wątek esbeka, który rozpracowuje Wisłocką, co ma wpłynąć pozytywnie na dramaturgię filmu i nadać mu odpowiednie tempo. Tymczasem nieukończonym scenariuszem interesuje się wydawca, który chętnie wyda go w formie książkowej. Konrad Szołajski był przygotowany do wydania książki, zrobił dogłębny research w archiwach IPN, czyta teksty Wisłockiej: „Sztukę kochania” (1978), „Malinka, Bratek i Jaś” (1998), „Miłość na całe życie: wspomnienia z czasów beztroski” (2002) i przygotowane do wydania, ale niepublikowane rzeczy. Czyta wywiady, spotyka się i rozmawia z ludźmi, którzy Wisłocką znali, pamiętali. Wśród nich oprócz córki Wisłockiej, znajdzie się m.in. Irena Zielińska, która wielokrotnie przepisywała „Sztukę kochania” na maszynie podczas bojów o wydanie poradnika, pielęgniarki, które pracowały z lekarką.


      Gotowy już tekst przechodzi przez gęste sito recenzentów, którzy wyłapują nieścisłości, szlifują język, sugerują zmiany. Wśród nich prof. Andrzej Jaczewski, z którym Wisłocka pracowała i się przyjaźniła, ale też wielu innych fachowców: prof. Zbigniew Izdebski, dr Andrzej Depko znany u nas chyba najbardziej ze słynnej audycji o seksie na TOK FM. I chociaż Konrad Szołajski zostawia sobie prawo do ostatecznej decyzji, książka ma trzymać się faktów. Jednocześnie jednak w powieściowej wersji nie rezygnuje z fikcyjnej postaci pracownika SB, chociaż chce, żeby była zbudowana w oparciu o jak najlepsze źródła i tu prosi o pomoc w odtworzenie realiów pracy służb specjalnych dawnego oficera SB płk. Wojciecha Garstka, byłego rzecznika prasowego gen. Czesława Kiszczaka. Czy wysiłek wpisany w przygotowanie książki przyniósł efekt?


      Wiadomo, że nic tak dobrze nie robi sprzedaży książek, jak hity filmowe. A premiera tej powieści idealnie zbiegła się z premierą filmu „Sztuka kochania. Historia o Michalinie Wisłockiej”, dodatkowo książka była promowana sloganem zachęcającym do przeczytania książki przed ukazaniem się filmu. Sam Konrad Szołajski tłumaczy się, że popełnił wcześniej dwie książki, ale w latach 90., więc dawno temu i czuje się, jakby debiutował na nowo. I trochę jego powieść przypomina książki debiutanckie. Pisanie biografii wymaga włączenia filtra, przez który przepuszczamy głównego bohatera. Trzeba mieć pomysł na całość i zastanowić się, które wątki z życia postaci zasługują na więcej uwagi, co można oddać w zarysie, innymi słowy, gdzie i jak rozłożyć najważniejsze akcenty. Postać fikcyjnego funkcjonariusza, którego wprowadza w swojej powieści Szołajski odgrywa tę samą rolę, co postaci ekspertów w kryminałach; i tu i tam służą do podawania partii informacji, kluczowych dla zrozumienia fabuły, których pisarz nie potrafi inaczej sprzedać czytelnikowi. Postać Rafała Dominiaka zawładnęła jednak powieścią, na czym traci wrażenie autentyczności całości. Tam, gdzie można by oddać głos realnym postaciom, czytamy długie ustępy streszczające daną sytuację.


      Język filmu potrzebuje innych środków wyrazu od języka powieści i chociaż zawsze powieściom, zwłaszcza popularnym, dobrze robi filmowe spojrzenie i opowiadanie obrazami, to tutaj jest tego za mało. Widać też, że ok. 100 pierwszych stron jest dużo lepiej przemyślanych niż cała reszta, która traci na impecie. Autor skupił się bardzo na oddaniu realiów politycznych, jego bohaterowie naprawdę rozmawiają językiem propagandy tamtych czasów. Z pewnością największą zaletą książki jest właśnie duch czasów, którego świetnie się tu czuje. Zwłaszcza atmosferę zaduchu obyczajowego. Największy nacisk został położony na oddanie historii wokół samej „Sztuki kochania”, walki o jej wydanie. Dowiadujemy się nieco o pochodzeniu Wisłockiej, niemieckich korzeniach Stacha. Autor nie pomija kwestii podpisania volkslisty. Wyjaśni sprawę „bliźniaków”, trójkąta, w jakim żyła Wisłocka. Pojawi się kwestia romansu z żonatym mężczyzną, jej działalność edukacyjna, zwłaszcza na prowincji. Powieść, która z założenia jest projektem czysto komercyjnym musi trzymać się reguł typowych dla takiego pisania. I niestety brakuje mi tu fabularnych twistów, podkręcenia narracji, nacisku na zaskoczenie. Brakuje mi też pomysłu na całą książkę, która nie uderza żadną puentą.


      Jestem i po filmie o Wisłockiej i po powieści Szołajskiego i muszę ze smutkiem podkreślić, że w obu tych przedsięwzięciach problemem jest sposób pokazania Wisłockiej. Scenarzysta „Sztuki kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” głównie skupia się na seksie w życiu bohaterki, Konrad Szołajski na fikcyjnej postaci esbeka, który rozpracowuje słynną ginekolożkę. Dużo do myślenia dają słowa samej Wisłockiej, w zamykającej dokument o niej „Sztuce kochania według Wisłockiej”, gdzie powie: „Starania moje o całość rodziny i szczęśliwe życie małżeństw polskich stanowiło treść całej mojej pracy lekarskiej”. Obu panom wymknął się sens życia słynnej lekarki i żaden z nich nie potrafił pokazać nam tej Wielkiej kobiety w sposób, na jaki zasługuje.

       

      Recenzja: Wisłocka, Konrad Szołajski, Świat Książki, Warszawa 2017. Wydawca: Joanna Laprus-Mikulska. Redaktor prowadzący: Beata Kołodziejska. Redakcja: Agnieszka Niegowska. Korekta: Jadwiga Piller, Ewa Grabowska. ISBN 978-83-8031-586-0. Stron: 320. Oprawa: broszura ze skrzydełkami. Cena: 32,90 zł. Premiera: 11.01.2017.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo Świat Książki

       

      Dla zainteresowanych osób mam egzemplarz książki "Wisłocka, czyli jak to ze sztuką kochania było" Konrada Szołajskiego. Wystarczy przesłać do mnie mail (adres znajdziecie w zakładce "kontakt") i podać rok publikacji pierwszego wydania "Sztuki kochania". Odpowiedź znajdziecie w powyższej recenzji. Książkę wygra pierwsza osoba, która prześle prawidłową odpowiedź i tylko z tą osobą skontaktuję się i poproszę o podanie adresu do wysyłki książki. Na odpowiedzi czekam do 3 lutego (piątek), do godz. 23:59.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 lutego 2017 20:46

Kalendarz

Maj 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014