Recenzentka

Fikcja

  • czwartek, 13 kwietnia 2017
    • #YOLO - Jakub Koisz

      #YoloJakuba Koisza to bardzo udany z wielu względów debiut, który przypomina wypadkową „Gry w klasy” Julio Cortázara, prozy beatników i fali książek w stylu „My, dzieci z dworca ZOO”. Jest tu nieśpieszne tempo nieustannego melanżu, wspomnienia z urwanych filmów, atmosfera nieprzerwanego ciągu narkotyczno-dopalaczowego. Jest seks, kłamstwa i wpisy w mediach społecznościowych. Kilka rzeczy sprawia jednak, że proza Koisza wtapia się w literackie czeluście, nie wyróżniając się niczym szczególnym.

       

      #Yolo Jakub Koisz

       

      Zacznijmy jednak od początku. Pisarzy, którzy zostawiają po sobie stylistyczny, rozpoznawalny trop jest w sumie niewielu. Jakub Koisz niewątpliwie językowo postawił kropkę nad wybijającym się, charakterystycznym „i”. Ma świetne ucho, bardzo dobre wyczucie stylu i pisze językiem, który ani na chwilę nie traci na impecie. Podejrzewam wręcz, że jeśli jest w trakcie kolejnej powieści, to będzie ona zupełnie inna. Wyczuwam u niego potrzebę mierzenia się z różnymi materiami. Nie będzie to jednak eksperyment na miarę Korporacji Ha!art czy Lampy i Iskry Bożej. Jakub Koisz nie stanie się Dorotą Masłowską w spodniach, ani nawet Małgorzatą Rejmer, która na nowo opowiada nam Warszawę w „Toksymii”. Będzie raczej chodzącym lustrem, w którym, jak w „#Yolo”, odbija obraz zblazowanych warszawskich dwudziestoparolatków. Potrafi pisać naśladując, nie wyczuwam w nim autora, który ma zadatek na wywracanie literatury. Chociaż wyraźnie chce zostawić po sobie coś oryginalnego. Językowo wyczuwam swobodę mówienia slangiem, bez wpisanego w to ryzyka ośmieszenia. Koisz wtopił się w słowotwórcze wygibasy; jest cięty, dowcipny i mocny. Czy to jednak wystarczy?

       

      Postać, którą wybrał na najważniejszego bohatera, to obserwator, kontestator i główny komentator. To dzięki niemu wchodzimy w zamknięty świat (części) pokolenia 20+. Moim zdaniem też dość charakterystyczny. Bo spójrzmy kto i o czym pisze. A potem kim jest i jak żyje. Sporo mamy literatury o problemach zblazowanych, zamożnych dzieciaków (czy dorosłych), które mogą sobie pozwolić na alternatywne wybory, kosztowne imprezowanie i drogie upijanie się życiem. Tego prawdziwego (równa się zwyczajnych Polaków) jest mało, stąd tyle powieści o pisarzach w roli głównej, środowisku artystycznym, wszelkiej maści dziennikarzach, pracownikach teatru itp.. Uwikłani w życie, zmęczeni ludzie - jak widzę - nie mają czasu i siły, żeby pisać książki. Piszą je w większości ci, którzy na taki luksus mogą sobie zwyczajnie pozwolić. Brak prawdziwego życia i wracanie do przepisanych już po raz setny problemów, po prostu jest wtórne. No i nudne. Ciężko jest mi się zdobyć na zainteresowanie kolejną prozą w stylu „ćpanie, bzykanie i melanżowanie”.

       

      Gdy sięgam po powieść w stylu „#Yolo” czekam na odrobinę świeżości, ale otrzymuję bardzo dobrze odtworzony fragment zamkniętej rzeczywistości. I nic więcej. Nawet jeśli Koisz językowo odlatuje, to wyłącznie na poziomie odtwarzania stylu małolatów silących się na oryginalność. W dodatku jest kolejnym polskim prozaikiem, który upaja się własnym wyrafinowaniem słowotwórczym na niekorzyść historii, która wymyka mu się z rąk i staje się nieciekawa. Wolałabym tę powieść otrzymać w formie nowelki lub opowiadania, bo w takiej objętości błysnęłaby, tu jednak przedłuża się o niepotrzebne strony.

       

      Kolejne pytanie, to czy naprawdę potrzebujemy jeszcze jedną powieść o mężczyźnie, oczywiście inteligentnym, oczytanym, tym razem też ze znajomością filmu, który patrząc na kobiety, widzi wyłącznie dziwadła, zazwyczaj głupie, wyskakujące z majtek, nawet wówczas, gdy panowie są zmęczeni i właściwie od niechcenia „spuszczają się w rozjechane i suche szparki hipsterek”. Czy potrzebujemy kolejnych reprezentantek kultury obrazkowej, z których „żadna nie zwróciła uwagi na książki, ale od razu wpadły im w oko obrazy z superbohaterami”. Nic nie przekonało mnie do powieści Jakuba Koisza, nic nie sprawiło, że chciałabym zaakceptować ten opis świata i jego literacki wybór. Na miliony jest w literaturze głupiutkich panienek, „lubiących się z kimś przelizać”, rozkładających non stop nogi. Bohaterki Koisza tym różnią się od bohaterek rocznikowo od niego starszych panów pisarzy, że środek głupoty krąży w ich przypadku po nieco innej orbicie. Bo mamy inne czasy, więc Karolina „już osiągnęła to, o czym marzyła w gimnazjum: pełne zblazowanie, sporą grupę wyznawców na swoim modelingowym fanpejdżu oraz całkiem sporą wiedzę na temat środków psychotropowych”. Koisz przypomina mi Augusta Strindberga, tyle, że kilkanaście dekad później, gdy pisze: „Jeśli waginy samic homo sapiens wytwarzały śluz każący mężczyznom, niczym mrówkom, zapieprzać od świtu do zmierzchu na dwie zmiany, pokonywać kilometry, pocić się krwią, to ona była tutaj alfą, prawdziwą królową feromonów”.

       

      Jakub Koisz jest trochę jak jego bohater, który poznając dziewczynę, stwierdza, licząc, że dziewczyna „odczyta erotyczny podtekst tego bełkotu”, że „każdy mężczyzna tworzy. Z każdego z nas wypływa energia, która pozornie rzucona na pastwę chaotycznego świata znajduje jednak swój dom, wchodzi w relacje, łączy się w jeden niezależny byt. To jest architektura życia…”. I podobnie do tej postaci sam sporo tworzy, przekładając otaczający go świat na kolejne projekty, tym razem literacki. W pisaniu najważniejsze jest dla mnie pytanie „Po co?”. Jeśli jest sens, to wówczas warto pisać. I jeśli miałabym coś doradzić debiutującemu pisarzowi, to postawienie sobie tego pytania i powtarzanie go tak długo, aż zrozumie: po co pisać kolejną książkę?

       

      Recenzja książki: #YOLO, Jakub Koisz, Wydawnictwo Ovo, Wrocław 2016. Redakcja: Katarzyna Kostołowska. Korekta: Anita Baraniecka-Kozakiewicz. Grafika na okładce: Miedzioryt "Kot" Marcin Makarewicz. Projekt okładki i skład: Marcin Makarewicz. Zdjęcie na okładce: Evilvision. Wydanie I. ISBN: 978-83-935709-7-3. Stron: 269.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Wydawnictwo Ovo

       

      KONKURS!!! Chcesz mimo wszystko przeczytać tę książkę? Jeśli tak jej egzemplarz może być Twój. Napisz do mnie, dlaczego chcesz przeczytać "#Yolo". Skontaktuję się wyłącznie z autorem najciekawszego uzasadnienia i tę osobę poproszę o adres do wysyłki książki. Na Wasze odpowiedzi czekam dzisiaj, do godz. 23:59.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 kwietnia 2017 19:55
  • czwartek, 02 lutego 2017
    • Wisłocka, czyli jak to ze sztuką kochania było - Konrad Szołajski

      Jest 1998 rok. W Polsce Minister Edukacji Narodowej wydaje rozporządzenie, które wprowadza do szkół przedmiot „Wiedza o życiu seksualnym człowieka”. Konrad Szołajski nakręci wówczas dokument „Pani od seksu” o szkolnej pedagożce z Zawiercia, która postanawia uczyć tego przedmiotu. 13 lat później Szołajski towarzyszy z kamerą i dokumentuje życie trzech katolickich par, dla których przewodnikiem po życiu seksualnym jest pewien kapucyn, ojciec Ksawery Knotz, redaktor naczelny wortalu „Szansa Spotkania”, na którym doradza katolikom, jak godzić potrzeby seksualne z nauką Kościoła. Film zostaje nagrodzony w 2011 podczas łódzkiego Festiwalu Mediów „Człowiek w Zagrożeniu”. Szołajski zrobi też dokumenty o szkole uwodzenia dla mężczyzn pokazując jak można odnieść sukces w szybkim zdobywaniu partnerek i porażkę w budowaniu relacji. Można powiedzieć, że podobnie, że jak niegdyś Bronisław Malinowski badał życie seksualne dzikich, tak on dokumentuje życie seksualne Polaków.

       

      Wisłocka, czyli jak to ze sztuką kochania było Konrad Szołajski


      Film z 2001 o Michalinie WisłockiejSztuka kochania według Wisłockiej” bardzo wpisuje się w tę pracę dokumentalisty i dodatkowo to niemal obraz prywatny. Syn znanego lektora telewizyjnego Lucjana Szołajskiego i Wisłocka znają się prywatnie, a takie filmy zawsze opowiada się nieco innym językiem. Wystąpi tu wnuczka ginekolożki, która tuż przed ślubem prosi babcię o porady łóżkowe. Wisłocka opowiada skąd wziął się pomysł na najbardziej wyklętą i pożądaną książkę okresu PRL. Nie zabraknie głosu ilustratorki Bożeny Bratkowskiej, redaktorki książki Teresy Menciny, wykładowcy etyki seksualnej Władysława Skrzydlewskiego OP, dyrektora wydawnictwa „Iskry” dr Łukasza Szymańskiego.

       


      Dokument „Sztuka kochania według Wisłockiej”, Konrad Szołajski, 2001


      Słynna pani od seksu umiera w 2005. Kilka lat po jej śmierci córka Wisłockiej Krystyna Bielewicz przekazuje Szołajskiemu niepublikowane dotąd pamiętniki matki. Zewsząd pojawiają się zachęty, żeby te materiały wykorzystać w jakiś sposób – tak o początkach, najpierw pomysłu na film fabularny o Wisłockiej, opowiada sam Szołajski w posłowie powieści. Szukając języka narracji autor wymyśla fikcyjny wątek esbeka, który rozpracowuje Wisłocką, co ma wpłynąć pozytywnie na dramaturgię filmu i nadać mu odpowiednie tempo. Tymczasem nieukończonym scenariuszem interesuje się wydawca, który chętnie wyda go w formie książkowej. Konrad Szołajski był przygotowany do wydania książki, zrobił dogłębny research w archiwach IPN, czyta teksty Wisłockiej: „Sztukę kochania” (1978), „Malinka, Bratek i Jaś” (1998), „Miłość na całe życie: wspomnienia z czasów beztroski” (2002) i przygotowane do wydania, ale niepublikowane rzeczy. Czyta wywiady, spotyka się i rozmawia z ludźmi, którzy Wisłocką znali, pamiętali. Wśród nich oprócz córki Wisłockiej, znajdzie się m.in. Irena Zielińska, która wielokrotnie przepisywała „Sztukę kochania” na maszynie podczas bojów o wydanie poradnika, pielęgniarki, które pracowały z lekarką.


      Gotowy już tekst przechodzi przez gęste sito recenzentów, którzy wyłapują nieścisłości, szlifują język, sugerują zmiany. Wśród nich prof. Andrzej Jaczewski, z którym Wisłocka pracowała i się przyjaźniła, ale też wielu innych fachowców: prof. Zbigniew Izdebski, dr Andrzej Depko znany u nas chyba najbardziej ze słynnej audycji o seksie na TOK FM. I chociaż Konrad Szołajski zostawia sobie prawo do ostatecznej decyzji, książka ma trzymać się faktów. Jednocześnie jednak w powieściowej wersji nie rezygnuje z fikcyjnej postaci pracownika SB, chociaż chce, żeby była zbudowana w oparciu o jak najlepsze źródła i tu prosi o pomoc w odtworzenie realiów pracy służb specjalnych dawnego oficera SB płk. Wojciecha Garstka, byłego rzecznika prasowego gen. Czesława Kiszczaka. Czy wysiłek wpisany w przygotowanie książki przyniósł efekt?


      Wiadomo, że nic tak dobrze nie robi sprzedaży książek, jak hity filmowe. A premiera tej powieści idealnie zbiegła się z premierą filmu „Sztuka kochania. Historia o Michalinie Wisłockiej”, dodatkowo książka była promowana sloganem zachęcającym do przeczytania książki przed ukazaniem się filmu. Sam Konrad Szołajski tłumaczy się, że popełnił wcześniej dwie książki, ale w latach 90., więc dawno temu i czuje się, jakby debiutował na nowo. I trochę jego powieść przypomina książki debiutanckie. Pisanie biografii wymaga włączenia filtra, przez który przepuszczamy głównego bohatera. Trzeba mieć pomysł na całość i zastanowić się, które wątki z życia postaci zasługują na więcej uwagi, co można oddać w zarysie, innymi słowy, gdzie i jak rozłożyć najważniejsze akcenty. Postać fikcyjnego funkcjonariusza, którego wprowadza w swojej powieści Szołajski odgrywa tę samą rolę, co postaci ekspertów w kryminałach; i tu i tam służą do podawania partii informacji, kluczowych dla zrozumienia fabuły, których pisarz nie potrafi inaczej sprzedać czytelnikowi. Postać Rafała Dominiaka zawładnęła jednak powieścią, na czym traci wrażenie autentyczności całości. Tam, gdzie można by oddać głos realnym postaciom, czytamy długie ustępy streszczające daną sytuację.


      Język filmu potrzebuje innych środków wyrazu od języka powieści i chociaż zawsze powieściom, zwłaszcza popularnym, dobrze robi filmowe spojrzenie i opowiadanie obrazami, to tutaj jest tego za mało. Widać też, że ok. 100 pierwszych stron jest dużo lepiej przemyślanych niż cała reszta, która traci na impecie. Autor skupił się bardzo na oddaniu realiów politycznych, jego bohaterowie naprawdę rozmawiają językiem propagandy tamtych czasów. Z pewnością największą zaletą książki jest właśnie duch czasów, którego świetnie się tu czuje. Zwłaszcza atmosferę zaduchu obyczajowego. Największy nacisk został położony na oddanie historii wokół samej „Sztuki kochania”, walki o jej wydanie. Dowiadujemy się nieco o pochodzeniu Wisłockiej, niemieckich korzeniach Stacha. Autor nie pomija kwestii podpisania volkslisty. Wyjaśni sprawę „bliźniaków”, trójkąta, w jakim żyła Wisłocka. Pojawi się kwestia romansu z żonatym mężczyzną, jej działalność edukacyjna, zwłaszcza na prowincji. Powieść, która z założenia jest projektem czysto komercyjnym musi trzymać się reguł typowych dla takiego pisania. I niestety brakuje mi tu fabularnych twistów, podkręcenia narracji, nacisku na zaskoczenie. Brakuje mi też pomysłu na całą książkę, która nie uderza żadną puentą.


      Jestem i po filmie o Wisłockiej i po powieści Szołajskiego i muszę ze smutkiem podkreślić, że w obu tych przedsięwzięciach problemem jest sposób pokazania Wisłockiej. Scenarzysta „Sztuki kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” głównie skupia się na seksie w życiu bohaterki, Konrad Szołajski na fikcyjnej postaci esbeka, który rozpracowuje słynną ginekolożkę. Dużo do myślenia dają słowa samej Wisłockiej, w zamykającej dokument o niej „Sztuce kochania według Wisłockiej”, gdzie powie: „Starania moje o całość rodziny i szczęśliwe życie małżeństw polskich stanowiło treść całej mojej pracy lekarskiej”. Obu panom wymknął się sens życia słynnej lekarki i żaden z nich nie potrafił pokazać nam tej Wielkiej kobiety w sposób, na jaki zasługuje.

       

      Recenzja: Wisłocka, Konrad Szołajski, Świat Książki, Warszawa 2017. Wydawca: Joanna Laprus-Mikulska. Redaktor prowadzący: Beata Kołodziejska. Redakcja: Agnieszka Niegowska. Korekta: Jadwiga Piller, Ewa Grabowska. ISBN 978-83-8031-586-0. Stron: 320. Oprawa: broszura ze skrzydełkami. Cena: 32,90 zł. Premiera: 11.01.2017.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo Świat Książki

       

      Dla zainteresowanych osób mam egzemplarz książki "Wisłocka, czyli jak to ze sztuką kochania było" Konrada Szołajskiego. Wystarczy przesłać do mnie mail (adres znajdziecie w zakładce "kontakt") i podać rok publikacji pierwszego wydania "Sztuki kochania". Odpowiedź znajdziecie w powyższej recenzji. Książkę wygra pierwsza osoba, która prześle prawidłową odpowiedź i tylko z tą osobą skontaktuję się i poproszę o podanie adresu do wysyłki książki. Na odpowiedzi czekam do 3 lutego (piątek), do godz. 23:59.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 lutego 2017 20:46
  • wtorek, 31 stycznia 2017
    • Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej, czyli frekwencyjny hit o książce, w kraju, w którym mało kto czyta

      Kto by się spodziewał, że frekwencyjną petardą filmową roku okaże się film o książce? Zwłaszcza w kraju, w którym podobno dawno już zapomniano czym jest książka. Oto „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” przyciągnęła ponad ćwierć miliona widzów już po pierwszym weekendzie od premiery. Po liczbie osób w łódzkim kinie Charlie podejrzewam, że stawka zostanie podbita o drugie tyle po upływie tego tygodnia. A zatem wszystkim marudom twierdzącym, że nie da się zarobić na książce, niniejszym udowodniono, że da się.

       

      Sztuka_kochania_historia_Michaliny_Wislockiej_film
      Jeszcze o takim filmie nie pisałam. Można by powiedzieć, że „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” to najlepsza imaginacja na pożenienie literatury z kinem. Rzecz opowiada o walce o wydanie książki, inspiracją dla obrazu jest książka Violetty Ozminkowski „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki”, a same książki co chwilę wyskakują z ekranu: są na półkach w tle, są czytane. W jednej ze scen, gdy Stach i Michalina siedzą w niemieckim instytucie produkującym szczepionki przeciw tyfusowi, Wisłocka czyta Lafcadio Hearna. A książka, o którą toczy się walka okazuje się najbardziej pożądanym dobrem w siermiężnej Polsce okresu PRL. W finale filmu, w scenie na bazarze Różyckiego, ludzie wychodzą z pirackimi kopiami „Sztuki kochania”. Rzecz rzadko spotykana w polskim współczesnym kinie. No bo kto widział ostatnio film, którego bohaterem totalnym była książka?

       

      SZTUKA KOCHANIA KSIĄŻEK


      Właściwie niniejszym mogłabym zakończyć pisanie i powiedzieć jedynie „Idźcie i się radujcie”. Bo nie dość, że film dobry, to jeszcze zabawny. W Łodzi, skąd pochodzi Wisłocka, mieliśmy dodatkowe powody do śmiechu, między innymi wówczas, gdy mały Krzyś bronił się przed wyjazdem z Warszawy. Kilka fraz przejdzie, jak nic do historii kina i niebawem będziemy do siebie mówić tekstami ze „Sztuki kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” („Serca mają wszyscy, a cipkę tylko połowa społeczeństwa”. „To jest Staszek, twarz mam wyżej”. „Myślisz, że życie z dwoma babami pod jednym dachem to jest kurwa jakiś raj?”, „- Wiesz skąd jesteś? -A co? Jestem z Warszawy. – Z waginy jesteś. I ciebie też w kapuście nie znaleźli”). Borys Szyc, jako szef wydawnictwa, zaliczył niniejszym swoją najlepszą rolę drugoplanową. Piotr Adamczewski wreszcie pokazał „Piotrusia” (ci co byli, wiedzą, co mam na myśli). Tomasz Kot potwierdził, że zagra wszystko, a Danuta Stenka, każdego.


      Wielkie brawa dla Jarosława Kamińskiego za perfekcyjny montaż. Już dawno nie oglądałam filmu, w którym nie zabrakło żadnej sceny, a książek w wielu z nich. Co więcej potraktowano masowego widza z szacunkiem dając mu taką liczbę zdjęć, żeby nadać narracji odpowiednie tempo. Ciut bym je podkręciła, ale jest to jedna z dwóch rzeczy, do których bym się odrobinę przyczepiła. Rzecz, której zazwyczaj brakuje nam w rodzimym kinie to metamorfozy, jakie naprawdę na poważnie pokazali z impetem „Bogowie”. Kino uwielbia aktorów, którzy potrafią dla roli poświęcić urodę, dają się postarzeć, oszpecić i sponiewierać na ekranie (patrz case Oscara dla Leonardo DiCaprio w „Zjawie”, dla Roberta De Niro we „Wściekłym byku”czy dla Meryl Streep w „Żelaznej Damie”). Domagam się, więc kolejnej nagrody za charakteryzacje, bo Magdalena Boczarska w roli Michaliny Wisłockiej naprawdę dojrzewa z młodziutkiej osiemnastolatki do pięćdziesięciopięcioletniej pani doktor. A do tego gra tak, że należy ogłosić, że oto mamy naszą polską Meryl Streep.


      Mamy też swojego człowieka, który pozwala grać i rozwijać się aktorsko kobietom. Zobaczcie, co z aktorkami na planie „Sztuki kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” zrobiła Maria Sadowska (absolwentka łódzkiej szkoły filmowej). Ale w tym miejscu muszę się przyczepić po raz drugi. Zostawiam Was z taką oto refleksją: gdy robi się wielki film o znanym mężczyźnie, to urasta on na ekranie na Boga, jak grany przez Tomasza Kota Religa. Dla kobiet, które żyły w ich cieniu, nie ma praktycznie w ogóle miejsca na ekranie. Podobnie jak nie stawia się pytań o koszty decyzji tych przecież mężów, ojców, jakie ponosiły ich żony i dzieci. Kino zbyt często odcina się od takich refleksji. Gdy jednak przychodzi do portretowania wielkich kobiet, oglądamy ich kariery w cieniu ich osobistych porażek. Robienie filmu biograficznego o kobiecie, w którym tak bardzo grzebie się w życiu prywatnym jest jak nieustanne pytanie sławnych kobiet o to, jak godzą swoje kariery z życiem prywatnym. Paradoks filmu o Michalinie Wisłockiej polega na tym, że scenariusz do niego napisał mężczyzna, a przecież cała walka Wisłockiej o wydanie „Sztuki kochania” skupiała się na pokazaniu seksu z punktu widzenia kobiet, o zastąpieniu mężczyzn, którzy o seksie kobiet albo nie pisali, albo pisali ze swojej perspektywy, pomijając sprawy ważne dla kobiet, ignorując ich problemy, używając niewłaściwego języka. Całe życie Michalina Wisłocka spędziła m.in. walcząc o edukację seksualną, upowszechniając wiedzę o antykoncepcji, uświadamiając kobiety, prowadząc pionierskie badania nad kobiecą seksualnością, jeżdżąc po Polsce z odczytami i praktycznymi zajęciami i walcząc o wydanie książki, która miała pokazać, że w sztuce kochania są dwie strony i obie mają prawo do przyjemności. Po obejrzeniu filmu zapamiętamy głównie trójkąt miłosny w którym Wisłocka żyła, jej romans z żonatym mężczyzną, macierzyństwo, z którego słabo się wywiązywała i figle, jakim oddawała się na łonie natury. Zamiast Boga, dostaliśmy boginię seksu. Szkoda…

       

       

      PS "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej" gra łódzkie Kino Charlie, ul. Piotrkowska 203/205. Z „Migawką” - tamtejszym biletem miesięcznym, kupicie bilet w cenie biletu ulgowego, w najlepszej cenie w poniedziałek (12 zł).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 stycznia 2017 14:57

Kalendarz

Kwiecień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014