Recenzentka

Fikcja

  • czwartek, 02 lutego 2017
    • Wisłocka, czyli jak to ze sztuką kochania było - Konrad Szołajski

      Jest 1998 rok. W Polsce Minister Edukacji Narodowej wydaje rozporządzenie, które wprowadza do szkół przedmiot „Wiedza o życiu seksualnym człowieka”. Konrad Szołajski nakręci wówczas dokument „Pani od seksu” o szkolnej pedagożce z Zawiercia, która postanawia uczyć tego przedmiotu. 13 lat później Szołajski towarzyszy z kamerą i dokumentuje życie trzech katolickich par, dla których przewodnikiem po życiu seksualnym jest pewien kapucyn, ojciec Ksawery Knotz, redaktor naczelny wortalu „Szansa Spotkania”, na którym doradza katolikom, jak godzić potrzeby seksualne z nauką Kościoła. Film zostaje nagrodzony w 2011 podczas łódzkiego Festiwalu Mediów „Człowiek w Zagrożeniu”. Szołajski zrobi też dokumenty o szkole uwodzenia dla mężczyzn pokazując jak można odnieść sukces w szybkim zdobywaniu partnerek i porażkę w budowaniu relacji. Można powiedzieć, że podobnie, że jak niegdyś Bronisław Malinowski badał życie seksualne dzikich, tak on dokumentuje życie seksualne Polaków.

       

      Wisłocka, czyli jak to ze sztuką kochania było Konrad Szołajski


      Film z 2001 o Michalinie WisłockiejSztuka kochania według Wisłockiej” bardzo wpisuje się w tę pracę dokumentalisty i dodatkowo to niemal obraz prywatny. Syn znanego lektora telewizyjnego Lucjana Szołajskiego i Wisłocka znają się prywatnie, a takie filmy zawsze opowiada się nieco innym językiem. Wystąpi tu wnuczka ginekolożki, która tuż przed ślubem prosi babcię o porady łóżkowe. Wisłocka opowiada skąd wziął się pomysł na najbardziej wyklętą i pożądaną książkę okresu PRL. Nie zabraknie głosu ilustratorki Bożeny Bratkowskiej, redaktorki książki Teresy Menciny, wykładowcy etyki seksualnej Władysława Skrzydlewskiego OP, dyrektora wydawnictwa „Iskry” dr Łukasza Szymańskiego.

       


      Dokument „Sztuka kochania według Wisłockiej”, Konrad Szołajski, 2001


      Słynna pani od seksu umiera w 2005. Kilka lat po jej śmierci córka Wisłockiej Krystyna Bielewicz przekazuje Szołajskiemu niepublikowane dotąd pamiętniki matki. Zewsząd pojawiają się zachęty, żeby te materiały wykorzystać w jakiś sposób – tak o początkach, najpierw pomysłu na film fabularny o Wisłockiej, opowiada sam Szołajski w posłowie powieści. Szukając języka narracji autor wymyśla fikcyjny wątek esbeka, który rozpracowuje Wisłocką, co ma wpłynąć pozytywnie na dramaturgię filmu i nadać mu odpowiednie tempo. Tymczasem nieukończonym scenariuszem interesuje się wydawca, który chętnie wyda go w formie książkowej. Konrad Szołajski był przygotowany do wydania książki, zrobił dogłębny research w archiwach IPN, czyta teksty Wisłockiej: „Sztukę kochania” (1978), „Malinka, Bratek i Jaś” (1998), „Miłość na całe życie: wspomnienia z czasów beztroski” (2002) i przygotowane do wydania, ale niepublikowane rzeczy. Czyta wywiady, spotyka się i rozmawia z ludźmi, którzy Wisłocką znali, pamiętali. Wśród nich oprócz córki Wisłockiej, znajdzie się m.in. Irena Zielińska, która wielokrotnie przepisywała „Sztukę kochania” na maszynie podczas bojów o wydanie poradnika, pielęgniarki, które pracowały z lekarką.


      Gotowy już tekst przechodzi przez gęste sito recenzentów, którzy wyłapują nieścisłości, szlifują język, sugerują zmiany. Wśród nich prof. Andrzej Jaczewski, z którym Wisłocka pracowała i się przyjaźniła, ale też wielu innych fachowców: prof. Zbigniew Izdebski, dr Andrzej Depko znany u nas chyba najbardziej ze słynnej audycji o seksie na TOK FM. I chociaż Konrad Szołajski zostawia sobie prawo do ostatecznej decyzji, książka ma trzymać się faktów. Jednocześnie jednak w powieściowej wersji nie rezygnuje z fikcyjnej postaci pracownika SB, chociaż chce, żeby była zbudowana w oparciu o jak najlepsze źródła i tu prosi o pomoc w odtworzenie realiów pracy służb specjalnych dawnego oficera SB płk. Wojciecha Garstka, byłego rzecznika prasowego gen. Czesława Kiszczaka. Czy wysiłek wpisany w przygotowanie książki przyniósł efekt?


      Wiadomo, że nic tak dobrze nie robi sprzedaży książek, jak hity filmowe. A premiera tej powieści idealnie zbiegła się z premierą filmu „Sztuka kochania. Historia o Michalinie Wisłockiej”, dodatkowo książka była promowana sloganem zachęcającym do przeczytania książki przed ukazaniem się filmu. Sam Konrad Szołajski tłumaczy się, że popełnił wcześniej dwie książki, ale w latach 90., więc dawno temu i czuje się, jakby debiutował na nowo. I trochę jego powieść przypomina książki debiutanckie. Pisanie biografii wymaga włączenia filtra, przez który przepuszczamy głównego bohatera. Trzeba mieć pomysł na całość i zastanowić się, które wątki z życia postaci zasługują na więcej uwagi, co można oddać w zarysie, innymi słowy, gdzie i jak rozłożyć najważniejsze akcenty. Postać fikcyjnego funkcjonariusza, którego wprowadza w swojej powieści Szołajski odgrywa tę samą rolę, co postaci ekspertów w kryminałach; i tu i tam służą do podawania partii informacji, kluczowych dla zrozumienia fabuły, których pisarz nie potrafi inaczej sprzedać czytelnikowi. Postać Rafała Dominiaka zawładnęła jednak powieścią, na czym traci wrażenie autentyczności całości. Tam, gdzie można by oddać głos realnym postaciom, czytamy długie ustępy streszczające daną sytuację.


      Język filmu potrzebuje innych środków wyrazu od języka powieści i chociaż zawsze powieściom, zwłaszcza popularnym, dobrze robi filmowe spojrzenie i opowiadanie obrazami, to tutaj jest tego za mało. Widać też, że ok. 100 pierwszych stron jest dużo lepiej przemyślanych niż cała reszta, która traci na impecie. Autor skupił się bardzo na oddaniu realiów politycznych, jego bohaterowie naprawdę rozmawiają językiem propagandy tamtych czasów. Z pewnością największą zaletą książki jest właśnie duch czasów, którego świetnie się tu czuje. Zwłaszcza atmosferę zaduchu obyczajowego. Największy nacisk został położony na oddanie historii wokół samej „Sztuki kochania”, walki o jej wydanie. Dowiadujemy się nieco o pochodzeniu Wisłockiej, niemieckich korzeniach Stacha. Autor nie pomija kwestii podpisania volkslisty. Wyjaśni sprawę „bliźniaków”, trójkąta, w jakim żyła Wisłocka. Pojawi się kwestia romansu z żonatym mężczyzną, jej działalność edukacyjna, zwłaszcza na prowincji. Powieść, która z założenia jest projektem czysto komercyjnym musi trzymać się reguł typowych dla takiego pisania. I niestety brakuje mi tu fabularnych twistów, podkręcenia narracji, nacisku na zaskoczenie. Brakuje mi też pomysłu na całą książkę, która nie uderza żadną puentą.


      Jestem i po filmie o Wisłockiej i po powieści Szołajskiego i muszę ze smutkiem podkreślić, że w obu tych przedsięwzięciach problemem jest sposób pokazania Wisłockiej. Scenarzysta „Sztuki kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” głównie skupia się na seksie w życiu bohaterki, Konrad Szołajski na fikcyjnej postaci esbeka, który rozpracowuje słynną ginekolożkę. Dużo do myślenia dają słowa samej Wisłockiej, w zamykającej dokument o niej „Sztuce kochania według Wisłockiej”, gdzie powie: „Starania moje o całość rodziny i szczęśliwe życie małżeństw polskich stanowiło treść całej mojej pracy lekarskiej”. Obu panom wymknął się sens życia słynnej lekarki i żaden z nich nie potrafił pokazać nam tej Wielkiej kobiety w sposób, na jaki zasługuje.

       

      Recenzja: Wisłocka, Konrad Szołajski, Świat Książki, Warszawa 2017. Wydawca: Joanna Laprus-Mikulska. Redaktor prowadzący: Beata Kołodziejska. Redakcja: Agnieszka Niegowska. Korekta: Jadwiga Piller, Ewa Grabowska. ISBN 978-83-8031-586-0. Stron: 320. Oprawa: broszura ze skrzydełkami. Cena: 32,90 zł. Premiera: 11.01.2017.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo Świat Książki

       

      Dla zainteresowanych osób mam egzemplarz książki "Wisłocka, czyli jak to ze sztuką kochania było" Konrada Szołajskiego. Wystarczy przesłać do mnie mail (adres znajdziecie w zakładce "kontakt") i podać rok publikacji pierwszego wydania "Sztuki kochania". Odpowiedź znajdziecie w powyższej recenzji. Książkę wygra pierwsza osoba, która prześle prawidłową odpowiedź i tylko z tą osobą skontaktuję się i poproszę o podanie adresu do wysyłki książki. Na odpowiedzi czekam do 3 lutego (piątek), do godz. 23:59.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 lutego 2017 20:46
  • wtorek, 31 stycznia 2017
    • Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej, czyli frekwencyjny hit o książce, w kraju, w którym mało kto czyta

      Kto by się spodziewał, że frekwencyjną petardą filmową roku okaże się film o książce? Zwłaszcza w kraju, w którym podobno dawno już zapomniano czym jest książka. Oto „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” przyciągnęła ponad ćwierć miliona widzów już po pierwszym weekendzie od premiery. Po liczbie osób w łódzkim kinie Charlie podejrzewam, że stawka zostanie podbita o drugie tyle po upływie tego tygodnia. A zatem wszystkim marudom twierdzącym, że nie da się zarobić na książce, niniejszym udowodniono, że da się.

       

      Sztuka_kochania_historia_Michaliny_Wislockiej_film
      Jeszcze o takim filmie nie pisałam. Można by powiedzieć, że „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” to najlepsza imaginacja na pożenienie literatury z kinem. Rzecz opowiada o walce o wydanie książki, inspiracją dla obrazu jest książka Violetty Ozminkowski „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki”, a same książki co chwilę wyskakują z ekranu: są na półkach w tle, są czytane. W jednej ze scen, gdy Stach i Michalina siedzą w niemieckim instytucie produkującym szczepionki przeciw tyfusowi, Wisłocka czyta Lafcadio Hearna. A książka, o którą toczy się walka okazuje się najbardziej pożądanym dobrem w siermiężnej Polsce okresu PRL. W finale filmu, w scenie na bazarze Różyckiego, ludzie wychodzą z pirackimi kopiami „Sztuki kochania”. Rzecz rzadko spotykana w polskim współczesnym kinie. No bo kto widział ostatnio film, którego bohaterem totalnym była książka?

       

      SZTUKA KOCHANIA KSIĄŻEK


      Właściwie niniejszym mogłabym zakończyć pisanie i powiedzieć jedynie „Idźcie i się radujcie”. Bo nie dość, że film dobry, to jeszcze zabawny. W Łodzi, skąd pochodzi Wisłocka, mieliśmy dodatkowe powody do śmiechu, między innymi wówczas, gdy mały Krzyś bronił się przed wyjazdem z Warszawy. Kilka fraz przejdzie, jak nic do historii kina i niebawem będziemy do siebie mówić tekstami ze „Sztuki kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” („Serca mają wszyscy, a cipkę tylko połowa społeczeństwa”. „To jest Staszek, twarz mam wyżej”. „Myślisz, że życie z dwoma babami pod jednym dachem to jest kurwa jakiś raj?”, „- Wiesz skąd jesteś? -A co? Jestem z Warszawy. – Z waginy jesteś. I ciebie też w kapuście nie znaleźli”). Borys Szyc, jako szef wydawnictwa, zaliczył niniejszym swoją najlepszą rolę drugoplanową. Piotr Adamczewski wreszcie pokazał „Piotrusia” (ci co byli, wiedzą, co mam na myśli). Tomasz Kot potwierdził, że zagra wszystko, a Danuta Stenka, każdego.


      Wielkie brawa dla Jarosława Kamińskiego za perfekcyjny montaż. Już dawno nie oglądałam filmu, w którym nie zabrakło żadnej sceny, a książek w wielu z nich. Co więcej potraktowano masowego widza z szacunkiem dając mu taką liczbę zdjęć, żeby nadać narracji odpowiednie tempo. Ciut bym je podkręciła, ale jest to jedna z dwóch rzeczy, do których bym się odrobinę przyczepiła. Rzecz, której zazwyczaj brakuje nam w rodzimym kinie to metamorfozy, jakie naprawdę na poważnie pokazali z impetem „Bogowie”. Kino uwielbia aktorów, którzy potrafią dla roli poświęcić urodę, dają się postarzeć, oszpecić i sponiewierać na ekranie (patrz case Oscara dla Leonardo DiCaprio w „Zjawie”, dla Roberta De Niro we „Wściekłym byku”czy dla Meryl Streep w „Żelaznej Damie”). Domagam się, więc kolejnej nagrody za charakteryzacje, bo Magdalena Boczarska w roli Michaliny Wisłockiej naprawdę dojrzewa z młodziutkiej osiemnastolatki do pięćdziesięciopięcioletniej pani doktor. A do tego gra tak, że należy ogłosić, że oto mamy naszą polską Meryl Streep.


      Mamy też swojego człowieka, który pozwala grać i rozwijać się aktorsko kobietom. Zobaczcie, co z aktorkami na planie „Sztuki kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” zrobiła Maria Sadowska (absolwentka łódzkiej szkoły filmowej). Ale w tym miejscu muszę się przyczepić po raz drugi. Zostawiam Was z taką oto refleksją: gdy robi się wielki film o znanym mężczyźnie, to urasta on na ekranie na Boga, jak grany przez Tomasza Kota Religa. Dla kobiet, które żyły w ich cieniu, nie ma praktycznie w ogóle miejsca na ekranie. Podobnie jak nie stawia się pytań o koszty decyzji tych przecież mężów, ojców, jakie ponosiły ich żony i dzieci. Kino zbyt często odcina się od takich refleksji. Gdy jednak przychodzi do portretowania wielkich kobiet, oglądamy ich kariery w cieniu ich osobistych porażek. Robienie filmu biograficznego o kobiecie, w którym tak bardzo grzebie się w życiu prywatnym jest jak nieustanne pytanie sławnych kobiet o to, jak godzą swoje kariery z życiem prywatnym. Paradoks filmu o Michalinie Wisłockiej polega na tym, że scenariusz do niego napisał mężczyzna, a przecież cała walka Wisłockiej o wydanie „Sztuki kochania” skupiała się na pokazaniu seksu z punktu widzenia kobiet, o zastąpieniu mężczyzn, którzy o seksie kobiet albo nie pisali, albo pisali ze swojej perspektywy, pomijając sprawy ważne dla kobiet, ignorując ich problemy, używając niewłaściwego języka. Całe życie Michalina Wisłocka spędziła m.in. walcząc o edukację seksualną, upowszechniając wiedzę o antykoncepcji, uświadamiając kobiety, prowadząc pionierskie badania nad kobiecą seksualnością, jeżdżąc po Polsce z odczytami i praktycznymi zajęciami i walcząc o wydanie książki, która miała pokazać, że w sztuce kochania są dwie strony i obie mają prawo do przyjemności. Po obejrzeniu filmu zapamiętamy głównie trójkąt miłosny w którym Wisłocka żyła, jej romans z żonatym mężczyzną, macierzyństwo, z którego słabo się wywiązywała i figle, jakim oddawała się na łonie natury. Zamiast Boga, dostaliśmy boginię seksu. Szkoda…

       

       

      PS "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej" gra łódzkie Kino Charlie, ul. Piotrkowska 203/205. Z „Migawką” - tamtejszym biletem miesięcznym, kupicie bilet w cenie biletu ulgowego, w najlepszej cenie w poniedziałek (12 zł).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 stycznia 2017 14:57
  • wtorek, 24 stycznia 2017
    • La La Land, czyli świat bez książek

      La La Land” może być metaforą śmierci książek. Oto mamy świat, w którym książka jest jedynie częścią bałaganu, chaosu, w którym utknął Sebastian – muzyk jazzowy, idealista, który chce ratować jazz przed naturalną śmiercią, w tej roli Ryan Gosling, chyba obsadzony tutaj na fali popularności. Jedyna scena, w której udało mi się wytropić książki, to ta, gdy kamera najeżdża w jego mieszkaniu na pianino. Na półce obok walają się jakieś rupiecie, kilka z nich wygląda na książki. Nie znamy ich tytułów, są skąpym dodatkiem do wrażenia bezsensu, w jakim utknął mężczyzna. Można odnieść wrażenie, że jest tak samo nie na miejscu, jak tych kilka niechlujnie rzuconych tytułów.

       

      La_la_land

       

      I jak na świat bez książek przystało, najważniejszą stroną filmu jest obraz, tu wycyzelowany do maksimum. Wszystko notabene za sprawą operatora Szweda Linusa Sandgrena. Oto każde ujęcie ma swoje natężenie, barwę światła, fantastyczne światłocienie i grę kolorów. Jakby świat obudził się z palety kolorów, wyskoczył i wyczarował głębie, jaskrawości, przecięcia barw i kombinację światła, jakiego naprawdę nigdy nie zobaczyliście jeszcze w kinie. Problem w tym, że po kilku błyskotliwych ujęciach przychodzi wrażenie przesytu. Każde kolejne jest identycznie doskonałe. Tam, gdzie trzeba lśni. Tam, gdzie to niezbędne rozpływa się w poruszającym kontraście. Patrzymy, chłoniemy kolejne zdjęcia i czekamy aż z tych obrazów wyłoni się jakaś głębia. Której dotkliwie brak.


      Lubię musicale, zwłaszcza klasyki z Fredem Astaire’m i Ginger Rogers. Świetne były filmy z Judy Garland czy z Gene’em Kellym. Nie pamiętam nawet, ile razy obejrzałam „Deszczową piosenkę”. Z nowszych produkcji uwielbiam „Wszyscy mówią: kocham cię” Woody Allena i „Mamma Mia!” z fantastyczną jak zawsze Meryl Streep w głównej roli. Ważne dla mnie było „Metro” Janusza Józefowicza. Muzyką z tego spektaklu po prostu się żyło. Na adaptację „Grease” w reżyserii Torbjörna Svahna pojechałam specjalnie jesienią 2000 do Globen w Sztokholmie. I chociaż to nie jest mój ulubiony gatunek, to naprawdę potrafię docenić dobre musicalowe produkcje. Ale w „La La Land” mam jedynie świetną stronę wizualną. Moim zdaniem nie zadbano tutaj o resztę.


      Chociaż udana jest piosenka z otwierającej film sceny, „Another Day of Sun” (YouTube) skomponowana przez Justina Hurwitza i napisana przez duet: Benj Pasek i Justin Paul. Ale nie ma siły kultowego tekstu, którym rozmawia się ze sobą. To, co do tej pory odbierałam za siłę gatunku, czyli lekkość, z jaką przedstawia coś ważnego, tutaj jednak wypaczono. Jest jedynie ładnie. Tak bardzo Damien Chazelle skupił się na stronie wizualnej, że zapomniał, że w musicalu ważna jest historia opowiedziana dobrze przygotowaną choreografią z niosącymi ją tekstami piosenek. Tutaj choreografie są ubogie. W scenach z Ryanem Goslingiem i Emmą Stone pod tym względem niewiele się dzieje. Jakby uznano, że sama obecność gwiazd zrekompensuje brak pięknych partii tanecznych. I z tego samego powodu nie sądzę, żeby film uratowały piosenki śpiewane przez ten duet, nawet „City of Stars” (YouTube) brakuje siły, którą znamy z klasyków. A może nikt już nie potrafi wyczarować takiej tajemnicy jak Gene Kelly w „Deszczowej piosence”?


      Siłą wszystkich wymienionych przeze mnie musicali była też story. I niech mi ktoś powie, że ta w „La La Land” jest ciekawa? W skrócie mamy parę. On – niezrealizowany muzy jazzowy, traci pracę, za pracą i nigdzie nie może zagrzać miejsca. Ciągnie go w stronę free jazzu, a to nie czasy na takie eksperymenty. Tłuczenie kolęd do kotleta to uwłaczające, ale na ten moment jedyne jego zajęcie. Mia, w tej roli Emma Stone, też szuka szczęścia w życiu i powiela standard kelnerki, która biegając od castingu do castingu, czeka na wymarzoną rolę. Ich drogi się przecinają, jak w klasycznej komedii romantycznej. Czy się spotkają? Czy przypadną sobie do gustu? Czy zrealizują marzenia? A może ulegną pokusie i pójdą za dużymi pieniędzmi zapominając o sobie i wartościach, które wyznają? Streszczenie tego filmu i trailer obiecują więcej niż rzeczywistość, z którą trzeba się zmierzyć podczas 126 minut seansu kinowego.

       


      W filmie w dwóch scenach pojawi się biblioteka. Raz, gdy Mia opowiada o swoim dzieciństwie i bibliotece, która znajdowała się naprzeciwko jej rodzinnego domu, gdzie chodziła … oglądać klasykę kina. Ta sama biblioteka odegra jeszcze bardzo ważną rolę w życiu obojga. Jaką? – nie zdradzę. Ale wygląda na to, że i świat i film bez książek jest tak samo pusty.


      PS 1 "La La Land" spotkał się z ogromnym uznaniem krytyki; otrzymał 14 nominacji do Oscara, zdobył 7 Złotych Globów, a wymienienie wszystkich pozostałych wyróżnień zajęłoby drugie tyle tekstu.


      PS 2 "La La Land" gra łódzkie Kino Charlie, ul. Piotrkowska 203/205. Z „Migawką” - tamtejszym biletem miesięcznym, kupicie bilet w cenie biletu ulgowego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „La La Land, czyli świat bez książek”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 stycznia 2017 20:39

Kalendarz

Marzec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014