Recenzentka

Recenzja

  • niedziela, 02 lipca 2017
    • Wróżba. Wspomnienia dziewczynki - Agneta Pleijel

      Wróżba. Wspomnienia dziewczynkiAgnety Pleijel dopisuje rozdział do coraz bardziej dominującego ostatnio sposobu pisania literatury. Przez szwedzki rynek książki przechodzi właśnie tsunami emocjonalnego ekshibicjonizmu, wywnętrzania się, upubliczniania prywaty. Jedni, jak Lena Andersson w „Bez opamiętania”,  piszą z życia twierdząc, że tworzą fikcję. Inni, jak Karl Ove Knausgård robią z pisania 1:1 receptę na literaturę. I bez względu na filtr autocenzury wszyscy uprawiają ekstrawertyzm literacki. Czy zawsze z powodzeniem?

       

      Wrozba_Wspomnienia_dziewczynki_Agneta_Pleijel
      Odnoszę wrażenie, że celebrycka literatura, popularność portali plotkarskich i generalna tendencja do kupczenia prywatą dość mocno odciska swoje piętno na rynku książki i literaturze z wyższej półki. Już nie tylko muzycy dorzucają do kolejnej płyty pakiet afer. Gdyby przyjrzeć się premierom książkowym też można je powiązać z ważnymi wydarzeniami z życia pisarzy. „HäxanCamilli Läckberg zbiegła się ze ślubem królowej szwedzkiego kryminału, która zarzekała się, że póki co ślubu nie będzie. Nikt chyba nie ma wątpliwości, że literatura też lubi skandal i szum. Dwuznaczna powieść Leny Andersson sprzedała się grubo lepiej od wszystkich jej książek razem wziętych. I nic tak dobrze nie zrobiło „Mojej walce”, jak walka o niedopuszczenie książki do publikacji. I chociaż są to książki, które przyciągają spore zainteresowanie, to ich wartość artystyczna i wpływ na historię literatury często są już umowne.


       „Wróżba. Wspomnienia dziewczynkiAgnety Pleijel wyważa dawno otwarte drzwi. Jedynie sprawia wrażenie wywrotowej, udając niemal feministyczną książkę, z dziewczyńską bohaterką, seksualnością kobiet, nutą niezależności. W moim jednak odczuciu jest wypełniaczem dobrym na brak weny, bo przecież zawsze można napisać książkę autobiograficzną, gdy nie ma się pomysłu na inną. I tak Pleijel wraca do swojego dzieciństwa i dorastania pokazując dziecko w nieudanej relacji dwojga najwyraźniej niepasujących do siebie dorosłych. Pokazuje dziewczynkę w konfrontacji z matką i ojcem, zastanawiając się nad ich wpływem na jej późniejsze postawy i wybory. A to, co jest w tym opisie słabością to kompletny brak zainteresowania zrozumienia swojej matki, jej uczuć, zwłaszcza oschłości i oziębłości w relacji z dorastającymi córkami. Z jakimi mężczyznami zwiąże się dziewczyna wychowana w rodzinie, którą opuszcza w końcu ojciec romansujący z przyjaciółką matki? Jakie wybory zawodowe podejmie kobieta, której matka rezygnuje dla kariery poświęcając się domowi, mężowi i dzieciom? W dusznej atmosferze pretensji i żali, w poczuciu niezrozumienia i niedocenienia rodzą się narastające lawinowo wątpliwości. Do tego dochodzi portret dorastania w osamotnieniu i poczuciu odrzucenia. Nietypowa rodzina Pleijel, korzenie holenderskie i indonezyjskie, dziadek, który nie wierzył w obozy koncentracyjne, ciotka z prohitlerowskimi poglądami, przedstawiciele elity i establishmentu, w tym członek komitetu noblowskiego. Mocne biograficzne tło, które mogło być zaczynem do ciekawej prozy. Podkreślam: mogło.


      Czasami źle książkom robi, gdy chce się nimi rozliczyć pewne sprawy. Książce Agnety Pleijel brakuje rozwinięcia. Jest zaledwie muśnięciem, próbą spojrzenia na swoje życie oczami świadka. Obserwuje siebie z perspektywy obcego, krusząc i tak nietrwałą pamięć i iluzję jej niezawodności. Poruszając się po niepewnych rejonach wspomnień odtwarza mechanizm pamięci, który nazwie oszukańczym. Czytając „Wróżbę. Wspomnienia dziewczynki” można odnieść wrażenie, że książka budowana jest na logice kolejności, w jakiej ogląda się przypadkowo wyłowione pojedyncze zdjęcia z przepastnego pudła przeszłości. Jest to jej zaletą. Utrwalone ulotne chwile rozbudzają emocje, które przyciągają lawinę skojarzeń. Udrapana z przemijania, z przechwyconych niepamięci wspomnień książka nie przemawia jednak do mnie, jako całość.


      Wydaje mi się, że Agneta Pleijel nie do końca wie, czym się zająć we „Wróżbie. Wspomnieniach dziewczynki”. Myślę, że jest to problem pisarzy, którym brakuje geniuszu. Pisarzy, którzy mają świadomość warsztatową, wiedzą, co tworzy wielką literaturę, ale nie potrafią do niej sięgnąć. Ani stylem, ani interesującą historią. Brakuje mi w tej książce duszy, wewnętrznego rozbłysku i poczucia, że dotknęłam razem z autorką czegoś większego i ważnego. Ostrożność, pewna dyplomacja mówienia o niektórych sprawach, kojarząca się z oczywistą nieszczerością lub ludzką próbą unikania mówienia wszystkiego, miesza się z poczuciem zranienia, z głęboko chowaną urazą, której krawędzie nieustannie ranią kolejne akapity zdarzeń, sięgając ekshibicjonizmu, nierówno korespondującego z tak oszczędnym pisaniem. Brakuje mi tu wypuszczenia się w te rejony rozliczenia, które poruszają do głębi. Czytając literacką autoanalizę Pleijel widzę dorosłą, bardzo dojrzałą kobietę, która nadal nie potrafi zmierzyć się z przeszłością.


      Dodatkowo książka jest pisana nierówno. Z jednej strony nie brakuje jej stylistycznych twistów, wznosi się językowo i daje przyjemność bycia w narracyjnym flow. Robi wrażenie, gdy Pleijel pisze, że „kłamstwo ma własną anatomię”, gdy pyta „Jak się dostać do życia?”. Nie czuć tutaj tak bardzo prostej szwedzkiej składni, chociaż widać, że tekst sam w sobie nie buduje zbyt wielkiego napięcia intelektualnego. Miejscami można wręcz zastanawiać się, do kogo go kieruje Pleijel pisząc: „ale czy kiedykolwiek udało mi się jak w Komu bije dzwon Ernesta Hemingwaya? Tam trzęsie się cała ziemia” (str. 11) czy wyjaśniając: „przypominają włoską rzeźbę o nazwie Pietà. Jezus po zdjęciu z krzyża” (str. 160).


      Nierówność widać też w przekładzie. Z niezrozumiałego dla mnie powodu niektóre nazwy czasopism, gazet są tłumaczone na polski, inne nie. Pojawia się Wujek Sknerus, chociaż w Polsce chyba przyjął się raczej Sknerus McKwacz. Na stronie 248 jest błąd „tych, który wydali się”. A gdyby uczciwie zliczyć strony z tekstem wyjdzie ich ok. 120, nie 275.


      Podsumowując. Dla skandynawistów z oczywistych względów to lektura obowiązkowa. Czy jednak wnuczka sekretarza Szwedzkiej Akademii Nauk, żona słynnego reportażysty „Dagens Nyheter”, spokrewniona z armią profesorów zasłużyła na penany pod jej adresem? Na czytanie jej? Myślę, że od pisarzy z takimi ambicjami, jak Pleijel, możemy wymagać więcej.

       

      Recenzja książki: Wróżba. Wspomnienia dziewczynki, Agneta Pleijel, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016. Strona 92-93. Przełożyła: Justyna Czechowska. Tytuł oryginału: Spådomen. En flickas memoarer (2015). Redakcja: Małgorzata Szczurek. Korekta: Ewa Ślusarczyk, Agnieszka Stęplewska. Współpraca redakcyjna: Katarzyna Kościelniak. Projekt graficzny: Przemek Dębowski. Skład i łamanie: Małgorzata Widła. ISBN 978-83-65271-27-3. Stron 275.



      Książkę można pożyczyć w Miejskiej Bibliotece Publicznej Łódź-Śródmieście, ul. Brzeźna 10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Wróżba. Wspomnienia dziewczynki - Agneta Pleijel”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 lipca 2017 21:15
  • czwartek, 25 maja 2017
    • Świętosława. Królowa wikingów - Agata Stopa

      Świętosława. Królowa wikingówAgaty Stopy to bardzo dobry przykład powieści historycznej. Wycyzelowane fakty w minimalny sposób mieszają się z fikcją, która jest komentarzem autorki do tez historyków. Potężna, zamaszysta księga ujmuje rozmachem czasowym, składając się w spójną opowieść o najważniejszej kobiecie z epoki wikingów. Żony królów: Szwecji Eryka Zwycięskiego, Danii, Norwegii i Anglii Swena Widłobrodego i matki królów: Olafa Skötkonunga, Knuta Wielkiego i Haralda II Svenssona.

       

      Swietoslawa_Krolowa_wikingow_Agata_Stopa1

       

      U Agaty Stopy polityka jest wredną matką wymuszanych sojuszy. Matką bezwzględną w dochodzeniu do władzy i realizacji własnych planów. Historia „Świętosławy. Królowej wikingów” układa się w żywy obraz epoki, która tylko minimalnie różni się od współczesnej sceny politycznej. Gry pozorów, wymierzane sobie podstępnie ciosy, szukanie zakulisowych sojuszników. Wszystkie te strategie politycznego przetrwania znalazły genialną narratorkę w osobie Agaty Stopy, która doskonale wyczuwa wszelkie dysonanse, oddaje zniuansowane odcienie wielkiej polityki. Jest też osobą z pietyzmem zatrzymującą się nad detalem historycznym. Wiele w „Świętosławie. Królowej wikingów” jest opisów, które odtwarzają codzienność bohaterów. Widzimy miejsca, w których przebywają, jesteśmy w stanie wyobrazić sobie przestrzenie, w których rozgrywa się akcja. I jest to opis w idealnej proporcji do opowiadanej historii, wystarczający do zobaczenia oczami wyobraźnie malowanej przestrzeni. Filmowa narracja to z pewnością atut Agaty Stopy. A podejście do ubierania sceny akcji w kostiumy z epoki można by tu wskazać jako godne naśladowania. Wydaje mi się, że dopiero z umiarem podany opis tła świadczy o dużej sprawności powieściopisarskiej.

       

      762 strony gęstego druku bez żadnych sztuczek wydawniczych sprawia, że „Świętosława. Królowa wikingów” czyta się w tempie skandynawskiej – co najmniej - trylogii kryminalnej, której służą przecież podwójne interwały i szerokie marginesy. Uczciwie wydana powieść to prawie kilogram czystej przyjemności obcowania z wielką historią. Książka Agaty Stopy trafi w gusta osób, które za historią, jako taką, nie przepadają i trzeba im ja podać w przystępnej formie, ale bez udziwnień i zbytniego konfabulowania. Tym różni się od powieści Dumasa, że w centrum zainteresowań jest nadanie prawdzie historycznej interesującej fabuły, zamiast skupiania się na fikcyjnych przygodach, które jedynie wykorzystują wątki historyczne. W przeciwieństwie do Bernarda Cornwella więcej u Agaty Stopy jest związków międzyludzkich i gdy dochodzi do bitew, wojen przygląda się wypadkom, które do nich doprowadziły, zamiast wchodzenia w centrum pojedynków i uderzeń armii. Oręż u niej grzmi w tle. Analizuje konflikty polityczne i ich wpływ na nowy rozkład sił, sojuszy. Skupia się na negocjacjach, kulisach wielkich rozmów. Misternie rozpracowuje ludzkie namiętności, małe i duże uczucia, które często biorą górą, składając się na późniejsze daty w almanachach. To historia tutaj rządzi, a skrupulatna dokumentacja zdjęciowa, liczne rysunki jedynie potwierdzają to wrażenie. Nie spotkałam się jeszcze z takim podejściem do pisania powieści, bo strona wizualna książki chyli się ku omówieniom naukowym. Dodatkowo jest w niej bardzo dużo przypisów, więc można ją czytać bez wcześniejszego przygotowania historycznego.

       

      Początek „Świętosławy. Królowej wikingów” wydaje się jednak nieco niedopracowany i trochę odbiega od dalszej części powieści. Niepotrzebne wydały mi się wstawki ze Świętosławą kilka lat później. Nie wnosiły one niczego do opowiadanej historii, nie służyły też samej narracji, którą osłabiał taki przerywnik. Próby stylizacji językowej wydają się nie do końca udane i z ulgą odebrałam styl w dalszej części, która jest naprawdę świetnie opowiedziana. Początkowo brakowało mi nieco jakiegoś mocnego wtrętu fikcyjnego, który podkręciłby narrację. Wystarczy jednak poczekać nieco, żeby docenić ten sposób pisania powieści historycznej. Agata Stopa wlała życie w posągowe postaci, które zaledwie wyłaniały się do tej pory spoza sążnistych, średniowiecznych kronik. Stonowany do minimum opis emocji, o których z dawnych pism niewiele się dowiadujemy, tutaj przybiera postać niemal studium psychologicznego. I pewnie nie przez przypadek, bo autorka to absolwentka psychologii klinicznej. Świętosława i cały peleton postaci historycznych to przede wszystkim ludzie i próba zrozumienia też ich emocjonalnej sfery, kim byli, co czuli, jakimi wewnętrznymi motywami się kierowali. Kipi tu więc od zazdrości, zawiści. Jest też miejsce na wielkie namiętności, rozpracowaną do szczegółu męską tęsknotę, kobiece udręki księżniczek wydawanych za niechcianych starców dla korzyści politycznych. W fermencie wielkiej polityki widzimy ludzką twarz drobnych decyzji, które składają się na małe i duże tragedie osób, które rozpoznajemy, jako królów, królowe, zapominając, że przede wszystkim byli ludźmi.

       

      Kolejnym atutem „Świętosławy. Królowej wikingów” jest połączenie słowiańskiej kultury z nordyckimi wierzeniami. Filtry, którymi mierzy ten temat w zbalansowany sposób rezonują w treści powieści, która łagodnie wprowadza w świat średniowiecznych wierzeń. Dobrze uchwycono przenikanie się kultur, wtargnięcie chrześcijaństwa na tereny ludów Północy i różne strategie chrystianizacji. Właśnie ta przystępność mówienia o trudnych tematach klasyfikuje powieść Agaty Stopy jako dobrą rekomendację dla uczniów gimnazjów i szkół średnich. Można dzięki tej powieści wejść w kulturę staronordycką i zrozumieć współczesne kraje skandynawskie i ich obyczaje, które przecież są mieszanką dawnych wierzeń, na które nałożyły się nowe tradycje.

       

      Bardzo dobrze zostało w powieści uwypuklone odmienne oblicze wikingów, jednych z najcenniejszych najemników europejskich. Na kartach powieści dużo miejsca zajmuje Jomsborg i jego znaczenie dla bezpieczeństwa księstwa polskiego, historia jednego z najsłynniejszych najemników Thorkella Wysokiego, który z nadania Knuta zostanie potem lordem Wschodniej Anglii. Można prześledzić polsko-skandynawskie wątki i przecierające się ścieżki, które od początku państwa polskiego miały spore znaczenie. Dużą wartość dla poznania historii krajów skandynawskich ma uchwycenie zmieniającej się sytuacji politycznej na Północy. Agata Stopa w przystępny sposób wychwyci znamienne szarady, liczne ustępstwa, jakie kolejni książęta podejmowali dla osiągnięcia swoich zysków. Wreszcie pokaże też ekspansję dzielnych wikingów w dalsze rejony Europy, zwłaszcza podbój Anglii. Ciekawie połączy losy Świętosławy z historią jej brata Bolesława Chrobrego. Nie zabraknie tutaj tła, w którym wybrzmiewają zmieniające się losy rosnącego w potęgę królestwa polskiego. Zwróci uwagę na rolę Ody, kolejnej żony Mieszka. Wreszcie przyciągnie uwagę dla wątków, w których zaznaczy silniej role i pozycje kobiet na dworach książęcych, królewskich i jarlów.

       

      Samą Świętosławę poznajemy jako nastolatkę, dość szybko wydaną za mąż dla utwierdzenia sojuszy ze Szwedami. Ciekawie został uwypuklony jej romans z norweskim księciem Olafem Trygvassonem. Interesujące będzie prześledzenie jak Agata Stopa wykorzystuje ten motyw dla dramaturgii powieści, budując główne napięcie pomiędzy tymi bohaterami. Gotujące się w nordyckim kotle sprzeczne interesy, walki o dominację umacniających swoje siły młodych skandynawskich księstw, świetnie dopełnia całości obrazu. Agata Stopa nie tylko chce nakreślić barwną biografię królowej wikingów. Dopełnia ten opis żywym obrazem epoki, tym ciekawszym, że obejmującym czasy zmian pod panowaniem pierwszych, znaczących królów skandynawskich. Widzimy ruchome granice, łączenie się, przechodzenie ziem z rąk do rąk, wyrywanie sobie skrawków Skandynawii i konstytuowanie ich w odrębne państwa. Co też pozwala dzisiaj lepiej zrozumieć odrębność tej części świata i współczesny nordycki sojusz, praktycznie niewyobrażalny dla pozostałej części Europy.

       

      Wszystkie te zabiegi sprawiają, że „Świętosława. Królowa wikingów” jest bardzo dobrze opowiedzianą lekcją historii, podczas której chętnie odwoływano się do starych kronik i sag. I jak przykład pokazał, niczego nie trzeba w niej ubarwiać, niczego dodawać, bo życie samo w sobie jest wystarczająco skomplikowane, przewrotne i obfitujące w liczne, zaskakujące zwroty akcji.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję autorce książki

       

      Recenzja książki: Świętosława. Królowa wikingów - Agata Stopa, Wydawnictwo Poligraf, Brzezia Łąka, 2016. Projekt okładki: Magdalena Muszyńska. Ilustracje: archiwum własne autorki. Korekta: Jolanta Kaźmierczak, Klaudia Dróżdż, Zofia Smyk. Skład: Wojciech Ławski. ISBN: 978-83-7856-508-6. Stron: 762.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Świętosława. Królowa wikingów - Agata Stopa”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 25 maja 2017 18:54
  • czwartek, 13 kwietnia 2017
    • #YOLO - Jakub Koisz

      #YoloJakuba Koisza to bardzo udany z wielu względów debiut, który przypomina wypadkową „Gry w klasy” Julio Cortázara, prozy beatników i fali książek w stylu „My, dzieci z dworca ZOO”. Jest tu nieśpieszne tempo nieustannego melanżu, wspomnienia z urwanych filmów, atmosfera nieprzerwanego ciągu narkotyczno-dopalaczowego. Jest seks, kłamstwa i wpisy w mediach społecznościowych. Kilka rzeczy sprawia jednak, że proza Koisza wtapia się w literackie czeluście, nie wyróżniając się niczym szczególnym.

       

      #Yolo Jakub Koisz

       

      Zacznijmy jednak od początku. Pisarzy, którzy zostawiają po sobie stylistyczny, rozpoznawalny trop jest w sumie niewielu. Jakub Koisz niewątpliwie językowo postawił kropkę nad wybijającym się, charakterystycznym „i”. Ma świetne ucho, bardzo dobre wyczucie stylu i pisze językiem, który ani na chwilę nie traci na impecie. Podejrzewam wręcz, że jeśli jest w trakcie kolejnej powieści, to będzie ona zupełnie inna. Wyczuwam u niego potrzebę mierzenia się z różnymi materiami. Nie będzie to jednak eksperyment na miarę Korporacji Ha!art czy Lampy i Iskry Bożej. Jakub Koisz nie stanie się Dorotą Masłowską w spodniach, ani nawet Małgorzatą Rejmer, która na nowo opowiada nam Warszawę w „Toksymii”. Będzie raczej chodzącym lustrem, w którym, jak w „#Yolo”, odbija obraz zblazowanych warszawskich dwudziestoparolatków. Potrafi pisać naśladując, nie wyczuwam w nim autora, który ma zadatek na wywracanie literatury. Chociaż wyraźnie chce zostawić po sobie coś oryginalnego. Językowo wyczuwam swobodę mówienia slangiem, bez wpisanego w to ryzyka ośmieszenia. Koisz wtopił się w słowotwórcze wygibasy; jest cięty, dowcipny i mocny. Czy to jednak wystarczy?

       

      Postać, którą wybrał na najważniejszego bohatera, to obserwator, kontestator i główny komentator. To dzięki niemu wchodzimy w zamknięty świat (części) pokolenia 20+. Moim zdaniem też dość charakterystyczny. Bo spójrzmy kto i o czym pisze. A potem kim jest i jak żyje. Sporo mamy literatury o problemach zblazowanych, zamożnych dzieciaków (czy dorosłych), które mogą sobie pozwolić na alternatywne wybory, kosztowne imprezowanie i drogie upijanie się życiem. Tego prawdziwego (równa się zwyczajnych Polaków) jest mało, stąd tyle powieści o pisarzach w roli głównej, środowisku artystycznym, wszelkiej maści dziennikarzach, pracownikach teatru itp.. Uwikłani w życie, zmęczeni ludzie - jak widzę - nie mają czasu i siły, żeby pisać książki. Piszą je w większości ci, którzy na taki luksus mogą sobie zwyczajnie pozwolić. Brak prawdziwego życia i wracanie do przepisanych już po raz setny problemów, po prostu jest wtórne. No i nudne. Ciężko jest mi się zdobyć na zainteresowanie kolejną prozą w stylu „ćpanie, bzykanie i melanżowanie”.

       

      Gdy sięgam po powieść w stylu „#Yolo” czekam na odrobinę świeżości, ale otrzymuję bardzo dobrze odtworzony fragment zamkniętej rzeczywistości. I nic więcej. Nawet jeśli Koisz językowo odlatuje, to wyłącznie na poziomie odtwarzania stylu małolatów silących się na oryginalność. W dodatku jest kolejnym polskim prozaikiem, który upaja się własnym wyrafinowaniem słowotwórczym na niekorzyść historii, która wymyka mu się z rąk i staje się nieciekawa. Wolałabym tę powieść otrzymać w formie nowelki lub opowiadania, bo w takiej objętości błysnęłaby, tu jednak przedłuża się o niepotrzebne strony.

       

      Kolejne pytanie, to czy naprawdę potrzebujemy jeszcze jedną powieść o mężczyźnie, oczywiście inteligentnym, oczytanym, tym razem też ze znajomością filmu, który patrząc na kobiety, widzi wyłącznie dziwadła, zazwyczaj głupie, wyskakujące z majtek, nawet wówczas, gdy panowie są zmęczeni i właściwie od niechcenia „spuszczają się w rozjechane i suche szparki hipsterek”. Czy potrzebujemy kolejnych reprezentantek kultury obrazkowej, z których „żadna nie zwróciła uwagi na książki, ale od razu wpadły im w oko obrazy z superbohaterami”. Nic nie przekonało mnie do powieści Jakuba Koisza, nic nie sprawiło, że chciałabym zaakceptować ten opis świata i jego literacki wybór. Na miliony jest w literaturze głupiutkich panienek, „lubiących się z kimś przelizać”, rozkładających non stop nogi. Bohaterki Koisza tym różnią się od bohaterek rocznikowo od niego starszych panów pisarzy, że środek głupoty krąży w ich przypadku po nieco innej orbicie. Bo mamy inne czasy, więc Karolina „już osiągnęła to, o czym marzyła w gimnazjum: pełne zblazowanie, sporą grupę wyznawców na swoim modelingowym fanpejdżu oraz całkiem sporą wiedzę na temat środków psychotropowych”. Koisz przypomina mi Augusta Strindberga, tyle, że kilkanaście dekad później, gdy pisze: „Jeśli waginy samic homo sapiens wytwarzały śluz każący mężczyznom, niczym mrówkom, zapieprzać od świtu do zmierzchu na dwie zmiany, pokonywać kilometry, pocić się krwią, to ona była tutaj alfą, prawdziwą królową feromonów”.

       

      Jakub Koisz jest trochę jak jego bohater, który poznając dziewczynę, stwierdza, licząc, że dziewczyna „odczyta erotyczny podtekst tego bełkotu”, że „każdy mężczyzna tworzy. Z każdego z nas wypływa energia, która pozornie rzucona na pastwę chaotycznego świata znajduje jednak swój dom, wchodzi w relacje, łączy się w jeden niezależny byt. To jest architektura życia…”. I podobnie do tej postaci sam sporo tworzy, przekładając otaczający go świat na kolejne projekty, tym razem literacki. W pisaniu najważniejsze jest dla mnie pytanie „Po co?”. Jeśli jest sens, to wówczas warto pisać. I jeśli miałabym coś doradzić debiutującemu pisarzowi, to postawienie sobie tego pytania i powtarzanie go tak długo, aż zrozumie: po co pisać kolejną książkę?

       

      Recenzja książki: #YOLO, Jakub Koisz, Wydawnictwo Ovo, Wrocław 2016. Redakcja: Katarzyna Kostołowska. Korekta: Anita Baraniecka-Kozakiewicz. Grafika na okładce: Miedzioryt "Kot" Marcin Makarewicz. Projekt okładki i skład: Marcin Makarewicz. Zdjęcie na okładce: Evilvision. Wydanie I. ISBN: 978-83-935709-7-3. Stron: 269.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Wydawnictwo Ovo

       

      KONKURS!!! Chcesz mimo wszystko przeczytać tę książkę? Jeśli tak jej egzemplarz może być Twój. Napisz do mnie, dlaczego chcesz przeczytać "#Yolo". Skontaktuję się wyłącznie z autorem najciekawszego uzasadnienia i tę osobę poproszę o adres do wysyłki książki. Na Wasze odpowiedzi czekam dzisiaj, do godz. 23:59.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 kwietnia 2017 19:55

Kalendarz

Lipiec 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014