Recenzentka

Dla dzieci i młodzieży

  • środa, 29 czerwca 2016
    • Wędrówka Nabu - Jarosław Mikołajewski, czyli piękna książka dla dzieci

      Wędrówka NabuJarosława Mikołajewskiego (ur. 1960) to literackie amor vacui. Kompaktowa historia zamknięta w językowym minimalizmie i przejmujących obrazach, których dopełnieniem są ilustracje Joanny Rusinek, z równie oszczędną kreską. Mamy mądrą książkę, dedykowaną dzieciom do wspólnego czytania z rodzicami, którą najpełniej podsumuje słowo: piękna.

       

       Wedrowka_Nabu_Jaroslaw_mikolajewski1

       

      Wydawnictwo Austeria mogłoby zasiadać w radzie Festiwalu Pięknej Książki, którego pierwsza edycja miała miejsce w połowie czerwca w Rzeszowie. Definiując tam piękno książki nieustannie przypominano, że mieści się w tym słowie i zawartość, i opracowanie graficzne. Jak ważny dla czytelników jest wygląd książek niech świadczy fakt, że autor projektów okładek w Karakterze Przemek Dębowski jest dużo bardziej rozpoznawalny, niż większość pisarzy tego wydawnictwa. Do moich faworytów, oprócz wymienionego Dębowskiego, należą Maciej Jędrysik, znany z omawianej na blogu (tutaj) „Literatury od kuchni”, Marianna Sztyma, autorka trzech najładniejszych okładek książek Agnieszki Drotkiewicz i Anna Ostoya, która tak nieoczekiwane okładki projektowała niegdyś dla Korporacji Ha!art. Do tej czwórki dołączam Joannę Rusinek.

       

      Umowność przekazu kreski Joanny Rusinek porusza te obszary wyobraźni, które najlepiej odpowiadają kreatywności. Surowy rysunek, z którego usunięto wszystkie niepotrzebne drobiazgi, wyjątkowo mocno działa. Zafundowanie dziecku takiej lekcji sztuki, wprowadzenie go w estetyczny minimalizm może zaowocować pokoleniem, które zastąpi obecny przesyt, jaki kreuje często współczesny design. Ilustracje Joanny Rusinek funkcjonują miejscami jak suwerenna historia. Można „Wędrówkę Nabu” czytać też jak picturebooka, bo same ilustracje opowiadają historię ucieczki Nabu równie dobrze jak tekst. Jakby wizja Rusinek przełożona na kreskę nabierała znamion totalnej niezależności. Mamy tekst opowiedziany przez Jarosława Mikołajewskiego i jego dopełnienie, a czasem uzupełnienie w wizji artystki. Rusinek pomaga dzieciom zrozumieć, co się dzieje w opowiadanej historii, jednocześnie współodczuwa ją razem z nimi, pracując mocno z emocjami nasyceniem koloru, temperaturą ilustracji, którą przenika mrok, gdy rodzinę Nabu ogarnia smutek, żeby uderzyć wesołą świeżością odbudowanych domostw, gdy nastrój zmienia się na pozytywny. Gdy wioska Nabu płonie, wraz z nią unosi się w potężnych płomieniach książka.

       

      Znamienna dla „Wędrówki Nabu” jest praca na wrażeniach. Wybrzmiewający z książki strach, ponury nastrój i smutek nasila się. Kreska gęstnieje, a postaci ludzkie niemal znikają pod naporem ciężaru wydarzeń. To właśnie faktura samej kreski najmocniej tutaj pracuje. Kolor staje się ostrożniejszym jej towarzyszem. Można to przetłumaczyć na życie dziewczynki, w którym kotłują się trudne emocje, jest równie gęsto od wydarzeń, ale nie przynoszą odmiany jej losu. Kolor pozostaje więc stonowany, pracując więcej jego odcieniami. Ale obaj twórcy dają czytelnikowi czas na wytchnienie. Nakładające się na siebie naprzemiennie emocje negatywne i pozytywne, kontrastują nieustannie to, co się dzieje. Przypominając, że jest gdzieś piękny świat, do którego zmierza Nabu. Że jest nadzieja i miejsce wolne od tych wszystkich kłębiących się, niepokojących rzeczy. Fantastycznie tutaj rozwija się postać Nabu, która maleje pod naporem napierających na nią wydarzeń. Jej samotność musi poruszać. Jednocześnie przez cały czas Nabu nie opuszcza dobry nastrój. To wesoła, otwarta dziewczynka. Taka sama jak dziecko czytające historię o niej. W ten sam sposób, jak każde inne dziecko, dziwi się, temu co się dzieje. Zadaje pewnie te same pytania, które właśnie kotłują się w głowie małego czytelnika. Dziewczynka nie rozumie oczekiwań dorosłych, których spotyka po drodze. Wszystkich tych żołnierzy, policjantów i celników. Odpychające postaci mundurowych przytłaczają bezradną Nabu. Czytelnik wspólnie z nią będzie chciał pojąć, co się dzieje.

       

      Wędrówka Nabu” to odważne przedsięwzięcie literackie, bardzo aktualne, nie stroniące od trudnego tematu. Gdy mowa o uchodźcach ciężko o neutralne stanowisko. Jarosław Mikołajewski dedykuje swoją książkę również dorosłym, którzy będą ją czytać dzieciom. Są w finalnej scenie, w tłumie anonimowych twarzy. Czy łatwo będzie znaleźć czytelników dla takiej książki? Czy rodzice będą chcieli podjąć się dyskusji z dziećmi na tak niełatwy temat? Mała Nabu ucieka ze swojej wioski, która nieustannie jest palona. Ucieka sama, bo rodzice nie chcą do niej dołączyć. Wręcz zakazują dziewczynce opuszczenia wioski. Chcą ją po raz kolejny odbudować. Dla dziecka świat jest jednak jednym wielkim placem zabaw. I tak widzi otaczającą przestrzeń Nabu. Pragnie domu, którego ciągle nie ma, beztroski, radości, a nie życia kątem u tych, którzy ocaleli z pożogi. Zamiast tkwić w nieustannie niszczonej wiosce woli udać się w drogę ku rozległym i pięknym przestrzeniom. Przeżyje gehennę, która towarzyszyła wszystkim ryzykującym niebezpieczną podróż w pontonach, na skleconych, kruchych i nietrwałych tratwach. Po drodze spotka ją to, z czym muszą walczyć uchodźcy.

       

      Jak wytłumaczyć dziecku nieistniejące granice? Przeszkody administracyjne? Niewidoczne zakazy, które zatrzymują ludzi, odbierając im prawo ucieczki? Przedostania się do bezpiecznej części świata? Może pokazując niewidoczne ściany, od których odbija się Nabu, wybrzmiewające w tle „stój”, wzmocnione sugestywnym obrazem wielkich żołnierskich butów, niemal miażdżących postać mikroskopijnej dziewczynki. To książka do nieustannego zatrzymywania się i pochylania nad każdym obrazem, zdaniem, wydarzeniem. Okazja do mądrej i długiej rozmowy z dzieckiem, które nie rozumie przecież reguł rządzących światem dorosłych. „Wędrówka Nabu” językiem wyobraźni dziecka tłumaczy sytuacje, w jakiej znaleźli się uchodźcy. Odwołując się do emocji: empatii, smutku, strachu buduje napięcie wokół nich i uczy zrozumieć przeżycia innych. Ta lekcja tolerancji i współodczuwania przydałaby się niejednemu dorosłemu, który jak ci książkowi stoją nad małą Nabu, dzieląc się na dwa walczące ze sobą obozy, pokazują dziewczynce, gdzie jej miejsce. Czy mała Nabu będzie mogła żyć bezpiecznie?

       

      Recenzja: Wędrówka Nabu, Jarosław Mikołajewski, Wydawnictwo Austeria, Kraków 2016. Ilustracje: Joanna Rusinek. Korekta: Anna Pawlikowska. Opracowanie graficzne: Michał Pawłowski. Stron: 54. ISBN 978-83-7866-058-3.

       

      KONKURS: Na fanpage'u zostanie ogłoszony konkurs, a w nim do wygrania egzemplarz tej książki.

       

      O książce porozmawiam 30 czerwca (czwartek), 21:00 – 22:00 w Radiu Kraków w audycji Barbary Gawryluk „Koło Kultury”, gdzie razem z Pauliną Małochleb i Michałem Sowińskim wystąpimy w roli jurorów książki miesiąca. Jedną z trzech nominowanych książek jest „Wędrówka NabuJarosława Mikołajewskiego

       Logo_Radio_Krakw4

       

      Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu?  Dołącz do 1465 osób i zamów bezpłatny newsletter lub polub fanpage Recenzentka.blox.pl. Post wydał Ci się wartościowy? Podziel się nim i go udostępnij! Masz własne zdanie? Wyraź je w komentarzu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Wędrówka Nabu - Jarosław Mikołajewski, czyli piękna książka dla dzieci”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 29 czerwca 2016 17:07
  • piątek, 05 lutego 2016
    • Podróż do wnętrza Ziemi - Juliusz Verne

      „Północ mnie pociąga” – powiedział Juliusz Verne i dodał „Ach! Mówcie mi o podbiegunowym oceanie”. Dumas zwykł mu powtarzać, gdy narzekał, że jego rola w literaturze francuskiej nie została doceniona: „powinieneś być autorem amerykańskim lub angielskim. Wtedy książki twe, tłumaczone na język francuski, mogłyby ci przynieść ogromną popularność we Francji, a ty mógłbyś być uważany przez swych rodaków za jednego z największych mistrzów fantastyki”. „Gdyby pan wiedział” – zwierzył się dziennikarzowi „Le Figaro” – „jak dobrze się bawiłem podczas mej podróży do środka Ziemi”. Juliusz Verne rozsławił w niej Snæfellsjökull, islandzki wulkan i jednocześnie lodowiec, który jak alarmują glacjolodzy powoli znika.

       

      Podr_do_wntrza_ziemi4

       

      W Skandynawii Juliusz Verne był co najmniej dwa razy. Nie zawsze jednak opisywał to, co widział na własne oczy. Opis Islandii prawdopodobnie oparł na publikacji francuskiego lekarza i naukowca, Paula Gaimarda (1805-90) z rysunkami Augusta Mayera, która ukazała się w latach 1839-52. Po raz pierwszy wybrał się na Północ w 1861 w wieku 33 lat. Ale tę podróż musiał przerwać ze względu na stan zdrowia żony, która 3 sierpnia urodziła ich jedyne dziecko. W wywiadzie dla „McClure’s Magazine” opowiedział o swojej wyprawie na Północ z 1862, niektóre źródła podają, że może chodzić o tę z 1861. To wtedy przepłynął ze Sztokholmu do Christianii (Oslo) poprzez kanał (raczej chodzi o cieśninę Sund, łączącą Bałtyk z Morzem Północnym), pokonał po drodze dziewięćdziesiąt siedem śluz – „była to trwająca trzy dni i trzy noce niezwykła podróż parowcem”, dodał wyjaśniając, że udał się potem powozem do najdzikszej części Norwegii - Telemarku i zwiedzał tam wysokie na dziewięćset stóp wodospady Gosta. Dwadzieścia lat później, już własnym jachtem parowym, nazwanym na cześć syna „Saint Michel III” zawitał ponownie na Północy, zawijając do portów Danii i Szwecji. I to właśnie na pokładzie swoich kolejnych łodzi stworzył ponad połowę książek. Na to, że z taką fascynacją zapuszczał się w morze złożyło się wiele. Wyspa, na której się urodził; portowe Nantes, w którym się wychowywał; fascynujące marynistyczne historie, które opowiadali mu miejscowi i jego pierwsza nauczycielka, żona oficera marynarki, wujowie chętnie podróżujący do zamorskich krajów. W rodzinie matki był i nawigator i armator. Lata mały Julek spędzał w posiadłości nad Loarą godzinami obserwując ruch statków na rzece i bawiąc się na niej ze swoim bratem, późniejszym oficerem marynarki. Morze tak dalece go pociągało, że w wieku 11 lat uciekł z domu zaciągając się na statek, bez powodzenia, bo rodzice zorientowali się w planach chłopca, dogonili statek i odstawili go na miejsce.

       

      Ojciec prawnik i właściciel kancelarii widział w synu swojego następcę, ale od studiów prawniczych Juliusz wolał pisanie i miejskie szaleństwa. Paryż go wchłonął ze swoją kulturalną atmosferą. Gdy tylko mógł urywał się na miasto. A na salony wprowadził go wuj, dzięki któremu poznał m.in. Wiktora Hugo i Aleksandra Dumasa (syna). Miał wówczas 21 lat i z Dumasem stali się od razu serdecznymi kolegami. To właśnie on zachęcił go do pisania, i jak zdradził w wywiadzie dla „McClure’s Magazine”, stał się też jego pierwszym opiekunem, przedstawił go swojemu ojcu, z którym potem Juliusz współpracował. Dumas ojciec też wysoko ocenił próbki literackie Verne’a, a nawet wystawił w swoim Teatrze Historycznym jedną ze sztuk Juliusza. O Wiktorze Hugo powie Verne, że był pod jego ogromnym wpływem, czytał go pasjami i mógł recytować z pamięci całe strony „Katedry Najświętszej Marii Panny”. Literackie zapędy Juliusza próbował powstrzymać ojciec odcinając go od przypływu gotówki. Gdyby nie matka, która go ratowała po kryjomu groszem, nie wiadomo jak by skończył. Ale i tak musiał zacząć pracować. Zmienia prace z kopisty na sekretarzowanie w Teatrze Lirycznym i pewnie nie miałby środków, żeby oddać się pisaniu powieści, gdyby nie poznał na ślubie przyjaciela swojej przyszłej, bardzo bogatej żony.

       

      Sukces literacki przyszedł od razu, od pierwszej książki, ale towarzyszył mu przypadek. W Afryce zaginęła ekspedycja doktora Davida Livingstone’a, na której poszukiwanie wyruszył znany podróżnik i badacz Henry Stanley. Jego podróż sponsorował amerykański magnat prasowy i wydawca popularnego „New York Herald” James Gordon Bennett (syn). Zainteresowanie tą sprawą zbiegło się z publikacją „Pięciu tygodni w balonie” Juliusza Verne’a. To właśnie ta książka, „która w formie zarazem dramatycznej i humorystycznej podsumowywała całość geograficznych odkryć Burke’a, Livingstone’a i innych” stała się bestsellerem i odwróciła bieg jego kariery literackiej. Hetzel, wydawca Verne’a przeczytał ją w osiem dni, a wydał w miesiąc. Charles Raymond entuzjastycznie napisze o książce, że „była prawdziwą rewelacją. Powstał nowy gatunek literacki. Był to Edgar Poe z dodatkiem wesołości i brakiem halucynacji, nauka i wyobraźnia połączone w doskonałej harmonii”.

       

      W wywiadzie dla „La Presse” Juliusz Verne powiedział, że jego celem było „dostarczenie młodzieży pożytecznych książek, prezentujących nauki ścisłe i geografię w przystępny sposób”. „Podróż do wnętrza Ziemi” była kolejną powieścią po bestsellerze, który utorował Juliuszowi Verne drogę na szczyt. I rzeczywiście wydźwięk dydaktyczny jest uderzający. Verne korzystając z popularnej powieściowej formy skrzętnie przemyca dostępną w jego czasach wiedzę. W wywiadach podkreśla, że czerpał ją z dogłębnych studiów biuletynów naukowych, artykułów prasowych, książek naukowych. Wiedzę miesza z wyobraźnią zaskakując czytelników swoimi wizjami. Część z nich już za jego życia stała się rzeczywistością.

       

      W „Podróży do wnętrza Ziemi” spotykamy 19 letniego Axela, usynowionego przez Otto Lidenbrocka, ekscentrycznego profesora zacnego Johanneum. To prawdziwa, najstarsza w Hamburgu szkoła humanistyczna – Humanistisches Gymnasium in Hamburg. Profesor Otto Lidenbrock wykłada tam kurs mineralogii. Styl Juliusza Verne z dzisiejszej perspektywy może się wydać nieco skostniały. Pisarz metodycznie prowadzi czytelnika najpierw dając ogląd postaci; tu oddaje się z uwielbieniem opisom ich fizjonomii, pasji, a w przypadku Axela również jego sytuacji uczuciowej, potem przechodzi do opisu domu, tego jak jego bohaterowie mieszkają, jakie rutyny rządzą tą rodziną. W czasie podróży nie szczędzi opisu odwiedzanych miejsc, robi uwagi na temat ich mieszkańców.

       

      Dzięki temu możemy czytać „Podróż do wnętrza Ziemi” tropami obyczajowymi zapoznając się z życiem niemieckiej klasy średniej pod koniec XIX wieku, bo powieść rozpoczyna się 24 maja 1863 roku. Wyobrażam sobie pracę antropologa kultury, który dokonałby wglądu w społeczeństwo z powieści Verne’a. Axel narzeka na surowość stryja, który jest nieco szorstki dla dorastającego chłopca. Tym większe będzie jego zaskoczenie, gdy tenże okaże ogromne przywiązanie do chłopca i w najbardziej dramatycznych chwilach okaże się czułym i pełnym troski starszym panem. Ciekawe z dzisiejszej perspektywy jest śledzenie subtelnie rozwijającego się uczucia pomiędzy Axelem a Graüben; z wpisaną w związek tajemnicą, koniecznością ukrywania ich miłości, typową dla tych czasów rebelią i odwagą w podejmowaniu decyzji. Ale też normami obyczajowymi, które nadawały odpowiedniego tonu ich kontaktom. Graüben „stanęła zmieszana, słysząc swe imię tak głośno wymówione na publicznej drodze”, a żegnając Axela przed podróżą dotknęła jego policzków „swymi niewinnymi usteczkami”, co chłopak skwituje, że nie mógł już „powstrzymać łez rozczulenia”. W wywiadach często zarzucano, że Verne skąpi bohaterek kobiecych i faktycznie kobiety pojawiają się, ale raczej w tle. Panna Graüben „znała się na mineralogii, a nawet lubiła badać zawiłe kwestie nauki”. Jest gotowa dołączyć do mężczyzn i udać się w niebezpieczną podróż, a gdy jej ukochany wyjeżdża sam obiecuje na niego czekać, ciesząc się na przyszły ślub. Marta, gospodyni w domu profesora to poczciwa, oddana rodzinie kobieta. Nieco dostało się Islandkom, które Axel postrzegał jako „miłe, chociaż o rysach smętnych i bez wyrazu”, nie oszczędził też Islandczyków.

       

      Ale książkę można też czytać tropami kulinarnymi. Verne musiał być smakoszem korzystającym podczas podróży z uroków kuchni lokalnej. Daje temu wyraz w opisach konsternacji podczas przypadkowego posiłku u pewnej rodziny islandzkiej: „gospodarz podał nam zupę, wcale niezłą, z mchu skalnego lichen, później ogromną porcję suszonej ryby pływającej w zjełczałym maśle, przechowywanym od dwudziestu lat, które widać, według wyobrażeń gastronomicznych Islandii, jest daleko lepsze od świeżego. Dodano do tego skyr, rodzaj kwaśnego mleka z sucharami polanymi brunatnym jałowcowym sokiem; za napój służyła blanda czyli serwatka z wodą. Czy ta osobliwa uczta była smaczna, czy nie – doprawdy nie umiem powiedzieć. Byłem głodny, a głód, jak wiadomo, jest najlepszą przyprawą”. U profesora w domu można było zjeść „zupę z włoszczyzny, omlet na szynce z duszonym szczawiem, cielęcinę z kompotem śliwkowym, na deser krewetki i buteleczkę wybornego mozela”.

       

      Kreśląc sylwetkę Otto Lidenbrocka Juliusz Verne stwarza sobie okazję do przedstawienia realiów naukowych i atmosfery, w jakiej w czasach profesora rodziła się nauka. Padają najważniejsze nazwiska tego okresu: Humphry Davy, Aleksander Humboldt, Henri Becquerel, Jacques-Joseph Ebelmen, David Brewster, Henri Milne-Edwards, Fourier, badający m.in. zagadnienia przewodnictwa cieplnego, Poisson, zajmujący się m.in. zagadnieniami stabilności układu słonecznego. Wszyscy oni zasięgali oczywiście rad profesora w „najtrudniejszych kwestiach fizycznych i chemicznych”.

       

      Nie brakuje tu też tropów miejskich. Z łatwością dałoby się odtworzyć trasę spacerów Axela, który gdy tylko okoliczności sprzyjają udaje się na wypady zwiedzając nowe zakątki. A Verne korzysta informując czytelników o postępach cywilizacji i nowinkach technologicznych. „Na wszystkich ulicach Hamburga za mało było powietrza dla małych piersi. Szedłem więc szybko na brzeg Elby, w tym punkcie, gdzie dzięki parowcom utrzymywana jest stała komunikacja pomiędzy miastem a linią kolejową z Hamburga”. Dowiadujemy się, że „z Kopenhagi do Reykjaviku poczta odchodzi raz tylko na cztery tygodnie i to zawsze w dniu 22 każdego miesiąca”, a kolej parowa była dla profesora „jeszcze za słabym i za wolnym środkiem transportu”.

       

      Zostawił też Verne smaczki, które zdecydowanie musiały być bardziej czytelne i frapujące dla dorosłych, którzy przecież też zaczytywali się w jego książkach. Mimochodem rzuca uwagę na temat profesora Lidenbrocka, pisząc, że „był to uczony egoista, studnia wiedzy skrzypiąca strasznie za każdym razem, gdy z niej coś chciano wydobyć – słowem, skąpiec swego rodzaju” i dodaje ironicznie „takich profesorów można spotkać w Niemczech dość często”. Zresztą w ogóle dostało się naukowcom, co do których Verne nie ma raczej ciepłych uczuć; powie w innym miejscu, że „znany jest fakt, iż uczeni nie bardzo chętnie przyjmują jeden drugiego”. Z przeprowadzanych z Verne'em wywiadów wiemy, że często swoje fabularne pomysły konsultował z ekspertami różnych dziedzin i być może tak właśnie podsumował skąpców poznawczych, niechętnie dzielących się z amatorami swoją wiedzą. Nie brakuje mu też poczucia humory w opisie uczucia pomiędzy Axelem a Graüben: „kochali się z całym spokojem i z prawdziwie niemieckim opanowaniem”.

       

      Narratorem powieści jest Axel, chłopak opowiada nam całą historię podróży do wnętrza Ziemi. Pewnego dnia profesor wraca do domu z "Heims-Kringla" (Heimskringla), kroniką królów norweskich panujących w Islandii, książką słynnego w XII autora islandzkiego Snorre Turlesona (Snorriego Sturlusona). Wypada z niej karteczka pokryta pismem runicznym wymyślonego na użytek powieści naukowca XVI wiecznego Arne Saknussena. W profesorze odzywa się żyłka odkrywcy, zasiada więc do studiów próbując rozszyfrować tajemniczy napis. Nie bacząc na niebezpieczeństwa profesor postanowi udać się na Islandię, żeby idąc tropem wskazówek Saknussena dostać się do środka Ziemi. A środek Ziemi znajduje się w wygasłym wulkanie. Podróżnicy przebędą setki kilometrów podziemnymi korytarzami. Tak zarysowana fabuła dawała Juliuszowi Verne wiele okazji do zaszczepienia młodym czytelnikom pasji naukowych i podróżniczych. Islandia tego czasu zamieszkiwało zaledwie ok. 60 000 osób. Po przybyciu na wyspę opowie Verne o specyfice tamtejszych wulkanów, to będzie asumptem do informacji o liczbie czynnych i wygasłych wulkanów na świecie. Hans Bjelke, przewodnik profesora i jego bratanka będzie wybornym myśliwym polującym na kaczki edredonowe i oczywiście dowiemy się jak zarabiał na sprzedaży ich piór. 


      Axel, osierocony bratanek profesora od lat pomagał mu stając się pomocnikiem Lidenbrocka. Opowiadanie z jego perspektywy przygód dwójki, a potem trójki bohaterów, gdy na Islandii dołączył do nich przewodnik Hans, nadawało narracji lżejszego rysu. Widać, że Verne był zaprawionym w lekturze czytelnikiem i potrafił żonglować napięciem, bo w dramatycznym momencie Axel informuje na przykład, że już nigdy nie miał zobaczyć Islandii, co mogło zapowiadać jakąś tragedię w wyprawie. W innym zostawia nas z informacją, że cenną przezorność bohaterów późniejsze wypadki uczyniły bezużyteczną. W efekcie dostajemy ciekawą powieść fantastyczno-naukową, z dzisiejszego punktu widzenia frapującą historycznie, dającą niepowtarzalną okazję przyjrzenia się ówczesnemu stanowi wiedzy, porównania życia pod koniec XIX wieku ze współczesnością, zastanowienia się nad szybkością postępu technologicznego i zmianami w kulturze, zwłaszcza zmianą obyczajów. Trzeba jednak pamiętać, że pisarz sporo konfabuluje i często jego opisy są wyłącznie jego domysłami.

       

      PS 1 Na portalu www.islandia.org można znaleźć informację, że "Islandczycy nawet dzisiaj przypisują wulkanowi oraz niektórym miejscom na półwyspie jakieś szczególne moce, a goście hotelu w Búðir mogą usłyszeć historię o trzech wędrowcach, którzy weszli do wulkanu i więcej nie wrócili".

       

      PS 2 Do przypomnienia powieści Juliusza Verne’a zainspirowały mnie niepokojące wiadomości docierające z Islandii. Powieściowa góra Snefell, czyli Snæfellsjökull jest wulkanem o statusie lodowca. Juliusz Verne wymyślił, że będzie wejściem do wnętrza Ziemi, to właśnie w tym miejscu profesor, Hans i Axel rozpoczynają niebezpieczną wędrówkę. Za życia pisarza lodowiec miał powierzchnię 22,7 km2, ale do 2000 roku zmniejszył się o połowę. Glacjolodzy z Islandzkiego Biura Meterologicznego prorokują, że rozsławiony przez Verne’a lodowiec może całkowicie zniknąć do 2100 roku.

       

      Źródła, z których korzystałam: Strona internetowa Polskiego Towarzystwa Juliusza Verne'awww.islandia.org . Cytaty, jeśli nie zaznaczono inaczej pochodzą ze strony Polskiego Towarzystwa Juliusza Verne'a.

       

      Recenzja Podróż do wnętrza Ziemi, Juliusz Verne, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2000. Tytuł oryginału: Voyage au centre de la Terre (1864). Ilustracja na okładce: Stanisław Dzięcioł. Opracowanie graficzne: Piotr Iwaszko, Joanna Czubrychowska. Redaktor: Aldona Kowalska. Opracowanie zespół redakcyjny Wydawnictwa Zielona Sowa. ISBN 83-7220-152-8. Miękka okładka. Stron 164.

       

      Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów bezpłatny newsletter i polub Fanpage

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      piątek, 05 lutego 2016 15:13
  • piątek, 29 stycznia 2016
    • Tu i teraz - Ann Brashares

      Są książki, które trafiają idealnie w swój czas. Sprzyjają im okoliczności, które wzmacniają efekt publikacji; dopełniają go mocnym komentarzem ze strony rzeczywistości. Tak było w przypadku Ja nie jestem Miriam Majgull Axelsson czy Mordercy bez twarzy Henninga Mankella i tak się stało w przypadku „Tu i terazAnn Brashares. Po dwóch latach od amerykańskiej premiery powieść ukazała się w Polsce. I nie wiadomo co jest bardziej przerażające: wizja pisarki, która tworzy naszą przyszłość chylącą się ku upadkowi pod naporem dengi, krwawej zarazy przenoszonej przez komary czy fakt, że media właśnie alarmują od kilku dni o niebezpiecznym wirusie zika, który dotarł do Europy, za którego rozprzestrzenianie się odpowiadają komary Aedes aegypti, przenoszące oprócz wirusa zika, żółtą gorączkę i … powieściową dengę.

       

       

      Nie po raz pierwszy premierze książki Ann Brashares towarzyszą niepokojące okoliczności. Już debiutanckie „Stowarzyszenie Wędrujących Dżinsów” zbiegło się z atakiem na World Trade Centre 11 września 2001. Również w życiu pisarki nie brakuje nieprzewidywalnych zwrotów. Z braku pieniędzy musiała przerwać studia. Zatrudniła się wówczas w wydawnictwie 17th Street Productions, które niebawem przekształci się za sprawą Time Warner w Alloy Entertainment, olbrzymią firmę wydawniczo – producencką, odpowiadającą między innymi za późniejsze adaptacje filmowe bestsellerowych książek Brashares. To właśnie po opuszczeniu Alloy pisarka stworzy swój międzynarodowy bestseller „Stowarzyszenie Wędrujących Dżinsów”. Wiedziała, jak pisze się hity książkowe, bo wydawnictwo 17th Street Productions było firmą „a book packaging”, zajmującą się profesjonalnie „produkcją” sprzedażowych przebojów. Może sama idea takiego podejścia do wydawania książek pozbawiona jest aury tworzenia, bo po zbadaniu rynku książki i potrzeb czytelniczych, po prostu zatrudnia się najlepiej nadającego się do danego przedsięwzięcia pisarza lub ghowswritera a potem taki gotowy do premiery produkt sprzedaje dużemu wydawcy. Jest to rodzaj pośrednika, który poniekąd oferuje więcej niż agent literacki. Pisząc swoje książki Brashares doskonale wiedziała więc jak skutecznie uderzyć w rynek i gusta czytelnicze. Dzisiaj pisarka mieszka w Nowym Yorku razem z dziećmi i mężem Jacobem Collinsem, artystą malarzem spokrewnionym z Meyerem Schapiro, amerykańskim historykiem sztuki, pochodzenia żydowsko-litewskiego, słynnym profesorem Uniwersytetu Columbia.

       

      Jak podkreślają krytycy, Ann Brashares zapuszcza się z „Tu i teraz” w zupełnie obce sobie rejony literackie. Do tej pory znana była głównie z lekkich książek dla nastolatków. Tworząc dystopijną przyszłość, nieprzyjazną człowiekowi bezbronnemu w obliczu jej niszczącej siły pisarka dołącza do kręgu autorów, którzy w obrębie literatury młodzieżowej odnieśli ogromne sukcesy. Patrząc na ewolucję young adult fiction widać jak w pierwszą dekadę XXI gatunek wchodzi w coraz bardziej mroczną i brutalną fazę. Ukazujące się niemal rok po roku kolejne bestsellery wpisujące się w ten trend sporo mówią o oczekiwaniach młodych czytelników, zwłaszcza poprzedzające amerykańską premierę „Tu i teraz” (2014): „Igrzyska śmierci” Suzanne Collins (2008), „Więzień Labiryntu” Jamesa Dashnera (2009) czy „Niezgodna” Veronici Roth (2011). Ale Ann Brashares  nie jest ślepą kontynuatorką popularnych poprzedników. Wydaje się, że odezwała się w niej dawna redaktorka i czując przesyt rynku nastawionego na akcję, przemoc i brutalne sceny stworzyła nieco odmienną powieść. Dystopijna rzeczywistość to świat, który bohaterowie opuszczają przenosząc się do przeszłości, która zmierza ku upadkowi, ale jeszcze jest dla niej cień nadziej. Wszystko zależy od ingerencji w czas wspólnoty, która przecież nie tylko ratuje siebie; ma też uratować ludzkość przez zagładą.

       

      W „Tu i teraz” poznajemy zatem siedemnastoletnią Prennę James, która wraz z około tysiącem osób zostaje wysłana w przeszłość z około 2097 roku, co dla ówczesnych ludzi okazuje się jedyną szansą na przeżycie, ale uratowanie też współczesnego świata, który w przyszłości będą trawić katastrofy naturalne, głód i plagi. Prenna przeniesie się do Nowego Jorku z 2010 roku. Do czasu właściwego momentu rozpoczęcia akcji, cztery lata później, dowiadujemy się, że dziewczynka w tym czasie uczyła się przystosowywania do współczesności, pokonywała różnicę językową i cywilizacyjną. Uczyła się też Zasad, które miały chronić całą wspólnotę, ale też współczesnych ludzi przed zagrożeniami jakie niesie dla nich spotkanie ludzi z przyszłości. Ze względu na odmienną florę bakteryjną, mikroby, wirusy jakie rozwinęły się w czasach Prenny, wspólnota nie może wchodzić w intymne relacje z „tubylcami czasu”, musi unikać kontaktu ze służbą zdrowia i pielęgnować pewną odrębność gwarantującą przetrwanie gatunku. Dziewczynka pozna jednak starszego od niej o rok Ethana Jarvesa, a zachowanie wszystkich zakazów okaże się niemal niewykonalne, gdy Prenna zakocha się w chłopaku.

       

      Krytycy zwracają uwagę, że Ann Brashares czerpie inspiracje nie tylko ze współczesnych bestsellerów dla młodzieży, ale najwyraźniej jest też pod wpływem klasycznej już powieści amerykańskiej pisarki Bette Green (ur. 1934), autorki „Summer of My German Soldier” z 1973. Niesamowita historia osoby z lukami pamięci, ciążącymi tajemnicami, znalezienie się w obcym dla siebie otoczeniu, to właśnie to, co Ann Brashares tak dobrze adaptuje w „Tu i teraz”. Świetnie też oddaje uczucia jakie towarzyszą dorastającym nastolatkom, dla których pierwsze zetknięcie z dorosłym światem ma charakter właśnie nieprzyjaznej, ponurej i niesprawiedliwej rzeczywistości, w czym krytycy upatrują tak ogromną popularność dystopijnych światów królujących obecnie w literaturze młodzieżowej. Zasady, jakie ustala wspólnota, Prenna odbiera wprost jako inwigilację, przejmowanie kontroli nad jej życiem, a nawet ustalaniem reguł dla niej niebezpiecznych. „Wiele spośród zasad, których cię nauczono, służy tylko kontrolowaniu cię i panowaniu nad tobą”. Dziewczynka coraz bardziej nabiera przeświadczenia, że dorośli sprowadzeni do współczesności nic nie robią, żeby ratować świat, właściwie „tylko się ukrywają”. Poczucie wyobcowania, brak wsparcia w dorosłych i przekonanie, że wyłącznie stoją na straży nienaruszalnych zasad, że uczą ją kłamać, odbierają wolność wyboru i kontrolują każdy jej krok, to uczucia towarzyszące dorastaniu. Młodzi ludzie świetnie odnajdą się w tym świecie. Brashares zwraca uwagę nie tylko na niemożność porozumienia dorosłych z młodzieżą, ale na odkrywanie przez młodych ludzi, że świat dorosłych rządzi się czasem hipokryzją, kłamstwami. W pewnym momencie Prenna pomyśli, że „przepaść między tym, co mówimy, a tym, co czujemy, jest tak wielka, ciemna, że czasem myślę, iż wpadnę w nią i będę już wiecznie spadała”. 

       

      Atutami „Tu i teraz” nie jest akcja, bo perypetii wpływających na jej zwroty jest niewiele. To raczej powieść z przesłaniem moralnym, która formułę science- fiction wykorzystuje dla wzmocnienia efektu odmienności obu rzeczywistości. Przyszłość, którą opuszcza Prenna to świat, w którym człowiek popełnił nieodwracalne błędy żyjąc egoistycznie, eksploatując naturalne złoża, doprowadzając do zanieczyszczenia środowiska wywołującego następujące po sobie coraz groźniejsze dla przetrwania człowieka katastrofy naturalne. W konsekwencji takiej polityki ziemia i życie na niej stało się zagrożeniem dla człowieka nie potrafiącego już się obronić przed atakującymi go coraz szybciej mutującymi wirusami, plagami głodu, które są konsekwencją zmieniającego się gwałtownie klimatu i w końcu zabójczej, ostatecznej zarazy. Współczesność, do której Prenna właśnie się przeniosła w jej oczach jest niemal rajem. Już nie musi spać pod moskitierami chroniącymi ludzi przed atakującymi komarami, przed którymi nie bronią żadne środki owadobójcze. Dziewczyna cieszy się takimi chwilami jak leżenie na trawie w ogrodzie i patrzenie na wschód słońca. W jej oczach, a powieść napisana jest w pierwszej osobie, „tubylcy czasu” zachowują się czasami w sposób dla niej kompletnie niezrozumiały. Prenna, która uciekła właściwie ze świata więzienia nie może się nadziwić, że jej współcześni rówieśnicy sami skazują się na więzienie i zamiast cieszyć się otaczającą przyrodą zamykają się w domach przed komputerami. 

       

      I to jest takie miejsce, gdy uświadamiamy sobie, że w Ann Brashares odzywa się odpowiedzialna pisarka, która związaną z jej osobą popularność i talent do opowiadania historii przekuwa w coś więcej niż rozrywkę. „Tu i teraz” ma zapędy, żeby wychowywać do określonych postaw. Ethan to świetny uczeń, „jest bardzo dobry z fizyki, w wolnym czasie czyta o teorii strun i grawitacji kwantowej. (…) Jesienią wstąpi na wydział inżynierii Uniwersytetu Columbia” Jego idolem jest Stephen Hawking. I wbrew pokutującym w popkulturze stereotypom jest też przystojniakiem rozchwytywanym towarzysko a swoją popularność wykorzystuje, żeby pomagać innym. Nowoczesne jest też tutaj przedstawienie postaci kobiecych i widać, że literatura dla młodzieży pod tym względem rozwija się szybciej niż ta dla dorosłych. Bohaterki Brashares to przedstawicielki świata nauki, świetne badaczki, prowadzące pionierskie badania. Kluczową postacią dla intrygi jest pewna naukowczyni, która „niedawno ukończyła wydział fizyki na MIT i zajmuje się zagadnieniem wykorzystywania energii fal morskich” a hobbistycznie teorią podróżowania przez tunele czasoprzestrzenne. Znajdzie też w „Tu i terazBrashares kilka okazji do przemycenia ciekawostek literackich czy historycznych. Ethan porówna pierwsze spotkanie Prenny słowami z wiersza Roberta Burnsa, najwybitniejszego narodowego poety szkockiego. Dodajmy na marginesie, że to właśnie tytuł pieśni Szkota stał się inspiracją dla angielskiego tytułu „Buszującego w zbożu” Salingera. Prenna porówna zagrożenie jakie jej wspólnota niesie dla tubylców czasu do tego, jakie Aztekom zgotował Cortés. Przywoła też pamięć o Ellis Island, przypominając, że podobnie do ówczesnych imigrantów, również wszyscy z jej wspólnoty po przybyciu do współczesności zmieni swoje nazwiska. Wspólnota przybywa do współczesności 23 kwietnia i Brashares wybiera tę samą datę, co dzień urodzin i śmierci Szekspira. Padnie nazwisko Benjamina Franklina, zostanie przywołana pamięć o nazizmie i Holokauście.

       

      Ale to co najbardziej przykuwa uwagę i wydaje się być najmocniejszym wątkiem powieści to rozwijające się powoli uczucie pomiędzy Ethanem a Prenną. Rozgrywające się w tle wydarzenia, zwłaszcza związane z ingerencją w czas, która ma zasadnicze znaczenie dla uratowania świata to wszystko jest pretekstem, gdzie pod atrakcyjną formułą thrillera z elementami science-fiction po prostu oglądamy rodzące się uczucie. Nieporadnie nazywane przez Prennę, która raz po raz odkrywa zupełnie dla niej obce wrażenia. Uczy się nazywać to, co się z nią dzieje. Przełamuje początkowy strach i niepewność, zaczyna czuć do Ethana coś więcej niż sympatię. Znajdzie się w sytuacji, gdzie będzie musiała przełamać wstyd. Ann Brashares postawiła sobie wyjątkowo wysoko porzeczkę kreśląc romantyczną miłość w świecie zdominowanym podobno przez brak emocji i szybki seks. Czy nastolatkowie jeszcze marzą o miłości? Czy potrafią docenić związek jaki rodzi się na kartach „Tu i teraz”? Motyw podróży w czasie, która ma naprawić przyszłość znany jest też z filmu. Mówił o tym Robert Zemeckis w „Powrocie do przyszłości” czy Richard Curtis w „Czasie na miłość”, który podkreślał, że podróżowanie w czasie nie może służyć jedynie formalnej zabawie, warto, by poza zabawą niosło coś więcej. Tim, który w jego filmie początkowo wykorzystuje ten dar do naprawiania błędów popełnionych w życiu, wreszcie odkrywa, że zamiast nieustannie cofać się w czasie i robić to, co słuszne, można to robić tu i teraz. Co tak świetnie wybrzmiewa z powieści Ann Brashares.

       

      Źródła, z których korzystałam: www.npr.org, www.nytimes.com, Książka z DVD „Cza na miłość” Edipresse-Kolekcje Sp. Z o.o.

       

      Recenzja Tu i teraz, Ann Brashares, YA!, Warszawa 2016. Przekład: Janusz Maćczak. Tytuł oryginału: The here and now (2014). Wydanie I. Redakcja: Joanna Popiołek. Korekta: Anna Jagiełło, Ilona Siwak. ISBN 978-83-280-2713-8. Stron: 239.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję: 

      Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów bezpłatny newsletter i polub Fanpage

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      piątek, 29 stycznia 2016 16:34

Kalendarz

Kwiecień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014