Recenzentka

Wpisy

  • sobota, 24 listopada 2018
    • Historii nie pisze życie, tylko historycy

      Historii nie pisze życie, tylko historycy. Gdy poszłam do liceum, nagle okazało się, że nie mamy podręczników do historii, bo trudno było się uczyć z tych, które obowiązywały w PRL. Otwierały się nowe oficyny, które nie nadążały z zaspokajaniem rynku. Głód książek był ogromny, a pamięć o ich reglamentacji wciąż żywa, więc kupowało się wtedy prawie wszystko. Jedyną barierą mogło być wyraźne „nie” rodziców, ale tylko dwa razy mama próbowała mi wyperswadować zakup książki. Chodziło o „Czterech pancernych i psa” i o jakiś kryminał, którego tytułu nawet dzisiaj nie pamiętam. Pamiętam jedynie jego okładkę, jak z koszmaru Marcina Wichy. Dostałam obie, bo jak większość dzieciaków byłam fanką ekipy Rudego. Dla mnie to był mit Marusi, Szarika i Janka, a nie jak dla rodziców niewłaściwa wersja historii. Po części miałam szczęście, bo rozpoczynając liceum uczyłam się historii od najlepszych polskich historyków publikujących do tej pory w podziemiu.

       

      Historie_pisza_historycy_nie_zycie

       

      Nasza nauczycielka historii przed pierwszą lekcją oznajmiła nam, że nie ma podręczników, bo te, które dotąd obowiązywały, zakłamywały historię. Powiedziała, że ona też musi poznać historię na nowo. I będzie ją nam opowiadała, więc musimy wszystko notować. Zanim poszłam na studia miałam cztery lata intensywnej zaprawy w robieniu notatek.

       

      To były czasy, gdy młodziutki Donald Tusk jako reprezentant Kongresu Liberalno-Demokratycznego (KLD) przyjechał do Klubu Niedźwiadek. Najlepszy klub jazzowy zapełnił się równie szczelnie ludźmi, co dymem. Bo wtedy wszędzie paliło się obficie i gęsto. Byliśmy dzieciakami i zbijaliśmy z pantałyku zawodowego polityka, który pamiętam, że czerwienił się bardzo, bo nie potrafił zripostować naszych pytań. To był taki czas, że gdy do Przemyśla przyjechał Adam Michnik jedyną salą, która była w stanie pomieścić wszystkich,  był WDK. Pod ścianami ludzie stali z wielkimi magnetofonami, bo jeszcze mało kto słyszał o dyktafonach, a komórek nie było i nagrywali każde słowo. Ale wtedy nagrywało się ludzi na pamiątkę, nie dla afer.

       

      Historia rozgrywała się wokół nas i chłonęliśmy ją intensywnie dyskutując. A zmiany w mediach były siermiężne. „Dziennik Telewizyjny” zastąpiły „Wiadomości”. Janina Paradowska była jedną z wielu anonimowych dziennikarek zapraszanych do studia „100 pytań do”. Ale to właśnie jej charakterystyczny głos i niewygodne pytania zapamiętałam z tego programu.

       

      Pamiętam pierwsze wolne wybory i turkusowy plakat z Tadeuszem Mazowieckim. Ze spotkania przedwyborczego przyniosłam kilka. Wracając do domu, powiesiłam jeden z nich na drzwiach klatki schodowej. Gdy weszłam do domu z rulonem w ręce, tato po raz pierwszy w życiu uścisnął mi rękę. Bez słowa. Jakoś było jasne o co chodzi. Plakat zniknął rano. Naprawdę nie było do końca oczywiste, o czym i jak głośno można było wtedy mówić.

       

      Jak się zastanawiam nad tym, czy lubiłam historię, to bardzo podobała mi się taka seria powieści historycznych o dawnej Polsce. Teraz lepiej rozumiem, dlaczego Bronisław Geremek wolał studiować średniowiecze. Tam ręce cenzury raczej nie miały się po co zapuszczać. Nieznośny był język książek traktujących o współczesnej historii. W 1983 Ossolineum wydało „Historię Finlandii”, gdzie czytam: „Wzrost siły i aktywności ugrupowań prawicowych, po raz pierwszy włączenie do rządu przedstawiciela IKL, którego profaszystowskie stanowisko nigdy nie było ukrywane, przy jednocześnie występujących trudnościach dla Fińsko-Radzieckiego Towarzystwa Przyjaźni i Pokoju rodziły przekonanie o niechęci do zobowiązań traktatowych, o antyradzieckości, o podatnej glebie dla dążeń rewizjonistycznych” (str. 277).

       

      Przełomową dla mnie książką o historii, dzięki której zrozumiałam, że to historycy piszą historię, była „Historia Polski” Jerzego Topolskiego. Ukazała się, gdy byłam w trzeciej klasie liceum, rekomendowana przez ówczesnego Ministra Edukacji Narodowej. Gdy doszłam do czasów, które już przeżyłam, a wręcz w nich uczestniczyłam angażując się po raz pierwszy w życiu politycznie, zdumiałam się. To nie była historia, którą śledziłam z wypiekami na twarzy oglądając kolejne „Wiadomości”, czytając kolejne numery „Wyborczej”, która tyle co przekształciła się z druku przedwyborczego w gazetę codzienną. Nie byłam świadkiem, tego co Topolski opisywał. Nie pamiętałam tego tak.

       

      Dzisiaj znowu przeżyłam swojego rodzaju déjà vu. Kończyłam „Wazów. Historia burzliwa i brutalna” Hermana Lindqvista, gdy doszłam do ostatniej z rodu Wazów, królowej Krystyny. A że niedawno czytałam jej biografię Petera Englunda, to mogłam sobie porównać tych dwóch historyków. I właściwie, gdybym miałam odtworzyć portret królowej, to musiałabym napisać dwa: według Englunda i według Lindqvista. Wyłoniłyby się z nich dwie różne kobiety.

       

      I wtedy sobie uświadomiłam, o czym czasem zapominam. Bo i bieżące wiadomości, i reportaże, i książki o historii - piszą ludzie. A rzeczy, które opisują, to ich wyobrażenie o miejscach, wydarzeniach i ludziach. Mniej lub bardziej poetyckie. Mniej lub bardziej konfabulowane. I każde mówi nam więcej o autorze niż o rzeczywistości, którą opisuje.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      sobota, 24 listopada 2018 16:30
  • środa, 14 listopada 2018
    • Winni - duński film czarnym koniem Oscarów 2019?

      Jest ich kilkoro. Spotkają się na studiach. Młodzi i zbuntowani. Nie zamierzają powtarzać tego, co już było. Nie będą się sprzedawać. I zrobią wszystko, żeby robić to, co chcą. Wspólnie właśnie zrobili film, który został oficjalnym duńskim kandydatem do Oscara.

       

      Winni_dunski_film_Gustav_moller

       

      Mieli na zrobienie tego filmu mało pieniędzy, zaledwie ok. pół miliona euro, więc kręcą tylko trzema kamerami. Mało czasu; film był kręcony 13 dni, chronologicznie, w ujęciach od 5 do 35 minut, które dopiero w postprodukcji poddano żmudnej obróbce. Dźwiękowiec przyznał, że zbudowanie oprawy dźwiękowej dla filmu zajęło więcej czasu niż zdjęcia do niego. Mieli mało przestrzeni. Kręcą więc w jednym miejscu; jest to dwupokojowe pomieszczenie dyspozytorni numeru alarmowego 112. Ograniczało ich wszystko, tym większy nacisk musieli położyć na kreatywność.

       

      Zrobili więc najkrótsze 85 minut w historii filmu. Zbudowane na napięciu i suspensie. To duńskie kino, które świadomie wychodzi poza wszelkie ramy gatunkowe. A jednocześnie odwołuje się do tego, co w kinie gatunkowym najlepsze. Jest mocne. Jest emocjonalne. Jest nieprzewidywalne. Są tu elementy rasowego thrillera i podkręcone do wysokiego C napięcie. Są tu elementy kryminału z policjantem, który musi być szybszy od porywacza, jeśli chce uratować przed śmiercią ofiarę. Jest tu film psychologiczny z elementami dramatu człowieka, któremu wymyka się spod kontroli życie zawodowe i sypie to prywatne.

       

      Pomysł na "Winnych" zrodził się z życia. Uwagę reżysera Gustava Möllera (ur. 1988) przyciągnął film na YouTube, który był zapisem prawdziwej rozmowy przyjmującego zgłoszenie pod numerem alarmowym od uprowadzonej kobiety, która udawała, że rozmawia ze swoim dzieckiem, żeby naprowadzić osobę, która odebrała telefon na jej ślad. Möller zorientował się, że od 20 minut z napięciem słucha dramatycznego przebiegu rozmowy, pracując cały czas wyobraźnią, która w całość składała chaotyczne informacje, zapisy dźwięków w tle, decyzje pracownika numeru alarmowego. Stwierdził, że chce zrobić taki właśnie niepowtarzalny film, gdzie najwięcej rozegra się w umyśle widzów. I każdy z nich wyjdzie z kina ze swoją wersją tego, co mu podpowiedziała wyobraźnia.

       

      Zaczął research do filmu. W Danii pod numerem alarmowym pracują policjanci, co jak powiedział bardzo go zaskoczyło. Mierzą się tam z wyzwaniami, które odciskają się mocnym piętnem na psychice, która często nie wytrzymuje odpowiedzialności, napięcia i tempa, w jakim trzeba podejmować decyzje. Podczas rozmów spotkał oficera, który przyznał, że wykonuje tę pracę wbrew swojej woli. Wtedy zrozumiał, że znalazł bohatera filmu. Główna rola przypadła doświadczonemu i nagrodzonemu aktorowi. Jakob Cedergren (ur. 1973), urodził się w Lund, ale od szóstego roku życia mieszka w Danii. Znamy go z roli Daniela w „Zakochani widzą słonie” (2005) czy „Straszliwie szczęśliwi” (2008). Pozostałych aktorów wybrano oceniając jedynie ich głosy, bo tylko ich głosy grają w filmie.

       

      Mając mały budżet, mało czasu i możliwości, trzeba było sposobu, żeby rozgrywający się dramat naprawdę wciągnął widzów i utrzymał ich napięcie do napisów końcowych. W rozmowie z Krzysztofem Kwiatkowskim dla „Wysokich Obcasów” Gustav Möller powie, że „musieli zadawać sobie więcej pytań i głębiej szukać odpowiedzi”. Rozpoczyna się kolejny research. Möller słucha podcastu „Serial” Julie Snyder i Sarah Koenig. Ogląda filmy, których akcja rozgrywa się w oszczędnej stylistyce, m.in. „12 gniewnych ludzi”, „Locke” Stevena Knighta. Ale najbardziej inspiruje go amerykańskie kino z lat 70. To wtedy robiło się filmy angażujące, realne i opowiadające o prawdziwych problemach w konwencji, która zachwycała tłumy.

       

      Zabierają się do pracy. Większość z nich tyle co skończyła studia, ale już mają na swoim koncie sukcesy. Gustav Möller już jako nastolatek robi pierwsze filmy krótkometrażowe. W 2015 za „I mørke” - film dyplomowy, otrzyma The Next Nordic Generation Award. Producentka Lina Flint objęta jest prestiżowym programem Duńskiego Instytutu Filmowego New Danish Screen, tym samym w ramach, którego Milad Alami nakręcił ”Uwodziciela”, należy też do Nordisk Film’s unit for talent development SPRING. Jacob Lohman (ur. 1974) grał m.in. w „Wybawieniu” i „Kochanku królowej”.

       

      W momencie, kiedy piszę ten artykuł „Winni” otrzymał nominację European Film Award w kategorii „Najlepszy europejski scenariusz” i „Najlepszy europejski aktor” dla Jakoba Cedergrena. Podczas Camerimage otrzymał nominację w Konkursie Debiutów Reżyserskich. Sundance opuścił z Nagrodą Publiczności dla „Najlepszego Dramatu Zagranicznego” i nominacją do Głównej Nagrody Jury w konkursie na najlepszy dramat zagraniczny. Ale to nie koniec. Podczas MFF w Salonikach „Winni” zdobywa nominację w konkursie głównym a MFF w Valladolid opuszcza z dwiema nagrodami: Nagrodą Indywidualną za najlepszy scenariusz i Nagrodą Specjalną „Nagroda Złotych Blogów”.

       

      Ale to nie dla krytyków i festiwali robi swoje kino Szwed Gustav Möller. Powiedział, że chce łączyć a nie dzielić, że zależy mu na robieniu dobrego kina, które daje do myślenia, które wchodzi w obszary, w których najczęściej toczy się życie, tam, gdzie przecina się czarne z białym, dobre ze złym, dając niejednoznaczną i trudną do rozszyfrowania mieszkankę uczuć, emocji. Ale też przekonań, opinii, uprzedzeń i stereotypów. Życie dla niego jest ciekawe w warstwie nakreślonej grubą kreską niewiadomej. Tam, gdzie najtrudniej o jednoznaczną decyzję. Nie chce robić filmów wykluczających, wyłącznie dla osób przygotowanych do odbioru trudnych treści. Krytyków i elity. Przeciwnie, widzi dla siebie szansę na stworzenie autorskiego projektu, którego spoiwem będą najbliższe ludzkiej duszy sprawy pokazane w estetyce zapożyczonej z anturażu kina gatunkowego. Ale bez wyraźnych odwołań. Bo jak wielokrotnie podkreśla w wywiadach, jeśli wchodzi się w dany gatunek, to jednocześnie bierze się na barki ograniczenia i z góry założone oczekiwania widzów. A on nie tyle chce rozbijać od środka gatunki filmowe, co czerpać z nich, to co najlepsze, żeby połączyć ambitne z rozrywkowym.

       

      Jacob Cedergren grający filmowego Asgera Holma, policjanta, który najwyraźniej wbrew swojej woli pracuje w dyspozytorni numeru alarmowego dostał więc trudną rolę. Film był kręcony w czasie rzeczywistym, praktycznie bez dubli. Kamera pracuje na bliskich zbliżeniach, widzimy drgające mu ze stresu ręce, napinające się mięśnie twarzy, wzrok wbity w głuchą ciszę telefonu. 75 godzin nagranego materiału okrojono do 85 minut, wycinając wszystko, co niepotrzebnie zakłóciłoby osobisty odbiór obrazu. Nie znamy przeszłości policjanta, którego poznajemy pod koniec dnia pracy. Odbiera kilka ostatnich rozmów od jakiś imprezowiczów, narkomana, kobiety, która pijana przewróciła się na rowerze, mężczyzny, który został okradziony przez prostytutkę. Przełomowe będzie zgłoszenie kobiety, która ucieka się do podstępu i udaje, że dzwoni do córeczki, w rzeczywistości została uprowadzona. Asger, który najwyraźniej najlepiej czuje się w akcji, wyraźnie angażuje się w sprawę, na tyle, żeby zostać długo po skończonym dyżurze. W miarę rozwoju fabuły budujemy sobie wyobrażenie o Asgerze i rozwoju wypadków operując jak się okazuje sporymi uproszczeniami. W tym miejscu najbardziej zostajemy wciągnięciu w rozważania nad życiem, nad tym, co w nim jest ważne. Lojalnością, miłością, przyjaźnią, poświęceniem. Reżyser z premedytacją tak okroił zdjęcia. Chciał wpuścić nas w ciemny zaułek i pokazać jak łatwo sięgamy po uprzedzenia i stereotypy. Jak szybko szufladkujemy ludzi. Tworząc niemal miniaturowy, oszczędny, po skandynawsku minimalistyczny obraz, osiąga najwięcej. Łapie nas w pułapkę intensywnej pracy myśli, zaskakuje wywracając nasze przekonania do góry nogami. Pokazuje, że nic w życiu nie jest czarno-białe. Bardzo duże podobieństwo pod tym względem widzę ze „Znikasz” Petera Schønau Foga. Ale przyznaję, że dopiero w filmie Möllera osiągnęłam ten rodzaj zaskoczenia, że niemal wstałam zdezorientowana zwrotem, jaki funduje w jednej z kulminacyjnych scen.

       

      Podoba mi się to, że ekipa „Winnych” nie poszła na łatwiznę, pakując film w gotowy i łatwy do sprzedania nordic noir. Reżyser zresztą podkreślił w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”, że od takiej estetyki woli pracę na archetypach: ofiary, porywacza, bohatera, zbuntowanego policjanta. Bardziej interesuje go rozgryzanie człowieka i szukanie pełnowymiarowych, niejednoznacznych postaci. Myślę, że to dobry czas dla kina i nas widzów. Wchodzimy w nową erę filmu, tzw. półki środka. Kino skandynawskie się zmienia. Odchodzi w historię Dogma i trudny język Bergmana. Do głosu dochodzi pokolenie wyrosłe na metajęzyku mediów, które świetnie czuje puls codzienności. Jej intensywność i napięcia. I wkracza w nią odważnie, na własnych warunkach. To najciekawsze kino, na Północy, moim zdaniem wychodzi właśnie z duńskiej szkoły. Świetny „Uwodziciel”, doskonałe „Znikasz” i teraz wyśmienity „Winni” potwierdza tę tezę.

       

      PS Film zawdzięczamy nieodzownemu Gutek Film. „Winnych” obejrzałam w moim ulubionym Kinie pod Baranami. Polecam Wam ich kartę Klubu Przyjaciół Kina, dzięki której kupuję bilety w dużo niższych cenach.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 14 listopada 2018 15:27
  • środa, 07 listopada 2018
    • Mój szef jest idiotą - Thomas Erikson, czyli jak świetnie sprzedać średniej jakości książkę

      Kilka lat po tym jak Thomas Erikson wydał „Otoczonych przez idiotów”, obudziło się nagle w Szwecji środowisko akademików zajmujących się psychologią. Zewsząd słychać było głosy: oszukał pół miliona Szwedów, plecie przestarzałe głupoty i nazywa się behawiorystą, którym nie jest. Tupet autora popularnych poradników wydawał się tym większy, że nie miał według dyplomowanych psychologów, wymaganego wykształcenia, które uprawniałoby go do dawania rad innym. Dlaczego jednak swojego zaniepokojenia szwedzcy akademicy nie wyrazili zanim nieznany szerszemu gronu autor kryminałów stał się sławnym autorem bestsellerowych poradników i rozchwytywanym mówcą motywacyjnym?

       

      Thomas_Erikson_Moj_szef_jest_idiota_Recenzentka

       

      No właśnie. Dopóki Thomas Erikson był nierozpoznawalnym kolejnym autorem kolejnego poradnika, nic się nie działo. Nikomu nie szkodził i mógł pleść co chciał ku pokrzepieniu serc. Rwetes podniósł się, gdy „środowisko” dostrzegło, że człowiek z zewnątrz nadgryza spory i to ten intratny kawałek wydawniczego tortu, stając się z miesiąca na miesiąc coraz bardziej rozpoznawalną gwiazdą. Może chodzi więc o zwykłą zawodową zazdrość?

       

      Przeczytałam ostatnią książkę Thomasa EriksonaMój szef jest idiotą” i zobaczyłam go na żywo podczas Międzynarodowych Targów Książki w Krakowie. Do wszelkiego rodzaju poradników mam ambiwalentny stosunek. Czytam je, ale w racjonalnym trybie sceptyka, świadomego, że nie zmieni swojego życia na lepsze od samego pochłaniania poradników. Zafascynował mnie fenomen Szweda, którego historia na rynku książki wymownie oddaje zjawisko sukcesów i porażek wydawniczych. Przyjrzyjmy się temu przez chwilę bliżej.

       

      Thomas Lennart Joakim Eriksson (ur. 1965) postanawia pisać kryminały. Żyje w kraju, który żyje z eksportu kryminałów, czyli jego pomysł jest całkiem realny i zdroworozsądkowy. Zaczyna od skrócenia nieco nazwiska i tak w 2011 Thomas Erikson (strona autora) debiutuje pierwszą częścią serii o behawioryście Alexie Kingu, który pomaga policji w ustalaniu profilu psychologicznego przestępców. „Bländverk” już rok później ukazuje się w Polsce jako „Złudzenie”. Autor rozkręca się odpowiadając na potrzeby rynku wciąż jeszcze nienasyconego produktami szwedzkimi. Rok później wydaje drugi tom serii, który już rok po szwedzkiej premierze czytają Polacy. Ani „Złudzenie”, ani „Okrucieństwo” nie robi jednak zawrotnej kariery, chociaż oczywiście każdy stawiający pierwsze kroki na rynku książki chciałby się tak sprzedawać jak debiutujący Szwed. Thomas Erikson dostaje listy od swoich czytelników, których interesuje wiedza, na podstawie której powieściowy Alex King tak dobrze sobie radzi. W ten sposób autor kryminałów wpada na pomysł napisania poradnika, który pomagałby ludziom w lepszej komunikacji z innymi. A szwedzkie społeczeństwo, pełne introwertycznych indywidualistów, naprawdę potrzebuje solidnej dawki wiedzy. Tak oto w 2014 ukazuje się „Omgiven av idioter”, czyli „Otoczeni przez idiotów”. Trzy lata zajmuje książce dotarcie do pół miliona Szwedów, którzy nagle oszaleli na punkcie autora, który w punkt nazwał to, co przeczuwali, że stoi na drodze do lepszej komunikacji. W 2017 książka osiąga już status najlepiej sprzedającej się książki w całej Szwecji. To wówczas zainteresuje się nią polski wydawca. W tym samym czasie ukazuje się kolejna część: „Omgiven av psykopater” (Otoczeni przez psychopatów). W 2018 Erikson na fali popularności wydaje trzecią część: „Omgiven av dåliga chefer”, polskie wydanie „Mój szef jest idiotą”. Do dzisiaj seria została sprzedana do 40 krajów i przetłumaczona na 19 języków.

       

      Rok po odnotowaniu fenomenalnego sukcesu sprzedażowego pojawiają się pierwsze pełne oburzenia głosy. W 2018 książkę skrytykuje Magdalena Pollnow, pisząc, że autor nie ma prawa nazywać się behawiorystą, bo nie ma ku temu akademickiego wykształcenia. Pod koniec tego samego roku psycholog Michael Horvath Dahlman ostrzeże: „Erikson przegapił ostatnie 50 lat badań”. Profesor psychologii na Uniwersytecie w Göteborgu Magnus Lindwall powie, że to o czym pisze Erikson ma tyle wspólnego z nauką, co horoskopy. O co właściwie chodzi? Czy słusznie skaczą do gardła Eriksonowi?

       

      To w poradniku Roberta T. Kiyosaki przeczytałam, że sukces nie polega na stworzeniu najlepszego, najbardziej perfekcyjnego towaru czy usługi, a na umiejętności jego sprzedaży. McDonald’s – jak tłumaczył - robi średniej jakości hamburgery, które sprzedaje najlepiej na świecie. W świetnym eseju „Tyrania wyboru” Renata Salecl powtarzała, że „kapitalizm zawsze grał na ludzkim poczuciu własnej niedoskonałości i na poglądzie, że sami możemy wybrać ścieżkę poprawy jakości swojego życia”. Thomas Erikson genialnie wpisał się w obie tezy. Napisał książkę, która wiedział, że jest ludziom potrzebna. Stworzył dla niej błyskotliwy tytuł i rzucającą się w oczy, charakterystyczną dla wszystkich wydań oprawę graficzną. Odwołał się w książce do teorii naukowej, którą wyłożył w prosty i przystępny sposób. No i sprzedał to, kreując się z czasem na speca od komunikacji międzyludzkiej i stając się zapraszanym chętnie mówcą motywacyjnym. A że ma miłą aparycję, dobrze sobie radzi z tłumem i naprawdę jest błyskotliwym człowiekiem, więc szybko zyskał status gwiazdy.

       

      Thomas_Erikson_Moj_szef_jest_idiota

       

      Czy osoby krytykujące go mają rację? Thomas Erikson odwołuje się do teorii, którą William Moulton Marston opublikował w 1928. Tak, od tego czasu sporo się działo w psychologii. Marston wpadł na swoją teorię pracując nad prototypem wykrywacza kłamstw, którego skuteczność wszyscy dzisiaj kwestionują, chociaż w niektórych stanach w USA wciąż służy jako narzędzie w śledztwie. Wiedzę, którą zebrał podczas tych studiów wykorzystał dużo efektywniej poza branżą naukową, tworząc najbardziej rozpoznawalną superbohaterkę DC Comics - Wonder Woman. Wprawdzie wielu uważa, że jej prototypem była wyzwolona i niekonwencjonalna żona Marstona i Olive Byrne, z którą żył w związku poligamicznym. Bez względu na to, jak było zarówno pan dr Marston, jak i Thomas Erikson zrobili większą karierę w branży rozrywkowej i chyba nikt dzisiaj nie ma pretensji, że nie brnęli dalej w naukę. No prawie nikt.

       

      Ponieważ zawsze oczekujecie, że napiszę wprost komu polecam daną książkę, to proszę. Niezaprzeczalnym plusem tej publikacji jest jej przejrzystość i bardzo przystępny styl. Jeśli ktoś raczkuje w tematach komunikacji, może sobie sięgnąć po tę pozycję dla rozgrzewki na bardzo podstawowym poziomie. Jeśli ktoś potrzebuje usłyszeć to samo powiedziane na dziesięć różnych sposobów lub w dziesięciu różnych kontekstach, bo tak lepiej zapamiętuje tekst, to będzie szczęśliwym nabywcą tej książki. Nikomu nie stanie się nic złego jeśli opierając się na pewnym uproszczeniu tej książki założy, że są cztery silne modele osobowości, które oczywiście mogą się przenikać, ale generalnie wymuszają pewne określone sposoby komunikacji. Współczuję psychologom parającym się psychoterapią, bo będą musieli sięgnąć po tę pozycję, chociażby po to, żeby móc dyskutować o jej przydatności ze swoimi pacjentami, a z pewnością jej poziom odbiorą jako nieco nudny i operujący zbyt dużymi uproszczeniami. Rozczarowani będą nią studenci psychologii, którzy wiedzą, że życie nie jest tak proste, jakby to wynikało z modelu DISC/DISA. Ale z pewnością przyda się ludziom konsumującym życie szybko, szukającym prostych rozwiązań, którzy chcą sobie wszystko poukładać w miarę logicznie, bez wdawania się w głębsze dywagacje. Na pewno zadowoleni będą z niej ludzie, na co dzień odwołujący się do stereotypów, wszelkiego rodzaju etykiet i ściąg z życia, które pomagają im nie grzęznąć w nadmiarze informacji i w miarę łatwo poruszać się w labiryncie ludzkich zachowań. Polecam ją osobom, które szukają recepty na bestseller, dla przerobienia tej serii w postaci studium przypadku, przyglądnięcie się jak wygląda produkt dobrze opakowany, sprawnie sprzedany, innymi słowy jak robi się książki, z akcentem na słowo „robi”. Ludziom, którzy odpowiadają za PR, reklamę, cały marketing tej książki należą się oklaski, niskie ukłony i nagrody branżowe. Bardzo dobrze odrobili Państwo tę lekcję.

       

      Thomas Erikson, Mój szef jest idiotą. Wielka Litera, Warszawa 2018. Przekład: Diana Hasooni-Abood. Tytuł oryginału: Omgiven av dåliga chefer” (2018). ISBN 978-83-8032-277-6. Redakcja: Dorota Jabłońska. Korekta: Halina Stykowska. Stron 342.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję: Wielka Litera

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Mój szef jest idiotą - Thomas Erikson, czyli jak świetnie sprzedać średniej jakości książkę”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 07 listopada 2018 14:26

Kalendarz

Listopad 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014