Recenzentka

Wpisy

  • wtorek, 26 czerwca 2018
    • W cieniu drzewa - islandzki film o zazdrości kobiet

      Jedni mówią, że „W cieniu drzewa” to studium kłótni. Inni, że Hafsteinn Gunnar Sigurđsson specjalizuje się w rozkładaniu na czynniki pierwsze społeczeństwa islandzkiego. Według mnie to bardzo uniwersalny film o kobiecej zazdrości, która wrze w rytm rozkręcającego się do wybuchu wulkanu. Sigurđsson bardzo dobrze uchwycił bezsens kobiecej zazdrości, która podszyta jest irracjonalnymi zachowaniami, podejrzliwością, ukrywaniem emocji, które jednocześnie sterują nieświadome ofiary do gwałtownych decyzji, które objawiają się kolejnymi, niekontrolowanymi zachowaniami, prowadzącymi je prosto do autodestrukcji. Ale nie tylko. Pokazane tu kobiety niszczą po drodze wszystko i wszystkich. Agnes, tu w świetnej roli Lára Jóhanna Jónsdóttir, nakrywa męża w sytuacji, po której kobieta nie widzi szansy na dalsze wspólne życie. Inga jest starzejącą się, zaniedbaną sąsiadką Konrada i Eybjorg. Kobieta nie może znieść, że po rozwodzie Konrad „wymienił”, jak to określa, poprzednią żonę na młodszy model. Zgorzkniała, im częściej sięga po kieliszek, tym robi się złośliwsza. Obie kobiety łączy Atli, w tej roli Steinþór Hróar Steinþórsson, mąż Agnes i syn Ingi. Problem, który w życiu obu kobiet eskaluje do rozmiaru, który je przerasta, ma swoje źródło gdzie indziej. Najciekawsze jest docieranie do tego miejsca.

       

       

      Co takiego trzeba mieć w sobie, żeby wciągnąć widza w taki przecież niełatwy proces wgryzania się w film? Z życiorysu Steinþórssona jasno widać, że nie boi się używać własnego języka narracji; pozbawiony kompleksów robi nieśpieszne kino kameralne nie szukając poklasku i ma umiejętność wkładania uniwersalnych historii w bardzo islandzkie ramy. To trzeci pełnometrażowy film urodzonego w 1978 w Reykiavíku Sigurđssona, absolwenta Columbia University w Nowym Jorku. Islandczyk ma świetną rękę do kamery i robi rzeczy, które podobają się i w Europie, i w USA. Podobają się i krytykom, i widzom. O sukcesie europejskich filmów świadczą amerykańskie remaki. Jego „Tak czy siak” przerobione przez Davida Gordona na „Drogi przez Teksas” jest tego przykładem. O tym, jak duże nadzieje pokładane są w Islandczyku niech świadczy fakt, że w 2012 Sigurđsson trafił na listę „10 europejskich reżyserów, których warto obserwować”. Ale Islandczyk ma nie tylko dobrą rękę do kamery, potrafi też dobierać ludzi do współpracy. A do realizacji „W cieniu drzewa” zaprosił Polkę Monikę Lenczewską, z którą łączy go amerykańskie wykształcenie; Lenczewska ukończyła American Film Institute w Los Angeles i też trafiła na gorącą listę, gdy w 2016 magazyn „Variete” uznał ją jedną z „10 młodych operatorów, których karierę należy śledzić”. W naszym nordyckim świadku Polka jest dobrze rozpoznana, bo robiła zdjęcia do słynnego „Obcego nieba” (2015).

       

      Operator z reżyserem to serce filmu, od tego jak bije zależy jego nastrój. Aktorzy mogą go podkręcić, ale to mistycy światła i kadru utrwalają nasze emocje po każdym kinowym seansie. Tutaj zaiskrzyło. Lenczewska nie koloryzuje i nasyca obrazy leciutko, podkreślając, że to kraj raczej skąpo nasłoneczniony. Świetnie to współgra z pokazanym konfliktem, bo naprawdę łatwiej uwierzyć w irytację sąsiada, który przy tak ograniczonym braku słonecznego światła, traci go dodatkowo przez wielki cień jaki rzuca drzewo sąsiada na jego ogród. Oboje z reżyserem postanowili unikać stereotypów, więc nie ma tutaj typowych spektakularnych landszaftów, a wyłaniająca się zza kadrów Islandia przypomina trip do Krakowa, który turysta zwiedza szlifując bruki Bieżanowa i Prokocimia. Kraj znany z przyrody uderza przewrotnie zwykłą wielkomiejską rzeczywistością. Zakorkowane ulice, trzypasmówki ze sznurami aut i huk samochodów zza okna od razu mówi, że nikt w tym filmie nie będzie się mizdrzył do widza.

       

      Filmowi dobrze zrobił fakt, że reżyser jest współautorem scenariusza razem z Huldarem Breiðfjörðem (ur. 1972), który ma za sobą studia w zakresie produkcji filmowej w Nowy Jorku, ale też literaturoznawstwo, które skończył na Uniwersytecie Islandzkim. To dodatkowo autor powieści, krótkiej prozy i wierszy. Przyznaję, że chętnie przeczytałabym jego powieść drogi „Kochani Islandczycy”, gdzie opisuje podróż po interiorze 25-letniego chłopaka, który ma dość wygodnego życia w stolicy i rusza w głąb kraju, żeby poznać lepiej Islandię i jej mieszkańców. Trudno powiedzieć, czy Breiðfjörð jest bardziej scenarzystą czy pisarzem, w każdym razie w obu rolach zgarnia nagrody i wyróżnienia. Jego życiorys jest do cna islandzki. Pamiętam jak podczas Nordic Talking Dorota Sosińska tłumaczyła nam konotacje i dodatkowe zajęcia muzyków islandzkich. Wyspiarze imają się wszystkiego i powiedzenie: człowiek orkiestra bardzo pasuje tam niemal do każdego. Grająca np. Ingę Edda Björgvinsdóttir jest dodatkowo mówczynią motywacyjną.

       

      I chociaż prawie wszystko podoba mi się w tym filmie, to ocenę obniżam za przerysowanie, które uznaję za niepotrzebne. Film ostatecznie zmierza ku rozwiązaniu, które jest krzyżówką „Takiej pięknej katastrofy” Todda Bergera i „Kła” Lanthimosa. Ja za takimi klimatami w kinie nie przepadam. Odbieram też wprowadzenie takich środków do filmu za słabość autorów, którzy nie potrafili tak poprowadzić narracji, żeby zbudować na tyle silne tło konfliktu, żebyśmy uwierzyli, że jego eskalacja ma uzasadnienie. Dla freaków nordyckich to oczywiście obowiązkowy seans. Ja zadowalam się jednorazowym pokazem, co oznacza, że film nie skradł mi na tyle serca, żebym chciała go mieć u siebie na półce. Apetyt na powtórkę odebrało mi zakończenie.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „W cieniu drzewa - islandzki film o zazdrości kobiet”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 czerwca 2018 16:33
  • środa, 20 czerwca 2018
    • Thelma - Joachim Trier

      Dla osób, które nie tylko się zaznajomiły, co zafascynowały kinem Joachima Triera przyjęcie „Thelmy” może budzić pewne opory. Przeskok gatunkowy jest taki jak między Zolą a Márquezem. Realista nagle sięga po fantastykę w tonacji noire, opowiadając bajkę, która niczym krwiste historie braci Grimm strasząc ujawnia mroczną prawdę. Amerykanie zaklasyfikowali film Triera jako horror story, fairy tale i superhero movie. Czy jednak słusznie?

       

       

      Wraz z „Thelmą” dokonałam kolejnego kinowego odkrycia po cyklu psychologicznym: „Spotkania Filozoficzne” w Kinie pod Baranami. Spotkania mają akademicki sznyt a to dzięki prowadzącej, dr hab. Joannie Hańderek z Instytutu Filozofii UJ, specjalistki od filozofii kultury i współczesnej filozofii z mocnym naciskiem na postkolonializm, globalizację, gender i multikulturalizm. Jej zainteresowania naukowe i obecność pozauczelniana w roli redaktorki racjonalista.tv, członkini Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów i blogerki genialnie pasowała do dyskusji o najnowszym filmie Joachima Triera. „Thelma” zgarnia kolejne nagrody. W 2017 dostała Nagrodę Norweskich Krytyków Filmowych, a Eili Harboe za tytułową główną rolę została uhonorowana nagrodą dla najlepszej aktorki w Mar del Plata Film Festival 2017 i wyróżnieniem podczas Berlinale w kategorii „Młodzi, obiecujący aktorzy europejscy”. Ale, jak prowokacyjnie otworzyła dyskusję Joanna Hańderek, nasuwa się pytanie, czy mamy faktycznie do czynienia z dziełem genialnym czy zostaliśmy jedynie nabici w przysłowiową butelkę?

       

      A problem pojawia się już przy pytaniu, o co właściwie w tym filmie chodzi? Sam Joachim Trier dając nam wolność interpretacyjną, w wywiadach mówi, że chciał zrobić film o młodej kobiecie szukającej drogi do samej siebie, odkrywającej własną tożsamość i walczącej o autonomię dla siebie. I zrobił to, tyle, że bawiąc się kinem, zapożyczeniami i miksując gatunki. Postać kobiecą wybrał z zamysłem, bo jak powiedział sporo już zrobiono filmów o homoseksualizmie mężczyzn; „Thelma” ma być skandynawskim wyłomem w nurcie, który rządzi naszą wyobraźnią od głośnego i dla wielu kontrowersyjnego „Życia Adeli” Abdellatifa Kechiche. Thelmę poznajemy jako kilkulatkę. Długie, bergmanowskie, posuwiste ramię kamery prowadzi nas obok pary: ojca i kilkulatki. Idą środkiem skutego lodem jeziora, zatrzymują się, żeby przez chwilę obserwować przepływającą pod ich stopami rybę. Wymowne spojrzenie ojca na córkę. Wchodzą w głąb lasu, najwyraźniej wybrali się na polowanie. Ojciec dostrzega w oddali jelenia, ale wypaloną do strzału broń nagle kieruje w stronę głowy dziewczynki. Niepokojące dlaczego? i oczekiwanie na rozstrzygający strzał nadają ton całemu filmowi.

       

      I już w tym miejscu Trier nas kupuje. Tyle, że niespełnioną obietnicą. Zarysowuje się nam wizja mrocznego thrillera, który jednak stylizowany jest na kino z ambicjami. Zawieszone na skraju zdania pytanie o to, czy to faktycznie dobre kino, czy tylko dobry chwyt, wydawało mi się trudne do rozstrzygnięcia, aż do ostatniego wydania dwójkowej „Czytelni”. Z dylematu uwolnił mnie Piotr Kofta. Omawiając „Innych ludzi” zasugerował, że niektórym książkom trzeba nieco odpuścić. I o ile ostatnia Masłowska językowo jest kolejnym zimowym wejściem na K2, to fabularnie i pod kątem diagnozy społeczno-obyczajowej dałaby się streścić w kilku zdaniach i nie wnosi nic więcej niż wiele krążących po magazynach artykułów o współczesnej kondycji Polaków. I w tym miejscu Piotr Kofta powiedział coś, co bardzo dobrze sprawdzi się w przypadku „Thelmy”: czasami trzeba trzymać w ryzach własne oczekiwania i przypominać sobie nieustannie, że nie mogą być zbyt wygórowane.

       

      Do „Thelmy” podchodzę więc na luzie. W sumie, gdyby film rozebrać z warstwy grozy, zostaje zwykła opowieść o stawaniu się kobietą. Tytułowa Thelma jest dzieckiem, dla którego rodzice tracą zainteresowanie tuż po narodzinach syna. W dziewczynce narasta poczucie odrzucenia. Trier pokazuje, że dorastanie do kobiecości to droga przez odrzucenia, stanie w cieniu, nieustanne zabieganie o uwagę i uczucia. Wiem, że narzucam tej interpretacji genderowy skafander, ale odpuśćmy sobie uprzedzenia i spójrzmy na filmową historię właśnie takim filtrem.

       

      Mamy tutaj dziewczynę mocno trzymaną w ryzach przez rodziców, którzy dyscyplinują ją podsycaną żarliwością religijną. Thelma ma być skromna, cicha i posłuszna. Rodzice kontrolują jej życie, a nieustanne telefony to tylko jeden z wielu sposobów wkraczania w nie. Gdy Thelma pierwszy raz zabiera głos i wyraża własną opinię usłyszy jedno z praw Jante; nie powinna sobie wyobrażać, że jest lepsza od innych. Ojciec, wspierany przez potakującą matkę, przywróci dziewczynie odpowiednie proporcje myślenia o sobie. Thelma idzie przez życie na krótkiej smyczy. Czy się z niej urwie?

       

      Trier rozwija wiele tropów genderowych. Zacznijmy od PNES, czyli psychogennych napadów rzekomo padaczkowych, które pojawiają się u Thelmy, w filmie ciekawie zilustrowane zdjęciami z przeszłości obrazującymi dowody kobiecej histerii. I tak z mozaikowych informacji wyłania się obraz kobiecości, czegoś na kształt niezrozumiałego procesu, trudnej biologii, seksualności, którą trzeba poskramiać, przekroczeń, do których już od czasu Ewy bardziej skłonna była kobieta. Wiele jest tu symboli kojarzonych z kobietą i kobiecością, począwszy od greckiej litery theta, ryby, wielu elementów horyzontalnych jak jezioro skute lodem, ziemia czy po prostu woda.

       

      Obraz kobiety w filmie Triera to na wskroś obraz skandynawski. Trudno mówić czy bardziej norweski czy duński. Wprawdzie Trier urodził się w Kopenhadze, ale dorastał w Norwegii. Jego ojciec jest Duńczykiem. Ukończył duński European Film College. Jest kimś kto wyrósł w tyglu nordyckim, gdzie elementy feminizmu były silne. Do tego jego matka też jest filmowcem i zrobiła kilka filmów o emancypacji kobiet w Afryce. Kreując postać Thelmy wydaje mi się, że przeobraża symbolicznie faustowską Małgorzatę w rejony kojarzone z kobiecością Amazonek, które „dusiły swoich nowo narodzonych synów, jak Danaidy i kobiety z wyspy Lemnos zabijające swych mężów”*.

       

      Wreszcie Trier odwraca wątek erotyczny. Symbolicznym Akteonem, którego zachwyci kąpiąca się Diana, będzie Anja, grana przez Kayę Wilkins, znaną jako Okay Kaya, wokalistka norwesko-amerykańska, którą Trier namówił do pracy przy filmie. Bawi się też Norweg wątkiem kusicielki. Syreny w Odysei czy rusałka Renu Lorelei czarowały śpiewem. Thelma ma supermoc, którą możemy kojarzyć z magią czarownic lub nadprzyrodzonymi umiejętnościami bohaterów komiksowych. I podobnie do swoich poprzedników skorzysta z nich, żeby uwieść ukochaną.

       

      Przy „Thelmie” naprawdę można bez końca bawić się w odczytania i szukać kolejnych symboli. I to dlatego w czasie naszej kinowej dyskusji padały zarzuty, że nadmiar odbiera filmowi finezję. Że bardziej udaje niż jest przedsięwzięciem ambitnym. Bo wprawdzie symbolika w filmie jest bogata, ale zbyt oczywista. Równie oczywiste i łatwe do rozpoznania są zapożyczenia. Jest tu suspens rozsadzany od wewnątrz na zasadzie kontrastu, nieoczekiwanych połączeń, ale też hitchcockowskich chwytów. To nie tylko kwestia miejscówek, które grają w filmie: Oslo, Göteborga, Trollhättan i Kiruny, ale przede wszystkim elementów wykadrowanych w krajobrazie dla podsycenia nastroju grozy. Drzewa szumią niepokojąco, z niezrozumiałych powodów ptaki rozbijają się o szyby okien czytelni uniwersyteckiej, wąż pełznie blisko zabudowań osiedla mieszkaniowego, wielka konstrukcja u sufitu w operze w Oslo grozi zawaleniem, nagle tafla wody w basenie zamienia się w niemożliwy do przebicia sufit. Przestrzeń w filmie Triera kurczy się, zaciska i dusi. Do tego wrażenie, że w najbliższym otoczeniu nie ma miejsca, które dawałoby stuprocentowe poczucie bezpieczeństwa uruchamia odpowiedni poziom kortyzolu, aplikowanego tutaj jak kroplówka podtrzymująca życie choremu.

       

      Odpowiedź na pytanie, czy Amerykanie słusznie rozpoznali gatunkowe tropy w „Thelmie”, pomogłaby zinterpretować film. Ale mamy tu do czynienia raczej z hybrydą gatunkową. To film odczytań otwartych, bez kropki na końcu. Najbliżej mu jednak do bajki, co sam w wywiadzie dla Interii podkreśli Trier, mówiąc, że taka konstrukcja pozwoliła mu „pokazać coś bardzo ludzkiego, z czym możemy się utożsamiać, tyle że za pośrednictwem zjawisk nadprzyrodzonych”. To właśnie wydaje mi się siłą filmu, który przekonuje do siebie kolejnych jurorów. Realizm przecinają tu sceny, co do których, do końca nie mamy pewności, czy są snem, czy jawą. Niepokój podkreślany muzyką, chłód szerokiego kadrowania, zdjęcia z lotu ptaka, gdy kamera zawiesza się wysoko, sprawiają, że trudniej dostrzec szczegół, a percepcja zaciera się. Nordyckie plenery zaczynają przypominać Metropolis i Gotham City, tyle, że w filmie Triera nie wiemy, kto jest tym złym.

       

      Czy zatem iść czy nie iść na film Triera? Iść, ale jak sugeruje Piotr Kofta trzymając w ryzach zbyt wygórowane oczekiwania. Zachwycić się muzyką, stroną estetyczną filmu, fabułą i wybaczyć nadmiar, może zbyt oczywistej gry w symbole i zabawy kinem.

       

      Źródła: * Władysław Kopaliński „Słownik symboli“, Wiedza Powszechna, Warszawa 1990, The Verge

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Thelma - Joachim Trier”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 20 czerwca 2018 14:01
  • czwartek, 07 czerwca 2018
    • Jak wytresować smoka? - fragment książki do pobrania

      Niejeden rodzic marzy, żeby wychować dziecko na śmiałego i dzielnego wikinga. Teraz nic prostszego. Właśnie do księgarń trafia praktyczny instruktaż w wersji książkowej. Przypomnijmy, bo pamięć może być krótka, chociaż tych tytułów nie sposób zapomnieć! „Jak wytresować smoka” i „Jak zostać piratem” Cressidy Cowell to ziejące humorem i pełne akcji książki, które zainspirowały twórców filmów i serialu „Jak wytresować smoka”. A teraz rodzicom pomogą w trudnej roli wychowawczej.

       

       

      Najbardziej smocza seria tego lata już za chwilę zagości w księgarniach, aby porwać młodych czytelników w wir przygód znanych z wielkiego ekranu. Możliwość poznania zawartych w książkach oryginalnych przygód jeźdźców smoków jest tym bardziej kusząca, że Halibut Straszliwa Czkawka Trzeci wraz ze swoją załogą powróci w chwale do kin za kilka miesięcy. Śmiało można więc już zacierać smocze łapy…yyy… ręce i zabierać się za poznawanie całej historii. Trzeba być przecież na bieżąco, coby się skutecznie bronić przed nowymi przeciwnikami! Od czego więc smocza przygoda się zaczęła i co tak naprawdę się odsmoczyło?

      Jak wytresowac smoka
      Przypomnijmy:


      Każdy początkujący wiking, a za takiego uważa się Halibut Straszliwa Czkawka Trzeci (dla przyjaciół po prostu Czkawka), musi stawić czoła śmiertelnie groźnemu smokowi, by dowieść swej nieprzeciętnej odwagi... Ale nasz Czkawka, Czkawunia nie ma najmniejszej ochoty czegokolwiek udowadniać, bo jednak smok ma szpony jak ostre brzytwy, a paszczę przeogromną – i do tego zieje ogniem! No cóż zrobić? Czkawka będzie jednak musiał coś wymyślić, by po swojemu poskromić smoka. Głowę ma mniejszą niż smoczydło, ale nie od parady! W grę wchodzą honor, laur zdobywcy, no i przede wszystkim ujście z życiem…Ale, co najlepsze, okazuje się, że wytresowanie smoka to dopiero początek – Czkawkę czeka jeszcze starcie z Zieloną Śmiercią oraz spotkanie oko w oko ze Srogobrodym Upiorem, największym piratem, jaki kiedykolwiek siał terror na Wyspach Wewnętrznych. Ach, nie ma ten Czkawka lekko! Ale czkawka ma to do siebie, że łatwo nie daje za wygraną, więc proszę, trzymajmy wspólnie za niego kciuki!

      Jak wytresowac smoka 2

      Fragment książki do pobrania: tutaj

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Jak wytresować smoka? - fragment książki do pobrania”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 czerwca 2018 12:46

Kalendarz

Czerwiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014