Recenzentka

Wpisy

  • środa, 21 marca 2018
    • Czarownica - Camilla Läckberg

      Ludzie, którzy otarli się o śmierć potrafią żyć. Mój wujek miał wylew. Trafił do szpitala w Krakowie. Odwiedziłam go. Wyglądało na to, że szczęśliwie wyjdzie z tego bez szwanku. Rozkładałam na stoliku gazety, książki, coś paplałam, gdy nagle poprosił, żebym usiadła. Ale nie na stołeczku przy łóżku. Przeciągnął dłonią po pomarszczonej pościeli patrząc tak znacząco, że przesiadłam się na łóżko. Krótki pobyt w szpitalu strasznie go zmienił. Ale on uśmiechnął się uroczo, szeroko, całym sobą. I powiedział mi wówczas, że gdy odzyskał przytomność i dotarło do niego co się stało, zrozumiał co tak naprawdę jest najważniejsze w życiu. I opowiedział mi o tym.

       

      Czarownica_Camilla_Lackberg

       

       

      Niedawno w pracy zgadaliśmy się z kolegą, że oboje piszemy. I że wiersze. – „Daj mi cztery słowa”, i mówi, że coś napisze. Tak jak ten poeta w „Przed wschodem słońca”. Daliśmy mu. Ale raczej popalić. Łosiu, iluminacja, aproksymacja i ambiwalentny. Czy da się z takiego składu wymyślić coś niebanalnego, nie śmiesznego i dobrego? Naciągnął pod szyję polar, kaptur na głowę, pochylił głęboko. Zniknął na chwilę. A potem jakby ktoś odpalił lampkę na naszym desku. Naprawdę zobaczyłam go w innym świetle. Dlaczego ludzie potrzebują pisać, żeby pokazać siebie? Żeby powiedzieć inaczej. Więcej. Wiedziałam, że pisanie uwalnia. Jeśli coś dobrego siedzi w człowieku, to niezależnie od warstw szorstkości jakimi odgradza się od ludzi – to wyjdzie.

       

      Czytałam w tym czasie „Czarownicę” . „Ciepły” pomyślałam, ale czy to komplement dla kryminału? Zastanawiałam się nad fenomenem tej książki. Zbrodnia ledwie muśnięta. Więcej tu życia niż śmierci. Wręcz bym powiedziała, że to powieść obyczajowa z przestępstwem w tle. Wczoraj klientka kupiła sobie „Czarownicę” do pociągu. Śmiejąc się mówi, że szukała czegoś lekkiego, żeby jej podróż szybciej minęła. Chociaż mam wrażenie, że mimo, że czas przy tej powieści jakby szybciej płynie, to Läckberg nie jest magikiem napięcia. Dlaczego więc ma tylu czytelników? I wtedy pomyślałam, że chodzi o życie. O coś uroczego w jej książce. Powiedziałabym, że bezpretensjonalność. Prostotę i jakąś swobodę przez którą widać, że ona pisze szczerze. Wręcz powiedziałabym, że z siebie.

       

      A żyje przecież w szorstkim świecie. W świecie powierzchowności, całego tego przesytu plotek, pompy i szaleństwa. W świecie billboardów, wielkich nagłówków w popołudniówkach, krzykliwych zdjęć, budzących kontrowersje wypowiedzi. W książce przemyca bardzo dużo swojego życia. Widać, że to co dzieje się wokół niej mocno przeżywa. Że siedzą w niej nieprzyjemne komentarze, przejawy braku akceptacji dla jej decyzji. Że nosi w sobie niektóre żale. Są w „Czarownicy” echa wielu mniejszych i większych burz, które sama wywoływała własną szczerością. Są tu też ślady ważnych dla niej ludzi i spraw. Starsza, 92 - letnia pani oglądająca walkę Gustafssona i Cormiera w MMA, których zawodnikiem jest przecież Simon. Są tu przygotowania do ślubu, który Läckberg wzięła w okolicach pisania powieści. Ciąża, w której wówczas była. Ale znajdzie się też komentarz do wychowywania dzieci, mocno dano jej popalić po tym, jak napisała, że dzieci pomagają jej w opiece nad małą Pollą. Nie zabraknie wtrętu o związku z młodszym mężczyzną, czego też jej wiele Szwedek nie może wybaczyć. Wreszcie w prezencie ślubnym ktoś w książce dostanie lekcję tańca z Cissi Ehrling Danermark, szwedzką tancerką, która podobnie do Läckberg brała udział w „Tańcu z gwiazdami”. Jej powieść to ukłon pod adresem jej życia. I chociaż nie każdy zna szwedzki i może być na bieżąco z wszystkim co się wokół niej dzieje, to właśnie fakt, że pisze z życia nadaje tej powieści zwyczajności, która jak mi się wydaje tak bardzo przyciąga jej czytelników.

       

      Nie czytałam do tej pory nic innego Läckberg a po „Czarownicę” sięgnęłam dla historii. W trakcie pisania powieści wrzucała mnóstwo zajawek na Instagramie i blogu. Wszystko świadczyło, że pisze kryminał osadzony też mocno w przeszłości. Ta miała sięgać XVII wieku. Bohuslän przechodziło z rąk do rąk, miało duński akapit w swojej przeszłości. A ja studiowałam historię Szwecji, więc o ziemiach, które Szwedzi tracili, zdawkowo coś tam wspominaliśmy. Dodatkowo z tych pisarskich plotek wynikało, że opowie o procesach czarownic. Intrygujące połączenie okazało się w efekcie wprawdzie jedynie wtrętem, doklejonym raczej do całości niż stanowiącym jej integralną część. Zaledwie kilka ciekawostek, jak ta o „stora sillperioden”, okresie śledzia, kiedy to wielkie ławice śledzi atlantyckich podpływały blisko zachodnich wybrzeży Szwecji czy historia Malin Ruths oskarżonej w 1672 o czary, okrutnie torturowanej a potem skazanej na śmierć. Widać, że Läckberg nie szukała zbyt głębokiego formalnego powiązania pomiędzy współczesnymi i historycznymi wątkami. Jej chodziło o życie. O pokazanie jego sensu i bezsensu, który się w nie czasem wkrada.

       

      Znam bardzo dobrze Läckberg publiczną. Czytałam jej blog i śledzę wpisy instagramowe. Oglądam filmiki, które czasem wrzuca. Są na nich znajomi, których Läckberg pokazuje tuż zanim zasiądzie z nimi do stołu. Ktoś klaszcze w dłonie zaraz po tym, jak ktoś inny opowiedział coś zabawnego. Mała Polly umazana jedzeniem. Simon z kuponami BingoLotto prawie w szpagacie przed telewizorem. Läckberg z tłuszczykiem na brzuszku tuż po ciąży. Zaczytany syn, który nawet nie wie, że zrobiła mu zdjęcie. Kubek z parującą kawą. Porozrzucane pledy na sofach. Läckberg bez makijażu zaskoczona przez syna, który z babcią przyszedł pozdrowić pracującą w kawiarni nad powieścią mamę. Jest tu zwyczajne życie.

       

      Zabrałam ze sobą wiersz Dominika i przypięłam na tablicy korkowej. Wchodząc i wychodząc z domu codziennie go mijam i nie potrafię przejść bez przeczytania jeszcze raz. I gdy czytałam po raz kolejny nagle wszystko ułożyło mi się w jedną całość. Nagle wszystko zrozumiałam. To, co powiedział mi wtedy wujek, to co zobaczyłam, gdy przeczytałam wiersz kolegi i co wyczytałam z „Czarownicy”. Gdy słucha się Läckberg można wyczuć w jej głosie pewnego rodzaju szorstkość, która znika, gdy czyta się jej powieść. Pod warstwami fraz i akapitów siedzi mała dziewczynka, tak bardzo przypominającą Annę Scott z „Notting Hill”, która przychodzi do księgarni Williama, żeby mu powiedzieć, że teraz stoi przed nim zwyczajna dziewczyna. Która czasami się boi. Bo my się wszyscy boimy. Wielkich słów. Wielkich deklaracji. Boimy się szczerości. Tego, co czujemy. Wyśmiania. Ze strachu nie dostajemy zawsze w życiu tego, na czym nam najbardziej zależy.

       

      W „Czarownicy” toczy się taka walka. Przegrywają ją tchórze. Wszyscy ci, którzy nie mieli odwagi zawalczyć o swoje wybory. Uciekający przed uczuciami w chłodne kalkulacje. Alkohol. Zbrodnię. W jednej prostej kryminalnej powieści Läckberg zmieściła odpowiedź na fundamentalne pytanie. Ile warto zaryzykować dla prawdziwej miłości? I daje totalną odpowiedź, że wszystko.

       

      Po rozmowie z wujkiem wróciłam do domu. Potem zadzwonił telefon. Potem głos w telefonie powiedział, że wujek zmarł. Byłam ostatnia osobą, która z nim rozmawiała. Chodzi o bliskość. Ale o taką, w której jest poczucie bezpieczeństwa, akceptacji, spełnienia. O bliskość z kimś kochanym. Powiedział mi, że najważniejsze to nie bać się jej okazywać.

       

      Recenzja: Czarownica, Camilla Läckberg, Czarna Owca, Warszawa 2017. Przełożyła: Inga Sawicka. Wydanie II. Tytuł oryginał: Häxan (2016). Redakcja: Grażyna Mastelarz. Projekt okładki: Panczakiewicz Art.Design. Korekta: Jolanta Kucharska. Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska. ISBN 978-83-8015-817-7. Stron: 591.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Czarownica - Camilla Läckberg”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 21 marca 2018 12:32
  • środa, 14 marca 2018
    • Literacka sztuka uwodzenia

      Koleżanka zwierzyła mi się, że gdy kochała się ostatnio ze swoim chłopakiem, to on całował ją nawet w stopy. NAWET. Zatrzymałam się nad tym słowem. Było ciepłą deklaracją czegoś więcej niż pożądanie. Było zachwytem ze spotkania we dwoje połączonego z ciekawością odkrywania cudzego ciała. Więc są ludzie, którzy się pięknie kochają. A potem pomyślałam, że „nawet” może czasem oznaczać niedosyt i pustkę. Tę, która była przed „nawet”. Co musi się więc pojawić między ludźmi, żeby „nawet” przestało niepokoić?

       

      Vimmerby Recenzentka blog

       

      Zdjęcie: Vimmerby, Szwecja

       

      Pierwszy raz przechodziłam przez Vimmerby w lipcowy zmierzch. Słońce paliło wówczas równą smugą w dół uliczki, którą szliśmy. Wyglądało jakby ktoś ustawił naprzeciw nas reflektor z silnym strumieniem światła. Linnus siedział czytając na ławce pod ICA. Lotta nie czekała aż wstanie, lekko pochyliła się, ale to on ją pierwszy pocałował delikatnie głaszcząc jednocześnie ramię, którym teraz go przytulała. Zawsze na jego widok zamieniała się w dwa śmiejące się dołeczki. Lubiłam podglądać ich na tarasie podczas śniadania. On z książką pod pachą, jeszcze pachnący nocą. Ona z zaróżowionymi policzkami. Przynosili talerze, książka wędrowała ze stołu na krzesło, rozkładali sztućce, ale to był tylko pretekst, żeby się niechcący oprzeć na jego plecach albo dać buziaka odbierając od niej piramidkę szklanek. On odrywał duży kawałek jabłka, ona przez ramię odgryzała mu drugi. Ona stawiała karafkę z wodą na środku stołu, on obrysowywał palcami brzeg jej szyi. On wlewał kawę do kubka, ona trzymała dłoń na jego ramieniu. Zdumiona obserwowałam z jaką gracją wdawali się w tę ekwilibrystykę, ani na moment nie tracąc ze sobą kontaktu. Obserwowałam ich zastanawiając się skąd w tych surowych szwedzkich klimatach tyle ciepła? I potem pomyślałam o gołych stopach, bo przecież tu wszyscy chodzą po domu na bosaka. O cienkich sweterkach jakby na przekór chłodowi. Delikatnych drewnianych konstrukcjach czerwonych domków, które w zimowe dni skrzypią pod naporem śniegu. I chyba to jest właśnie wytłumaczenie dla ciepła i serdeczności, której sobie nie szczędzą w prostych gestach? Rozgrzewając sobie nawzajem zmarznięte stopy, chuchając w szyję czy dmuchając w plecy rozcierając je od chłodnego wiatru? Prawda? No chyba, że może chodzić o coś innego?

       

      W Szwecji nauczyłam się czytać we dwoje. On czytał na głos, ona wsłuchiwała się w melodię języka. Albo on czytał swoją książkę siedząc na sofie, ona leżała ze swoją opierając poduszkę o jego kolana. Ona rozgrzewała sobie dłoń chowając ją u niego pod swetrem, on bawił się jej włosami. Albo oboje leżeli naprzeciwko siebie dotykając się jedynie stopami, które ona wsuwała jemu w nogawki spodni. A co jakiś czas, to jedno, to drugie odrywało wzrok patrząc na siebie, jakby bez tego akcja powieści nie mogła iść dalej. Czasem Linnus siedział w cieniu parasola obrysowując wzrokiem daleki horyzont lasu, a Lotta bujając się leniwie jedną nogą, leżała na boku, czytając w hamaku.

       

      Książki wypełniały dom w dużo inny sposób niż to jest zazwyczaj u ludzi. Miały własne życie i ścieżki, którymi chadzały. Codziennie obserwowałam jak zmieniały miejsca, konstelacje. Jak piętrzyły się górą tomów koło drzwi na taras, znikały żeby pojawić się otwarte grzbietem na stole. Leżały wokół kominka, na półeczce koło drzwi wyjściowych do ogrodu. Były w suszarni i w pralni. W trawie koło krzaka porzeczek. Dwie dostałam od Michy w pierwszy dzień po przyjeździe. No bo przecież przyjechałam szukać śladów Astrid Lindgren. Więc muszę je koniecznie przeczytać.

       

      Obserwując Szwedów i zastanawiając się, jak to się dzieje, że tak dużo czytają, nagle mnie olśniło. Już wiem. Nie chodzi o czytanie. Oni tak okazują sobie uczucia. Nawiązują przyjaźnie i poznają ludzi. Książka to pretekst, to klucz. Pewnie czasem wytrych wyważający nieśmiałe skandynawskie dusze. Książka w dłoni pozwala ukryć, że nie wiemy, co z nimi zrobić. Otwarta rozpoczyna rozmowę. Może być pretekstem do jej skończenia. Czytana wspólnie pozwala się zbliżyć. Opowiedzieć sobie przeżytą razem pierwszą historię. Nauczyć się wzajemnej wrażliwości. Książki są spoiwem związku, w którym namiętność podsycają kolejne wspólne lektury. Pozwala zaglądnąć w człowieka. Odkryć się.

       

      I gdy to sobie uzmysłowiłam, zaczęłam wreszcie to dostrzegać. Porozumiewawcze spojrzenia, gdy widzisz, że sąsiad w autobusie czyta to, co właśnie skończyłaś. Uśmiech w roztargniony wzrok kogoś, kto na chwilę oderwał się od książki sprawdzając, czy już wysiada. Zobaczyłam dziewczynę czytającą i trzymającą się barierki w autobusie i chłopaka, który chronił ją ramieniem z książką w drugiej ręce. Zobaczyłam ludzi na plantach, którzy zawsze siadają z książką na skraju ławki. Jakby czekali, żeby ktoś się dosiadł. Mężczyznę w czytelni, który przeglądając nowości na stole szuka pretekstu do rozmowy.

       

      I wtedy zrozumiałam, kiedy „nawet” znika ze słownika. I kiedy przestaje mówić o pustce i braku.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Literacka sztuka uwodzenia”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 14 marca 2018 10:12
  • środa, 07 marca 2018
    • Prezent książkowy to coś więcej niż tylko prezent

      Zawsze chciałam spróbować absyntu. Absyntem upijał się Strindberg. Absynt piła Dagny Juel z Przybyszewskim. Munch. Alkohol bohemy berlińskiej tak popularny wśród Skandynawów. Pamiętam też opis w jednej z książek, że rozlewa się palącym jęzorem po przełyku, żeby wybuchnąć w brzuchu. Dokładnie to poczułam, gdy wypiłam pierwszy kieliszek absyntu. A taki pożar w brzuchu kojarzył mi się do tej pory ze strachem i rozczarowaniem, z bólem, gdy ktoś mnie zawodził. Z chandrą, która depcze po piętach smutkowi. Wystarczy rzut oka na „Krzyk”, kilka stron „Spowiedzi szaleńca” i opis śmierci Dagny, żeby poskładać te niekontrolowane pożary w zabójczy zapłon. O ile jednak mogę zrozumieć skandynawską skłonność do podsycanej alkoholem melancholii, to nie potrafię wyjaśnić spalania się od takich wybuchów na co dzień. A właściwie nie potrafiłam, dopóki kolega nie opowiedział mi pewnej z pozoru drobnej historii.

       

      Állatok Karácsonya cs

       

      Zdjęcie: Autor: Veszprémi Állatkert (Veszprémi Állatkert) [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html), CC BY-SA 3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0) lub CC BY-SA 3.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], Wikimedia Commons

       

       

      Na urodziny dostał dwie rzeczy. Film od znajomego, który był jego dystrybutorem, więc spodziewał się, że go dostanie. Niespodzianką okazała się książka. Kupienie właściwej książki wydaje mi się dużo większym wyzwaniem niż np. tabliczka czekolady czy żel pod prysznic. Nie potrafiłabym po prostu wziąć nowości zakładając, że tak znajdę trafiony prezent. Muszę mieć rozeznanie, obwąchane regały u znajomych. Nie uspokoję się, o ile nie wyeliminuję wszystkich chybionych wyborów. W marcu zaczęłam dodatkowo pracować w księgarni i jaką ulgę poczułam, że nie jestem w tym odosobniona. - Proszę książkę dla starszej osoby po trzydziestce, mężczyzny, który lubi Excel, ale żeby w tytule nie było czegoś, co mógłby potraktować osobiście i uznać za przytyk. Albo: szukam książki dla piętnastoletniej kuzynki o egoizmie, ale, żeby nią nie manipulowała. Wybory mężczyzn przypominają trochę szybki seks: dzień dobry czy jest - i tu pada konkretny tytuł. Nie? To do widzenia. Lub namiętną grę wstępną, to ci którzy długo zostają przy jednym regale wertując okładkę po okładce. Młodzi chłopcy potrafią zacząć od horrorów, przejść dział z biografiami, żeby zatrzymać się na historii a wyjść z książką podróżniczą. Gdy po książkę przychodzi para i jest zakochana, to on za każdym razem oglądając jakiś egzemplarz bezwiednie dotyka, głaszcze dziewczynę. Kupowanie książek na prezent to jak opowiadanie o swojej przyjaźni: szukanie książki dla kolegi, który fascynuje się Ameryką Łacińską. Dla koleżanki, która za chwilę wyjeżdża do Nepalu.

       

      Właściwy prezent, którym ma być właściwa książka to kilka telefonów do znajomego, koła ratunkowe w postaci księgarzy, MMS-y wysyłane na pomoc. To czytanie spisów treści, pierwszego zdania i fragmentów. To kucanie przy najniższych półkach, to sięganie czubkami dłoni po egzemplarze upchane za wysoko. Widzę po klientach, że lubią szukać odpowiedniej książki na prezent. I zastanawiam się, czy bardziej lubią je kupować czy wręczać. Bo jeśli już w całym tym tańcu między regałami, po całej gimnastyce między półkami widzę błysk w oku i ten uroczy rodzaj łaskoczącego w brzuchu uspokojenia, gdy płacąc finiszują zaledwie na półmetku do mety, to wiem, że w dawaniu książek w prezencie mieści się jednak więcej treści.

       

      Są deklaracją. Są nadzieją na ciąg dalszy. Są skrytym komentarzem do historii z przeszłości. Książka podarowana drugiej osobie nigdy nie jest po prostu prezentem. Mówi treścią, przemawia tytułem. Zauważyłam coś jeszcze. Ludzie nie rozstają się wręczając sobie książki. Niczego nie kończą, ani nie niszczą. To chyba jedyny taki prezent, w który wpisana jest radość, czułość, często pewnie też miłość. Pierwszy dzień w pracy w roli księgarza był jak przedłużone walentynki. Jak dzień ojca i dzień dziecka w jednym. Czułam się jak na lotnisku, gdzie ludzie serdecznie się witają i żegnają.

       

      Mój kolega też dostał książkę, ale powiedział, że go ten prezent rozczarował, bo dostał go bez opakowania. Bez choćby ozdobnej wstążki czy kolorowej torebki. A lubi je zostawiać na pamiątkę. Poczuł pożar w brzuchu, bo poczuł się potraktowany byle jak. I wówczas pomyślałam sobie, że niektórzy na własne życzenie żyją od pożaru do pożaru. Że żyją z lontem w dłoni, który odpalają za każdym razem, gdy przytrafia się im coś miłego. I próbowałam zrozumieć dlaczego? Czy chodzi o to, że nie cieszy ich szukanie prezentów i nigdy nie mieli za sobą całej tej uroczej maszynerii poszukiwania? Więc nie rozumieją, że dostają coś, w co włożono milion starań. A może chodzi o to, że są ludzie, dla których zawsze coś będzie nie tak? Tacy specjaliści od szukania dziury w całym? Może nawet jak dostaną ładnie zapakowany prezent, to rozczaruje ich krzywo zawiązana wstążka? Bo przecież nie może chodzić o to, że kawałek kolorowego papieru nabiera większego lub choćby równoważnego znaczenia z tym, co ukrywa? I wtedy pomyślałam, że ludzi można podzielić na tych, którzy cieszą się, gdy dostają po prostu książkę. Na tych, którzy czekają na książkę z dedykacją, nad którą rozczulają się po latach. I tych od kolorowych torebek i błyszczących wstążek. Absynt jest zielony. Wielu uważa, że to diabelska trucizna. Szybko niszczy. Niektórzy też się szybko niszczą. Chociaż nigdy nie mieli w ustach absyntu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Prezent książkowy to coś więcej niż tylko prezent”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 07 marca 2018 11:27

Kalendarz

Lipiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014