Recenzentka

Wpisy

  • niedziela, 08 kwietnia 2018
    • Jak kochają mężczyźni?

      Podchodzi do mnie chłopak i pyta, czy mamy jeszcze jeden taki notesik. Patrzę na obrazek: chłopczyk siedzi obok liska. I opowiada, że kiedyś dostał od swojej dziewczyny „Małego księcia” i dlatego chce jej go kupić. Gdy o tym mówił był wzrokiem daleko w tym wspomnieniu. I promieniał. Po raz kolejny, odkąd pracuję w księgarni poczułam coś w rodzaju fali dreszczy, która przeturlała mi się po skórze. Dlaczego jedne związki są łańcuchem takich powiązanych ze sobą uroczych wydarzeń, a inne kończą się „Placem Zbawiciela”?

       

      Love padlocks on the Butchers' Bridge (Ljubljana)

       

      Zdjęcie: Autor: Petar Milošević [CC BY-SA 4.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)], źródło: Wikimedia Commons

       

      Zawsze chciałam zrozumieć, jak kochają mężczyźni i nie sądziłam, że praca w księgarni okaże się taką kopalnią wiedzy w tym temacie.
      - Jagódko, chodźmy już, - mężczyzna, który do tej pory cierpliwie czekał obok, kładzie dłoń na ręce żony. Wychodząc patrzy na nią czule. Ile mogli mieć razem lat? 140? 150? Lubię patrzeć jak mężczyźni okazują uczucia. Tak, jak ten ojciec, którego syn bierze do ręki klej i pyta co to. A on cierpliwie wyjaśnia, że klej.
      - Chodź synku, nie potrzebujemy kleju.
      - Ale, dlaczego on się leje?
      - Bo to synku klej lejący, - i czeka aż mały przebada całą półkę z materiałami biurowymi.
      - Rośnie panu mały odkrywca, zaczepiam śmiejąc się. A on się całym sobą odśmiewa i wyjaśnia przytakując mi, że właśnie dlatego go nie strofuje. I ani na moment nie spuszcza dumnego wzroku z chłopczyka. A gdy razem wychodzą, on wielki obok podskakującego bąka, który nawet, gdy skacze ledwie sięga mu do pasa, to widzę coś więcej niż ojca, który właśnie kupił synowi książkę do czytania.

       

      Często przychodzą do nas pary, które zatrzymują się na środku księgarni i czule przytulają. Stoją razem długo w uścisku. Czasem on ją podnosi. A ona wtedy się śmieje. Zawsze miałam świadomość, że obecność książek kumuluje jakąś inną, lepszą energię. W domach z książkami jakby mniej jest kłótni, a jeśli są to bardziej wyważone.

       

      Odpowiadam w księgarni za dział „Rozwój osobisty”. Więc wszyscy z problemami trafiają do mnie. Czuję się często jak krzyżówka księdza, terapeuty i psychologa. Zdumiona szczerością, z jaką mężczyźni proszą o pomoc. – Czy jest coś na poprawę relacji w małżeństwie?, to chłopak na oko przed trzydziestką. Albo inny, nieco młodszy wychodzi z książką o męskim stresie. Zaskoczyło mnie, że tak często szukają pomocy, żeby żyć… spokojniej. Najczęściej wychodzą z poradnikami o uważności, duchowości.

       

      Obsługując ten dział musiałam zapoznać się z książkami na półkach i tak trafiłam na „Mężczyznę od A do Z” Piotra Marta (wydanie IV). Wczoraj jakiś ojciec chciał kupić dla córki książkę o płci mózgu, więc zamiast tego poleciłam mu Marta, zachwalając, że to genialny poradnik o mężczyznach napisany przez faceta dla kobiet, w którym wyjaśnia szczerze, z sympatią, a wręcz czułością i wreszcie bez seksizmu, jak mężczyźni myślą i czują. Więc jeśli córka chce zgłębić tajniki męskiej duszy, to będzie najlepsza lektura. Na co mi odpowiada ze śmiechem „A to zdrajca”.

       

      Ale to nie zdrajca, a największy sojusznik mężczyzn. Chciałby dla nich, ale też dla kobiet lepszego życia, wychodząc z założenia, że tylko szczęśliwy mężczyzna potrafi uszczęśliwić kobietę. Nie sądziłam, że mężczyznę można tak praktycznie rozpracować i stworzyć swoistego rodzaju poradnik obsługi. Mart musi być wspaniałym człowiekiem, skoro ma w sobie tyle dystansu i tak dużo zrozumienia dla nas kobiet, które błądzą na ślepo po świecie mężczyzn.

       

      A tym rządzą według niego uczucia. Coś, czego nie kojarzy się w takim natężeniu z chłopakami. Ci przecież mają być twardzi, hardzi i z pokerowymi twarzami. Uczy się nas, że nie płaczą. Przychodzę do pracy i przyglądam się moim kolegom. Wszystko w ich postawie mówi o niezależności. O pewności siebie i sile. Są męscy w stereotypowy sposób. Duzi i silni. Gdy idą korytarzem, całym sobą komunikują: z drogi, idzie facet. Gdy siedzą, ich postawa to maks nonszalancji. Ich język ciała to kwintesencja siły i poczucia pewności. Więc kto by pomyślał, że mogą być słabi. A gdy Mart rozkłada ich dusze na czynniki pierwsze pisze o rzeczy w sumie ludzkiej. O tym co im kobiety mogą dać a co sprawia, że są szczęśliwi. O tym bez czego wpadają w potrzask i się rozsypują. O tym, co pozwala im stawiać opór największym życiowym huraganom.

       

      Ostatnio jeden z klientów szukał książki „Oczami mężczyzny (nie) idealnego” i tak trafiłam na Rafała Wicijowskiego. Nie wiedziałam, czy ta książka jest dostępna w księgarniach i szukając dla tego chłopaka informacji zaczęłam przeglądać fragment bloga. Od razu chciałam przeczytać tę książkę. 29 – latek piszący o miłości, pasji i życiu. Ciepło, z niezwykłą siłą. Poruszające, stawiające do pionu teksty, w których jest jakiś wewnętrzny magnetyzm. I ogromna potrzeba bliskości, która daje szczęście i radość.

       

      Potem trafiłam na Marcina Szabelskiego, na „Alfa Female” Mateusza Grzesiaka. Na Adriana Kwiatkowskiego i „Powiedziałem.pl”. Od czasów Augusta Strindberga sporo się zmieniło w relacjach damsko-męskich. I w pisaniu o tych relacjach. A dlaczego niektóre związki kończą się „Placem Zbawiciela”? Odpowiedź na to jest w książce Marta, Grzesiaka, Wicijowskiego. Na blogach Adriana i Marcina. Jedna zasada się nie zmieniła, żeby wiedzieć, trzeba czytać ;-).

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 kwietnia 2018 12:14
  • niedziela, 01 kwietnia 2018
    • Wygnani do Raju. Szwedzki azyl - Krystyna Naszkowska

      Lubię rozmawiać. Czasem chodzi tylko o chęć wygadania. Innym razem o esencjonalność rozmowy. O zbliżenie się na odległość duszy. Sięgnięcie w te rejony zaufania, gdzie puszczają hamulce. A poczucie, że możesz być sobą jedynie rośnie. Cieszą mnie spontaniczne rozmowy z elementem zaskoczenia. Zauważyłam, że najważniejsze rzeczy często padają mimochodem, żeby zostać na zawsze. Szukam w rozmowie oprócz nici porozumienia, czasem wspólnej pasji, innym razem cudzej, która coś we mnie zapala. Ale najważniejsze w rozmowie jest dla mnie to uczucie wyłączenie świata. Gdy siedzę wsłuchana, a cała rzeczywistość wchodzi w tryb niebytu. Ostatnio po rozmowie z kolegą zasypiałam z uśmiechem na buzi i zbudziłam się uśmiechając. Coś więc jeszcze musi być, skoro są ludzie, za rozmową z którymi tęsknisz i tacy, których unikasz.

       

      Wygnani_do_Raju_szwedzki_azyl_Krystyna_Naszkowska

       

      Czytałam ostatnio „Wygnanych do Raju. Szwedzki azylKrystyny Naszkowskiej. Kilka, w sumie bardzo krótkich rozmów z Polakami, którzy po marcu 1968 znaleźli się na niechcianej, przymusowej emigracji w Szwecji. Opowiadając o rzeczach dla siebie ważnych, czasem smutnych i bardzo prywatnych potrafili otworzyć się na mówienie o sprawach niewygodnych. Dać obraz człowieka czasem w rozpaczy, czasem w bólu. Potrafili pokazać ucieczki emocjonalne, które ratowały ich w tym dziwnym czasie. Zawsze zastanawiałam się na ile to, jakie zadaje się pytania wpływa na nurt rozmowy. A ile w jego prądzie jest wewnętrznych wirów, które i tak wciągają rozmówcę w to samo miejsce?

       

      Ta z Emilią Białostocką Degenius wydała mi się zakotwiczona w zamierzchłej traumie, która nieustannie ciągnie w dół. Brak wybaczenia i ogromny żal, który przerodził się w jawną niechęć, daje tu boleśnie o sobie znać. Zauważyłam, że takie przyklejenie się do własnego nieszczęścia nieustannie zostawia ślady, więzi i nie pozwala pójść dalej. I, że jednak są rozmówcy, z którymi rozmowa zawsze będzie jedynie powrotem w te same miejsca, w których jedynie gromadzą własną złość. Czy upublicznienie jej coś zmieni? Bo to tak jakby zamanifestować światu: patrz cierpię, a przecież nie wystarczy wyartykułować ból, żeby coś przestało boleć.

       

      Jedną z rozmówczyń poznałam kiedyś osobiście. Wsłuchując się w jej głos w tym wywiadzie można by odnieść wrażenie, że to pogodzona z przeszłością, wolna od pretensji, a wręcz zadowolona z siebie osoba. Która okazuje, że coś wygrała tym przymusowym marcowym wygnaniem. Nie czułam tego rozmawiając z nią dwa lata temu. Przeciwnie wydała się wtedy rozbiegana, jakby uwięziona w dwóch światach. Więcej było w niej cichego zmęczenia i nerwowej gonitwy. Kompletnie przeciwne wrażenie do wizerunku literackiego z „Wygnanych do Raju”. Która jest prawdziwa? I czy w ogóle da się uchwycić w jednym krótkim wywiadzie prawdę o człowieku? Czy są w ogóle pytania idealne, zmuszające do postawienia symbolicznych kropek nad i?

       

      Rozmowa z Maciejem Zarembą Bielawskim zrobiła na mnie na przykład wrażenie po części czegoś plotkarskiego. Zdradza kulisy swojego związku z Agnieszką, jak nazywa Agnetę Pleijel, wtedy gdy się poznają szefową największej popołudniówki „Aftonbladet”, która rzuca pracę i wydaje tomik wierszy, robiący od razu ogromną furorę. Ale kreśli też zarys szwedzkiego mitu, awansu społecznego, który w tym kraju zawsze był aktualny. Od operatora dźwigu staje się niezależnym publicystą „Dagens Nyheter”. Wystarczy zanieść artykuł o tym, jak na szwedzkich budowach marnotrawi się drewno, żeby publikować w gazecie rodziny Bonnierów, która stulecie wcześniej wydawała przecież Strindberga.

       

      Wsłuchuję się w te rozmowy i widzę, że jedna, krótka nie daje wglądu w człowieka. Może być jednak zaczynem do czegoś innego. Tło pierwsze „Wygnanych do Raju. Szwedzki azyl” tworzą wtedy w po marcu młodzi ludzie w okolicach matur i studiów, dzisiaj: Dorota Bromberg, właścicielka maleńkiego wydawnictwa, które ma szczęście do wydawania noblistów, Julia Romanowska, która w wieku 62 lat robi w Szwecji doktorat udowadniając w nim, że dzięki literaturze menedżerowie stają się lepszymi szefami, profesor kryminologii Jerzy Sarnecki, architekt współczesnego Sztokholmu Aleksander Wołodarski. Łączy ich jedno, byli na progu młodości, gdy zostali zmuszeni do opuszczenia Polski. Bez języka i bez większych pomysłów na życie, które w kraju wydawało się dość wygodne i godne. Zamożni rodzice, prominenckie zależności. Z pewnością ze scenariuszem, który gwarantował sukces. Pozbawieni korzeni, wyrwani z kręgu przyjaciół, osamotnieni i wyrzuceni z miejsca, które przecież zdążyło już stać się oswojone, własne i przyjazne, trafiają w kompletnie inny świat. Przyznaję, że myśląc o polskim marcowym antysemityzmie, nie analizowałam tego nigdy tak głęboko i na tylu płaszczyznach. A Krystynie Naszkowskiej udało się wejść wręcz w tkanki pomiędzy tymi zależnościami. Czytam i dochodzą do mnie strzępy refleksji, które składają się na poruszającą całość. Wracając z obozowej rzeczywistości do powojennej Polski rodzice tych rozmówców podjęli decyzję o pozostaniu na zgliszczach, a w pojęciu wielu Żydów raczej na wielkim poholokaustowym cmentarzysku. Zaledwie dwie dekady później słyszą, że są niepożądani. A wśród nich, ci którzy się zasymilowali, nie chodzą do synagog, których i tak praktycznie nie ma. Są Polakami i nimi się czują. Nie oddaje im wprawdzie Krystyna Naszkowska wiele miejsca, ale i tak zapełniają książkę. Gdzieś tam w tle pojawia się informacja, że byli szczęśliwi. Że to wygnanie przyniosło im więcej spokoju i godnego życia. I patrząc na historię Polski było wręcz wygnaniem do Raju.

       

      Tego typu pozycje trzeba jednak czytać w kontekście. Wyrwane z niego mogą dać mylące wrażenie o całości, a na tę składa się historia rodziców Görana Rosenberga, którego nie ma tutaj, bo to wprawdzie inny rodzaj emigracji, ale ten sam Raj, który okazał się w przypadku jego rodziców Piekłem. Więc jeśli czegoś mi brakuje w książce Naszkowskiej, to rzetelnego wstępu lub posłowia. Miejsca, gdzie znalazłoby się coś więcej niż kalendarium wydarzeń okołomarcowych. Brakuje mi tu zwyczajnie zatrzymania się nad kwestią emigracji i nadanie jej szerszego oglądu. Ale brakuje mi też pomysłu na refleksję wokół źródła wydarzeń marcowych. Ciekawie je zarysował profesor Chwalba opowiadając o Żydach, którzy wracając do powojennej Polski i trafiając do służb bezpieczeństwa czasami traktowali ten awans, jako okazję do rewanżu na Polakach, którym w obliczu wojny zabrakło odwagi lub człowieczeństwa, żeby bezinteresownie i z narażeniem życia im pomagać. I chociaż nie wszyscy z ok. 15 000 Żydów, którzy przymusowo opuścili Polskę po marcu 1968 byli przedstawicielami elit, to jednak bohaterzy wywiadów Naszkowskiej wpisują się we wrażenie, że wyrzucono rodziny uprzywilejowane, co bardzo oddaje stereotypowy obraz ówczesnej Polski rządzonej przez Żydów. Niebezpiecznie jest w kraju, w którym kwestie antysemickie nie do końca są rozwiązane i przedyskutowane, pozostawiać taką książkę bez żadnej refleksji i komentarza. I jeśli mam do „Wygnanych do Raju. Szwedzki azyl” jakieś dodatkowe pretensje to też o brak rzetelności, a ta kazałaby wspomnieć, które rozmowy i gdzie wcześniej już się ukazały, bo tę z Karolem Żyto, który leczył m.in. Zlatana Ibrahimowicza i szwedzką rodzinę królewską, czytałam wcześniej w „Dużym Formacie”.

       

      Zastanawiam się nad sensem takich publikacji, gdzie na 310 małych stronach opowiada o sobie kilka osób. Tuż przed świętami zadzwonił do mnie brat, że jest służbowo w Krakowie. Spotkaliśmy się na krótką, zaledwie godzinną rozmowę. Brakuje mi go bardzo. Tak bardzo, że gdy odebrałam telefon to głos mi się łamał i tłumaczyłam się kłamiąc, że to przez krakowski smog. Rozmawiając z Przemkiem rysowałam wzrokiem szlaczki po smutku, który w nim dostrzegłam. A którego nigdy wcześniej nie widziałam. I próbowałam go uchwycić i zrozumieć. Bo może to tylko zmęczenie? - zastanawiałam się. No bo jak można się śmiać, nie śmiejąc się oczami? Czasem rozmowa jest tylko wymianą zdań. Czasem poruszającym spotkaniem. Czasem szczęściem, że rozmowa z tobą wywołuje u drugiej osoby radość. Czasem bezradnością, że jej nie ma i nie potrafisz komuś pomóc.

       

      Czy warto więc publikować takie zbiory rozmów? Co nam mówią o rozmówcach? Przecież w rozmowie intymnej, prywatnej wchodzimy na inne poziomy szczerości. Inaczej objawia się ona w rozmowie publicznej. Inaczej rozmawia ze sobą para znajomych, których łączy przyjaźń. Rejestrów rozmawiania są dziesiątki. A jeszcze ich nasilenie zmienia napięcie jakie rośnie na zewnątrz. Jeśli bardzo ci na kimś zależy, ale wstydzisz się swoich uczuć, inaczej rozkładasz zdania i ostrożniej dobierasz słowa. Jak więc ze sobą rozmawiać?

       

      Na to pytanie poznałam odpowiedź dopiero niedawno. Po pierwsze są ludzie, z którymi warto rozmawiać tak, jakby to miała być ostatnia rozmowa. Po drugie po prostu warto ze sobą rozmawiać. Najbardziej lubię rozmowy ciepłe. Podczas których czuję spokój. Te które mną nie szarpią. Bez walki na riposty. Takie zwyczajne rozmowy o wszystkim i o niczym.

       

      Recenzja: „Wygnani do Raju. Szwedzki azyl”, Krystyna Naszkowska, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017. Stron: 310.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Wygnani do Raju. Szwedzki azyl - Krystyna Naszkowska”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 kwietnia 2018 15:05
  • środa, 21 marca 2018
    • Czarownica - Camilla Läckberg

      Ludzie, którzy otarli się o śmierć potrafią żyć. Mój wujek miał wylew. Trafił do szpitala w Krakowie. Odwiedziłam go. Wyglądało na to, że szczęśliwie wyjdzie z tego bez szwanku. Rozkładałam na stoliku gazety, książki, coś paplałam, gdy nagle poprosił, żebym usiadła. Ale nie na stołeczku przy łóżku. Przeciągnął dłonią po pomarszczonej pościeli patrząc tak znacząco, że przesiadłam się na łóżko. Krótki pobyt w szpitalu strasznie go zmienił. Ale on uśmiechnął się uroczo, szeroko, całym sobą. I powiedział mi wówczas, że gdy odzyskał przytomność i dotarło do niego co się stało, zrozumiał co tak naprawdę jest najważniejsze w życiu. I opowiedział mi o tym.

       

      Czarownica_Camilla_Lackberg

       

       

      Niedawno w pracy zgadaliśmy się z kolegą, że oboje piszemy. I że wiersze. – „Daj mi cztery słowa”, i mówi, że coś napisze. Tak jak ten poeta w „Przed wschodem słońca”. Daliśmy mu. Ale raczej popalić. Łosiu, iluminacja, aproksymacja i ambiwalentny. Czy da się z takiego składu wymyślić coś niebanalnego, nie śmiesznego i dobrego? Naciągnął pod szyję polar, kaptur na głowę, pochylił głęboko. Zniknął na chwilę. A potem jakby ktoś odpalił lampkę na naszym desku. Naprawdę zobaczyłam go w innym świetle. Dlaczego ludzie potrzebują pisać, żeby pokazać siebie? Żeby powiedzieć inaczej. Więcej. Wiedziałam, że pisanie uwalnia. Jeśli coś dobrego siedzi w człowieku, to niezależnie od warstw szorstkości jakimi odgradza się od ludzi – to wyjdzie.

       

      Czytałam w tym czasie „Czarownicę” . „Ciepły” pomyślałam, ale czy to komplement dla kryminału? Zastanawiałam się nad fenomenem tej książki. Zbrodnia ledwie muśnięta. Więcej tu życia niż śmierci. Wręcz bym powiedziała, że to powieść obyczajowa z przestępstwem w tle. Wczoraj klientka kupiła sobie „Czarownicę” do pociągu. Śmiejąc się mówi, że szukała czegoś lekkiego, żeby jej podróż szybciej minęła. Chociaż mam wrażenie, że mimo, że czas przy tej powieści jakby szybciej płynie, to Läckberg nie jest magikiem napięcia. Dlaczego więc ma tylu czytelników? I wtedy pomyślałam, że chodzi o życie. O coś uroczego w jej książce. Powiedziałabym, że bezpretensjonalność. Prostotę i jakąś swobodę przez którą widać, że ona pisze szczerze. Wręcz powiedziałabym, że z siebie.

       

      A żyje przecież w szorstkim świecie. W świecie powierzchowności, całego tego przesytu plotek, pompy i szaleństwa. W świecie billboardów, wielkich nagłówków w popołudniówkach, krzykliwych zdjęć, budzących kontrowersje wypowiedzi. W książce przemyca bardzo dużo swojego życia. Widać, że to co dzieje się wokół niej mocno przeżywa. Że siedzą w niej nieprzyjemne komentarze, przejawy braku akceptacji dla jej decyzji. Że nosi w sobie niektóre żale. Są w „Czarownicy” echa wielu mniejszych i większych burz, które sama wywoływała własną szczerością. Są tu też ślady ważnych dla niej ludzi i spraw. Starsza, 92 - letnia pani oglądająca walkę Gustafssona i Cormiera w MMA, których zawodnikiem jest przecież Simon. Są tu przygotowania do ślubu, który Läckberg wzięła w okolicach pisania powieści. Ciąża, w której wówczas była. Ale znajdzie się też komentarz do wychowywania dzieci, mocno dano jej popalić po tym, jak napisała, że dzieci pomagają jej w opiece nad małą Pollą. Nie zabraknie wtrętu o związku z młodszym mężczyzną, czego też jej wiele Szwedek nie może wybaczyć. Wreszcie w prezencie ślubnym ktoś w książce dostanie lekcję tańca z Cissi Ehrling Danermark, szwedzką tancerką, która podobnie do Läckberg brała udział w „Tańcu z gwiazdami”. Jej powieść to ukłon pod adresem jej życia. I chociaż nie każdy zna szwedzki i może być na bieżąco z wszystkim co się wokół niej dzieje, to właśnie fakt, że pisze z życia nadaje tej powieści zwyczajności, która jak mi się wydaje tak bardzo przyciąga jej czytelników.

       

      Nie czytałam do tej pory nic innego Läckberg a po „Czarownicę” sięgnęłam dla historii. W trakcie pisania powieści wrzucała mnóstwo zajawek na Instagramie i blogu. Wszystko świadczyło, że pisze kryminał osadzony też mocno w przeszłości. Ta miała sięgać XVII wieku. Bohuslän przechodziło z rąk do rąk, miało duński akapit w swojej przeszłości. A ja studiowałam historię Szwecji, więc o ziemiach, które Szwedzi tracili, zdawkowo coś tam wspominaliśmy. Dodatkowo z tych pisarskich plotek wynikało, że opowie o procesach czarownic. Intrygujące połączenie okazało się w efekcie wprawdzie jedynie wtrętem, doklejonym raczej do całości niż stanowiącym jej integralną część. Zaledwie kilka ciekawostek, jak ta o „stora sillperioden”, okresie śledzia, kiedy to wielkie ławice śledzi atlantyckich podpływały blisko zachodnich wybrzeży Szwecji czy historia Malin Ruths oskarżonej w 1672 o czary, okrutnie torturowanej a potem skazanej na śmierć. Widać, że Läckberg nie szukała zbyt głębokiego formalnego powiązania pomiędzy współczesnymi i historycznymi wątkami. Jej chodziło o życie. O pokazanie jego sensu i bezsensu, który się w nie czasem wkrada.

       

      Znam bardzo dobrze Läckberg publiczną. Czytałam jej blog i śledzę wpisy instagramowe. Oglądam filmiki, które czasem wrzuca. Są na nich znajomi, których Läckberg pokazuje tuż zanim zasiądzie z nimi do stołu. Ktoś klaszcze w dłonie zaraz po tym, jak ktoś inny opowiedział coś zabawnego. Mała Polly umazana jedzeniem. Simon z kuponami BingoLotto prawie w szpagacie przed telewizorem. Läckberg z tłuszczykiem na brzuszku tuż po ciąży. Zaczytany syn, który nawet nie wie, że zrobiła mu zdjęcie. Kubek z parującą kawą. Porozrzucane pledy na sofach. Läckberg bez makijażu zaskoczona przez syna, który z babcią przyszedł pozdrowić pracującą w kawiarni nad powieścią mamę. Jest tu zwyczajne życie.

       

      Zabrałam ze sobą wiersz Dominika i przypięłam na tablicy korkowej. Wchodząc i wychodząc z domu codziennie go mijam i nie potrafię przejść bez przeczytania jeszcze raz. I gdy czytałam po raz kolejny nagle wszystko ułożyło mi się w jedną całość. Nagle wszystko zrozumiałam. To, co powiedział mi wtedy wujek, to co zobaczyłam, gdy przeczytałam wiersz kolegi i co wyczytałam z „Czarownicy”. Gdy słucha się Läckberg można wyczuć w jej głosie pewnego rodzaju szorstkość, która znika, gdy czyta się jej powieść. Pod warstwami fraz i akapitów siedzi mała dziewczynka, tak bardzo przypominającą Annę Scott z „Notting Hill”, która przychodzi do księgarni Williama, żeby mu powiedzieć, że teraz stoi przed nim zwyczajna dziewczyna. Która czasami się boi. Bo my się wszyscy boimy. Wielkich słów. Wielkich deklaracji. Boimy się szczerości. Tego, co czujemy. Wyśmiania. Ze strachu nie dostajemy zawsze w życiu tego, na czym nam najbardziej zależy.

       

      W „Czarownicy” toczy się taka walka. Przegrywają ją tchórze. Wszyscy ci, którzy nie mieli odwagi zawalczyć o swoje wybory. Uciekający przed uczuciami w chłodne kalkulacje. Alkohol. Zbrodnię. W jednej prostej kryminalnej powieści Läckberg zmieściła odpowiedź na fundamentalne pytanie. Ile warto zaryzykować dla prawdziwej miłości? I daje totalną odpowiedź, że wszystko.

       

      Po rozmowie z wujkiem wróciłam do domu. Potem zadzwonił telefon. Potem głos w telefonie powiedział, że wujek zmarł. Byłam ostatnia osobą, która z nim rozmawiała. Chodzi o bliskość. Ale o taką, w której jest poczucie bezpieczeństwa, akceptacji, spełnienia. O bliskość z kimś kochanym. Powiedział mi, że najważniejsze to nie bać się jej okazywać.

       

      Recenzja: Czarownica, Camilla Läckberg, Czarna Owca, Warszawa 2017. Przełożyła: Inga Sawicka. Wydanie II. Tytuł oryginał: Häxan (2016). Redakcja: Grażyna Mastelarz. Projekt okładki: Panczakiewicz Art.Design. Korekta: Jolanta Kucharska. Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska. ISBN 978-83-8015-817-7. Stron: 591.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Czarownica - Camilla Läckberg”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 21 marca 2018 12:32

Kalendarz

Wrzesień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014