Recenzentka

Wpisy

  • wtorek, 01 maja 2018
    • The Square - film o snobizmie w kulturze

      The Square” opowiada o snobizmie w kulturze w najbardziej szwedzki sposób. Gdybym miałam powiedzieć, z czym kojarzą mi się Szwedzi najbardziej, to odpowiedziałabym, że z fukaniem. Nigdy i nigdzie nie widziałam ludzi tak często okazujących swoją dezaprobatę pod adresem wszystkiego, co można by skojarzyć ze snobizmem. Ze snobistycznym mieszkaniem, zachowaniem, ubieraniem się. Fuj były domy, które wyglądały na większe niż pudełko zapałek. Fuj byli mężczyźni w marynarkach z wygładzonymi do tyłu włosami. Fuj był duży jacht. Generalnie fuj było wszystko to i wszyscy ci, którzy zbyt ostentacyjnie obnosili się ze swoim bogactwem. Prawo Jante? Nie do końca.

       

       

      Otwierająca „The Square” scena to mężczyzna zwlekający się z sofy, zmięty nieprzespaną nocą. Dowiadujemy się, że jest dyrektorem prestiżowego muzeum sztuki współczesnej. Jesteśmy w Szwecji, chociaż on jest Duńczykiem, co jest akurat dla wydźwięku filmu bez znaczenia. W tle wielki regał z książkami na całą ścianę, wypełniający po brzegi kadr.

       

      The Square” będzie filmem pełnometrażowym, chociaż o wydźwięku dokumentu z elementami eksperymentu psychologicznego. Jak pokazać widzom pustkę życia? Jak zobrazować elitaryzm? Jak pokazać bezsens sztuki, która ma nas uwrażliwiać a jednocześnie na zimno przechodzi obok rozgrywających się dramatów życia? W co ubrać zdjęcia, żeby dosadniej uwidoczniły absurd kultury, której cele łączenia, rozwijania empatii i budowania pomostów są jedynie pompatycznymi wpisami katalogowymi?

       

      Nigdy nie wiedziałam filmu mocniej, równie wyraziście i dobitnie podsumowującego beznadzieję współczesnej kultury. Oglądamy ludzi, których treścią życia jest współtworzenie kulturalnej mapy miasta. Widzimy przygotowania do wernisażu. Obserwujemy walkę o środki finansowe na kolejne wystawy. Wreszcie jesteśmy świadkami zakulisowych rozmów i wydarzeń. Wyłania się z nich portret świata pozorów. Jakiejś iluzji wielkiej Kultury, bycia częścią przełomowych Wydarzeń.

       

      Mogłabym mnożyć sceny, które tutaj uderzają swoim komentarzem. Bez wymienienia tej kulminacyjnej. Na ulicy stoi kobieta, która rozdaje ulotki, prawdopodobnie organizacji pomocowej i zachęca do wspierania ludzi w trudnej sytuacji. Obok leży bezdomny? Żebrak? Nieważne. Leży człowiek, któremu nikt nie pomaga. Przypomina mi się rozmowa z Mateuszem Janiszewskim i jego rozczarowanie organizacjami pomocowymi, które na utrzymanie siebie samych zżerały wielkie budżety a życie, a właściwie śmierć i choroby zbierały żniwa tuż obok. Pod ich drzwiami. Wielokrotnie od tej pory zastanawiałam się nad sensem utrzymywania organizacji humanitarnych. Nad sensem wolontariatu, który dla wielu ludzi jest sposobem na tanie zwiedzanie świata.

       

      Ruben Östlund pokazał w „The Square” wszystko to, co jest śmieszne we współczesnej sztuce. Jej napuszenie na robienie rewolucji artystycznych, które rozumieją jedynie ich twórcy. Kpi z instalacji artystycznych, które w opinii kuratorów urastają do bezcennych organizmów, a dla innych mogą być zwykłą kupką śmieci. W jednej ze scen oglądamy przygotowania do wernisażu, które wyglądają jak prace drogowe. W efekcie powstaje instalacja. Jej treścią jest zbudowanie przestrzeni, w obrębie której każdy może otrzymać pomoc od drugiego człowieka. W czasie całego filmu nie widzimy ani jednej osoby, która chciałaby wejść w jej obręb. Sztuka, którą oglądamy odeszła już od człowieka, stała się przedsięwzięciem jedynie akademickim, dla bardzo wąskiej grupy odbiorców. Hermetyzuje świat na tych, którzy ustalają co jest sztuką, i na tych którzy rozumieją wybory kuratorów.

       

      Jej aspiracje, żeby docierać do masowego odbiorcy są tym bardziej absurdalne. Na pograniczu tych ambicji rodzą się kontrowersyjne pomysły na promocję kultury. W filmie powstaje film viralowy, którego wydźwięk ma poruszyć opinią publiczną. Okazuje się, że kultura, która odżegnuje się od chwytów telewizji newsowych, sama sięga po tę samą retorykę. Absurd goni absurd, sugeruje Ruben Östlund.

       

      Dziennikarka, która przeprowadza wywiad z dyrektorem muzeum sztuki współczesnej ociera się o banał. Nawet ona nie rozumie sztuki. Wygląda na to, że to i tak nie ma znaczenia. Rozmowa musi być newsowa, krótka, dynamiczna i na poziomie masowego odbiorcy. Nikogo już nie interesuje głębokie omówienie, bo i tak teksty, które towarzyszą sztuce wchodzą na taki poziom interpretacji, że nikt oprócz absolwentów historii sztuki nie jest w stanie ich zrozumieć. Język, którym operuje sztuka jest w konflikcie z językiem codzienności: zawiły, skomplikowany, robi wrażenie bełkotliwego. Ale nie tylko dziennikarka specjalizująca się w relacjach kulturalnych potrzebuje korepetycji. Nie tylko ona nie rozumie sztuki współczesnej. Dla wielu osób obcowanie ze sztuką zamienia się w zaliczanie wernisaży: dla darmowego alkoholu, darmowych przekąsek. Dla pokazania się.

       

      Sztuka chce obalać mity, kłócić się z tabu, chce poruszać i rozrywać granice. Ale nawet ci, którzy ją tworzą nie potrafią wybronić jej języka. Wydaje się na współczesną sztukę miliony, a w efekcie służby porządkowe mogą ją pomylić z kupą śmieci. Ci, którzy współtworzą debaty, opiniotwórcza prasa jest zbyt uwikłana w poprawność polityczną, żeby faktycznie wywołać rzetelną dyskusję publiczną. A elity współfinansujące sztukę karnawalizują ją. Nic i nikt ostatecznie nie jest w stanie wybronić się. I tu przechodzimy do kulminacyjnej sceny.

       

      To, co pokazuje nam Ruben Östlund to trzy światy. Ten oficjalny, gdzie mamy pompatyczne przemówienia, wykwintnych gości, piękne garderoby. Zakulisowy, obdzierający pompę z pozłoty, gdzie ćwiczy się spontaniczność, gdzie poprawia się zniszczoną przez ekipę sprzątającą instalację. I świat obok, który kłóci się z wyznawanymi oficjalnie ideami. Wysoka kultura lubuje się w wysokich budżetach. Dyrektor przemieszcza się po mieście teslą. Oddalenie od rzeczywistości jest coraz dobitniejsze. Ci sami, którzy uczą nas wrażliwości na los drugiego człowieka, w konfrontacji boją się kontaktu z tym człowiekiem. Okazuje się, że mają ambicje edukować ludzi, o których życiu, potrzebach i wrażliwości nic nie wiedzą. Sztuka, która wchodzi na salony staje się sztuką salonową, przypomina Ruben Östlund, pokazując, że tutaj nie było i nie będzie miejsca na wzajemne zrozumienie.

       

      Wielki regał z książkami, który wypełnia otwierający kadr filmu staje się metaforą. Nie każdego stać na tyle książek. Nie każdy ma czas na czytanie tylu książek. Ale regał z książkami jest częścią świata kultury. Wypada mieć własna biblioteczkę, ten element wyposażenia domu świadczy o wyższości właściciela nad nieoczytaną masą. Zakładamy, że właściciel dużej biblioteki to miłośnik literatury. Tak jak bywalec galerii, muzeów to miłośnik sztuki. Zakładamy, że literatura i sztuka uwrażliwia. Że jej wyznawcy to lepsi ludzie. Można jednak czytać o bólu, poznać anatomię człowieka, historię choroby. Ale to w żaden sposób nie zbliży nas do zrozumienia cierpienia człowieka. Do tego trzeba czego więcej od ambicji, jakie stawia sobie współczesna literatura czy sztuka. I to właśnie o tym jest poruszający film Rubena Östlunda.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „The Square - film o snobizmie w kulturze”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 maja 2018 22:23
  • piątek, 27 kwietnia 2018
    • Ogień. Pierwotna siła natury - Thomas Svardal

      Tysiące wypraw norweskimi, dzikimi szlakami, tyleż samo rozpalonych ognisk i uczenia się na własnych błędach i próbach. Wreszcie poczucie pełni dające bycie w przestrzeni, gdzie człowiek, jego słabości, hart ducha i wola sprawdzenia się stają się wypadkową wspólnych wędrówek, odkrywania piękna drzemiącego w nieśpiesznym byciu razem, kontestowania upływających leniwie chwil i napawania się wonią lasu, chłodem gór, zapachem mokrej ziemi, trawy tuż po deszczu. To wszystko to nastrój „Ognia. Pierwotnej siły natury” przebijający się zza warstw praktycznych, ujmujących opisem wskazówek. Bo gdy „zaczyna płonąć ognisko natychmiast pojawiają się ciepło, światło, nadzieja, satysfakcja i radość płynąca z piękna przyrody. Leżysz, uśmiechasz się z czystą wdzięcznością za wszystko, co ognisko oddaje w zamian za nieco pracy. (…) Poczujesz ciepło w całym ciele i sercu”.

       

      Ogien_pierwotna_sila_natury_thomas_svardal_recenzentka

       

      Ogień. Pierwotna siła natury” mógł powstać jedynie w Skandynawii. A przynajmniej tam, gdzie największą wartością jest czas poza pracą. Czas wypełniany pasją dającą flow z bycia tu i teraz. Czas spędzany z bliskimi, przyjaciółmi, znajomymi i rodziną. I luksus nieliczenia tego czasu.

       

      Thomas Svardal pisze, że ta książka nie powstałaby, gdyby nie pierwsze odkrycie dotyczące ogniska, jeszcze w wieku przedszkolnym, kiedy to dziadek pokazał mu coś, w co inaczej by nie uwierzył: cudowne właściwości smolnych szczap z łatwością płonących w deszczu. Potem przyszły liczne wyprawy z łowieniem pstrągów, na które zabierał go ojciec. Ale prawdziwa wiedza przyszła wraz z poznaniem umiejętności Saamów, od zawsze żyjących w zgodzie z naturą, dla których ogień jest często jedynym sprzymierzeńcem w środku zimy, podczas długich wędrówek w góry za stadami reniferów, gdy trzeba było przeżyć bez namiotu i śpiwora.

       

      Ogień. Pierwotna siła natury” to i survivalowy poradnik, ale to też ukłon pod adresem często nieujarzmionej norweskiej przyrody. To też wyraz tęsknoty za czymś pierwotnym i świadectwo życia, które dopiero gdy płynie w rytm Natury, daje ukojenie. Pięknie sfotografowane ogniska dopełniają wrażenia pełni, której kwintesencją jest wędrówka, bycie na szlaku, życie z dala od stresu codzienności, zwolnienie do szybkości marszu, podczas którego najważniejsze jest bycie razem, leśne kąpiele, napawanie się widokami.

       

      Thomas Svardal uroczo łączy tęsknotę za dobrym - równa się - w zgodzie z sobą i Naturą życiem z wyjątkowo praktycznymi wskazówkami. Ani na chwilę nie opuszcza nas nastrój nostalgii, spokoju i mindfulnessowej esencji, gdy autor opowiada o tym, że świeża brzoza karpacka daje najwięcej żaru ze wszystkich gatunków drzew, o tym jakie drewno pali się podczas deszczu, jak zapalić ognisko bez użycia zapałki czy podczas deszczu. Jeśli ktoś porównuje czas spędzony na przygotowywanie ogniska do darmowej terapii, to łatwiej zrozumieć jakość jego pisania. Ognisko dla Svardala to magiczne wręcz miejsce, o ogromnej sile przyciągania. Miejsce, przy którym puszczają nerwy codzienności, zwalnia rytm, a rozmowy układają się w kojące opowieści. Kontakty, więzi społeczne, które w dalekiej przeszłości scalały społeczności zasiadające wokół ognisk, były częścią procesu, który przemienił nas w ludzi – pisze w jednym miejscu Svardal powołując się na opinie naukowców i dając też wyraz własnemu stosunkowi do czasu i sposobu, w jaki ognisko scala, łączy, daje poczucie spokoju i bezpieczeństwa.

       

      Niezwykła to lektura, która z taką czułością dla przyrody wprowadza nas w jej tajniki. Miejscami można się poczuć jak podczas wędrówki z autorem, który skupia naszą uwagę na pożytecznych wskazówkach, podpowiadając gdzie i jak szukać opału, jak zawsze być przygotowanym do rozpalenia ogniska, gdzie szukać rozpałki. Jaka będzie różnica rozpalania ognia hubą a korą. Jak połączyć główne zasady rozpalania ognia i przygotować jednocześnie najlepsze podłoże dla ogniska. Dla człowieka wychowanego w surowych, betonowych blokowiskach wśród wyasfaltowanych dróg to jak otwarcie drzwi do rozbuchanego, uderzającego nadmiarem przedpola Natury, która z dzikiej staje się nagle oswojona i przyjazna. Okazuje się, że pasek kory brzozowej może rozpalić drobniejsze gałązki, a te dadzą ogień grubszym kawałkom. Martwe gałęzie, które można znaleźć u dołu każdego świerku, dadzą podczas rozpalania ogniska dużo światła i najpiękniejsze płomienie. W ostateczności nawet zabrane przedmioty, jak szklanka, plastikowy woreczek po napełnieniu własnym moczem mogą stać się soczewką dla rozpalenia ogniska bez ani jednej zapałki.

       

      Rozpalanie ogniska podczas pieczenia ziemniaków czy kiełbasek nagle nabiera niemal architektonicznej kwintesencji. Ognisko typu piramida (tipi), szałas, pagoda, które Svardal określa ogniskiem dla pedantów. Czy klin - ognisko zwycięzców. Albo fantastyczne rozwiązanie dla tych, którzy chcą trzymać ciepło przez całą noc lub zostają w obozowisku dłuższy czas, czyli ognisko z bali.

       

      I nie ma znaczenia, czy zawczasu zadbamy o rozpałkę, bo Svardal podpowiada, że mogą nią być nawet zabrane z domu kłaczki z suszarki bębnowej, zebrany po drodze suchy mech, sucha trawa. Nie ma też znaczenia, czy rozpalamy ogień w samym środku lasu, w rzęsistym deszczu, na mrozie w metrowym śniegu, na gołej półce skalnej, w górach, bo cała przyroda jest naszym sojusznikiem i wszędzie, w każdych warunkach znajdziemy nieco inne rozwiązanie, żeby uszczknąć z ognia nieco ciepła, otrzymać więcej i bardziej spektakularne światło. Można tutaj nawet przeczytać o łóżku wierzbowym nad żarem, o gotowaniu wody w papierowej torebce. Thomas Svardal podpowiada jak upichcić dobrą rybę, ziemniaki, warzywa. Kiedy wykorzystać do tego żar, a kiedy dym, bo ten raz „daje nutę żywicy”, innym razem „delikatny dymny ślad”. Jak podgrzać kawę, a innym razem jak ugotować wodę do zaparzenia świeżej.

       

      Napisanie „Ognia. Pierwotnej siły natury” zajęło aż osiem lat. Widać, że temu procesowi towarzyszyła pasja i nieśpieszne próbowanie się z Naturą. Nie ma tu ani krzty walki z czasem, bo jak twierdzi autor „ogniska nie da się pogodzić ze stresem”. Piękne, nostalgiczne zdjęcia dopełniają wrażenia ogromnego otwarcia na przeżywanie świata z uważnością na co dzień. To nie tylko praktyczny przewodnik po ogniskach. To też przewodnik po życiu. I każdemu życzyłabym takiej nieśpiesznej, bliskiej przyrodzie rzeczywistości, w której pełnię przeżywa się podziwiając rozpościerającą się na horyzoncie panoramę, przy iskrzącym ognisku, z kubkiem zagotowanej chwilę przedtem mocnej herbaty.

       

      Recenzja: „Ogień. Pierwotna siła natury”, Thomas Svardal, MUZA SA, Warszawa 2018. Przekład: Witold Biliński / sandr.pl. Tytuł oryginału: Bål. For All slags vær og ter reng (2015). Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna. Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz. Korekta: Bogusława Jędrasik. ISBN 978-83-287-0891-4. Stron: 151. Książka zawiera zdjęcia ognisk autora.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję: Wydawnictwo MUZA SA

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Ogień. Pierwotna siła natury - Thomas Svardal”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      piątek, 27 kwietnia 2018 23:32
  • czwartek, 12 kwietnia 2018
    • Smak prawdy - Hanna Lindberg

      Na początku chciałam napisać, że napięcie uciekło z tej książki. Poszło sobie, a raczej śmignęło z powrotem do Szwecji. Kończąc ją wiedziałam, że nie dotarło nawet do brzegu jej akapitów. Nie odpaliło nawet z pasów startowych. Pogrążyło się w wyobraźni człowieka, który wymyślił okładkowe hasło: „intrygujący, zaskakujący i przewrotny”.

       

      Smak_prawdy_Hanna_Lindberg

       

      Słyszałam o giełdach, na których wydawcy licytują prawa do książek, których nigdy nie czytali. Warunki takiego pozyskiwania tytułów narzuca im od razu konieczność publikacji również książek nienapisanych. Prawo staje się pętlą u szyi, zwłaszcza gdy autorowi drgnie ręka i zamiast nowego „Millennium” tworzy w nurcie narracyjnej pustki. Nie czytałam debiutanckiej powieści Hanny Lindberg, więc nie ocenię nadziei, jakie mógł mieć potencjalny wydawca biorąc się za przekład „Smaku prawdy”.

       

      Nic, totalnie nic w tej książce nie pociąga. Narracja przypomina upartego osła, który za żadne skarby nie chce ruszyć z miejsca. Zwroty są równie prawdopodobne jak to, że piszę ten tekst w gorącym uścisku z Woody Allenem. Ludzie pojawiają się tu bez większego uzasadnienia. Nie wiadomo, skąd u diabła wiedzą, gdzie są poszczególni bohaterowie i co robią. Podejrzewałam nawet, że to może jakiś paranormalny kryminał, stąd ta galeria wyrastających znikąd postaci.

       

      I dziw bierze, że reporterka jednej z największych szwedzkich popołudniówek „Aftonbladet” i podobno wzięta felietonistka „Metra” tak nużąco opowiada historię. Dziennikarze zazwyczaj mają coś więcej od lekkiej ręki do płynności tekstu. Mają wrażliwość do szczegółu, wyjątkowość składania ludzkich historii w przejmujące narracje. Stąd sukces chociażby Stiega Larssona czy Majgull Axelsson. To się przecież rozwija i precyzuje z kolejnym tekstem. Ale pewnie niektórzy zatrzymują się w pisaniu tam, skąd odpalił pewnego dnia Maciej Zaremba Bielawski uświadomiwszy sobie, że dobry reportaż nie tylko opowiada, co pokazuje życie. I akurat ta cecha cudownie pasuje do kryminału. Nie da się opowiedzieć wartkiej akcji bez kreowania obrazów w wyobraźni. Hanna Lindberg tego nie potrafi. Potrafi za to rozkminiać, gadać, mękolić i tworzyć narracyjne pociągi donikąd. I sunie niczym osobówka po zakrętach, mieląc po drodze monotonne widoki.

       

      Jedyna rzecz, która jej wyszła to pomysł na powieść. Która ze wszech miar powinna się udać. Oto dziennikarka specjalizująca się w branży gastronomicznej wymyśla kulinarne trio szefów kuchni. Podczas gali wręczenia nagrody kucharza roku pada strzał. Ginie znienawidzona krytyczna kulinarna. Do akcji wkracza dziennikarka (alter ego Lindberg?), która wraz z nią tworzyła niezależny portal informacyjny. Jest tu miejsce i na intrygę i na milion domysłów, na galerię zawistnych ludzi z branży. Jest tu cały plac św. Piotra na narracyjne sztuczki, podchody i ucieczki. Temat szalenie popularny i chwytliwy. Niezliczona obecnie liczba kulinarnych show królujących w tv, szefowie kuchni w nowej roli celebrytów. Księgarskie półki uginające się od autorskich książek gwiazd pichcenia, blogowych bogów kuchni, restauracyjnych guru. Niekończące się festiwale kulinarne i obsesja mówienia o jedzeniu, robienia filmów o branży: „Julie & Julia” czy choćby Bradley Cooper w „Ugotowanym”. „Smak prawdy” naprawdę powinien się genialnie sprzedać. I sądzę, że tak to zadziałało. Ktoś w ciemno, po zapoznaniu się ze streszczeniem kupił tu prawa.

       

      Hanna Lindberg mogła nawet zapoznać się z teorią pisania kryminałów czy w ogóle sztuczkami narracyjnymi. Wykorzystuje model, który nazwałabym wręcz szkołą szwedzką. Mamy trzy przeplatające się wątki narracyjne: główny, gdzie szaleje dziennikarka Solveig Karolina Berg, 28 l., „zameldowana na Hornsgatan 104, Södermalm, niezamężna, bezdzietna, blond włosy”. To tutaj toczy się śledztwo. Solveig doszukuje się w restauracyjnej strzelaninie, która zabija jej przełożoną drugiego dna. Vanja Stridh tuż przed śmiercią powie jej coś, co naprowadzi dziewczynę na trop, który z niezrozumiałych powodów lekceważy policja. Drugi wątek opowiada o niejakim Lennie Lee. Lindberg wprowadza tę postać dla mieszania w fabule, która jednak z wydarzenia na wydarzenie traci na wiarygodności i przenosi się w rejony wydumanych i odrealnionych. Poziom wiarygodności i prawdy psychologicznej sięga tu kondygnacji ujemnych. Nie trzeba być mistrzem psychologii czy guru relacji interpersonalnych, żeby kreować pełnokrwiste postaci. Tu naprawdę przydaje się umiejętność obserwacji i ściągania z życia. Ale Lindberg ma ambicje wymyślać i daje plamę na całej linii. Nie do wiary, jak spaprała w tym temacie. A ostatni wątek to gwóźdź do jej literackiej trumny. Czytamy coś w rodzaju pamiętnika, jego autora poznamy na końcu. Skandynawowie mają tendencję do załatwiania różnego rodzaju problemów społecznych w swoich powieściach. I chwała im za to. Jednym to się udało tworząc nowy podgatunek kryminalny, inni to naśladują. Nieudolnie, męcząco i nudnie. Najlepszym dowodem jest „Smak prawdy”.

       

      Taki model konstruowania tekstu w naturalny sposób daje przestrzeń dla budowania napięcia. Wystarczy jeden wątek zatrzymać na nierozstrzygniętym wydarzeniu. Rozpocząć nowy i kontynuować do kulminacyjnej sceny, którą przerywa kolejny wątek. I tak rozbudzając zainteresowanie tworzy się naturalne napięcie. Hanna Lindberg nie poznała jednak definicji napięcia. Brak sprawności autorki jest porażający. Mimo, że sięga po sprawdzone narzędzie, nie jest w stanie nawet wydusić z niego odrobiny emocji.

       

      Zastanawiając się, czy jest w tej powieści, coś wartego polecenia zatrzymuję się nad mapą Sztokholmu. O ile jest go sporo w książce, to Lindberg zachowuje się jak pracownicy informacji MPK. Znowu zamiast rozbudzać wyobraźnię bawi się w wyliczanki. Buster Hansson mieszka na osiedlu Atlas przy Sankt Eriksplan. Lennie patrząc na miasto widzi „Riddarfjärden, Västerbron i całą drogę do Mälarhöjden i Gröndal”. Solveig i Dan Irén „przysiedli na ławce pod pomnikiem pisarza Augusta Strindberga w Tegnérlunden, małym parku na wzniesieniu, który wyznaczał granicę między dzielnicami Vasastan i Norrmalm”. To jest kryminał, więc nie oczekuję, że Lindberg wyjdzie w miasto jak Michał Cichy, ale niechby dała nam miasto, które żyje. Niech w nim pokaże cokolwiek oprócz instalowania miejscówek na siatce topograficznej.

       

      Hanna Lindberg ma sporo literackich problemów, a ten największy ma z pisaniem kryminałów.

       

      Recenzja: Hanna LindbergSmak prawdy”, Edipresse Książki, Warszawa 2018. Ze szwedzkiego przełożyła: Agata Teperek. Tytuł oryginału: STHLM Grotesque. Redakcja: Agnieszka Jeż. Korekta: Ita Turowicz, Ewdokia Cydejko. Projekt okładki i stron tytułowych: Krzysztof Rychter. Skład i łamanie: Typo. ISBN 978-83-8117-316-2. Stron: 368.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję: Edipresse Książki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 kwietnia 2018 11:58

Kalendarz

Wrzesień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014