Recenzentka

Wpisy

  • czwartek, 13 kwietnia 2017
    • #YOLO - Jakub Koisz

      #YoloJakuba Koisza to bardzo udany z wielu względów debiut, który przypomina wypadkową „Gry w klasy” Julio Cortázara, prozy beatników i fali książek w stylu „My, dzieci z dworca ZOO”. Jest tu nieśpieszne tempo nieustannego melanżu, wspomnienia z urwanych filmów, atmosfera nieprzerwanego ciągu narkotyczno-dopalaczowego. Jest seks, kłamstwa i wpisy w mediach społecznościowych. Kilka rzeczy sprawia jednak, że proza Koisza wtapia się w literackie czeluście, nie wyróżniając się niczym szczególnym.

       

      #Yolo Jakub Koisz

       

      Zacznijmy jednak od początku. Pisarzy, którzy zostawiają po sobie stylistyczny, rozpoznawalny trop jest w sumie niewielu. Jakub Koisz niewątpliwie językowo postawił kropkę nad wybijającym się, charakterystycznym „i”. Ma świetne ucho, bardzo dobre wyczucie stylu i pisze językiem, który ani na chwilę nie traci na impecie. Podejrzewam wręcz, że jeśli jest w trakcie kolejnej powieści, to będzie ona zupełnie inna. Wyczuwam u niego potrzebę mierzenia się z różnymi materiami. Nie będzie to jednak eksperyment na miarę Korporacji Ha!art czy Lampy i Iskry Bożej. Jakub Koisz nie stanie się Dorotą Masłowską w spodniach, ani nawet Małgorzatą Rejmer, która na nowo opowiada nam Warszawę w „Toksymii”. Będzie raczej chodzącym lustrem, w którym, jak w „#Yolo”, odbija obraz zblazowanych warszawskich dwudziestoparolatków. Potrafi pisać naśladując, nie wyczuwam w nim autora, który ma zadatek na wywracanie literatury. Chociaż wyraźnie chce zostawić po sobie coś oryginalnego. Językowo wyczuwam swobodę mówienia slangiem, bez wpisanego w to ryzyka ośmieszenia. Koisz wtopił się w słowotwórcze wygibasy; jest cięty, dowcipny i mocny. Czy to jednak wystarczy?

       

      Postać, którą wybrał na najważniejszego bohatera, to obserwator, kontestator i główny komentator. To dzięki niemu wchodzimy w zamknięty świat (części) pokolenia 20+. Moim zdaniem też dość charakterystyczny. Bo spójrzmy kto i o czym pisze. A potem kim jest i jak żyje. Sporo mamy literatury o problemach zblazowanych, zamożnych dzieciaków (czy dorosłych), które mogą sobie pozwolić na alternatywne wybory, kosztowne imprezowanie i drogie upijanie się życiem. Tego prawdziwego (równa się zwyczajnych Polaków) jest mało, stąd tyle powieści o pisarzach w roli głównej, środowisku artystycznym, wszelkiej maści dziennikarzach, pracownikach teatru itp.. Uwikłani w życie, zmęczeni ludzie - jak widzę - nie mają czasu i siły, żeby pisać książki. Piszą je w większości ci, którzy na taki luksus mogą sobie zwyczajnie pozwolić. Brak prawdziwego życia i wracanie do przepisanych już po raz setny problemów, po prostu jest wtórne. No i nudne. Ciężko jest mi się zdobyć na zainteresowanie kolejną prozą w stylu „ćpanie, bzykanie i melanżowanie”.

       

      Gdy sięgam po powieść w stylu „#Yolo” czekam na odrobinę świeżości, ale otrzymuję bardzo dobrze odtworzony fragment zamkniętej rzeczywistości. I nic więcej. Nawet jeśli Koisz językowo odlatuje, to wyłącznie na poziomie odtwarzania stylu małolatów silących się na oryginalność. W dodatku jest kolejnym polskim prozaikiem, który upaja się własnym wyrafinowaniem słowotwórczym na niekorzyść historii, która wymyka mu się z rąk i staje się nieciekawa. Wolałabym tę powieść otrzymać w formie nowelki lub opowiadania, bo w takiej objętości błysnęłaby, tu jednak przedłuża się o niepotrzebne strony.

       

      Kolejne pytanie, to czy naprawdę potrzebujemy jeszcze jedną powieść o mężczyźnie, oczywiście inteligentnym, oczytanym, tym razem też ze znajomością filmu, który patrząc na kobiety, widzi wyłącznie dziwadła, zazwyczaj głupie, wyskakujące z majtek, nawet wówczas, gdy panowie są zmęczeni i właściwie od niechcenia „spuszczają się w rozjechane i suche szparki hipsterek”. Czy potrzebujemy kolejnych reprezentantek kultury obrazkowej, z których „żadna nie zwróciła uwagi na książki, ale od razu wpadły im w oko obrazy z superbohaterami”. Nic nie przekonało mnie do powieści Jakuba Koisza, nic nie sprawiło, że chciałabym zaakceptować ten opis świata i jego literacki wybór. Na miliony jest w literaturze głupiutkich panienek, „lubiących się z kimś przelizać”, rozkładających non stop nogi. Bohaterki Koisza tym różnią się od bohaterek rocznikowo od niego starszych panów pisarzy, że środek głupoty krąży w ich przypadku po nieco innej orbicie. Bo mamy inne czasy, więc Karolina „już osiągnęła to, o czym marzyła w gimnazjum: pełne zblazowanie, sporą grupę wyznawców na swoim modelingowym fanpejdżu oraz całkiem sporą wiedzę na temat środków psychotropowych”. Koisz przypomina mi Augusta Strindberga, tyle, że kilkanaście dekad później, gdy pisze: „Jeśli waginy samic homo sapiens wytwarzały śluz każący mężczyznom, niczym mrówkom, zapieprzać od świtu do zmierzchu na dwie zmiany, pokonywać kilometry, pocić się krwią, to ona była tutaj alfą, prawdziwą królową feromonów”.

       

      Jakub Koisz jest trochę jak jego bohater, który poznając dziewczynę, stwierdza, licząc, że dziewczyna „odczyta erotyczny podtekst tego bełkotu”, że „każdy mężczyzna tworzy. Z każdego z nas wypływa energia, która pozornie rzucona na pastwę chaotycznego świata znajduje jednak swój dom, wchodzi w relacje, łączy się w jeden niezależny byt. To jest architektura życia…”. I podobnie do tej postaci sam sporo tworzy, przekładając otaczający go świat na kolejne projekty, tym razem literacki. W pisaniu najważniejsze jest dla mnie pytanie „Po co?”. Jeśli jest sens, to wówczas warto pisać. I jeśli miałabym coś doradzić debiutującemu pisarzowi, to postawienie sobie tego pytania i powtarzanie go tak długo, aż zrozumie: po co pisać kolejną książkę?

       

      Recenzja książki: #YOLO, Jakub Koisz, Wydawnictwo Ovo, Wrocław 2016. Redakcja: Katarzyna Kostołowska. Korekta: Anita Baraniecka-Kozakiewicz. Grafika na okładce: Miedzioryt "Kot" Marcin Makarewicz. Projekt okładki i skład: Marcin Makarewicz. Zdjęcie na okładce: Evilvision. Wydanie I. ISBN: 978-83-935709-7-3. Stron: 269.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Wydawnictwo Ovo

       

      KONKURS!!! Chcesz mimo wszystko przeczytać tę książkę? Jeśli tak jej egzemplarz może być Twój. Napisz do mnie, dlaczego chcesz przeczytać "#Yolo". Skontaktuję się wyłącznie z autorem najciekawszego uzasadnienia i tę osobę poproszę o adres do wysyłki książki. Na Wasze odpowiedzi czekam dzisiaj, do godz. 23:59.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 kwietnia 2017 19:55
  • wtorek, 11 kwietnia 2017
    • Co wspólnego ma Muzeum Literackie Henryka Sienkiewicza w Poznaniu ze Szwecją?

      Co wspólnego ma Muzeum Literackie Henryka Sienkiewicza w Poznaniu ze Szwecją? Dla łowców szwedzkich ciekawostek znalazłam trop ciągnący się od polityki, przez alkowę, prosto do Wielkopolski, dodatkowo podaję praktyczne informacje, jak zorganizować w przyzwoitej cenie jednodniowy literacki wypad do Poznania.

       

      Pozna_1
      Od pierwszego wyjazdu jestem fanką BlaBlaCar, więc zachęcam do takiej formy podróżowania. Wyjechaliśmy z Łodzi o 5:45, prawie spod domu i o 8:10 byliśmy na miejscu. Mój kierowca wybierał się na Targi, więc wysadził mnie w najlepszej z możliwych lokalizacji, przy dworcu. Koszt dojazdu 20 zł. Szybciej i taniej nie da się, co ma zasadnicze znaczenie, gdy się oszczędza każdą chwilę na czytanie i każdą złotówkę na nową książkę. Na miejscu sugeruję kupić bilet dobowy na komunikację miejską, dzięki czemu wypad do Muzeum można połączyć ze zwiedzeniem miasta. Cena to 13,60 zł za bilet normalny. Siłą rzeczy rozpoczęłam pobyt krótką rundką po Rynku, bo Muzeum otwiera się o 9:00. I chociaż zawsze będę się upierać, że zwiedzanie Poznania najlepiej zaczynać nocą, bo nic nie robi takiego wrażenia, jak bajecznie kolorowy, oświetlony poznański Rynek. Ale poranny spacer, opustoszałymi uliczkami, którymi wracają piątkowi imprezowicze, pałaszowanie bułki w rytm stukających o bruk obcasów i podglądanie turystów, którym niegroźny jest chłodny, kwietniowy poranek, też ma swój urok.

       

      Poznan_Wroclawska

       

      Polecam wsiąść na Rondzie Kaponiery w tramwaj nr 2 i wysiąść przy Wrocławskiej. To będzie malownicze, urokliwe preludium do dalszej części. No chyba, że ktoś nie lubi krętych brukowanych uliczek, zabawnych wystaw sklepowych i starych kamienic. W sobotę wstęp do Muzeum jest bezpłatny, zarówno na wystawy czasowe i na stałą ekspozycję. Co jest zaskakujące, zważywszy na niechlubną łatkę rzekomo skąpych poznaniaków. Muzeum ma kilka pięter, w zabytkowej kamienicy, z siedemnastowiecznymi stropami. I naprawdę warto pozadzierać głowę. Bo jest niemal jak na Wawelu.

       

      Poznan_Muzeum_Literackie_Henryka_Sienkiewicza

       

      Na zdjęciu widok kamienicy, w której siedzibę ma Muzeum Literackie Henryka Sienkiewicza, Poznań

       

      Na parterze w niewielkiej salce zobaczycie wystawę "Autografy sławnych ludzi. Ze zbiorów Muzeum Literackiego Henryka Sienkiewicza i Biblioteki Raczyńskich". To klasyczna ekspozycja z witrynkami i pokazywaniem eksponatów za szkłem. Ciekawie urozmaicona dużymi tekturowymi planszami stojących autorów autografów.

       

      Poznan_Muzeum_Literackie_Henryka_Sienkiewicza_2
      Nie widziałam podpisu Piłsudskiego i wyobrażałam sobie, że musiał być zamaszysty i dominujący. A tu zaledwie inicjał imienia i kawałek nazwiska. Dla grafologów to gratka. W kategorii wizytówek sporo się zmieniło. Dzisiaj to prawie książki teleadresowe, a kiedyś czasem tylko imię i nazwisko. Rzucił mi się bilecik wizytowy z podziękowaniami za ugoszczenie, to bardzo szwedzki zwyczaj. Kiedyś najwyraźniej był też polski, może warto wrócić do takiego "tack för senast"? Na piętrach przechodzi się na stałą ekspozycję o Sienkiewiczu. Sporo tradycyjnych gablotek + trochę multimediów.

       

      Poznan_Muzeum_Literackie_Henryka_Sienkiewicza_6
      Do obejrzenia zdjęcia, fragmenty ekranizacji. Między innymi zdjęcie Sienkiewicza na tle Krupówek, pustych i nie do poznania. I aranżacje mebli, częściowo z epoki dla odtworzenia ducha czasów, częściowo tych, z których sam korzystał. Biurko, przy którym pracował czy meble rodziny, u której gościł.

       

      Poznan_Muzeum_Literackie_Henryka_Sienkiewicza_41

       

      Poznan_Muzeum_Literackie_Henryka_Sienkiewicza_7

       

      Poznan_Muzeum_Literackie_Henryka_Sienkiewicza_8

       

      Na zdjęciu biurko, przy którym Henryk Sienkiewicz pracował, gdy przebywał w Krakowie.

       

      Spędziłam tam 2,30 h, ale to za mało na przeglądnięcie wszystkiego. Nie wiedziałam, że Sienkiewicza wydawano w wersji komiksowej. I to nie raz.

       

      Poznan_Muzeum_Literackie_Henryka_Sienkiewicza_5
      To, tak jak napisałam, to tradycyjna wystawa nastawiona na ekspozycję posiadanych zbiorów. Praktycznie bez narracji, bo historię Sienkiewicza trzeba sobie samodzielnie odtworzyć z oglądanych zdjęć, przedmiotów. Więc raczej sugerowałabym oglądać wystawę z przewodnikiem. Albo można zagadać pilnującego wystawę Pana, bo praktycznie razem ją zwiedzaliśmy, zapuszczając się w długie rozmowy. Zaskakujące jest to, że Poznań ma muzeum poświęcone Sienkiewiczowi, który tu tylko bywał, ale nie mieszkał.

       

      Poznan_Muzeum_Literackie_Henryka_Sienkiewicza_31

       

      A ze smaczków szwedzkich, znajdziecie tutaj fragment listu Edwarda Aleksandra Raczyńskiego do Wawrzyńca Benzelstjerny Engeströma, którego dziadek, hr. Lars Benzelstierna d’Engeström (1751-1826), był posłem szwedzkim w Warszawie, sekretarzem i kanclerzem króla Gustawa III, a w czasie Sejmu Wielkiego aktywnym uczestnikiem prac nad Konstytucją 3 Maja. Zakochał się, poślubił Rozalię Chłapowską, a u schyłku życia osiadł w Wielkopolsce. Ojciec Wawrzyńca to Gustaw Stanisław Benzelstierna Engeström (1791-1850), generał rosyjski, gubernator Baku, który w wieku 18 lat wziął udział, jako porucznik dragonów gwardii króla Karola XIII, w wojnie Szwecji z Finlandią. Wawrzyniec Engeström (imię otrzymał po dziadku, szwedzki Lars to Laurentius) wychowywany był przez babcię, Rozalię z Chłapowskich Engeströmową oraz matkę Leokadię z Gajewskich Engeströmową, w podpoznańskich Jankowicach, do momentu jego wyjazdu na nauki do Krakowa. W 1880 roku otrzymał w spadku majątek w Rivfelsta (dziś Revelsta w gminie Enköping w regionie Uppsala) i nazwisko Benzelstierna po swojej prababce, Margarecie. Wraz z babką i szwedzkim dziadkiem spoczywa w kaplicy rodowej przy kościele pw. św. Stanisława Biskupa w Ceradzu Kościelnym. Upamiętniony głazem zlokalizowanym na skwerze Ireny Bobowskiej w Poznaniu.


      Informacje nt. Wawrzyńca Benzelstjerny Engeströma cytuję za Wikipedia

       

      CDN…

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 kwietnia 2017 17:59
  • środa, 22 marca 2017
    • Dawniej, kiedy mi się nudziło, spotykałem się z gościówą od towaru na Gocławiu

           Dawniej, kiedy mi się nudziło, spotykałem się z gościówą od towaru na Gocławiu, brałem trzy sztuki. Starczyło na dwa dni resetu i czas modelował się sam, raz kurczył, raz wydłużał, cokolwiek więc zdarzyło się po zeżarciu grama, było przynajmniej na początku nowe.

           Teraz, gdy melatonina mi wysycha, a pod powiekami zalega sen, wychodzę. Prosty myk. Idę do pobliskiej stacji paliw, na uszach mam słuchawki, zamawiam jedną z tych rozbełtanych kaw, czasem zwykłą czarną, kiedy indziej latte, a potem napawam się myślą, że kofeina to już najmocniejsze, co pływa w moich żyłach. Pan Wspaniały. Nowy i Pachnący.

           Gdy kobieta za kasą pyta o coś jeszcze, automatycznie odmawiam. Nie słyszę jej, ale pamiętam, że zawsze chodzi o pieprzone, ryjące kichy hot dogi, idealny posiłek dla wymiętych imprezami spierdolin, do których kiedyś należałem. Przykładam kartę płatniczą, biorę kubek i idę w kierunku domu, słuchając audiobooka. Pokonuję przejście dla pieszych, uśmiecham się, jeśli kogoś minę, choć to akurat nie zawsze. Różnie tak chodzę, w południe lub wieczorem. Wtedy był wieczór.

       

      Yolo_Jakub_Koisz

       

      Początek książki: #YOLO, Jakub Koisz, Wydawnictwo Ovo, Wrocław 2016. Redakcja: Katarzyna Kostołowska. Korekta: Anita Baraniecka-Kozakiewicz. Grafika na okładce: Miedzioryt "Kot" Marcin Makarewicz. Projekt okładki i skład: Marcin Makarewicz. Zdjęcie na okładce: Evilvision. Wydanie I. ISBN: 978-83-935709-7-3. Stron: 269.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo_Wydawnictwo_Ovo

       

      KONKURS!!! Spodobał Ci się początek książki? Jeśli tak jej egzemplarz może być Twój. Napisz do mnie, co Ci się spodobało w tym fragmencie. Skontaktuję się wyłącznie z autorem najciekawszej odpowiedzi i tę osobę poproszę o adres do wysyłki książki. Na Wasze odpowiedzi czekam dzisiaj, do godz. 23:59.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 22 marca 2017 21:24

Kalendarz

Maj 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014