Recenzentka

Wpisy

  • czwartek, 12 kwietnia 2018
    • Smak prawdy - Hanna Lindberg

      Na początku chciałam napisać, że napięcie uciekło z tej książki. Poszło sobie, a raczej śmignęło z powrotem do Szwecji. Kończąc ją wiedziałam, że nie dotarło nawet do brzegu jej akapitów. Nie odpaliło nawet z pasów startowych. Pogrążyło się w wyobraźni człowieka, który wymyślił okładkowe hasło: „intrygujący, zaskakujący i przewrotny”.

       

      Smak_prawdy_Hanna_Lindberg

       

      Słyszałam o giełdach, na których wydawcy licytują prawa do książek, których nigdy nie czytali. Warunki takiego pozyskiwania tytułów narzuca im od razu konieczność publikacji również książek nienapisanych. Prawo staje się pętlą u szyi, zwłaszcza gdy autorowi drgnie ręka i zamiast nowego „Millennium” tworzy w nurcie narracyjnej pustki. Nie czytałam debiutanckiej powieści Hanny Lindberg, więc nie ocenię nadziei, jakie mógł mieć potencjalny wydawca biorąc się za przekład „Smaku prawdy”.

       

      Nic, totalnie nic w tej książce nie pociąga. Narracja przypomina upartego osła, który za żadne skarby nie chce ruszyć z miejsca. Zwroty są równie prawdopodobne jak to, że piszę ten tekst w gorącym uścisku z Woody Allenem. Ludzie pojawiają się tu bez większego uzasadnienia. Nie wiadomo, skąd u diabła wiedzą, gdzie są poszczególni bohaterowie i co robią. Podejrzewałam nawet, że to może jakiś paranormalny kryminał, stąd ta galeria wyrastających znikąd postaci.

       

      I dziw bierze, że reporterka jednej z największych szwedzkich popołudniówek „Aftonbladet” i podobno wzięta felietonistka „Metra” tak nużąco opowiada historię. Dziennikarze zazwyczaj mają coś więcej od lekkiej ręki do płynności tekstu. Mają wrażliwość do szczegółu, wyjątkowość składania ludzkich historii w przejmujące narracje. Stąd sukces chociażby Stiega Larssona czy Majgull Axelsson. To się przecież rozwija i precyzuje z kolejnym tekstem. Ale pewnie niektórzy zatrzymują się w pisaniu tam, skąd odpalił pewnego dnia Maciej Zaremba Bielawski uświadomiwszy sobie, że dobry reportaż nie tylko opowiada, co pokazuje życie. I akurat ta cecha cudownie pasuje do kryminału. Nie da się opowiedzieć wartkiej akcji bez kreowania obrazów w wyobraźni. Hanna Lindberg tego nie potrafi. Potrafi za to rozkminiać, gadać, mękolić i tworzyć narracyjne pociągi donikąd. I sunie niczym osobówka po zakrętach, mieląc po drodze monotonne widoki.

       

      Jedyna rzecz, która jej wyszła to pomysł na powieść. Która ze wszech miar powinna się udać. Oto dziennikarka specjalizująca się w branży gastronomicznej wymyśla kulinarne trio szefów kuchni. Podczas gali wręczenia nagrody kucharza roku pada strzał. Ginie znienawidzona krytyczna kulinarna. Do akcji wkracza dziennikarka (alter ego Lindberg?), która wraz z nią tworzyła niezależny portal informacyjny. Jest tu miejsce i na intrygę i na milion domysłów, na galerię zawistnych ludzi z branży. Jest tu cały plac św. Piotra na narracyjne sztuczki, podchody i ucieczki. Temat szalenie popularny i chwytliwy. Niezliczona obecnie liczba kulinarnych show królujących w tv, szefowie kuchni w nowej roli celebrytów. Księgarskie półki uginające się od autorskich książek gwiazd pichcenia, blogowych bogów kuchni, restauracyjnych guru. Niekończące się festiwale kulinarne i obsesja mówienia o jedzeniu, robienia filmów o branży: „Julie & Julia” czy choćby Bradley Cooper w „Ugotowanym”. „Smak prawdy” naprawdę powinien się genialnie sprzedać. I sądzę, że tak to zadziałało. Ktoś w ciemno, po zapoznaniu się ze streszczeniem kupił tu prawa.

       

      Hanna Lindberg mogła nawet zapoznać się z teorią pisania kryminałów czy w ogóle sztuczkami narracyjnymi. Wykorzystuje model, który nazwałabym wręcz szkołą szwedzką. Mamy trzy przeplatające się wątki narracyjne: główny, gdzie szaleje dziennikarka Solveig Karolina Berg, 28 l., „zameldowana na Hornsgatan 104, Södermalm, niezamężna, bezdzietna, blond włosy”. To tutaj toczy się śledztwo. Solveig doszukuje się w restauracyjnej strzelaninie, która zabija jej przełożoną drugiego dna. Vanja Stridh tuż przed śmiercią powie jej coś, co naprowadzi dziewczynę na trop, który z niezrozumiałych powodów lekceważy policja. Drugi wątek opowiada o niejakim Lennie Lee. Lindberg wprowadza tę postać dla mieszania w fabule, która jednak z wydarzenia na wydarzenie traci na wiarygodności i przenosi się w rejony wydumanych i odrealnionych. Poziom wiarygodności i prawdy psychologicznej sięga tu kondygnacji ujemnych. Nie trzeba być mistrzem psychologii czy guru relacji interpersonalnych, żeby kreować pełnokrwiste postaci. Tu naprawdę przydaje się umiejętność obserwacji i ściągania z życia. Ale Lindberg ma ambicje wymyślać i daje plamę na całej linii. Nie do wiary, jak spaprała w tym temacie. A ostatni wątek to gwóźdź do jej literackiej trumny. Czytamy coś w rodzaju pamiętnika, jego autora poznamy na końcu. Skandynawowie mają tendencję do załatwiania różnego rodzaju problemów społecznych w swoich powieściach. I chwała im za to. Jednym to się udało tworząc nowy podgatunek kryminalny, inni to naśladują. Nieudolnie, męcząco i nudnie. Najlepszym dowodem jest „Smak prawdy”.

       

      Taki model konstruowania tekstu w naturalny sposób daje przestrzeń dla budowania napięcia. Wystarczy jeden wątek zatrzymać na nierozstrzygniętym wydarzeniu. Rozpocząć nowy i kontynuować do kulminacyjnej sceny, którą przerywa kolejny wątek. I tak rozbudzając zainteresowanie tworzy się naturalne napięcie. Hanna Lindberg nie poznała jednak definicji napięcia. Brak sprawności autorki jest porażający. Mimo, że sięga po sprawdzone narzędzie, nie jest w stanie nawet wydusić z niego odrobiny emocji.

       

      Zastanawiając się, czy jest w tej powieści, coś wartego polecenia zatrzymuję się nad mapą Sztokholmu. O ile jest go sporo w książce, to Lindberg zachowuje się jak pracownicy informacji MPK. Znowu zamiast rozbudzać wyobraźnię bawi się w wyliczanki. Buster Hansson mieszka na osiedlu Atlas przy Sankt Eriksplan. Lennie patrząc na miasto widzi „Riddarfjärden, Västerbron i całą drogę do Mälarhöjden i Gröndal”. Solveig i Dan Irén „przysiedli na ławce pod pomnikiem pisarza Augusta Strindberga w Tegnérlunden, małym parku na wzniesieniu, który wyznaczał granicę między dzielnicami Vasastan i Norrmalm”. To jest kryminał, więc nie oczekuję, że Lindberg wyjdzie w miasto jak Michał Cichy, ale niechby dała nam miasto, które żyje. Niech w nim pokaże cokolwiek oprócz instalowania miejscówek na siatce topograficznej.

       

      Hanna Lindberg ma sporo literackich problemów, a ten największy ma z pisaniem kryminałów.

       

      Recenzja: Hanna LindbergSmak prawdy”, Edipresse Książki, Warszawa 2018. Ze szwedzkiego przełożyła: Agata Teperek. Tytuł oryginału: STHLM Grotesque. Redakcja: Agnieszka Jeż. Korekta: Ita Turowicz, Ewdokia Cydejko. Projekt okładki i stron tytułowych: Krzysztof Rychter. Skład i łamanie: Typo. ISBN 978-83-8117-316-2. Stron: 368.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję: Edipresse Książki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 12 kwietnia 2018 11:58
  • niedziela, 08 kwietnia 2018
    • Jak kochają mężczyźni?

      Podchodzi do mnie chłopak i pyta, czy mamy jeszcze jeden taki notesik. Patrzę na obrazek: chłopczyk siedzi obok liska. I opowiada, że kiedyś dostał od swojej dziewczyny „Małego księcia” i dlatego chce jej go kupić. Gdy o tym mówił był wzrokiem daleko w tym wspomnieniu. I promieniał. Po raz kolejny, odkąd pracuję w księgarni poczułam coś w rodzaju fali dreszczy, która przeturlała mi się po skórze. Dlaczego jedne związki są łańcuchem takich powiązanych ze sobą uroczych wydarzeń, a inne kończą się „Placem Zbawiciela”?

       

      Love padlocks on the Butchers' Bridge (Ljubljana)

       

      Zdjęcie: Autor: Petar Milošević [CC BY-SA 4.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)], źródło: Wikimedia Commons

       

      Zawsze chciałam zrozumieć, jak kochają mężczyźni i nie sądziłam, że praca w księgarni okaże się taką kopalnią wiedzy w tym temacie.
      - Jagódko, chodźmy już, - mężczyzna, który do tej pory cierpliwie czekał obok, kładzie dłoń na ręce żony. Wychodząc patrzy na nią czule. Ile mogli mieć razem lat? 140? 150? Lubię patrzeć jak mężczyźni okazują uczucia. Tak, jak ten ojciec, którego syn bierze do ręki klej i pyta co to. A on cierpliwie wyjaśnia, że klej.
      - Chodź synku, nie potrzebujemy kleju.
      - Ale, dlaczego on się leje?
      - Bo to synku klej lejący, - i czeka aż mały przebada całą półkę z materiałami biurowymi.
      - Rośnie panu mały odkrywca, zaczepiam śmiejąc się. A on się całym sobą odśmiewa i wyjaśnia przytakując mi, że właśnie dlatego go nie strofuje. I ani na moment nie spuszcza dumnego wzroku z chłopczyka. A gdy razem wychodzą, on wielki obok podskakującego bąka, który nawet, gdy skacze ledwie sięga mu do pasa, to widzę coś więcej niż ojca, który właśnie kupił synowi książkę do czytania.

       

      Często przychodzą do nas pary, które zatrzymują się na środku księgarni i czule przytulają. Stoją razem długo w uścisku. Czasem on ją podnosi. A ona wtedy się śmieje. Zawsze miałam świadomość, że obecność książek kumuluje jakąś inną, lepszą energię. W domach z książkami jakby mniej jest kłótni, a jeśli są to bardziej wyważone.

       

      Odpowiadam w księgarni za dział „Rozwój osobisty”. Więc wszyscy z problemami trafiają do mnie. Czuję się często jak krzyżówka księdza, terapeuty i psychologa. Zdumiona szczerością, z jaką mężczyźni proszą o pomoc. – Czy jest coś na poprawę relacji w małżeństwie?, to chłopak na oko przed trzydziestką. Albo inny, nieco młodszy wychodzi z książką o męskim stresie. Zaskoczyło mnie, że tak często szukają pomocy, żeby żyć… spokojniej. Najczęściej wychodzą z poradnikami o uważności, duchowości.

       

      Obsługując ten dział musiałam zapoznać się z książkami na półkach i tak trafiłam na „Mężczyznę od A do Z” Piotra Marta (wydanie IV). Wczoraj jakiś ojciec chciał kupić dla córki książkę o płci mózgu, więc zamiast tego poleciłam mu Marta, zachwalając, że to genialny poradnik o mężczyznach napisany przez faceta dla kobiet, w którym wyjaśnia szczerze, z sympatią, a wręcz czułością i wreszcie bez seksizmu, jak mężczyźni myślą i czują. Więc jeśli córka chce zgłębić tajniki męskiej duszy, to będzie najlepsza lektura. Na co mi odpowiada ze śmiechem „A to zdrajca”.

       

      Ale to nie zdrajca, a największy sojusznik mężczyzn. Chciałby dla nich, ale też dla kobiet lepszego życia, wychodząc z założenia, że tylko szczęśliwy mężczyzna potrafi uszczęśliwić kobietę. Nie sądziłam, że mężczyznę można tak praktycznie rozpracować i stworzyć swoistego rodzaju poradnik obsługi. Mart musi być wspaniałym człowiekiem, skoro ma w sobie tyle dystansu i tak dużo zrozumienia dla nas kobiet, które błądzą na ślepo po świecie mężczyzn.

       

      A tym rządzą według niego uczucia. Coś, czego nie kojarzy się w takim natężeniu z chłopakami. Ci przecież mają być twardzi, hardzi i z pokerowymi twarzami. Uczy się nas, że nie płaczą. Przychodzę do pracy i przyglądam się moim kolegom. Wszystko w ich postawie mówi o niezależności. O pewności siebie i sile. Są męscy w stereotypowy sposób. Duzi i silni. Gdy idą korytarzem, całym sobą komunikują: z drogi, idzie facet. Gdy siedzą, ich postawa to maks nonszalancji. Ich język ciała to kwintesencja siły i poczucia pewności. Więc kto by pomyślał, że mogą być słabi. A gdy Mart rozkłada ich dusze na czynniki pierwsze pisze o rzeczy w sumie ludzkiej. O tym co im kobiety mogą dać a co sprawia, że są szczęśliwi. O tym bez czego wpadają w potrzask i się rozsypują. O tym, co pozwala im stawiać opór największym życiowym huraganom.

       

      Ostatnio jeden z klientów szukał książki „Oczami mężczyzny (nie) idealnego” i tak trafiłam na Rafała Wicijowskiego. Nie wiedziałam, czy ta książka jest dostępna w księgarniach i szukając dla tego chłopaka informacji zaczęłam przeglądać fragment bloga. Od razu chciałam przeczytać tę książkę. 29 – latek piszący o miłości, pasji i życiu. Ciepło, z niezwykłą siłą. Poruszające, stawiające do pionu teksty, w których jest jakiś wewnętrzny magnetyzm. I ogromna potrzeba bliskości, która daje szczęście i radość.

       

      Potem trafiłam na Marcina Szabelskiego, na „Alfa Female” Mateusza Grzesiaka. Na Adriana Kwiatkowskiego i „Powiedziałem.pl”. Od czasów Augusta Strindberga sporo się zmieniło w relacjach damsko-męskich. I w pisaniu o tych relacjach. A dlaczego niektóre związki kończą się „Placem Zbawiciela”? Odpowiedź na to jest w książce Marta, Grzesiaka, Wicijowskiego. Na blogach Adriana i Marcina. Jedna zasada się nie zmieniła, żeby wiedzieć, trzeba czytać ;-).

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 kwietnia 2018 12:14
  • niedziela, 01 kwietnia 2018
    • Wygnani do Raju. Szwedzki azyl - Krystyna Naszkowska

      Lubię rozmawiać. Czasem chodzi tylko o chęć wygadania. Innym razem o esencjonalność rozmowy. O zbliżenie się na odległość duszy. Sięgnięcie w te rejony zaufania, gdzie puszczają hamulce. A poczucie, że możesz być sobą jedynie rośnie. Cieszą mnie spontaniczne rozmowy z elementem zaskoczenia. Zauważyłam, że najważniejsze rzeczy często padają mimochodem, żeby zostać na zawsze. Szukam w rozmowie oprócz nici porozumienia, czasem wspólnej pasji, innym razem cudzej, która coś we mnie zapala. Ale najważniejsze w rozmowie jest dla mnie to uczucie wyłączenie świata. Gdy siedzę wsłuchana, a cała rzeczywistość wchodzi w tryb niebytu. Ostatnio po rozmowie z kolegą zasypiałam z uśmiechem na buzi i zbudziłam się uśmiechając. Coś więc jeszcze musi być, skoro są ludzie, za rozmową z którymi tęsknisz i tacy, których unikasz.

       

      Wygnani_do_Raju_szwedzki_azyl_Krystyna_Naszkowska

       

      Czytałam ostatnio „Wygnanych do Raju. Szwedzki azylKrystyny Naszkowskiej. Kilka, w sumie bardzo krótkich rozmów z Polakami, którzy po marcu 1968 znaleźli się na niechcianej, przymusowej emigracji w Szwecji. Opowiadając o rzeczach dla siebie ważnych, czasem smutnych i bardzo prywatnych potrafili otworzyć się na mówienie o sprawach niewygodnych. Dać obraz człowieka czasem w rozpaczy, czasem w bólu. Potrafili pokazać ucieczki emocjonalne, które ratowały ich w tym dziwnym czasie. Zawsze zastanawiałam się na ile to, jakie zadaje się pytania wpływa na nurt rozmowy. A ile w jego prądzie jest wewnętrznych wirów, które i tak wciągają rozmówcę w to samo miejsce?

       

      Ta z Emilią Białostocką Degenius wydała mi się zakotwiczona w zamierzchłej traumie, która nieustannie ciągnie w dół. Brak wybaczenia i ogromny żal, który przerodził się w jawną niechęć, daje tu boleśnie o sobie znać. Zauważyłam, że takie przyklejenie się do własnego nieszczęścia nieustannie zostawia ślady, więzi i nie pozwala pójść dalej. I, że jednak są rozmówcy, z którymi rozmowa zawsze będzie jedynie powrotem w te same miejsca, w których jedynie gromadzą własną złość. Czy upublicznienie jej coś zmieni? Bo to tak jakby zamanifestować światu: patrz cierpię, a przecież nie wystarczy wyartykułować ból, żeby coś przestało boleć.

       

      Jedną z rozmówczyń poznałam kiedyś osobiście. Wsłuchując się w jej głos w tym wywiadzie można by odnieść wrażenie, że to pogodzona z przeszłością, wolna od pretensji, a wręcz zadowolona z siebie osoba. Która okazuje, że coś wygrała tym przymusowym marcowym wygnaniem. Nie czułam tego rozmawiając z nią dwa lata temu. Przeciwnie wydała się wtedy rozbiegana, jakby uwięziona w dwóch światach. Więcej było w niej cichego zmęczenia i nerwowej gonitwy. Kompletnie przeciwne wrażenie do wizerunku literackiego z „Wygnanych do Raju”. Która jest prawdziwa? I czy w ogóle da się uchwycić w jednym krótkim wywiadzie prawdę o człowieku? Czy są w ogóle pytania idealne, zmuszające do postawienia symbolicznych kropek nad i?

       

      Rozmowa z Maciejem Zarembą Bielawskim zrobiła na mnie na przykład wrażenie po części czegoś plotkarskiego. Zdradza kulisy swojego związku z Agnieszką, jak nazywa Agnetę Pleijel, wtedy gdy się poznają szefową największej popołudniówki „Aftonbladet”, która rzuca pracę i wydaje tomik wierszy, robiący od razu ogromną furorę. Ale kreśli też zarys szwedzkiego mitu, awansu społecznego, który w tym kraju zawsze był aktualny. Od operatora dźwigu staje się niezależnym publicystą „Dagens Nyheter”. Wystarczy zanieść artykuł o tym, jak na szwedzkich budowach marnotrawi się drewno, żeby publikować w gazecie rodziny Bonnierów, która stulecie wcześniej wydawała przecież Strindberga.

       

      Wsłuchuję się w te rozmowy i widzę, że jedna, krótka nie daje wglądu w człowieka. Może być jednak zaczynem do czegoś innego. Tło pierwsze „Wygnanych do Raju. Szwedzki azyl” tworzą wtedy w po marcu młodzi ludzie w okolicach matur i studiów, dzisiaj: Dorota Bromberg, właścicielka maleńkiego wydawnictwa, które ma szczęście do wydawania noblistów, Julia Romanowska, która w wieku 62 lat robi w Szwecji doktorat udowadniając w nim, że dzięki literaturze menedżerowie stają się lepszymi szefami, profesor kryminologii Jerzy Sarnecki, architekt współczesnego Sztokholmu Aleksander Wołodarski. Łączy ich jedno, byli na progu młodości, gdy zostali zmuszeni do opuszczenia Polski. Bez języka i bez większych pomysłów na życie, które w kraju wydawało się dość wygodne i godne. Zamożni rodzice, prominenckie zależności. Z pewnością ze scenariuszem, który gwarantował sukces. Pozbawieni korzeni, wyrwani z kręgu przyjaciół, osamotnieni i wyrzuceni z miejsca, które przecież zdążyło już stać się oswojone, własne i przyjazne, trafiają w kompletnie inny świat. Przyznaję, że myśląc o polskim marcowym antysemityzmie, nie analizowałam tego nigdy tak głęboko i na tylu płaszczyznach. A Krystynie Naszkowskiej udało się wejść wręcz w tkanki pomiędzy tymi zależnościami. Czytam i dochodzą do mnie strzępy refleksji, które składają się na poruszającą całość. Wracając z obozowej rzeczywistości do powojennej Polski rodzice tych rozmówców podjęli decyzję o pozostaniu na zgliszczach, a w pojęciu wielu Żydów raczej na wielkim poholokaustowym cmentarzysku. Zaledwie dwie dekady później słyszą, że są niepożądani. A wśród nich, ci którzy się zasymilowali, nie chodzą do synagog, których i tak praktycznie nie ma. Są Polakami i nimi się czują. Nie oddaje im wprawdzie Krystyna Naszkowska wiele miejsca, ale i tak zapełniają książkę. Gdzieś tam w tle pojawia się informacja, że byli szczęśliwi. Że to wygnanie przyniosło im więcej spokoju i godnego życia. I patrząc na historię Polski było wręcz wygnaniem do Raju.

       

      Tego typu pozycje trzeba jednak czytać w kontekście. Wyrwane z niego mogą dać mylące wrażenie o całości, a na tę składa się historia rodziców Görana Rosenberga, którego nie ma tutaj, bo to wprawdzie inny rodzaj emigracji, ale ten sam Raj, który okazał się w przypadku jego rodziców Piekłem. Więc jeśli czegoś mi brakuje w książce Naszkowskiej, to rzetelnego wstępu lub posłowia. Miejsca, gdzie znalazłoby się coś więcej niż kalendarium wydarzeń okołomarcowych. Brakuje mi tu zwyczajnie zatrzymania się nad kwestią emigracji i nadanie jej szerszego oglądu. Ale brakuje mi też pomysłu na refleksję wokół źródła wydarzeń marcowych. Ciekawie je zarysował profesor Chwalba opowiadając o Żydach, którzy wracając do powojennej Polski i trafiając do służb bezpieczeństwa czasami traktowali ten awans, jako okazję do rewanżu na Polakach, którym w obliczu wojny zabrakło odwagi lub człowieczeństwa, żeby bezinteresownie i z narażeniem życia im pomagać. I chociaż nie wszyscy z ok. 15 000 Żydów, którzy przymusowo opuścili Polskę po marcu 1968 byli przedstawicielami elit, to jednak bohaterzy wywiadów Naszkowskiej wpisują się we wrażenie, że wyrzucono rodziny uprzywilejowane, co bardzo oddaje stereotypowy obraz ówczesnej Polski rządzonej przez Żydów. Niebezpiecznie jest w kraju, w którym kwestie antysemickie nie do końca są rozwiązane i przedyskutowane, pozostawiać taką książkę bez żadnej refleksji i komentarza. I jeśli mam do „Wygnanych do Raju. Szwedzki azyl” jakieś dodatkowe pretensje to też o brak rzetelności, a ta kazałaby wspomnieć, które rozmowy i gdzie wcześniej już się ukazały, bo tę z Karolem Żyto, który leczył m.in. Zlatana Ibrahimowicza i szwedzką rodzinę królewską, czytałam wcześniej w „Dużym Formacie”.

       

      Zastanawiam się nad sensem takich publikacji, gdzie na 310 małych stronach opowiada o sobie kilka osób. Tuż przed świętami zadzwonił do mnie brat, że jest służbowo w Krakowie. Spotkaliśmy się na krótką, zaledwie godzinną rozmowę. Brakuje mi go bardzo. Tak bardzo, że gdy odebrałam telefon to głos mi się łamał i tłumaczyłam się kłamiąc, że to przez krakowski smog. Rozmawiając z Przemkiem rysowałam wzrokiem szlaczki po smutku, który w nim dostrzegłam. A którego nigdy wcześniej nie widziałam. I próbowałam go uchwycić i zrozumieć. Bo może to tylko zmęczenie? - zastanawiałam się. No bo jak można się śmiać, nie śmiejąc się oczami? Czasem rozmowa jest tylko wymianą zdań. Czasem poruszającym spotkaniem. Czasem szczęściem, że rozmowa z tobą wywołuje u drugiej osoby radość. Czasem bezradnością, że jej nie ma i nie potrafisz komuś pomóc.

       

      Czy warto więc publikować takie zbiory rozmów? Co nam mówią o rozmówcach? Przecież w rozmowie intymnej, prywatnej wchodzimy na inne poziomy szczerości. Inaczej objawia się ona w rozmowie publicznej. Inaczej rozmawia ze sobą para znajomych, których łączy przyjaźń. Rejestrów rozmawiania są dziesiątki. A jeszcze ich nasilenie zmienia napięcie jakie rośnie na zewnątrz. Jeśli bardzo ci na kimś zależy, ale wstydzisz się swoich uczuć, inaczej rozkładasz zdania i ostrożniej dobierasz słowa. Jak więc ze sobą rozmawiać?

       

      Na to pytanie poznałam odpowiedź dopiero niedawno. Po pierwsze są ludzie, z którymi warto rozmawiać tak, jakby to miała być ostatnia rozmowa. Po drugie po prostu warto ze sobą rozmawiać. Najbardziej lubię rozmowy ciepłe. Podczas których czuję spokój. Te które mną nie szarpią. Bez walki na riposty. Takie zwyczajne rozmowy o wszystkim i o niczym.

       

      Recenzja: „Wygnani do Raju. Szwedzki azyl”, Krystyna Naszkowska, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2017. Stron: 310.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Wygnani do Raju. Szwedzki azyl - Krystyna Naszkowska”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 01 kwietnia 2018 15:05

Kalendarz

Lipiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014