Recenzentka

Wpisy

  • środa, 02 maja 2018
    • Znikasz - duński film o iluzji obiektywnej prawdy

      Odkryłam niedawno w Kinie pod Baranami cykl „Premiery Psychologiczne”. Dwie studentki V roku psychologii stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego Anna Nicieja i Katarzyna Staleńczyk zachęcają do spotkań z człowiekiem i z kinem; organizują pokazy premierowych filmów, połączone z dyskusjami. Wybrałam się na „Znikasz” - film Duńczyka Petera Schønau Foga. W obsadzie najlepsza współczesna duńska aktorka Trine Dyrholm, znany z kryminalnego cyklu na podstawie powieści Jussiego Adler-Olsena (Zabójcy bażantówWybawienie) Nikolaj Lie Kaas i świetnie tutaj obsadzony, nieżyjący już Michael Nyqvist.

       

       

      Znikasz” już w tytule zapowiada pewnego rodzaju iluzoryczność wpisaną w próby stworzenia zamkniętego i pełnego obrazu człowieka, i o tym w moim odczuciu jest ten film. Grający dyrektora szkoły Nikolaj Lie Kaas popełnia błąd, źle zainwestowane pieniądze doprowadzają placówkę na skraj bankructwa. Informacja o defraudacji pieniędzy szkoły zbiega się z diagnozą o guzie mózgu. Linia obrony oskarżonego dyrektora stawia tezę, że guz spowodował zmiany w osobowości, które odpowiadają za nieobliczalne zachowanie mężczyzny. Czy jednak faktycznie można zrzucić winę na biologię? W tym miejscu reżyser rozpoczyna intelektualną grę wciągając nas w krzyżówkę pytań. Czy jesteśmy jedynie bezwolnymi stworzeniami zdanymi na wahania chemii? Ile w człowieku jest wolnej woli, a ile bezwolnych reakcji?

       

      Wszystkim tym, którzy boją się DOGMY 95 mogę polecić film Petera Schønau Foga, który dobrze tutaj łączy niemal hollywoodzkie tempo z europejskim intelektualnym sznytem. Stawiam wręcz tezę, że to właśnie Duńczycy, wśród wszystkich narodów nordyckich, najlepiej dostosowali się w kinie do masowego widza, nie tracąc na jakości filmów. Kamera Petera Schønau Foga subtelnie oszukuje zmysły wciągając jednocześnie w łamigłówkę pytań. Pozornie bohaterem filmu jest dyrektor szkoły, to wokół niego jest całe filmowe zamieszanie. Tak nam się przynajmniej wydaje. Fabuła jest prowadzona dwutorowo. Z jednej strony śledzimy postępowanie sądowe, jesteśmy w sali zeznań. Z drugiej wkraczamy w sam środek wydarzeń z przeszłości i teraźniejszości. Dramat mężczyzny dotyka jego rodziny, przyjaciół, bliskich i dalszych znajomych. Każdy ma własną opinię na temat tego, co się wydarzyło, każdy inaczej cierpi z powodu sytuacji. Jednych dotknęła ona osobiście, wnosząc ból, cierpienie, problemy do ich własnego życia. Dla innych jest tylko chwilowym zamętem. Zaczynamy budować sobie z piramidy opinii wyobrażenie o mężczyźnie. Do akcji włączają się autorytety, przedstawiciele świata nauki. Dostajemy pakiet sadów, stanowisk. Wydaje się, że niepodważalny. Wreszcie możemy podjąć decyzję i osądzić mężczyznę.

       

      Przewrotność i mistrzostwo kamery Duńczyka Petera Schønau Foga w tym miejscu się objawia, gdy już zyskujemy stuprocentową pewność. Wyjątkowo spodobało mi się takie prowadzenie opowieści. I wyjątkowo spodobała mi się teza reżyserska. No bo właściwie jak jest z tą wolną wolą? Na ile świadomie podejmujemy nasze decyzje, a na ile pod wpływem impulsów, emocji? Przecież wystarczy wyprowadzić nas z równowagi, żeby tę samą sytuację ocenić skrajnie odmiennie. Szczęśliwi machamy czasem ręką na dużo poważniejsze zajścia, idąc po prostu dalej. Oburzenie, utrata równowagi zatrzymuje nas w życiu na zupełnie innej skali doznań. Wiara w wolną wolę zostaje w „Znikasz” zachwiana, bo chociaż teoretycznie to zawsze my podejmujemy ostateczną decyzję, ale nigdy nie w próżni.

       

      Subtelne kino Duńczyka bardzo pasuje do wyobrażenia o Skandynawii, do praw natury, o których zapomina się w szczelnie zamkniętych asfaltowymi drogami miastach. Dramat, który śledzimy ma piętno historii uniwersalnej. Chociaż rozgrywa się tu i teraz, w obrębie tej konkretnej grupy ludzi. Wchodzi mocno w krwiobieg i naprawdę po wyjściu z kina można się poczuć mocno zainfekowanym niepewnością wypełniającą kadry.

       

      Kamera Petera Schønau Foga bardzo dobrze pokazuje mikroemocje. Widzimy sedzinę, która ze zrozumieniem przytakuje zeznaniom żony dyrektora. Wspaniale rozegrana jest partia dotycząca adwokata mężczyzny. Jego osobista sytuacja dopełnia wrażenia niepewności podbudowanego rozchwianiem, jakie wprowadzają zwroty w jego zachowaniu. Michael Nyqvist został tutaj idealnie dobrany. Zagrało przecież też wyobrażenie, jakie zbudował sobie poprzednimi rolami niepokornego dziennikarza z „Millennium”. Wpasował się w sytuację wiernego – niewiernego męża. A reżyser pozwolił sobie w jego przypadku na śmiech wprost opowiadając o poziomie oksytocyny u mężczyzn, która wpływa na niski poziom wierności u nich. Brawo za tę scenę!

       

      Gdyby pociągnąć temat dalej można by podyskutować o tożsamości człowieka i zastanowić się na ile o tym, jak postrzegamy innych decydują nasze uprzedzenia, stereotypy (te pozytywne i negatywne), wszelkiego rodzaju etykiety, którymi próbujemy uporządkować i zrozumieć świat. Kwestia tożsamości i uprzedzeń od dawna mnie fascynowała i nie daje mi spokoju. Bo czyż nie tworzymy sobie obrazu człowieka nazbyt spontanicznie? A już na pewno pod wpływem uczuć i emocji. I tak samo działamy. To rozpacz daje przecież ludziom impuls do dramatycznych decyzji o samobójstwie. Miłość zaślepia. Rodzicielskie uczucia kłócą się z obiektywną ocena czynów dziecka. Czy więc w ogóle coś takiego jak obiektywna prawda o człowieku istnieje?

       

      Nie przez przypadek Peter Schønau Fog zatytułował swój film „Znikasz”. Im więcej wiemy o wydarzeniach, im więcej szczegółów poznajemy o bohaterach, tym bardziej oddalamy się od „prawdy” o nich. Umykają nam, znikają w mgle domysłów. Nikt nam nie pomoże w ocenie sytuacji, bo nawet psychologowie, najwyższe instancje inaczej interpretują fakty. Pozostaje ogromna niewiadoma. I pytanie, z którym wychodzimy z kina: czy jest coś takiego jak pełny, zamknięty obraz człowieka czy jesteśmy wyłącznie iluzją, którą tworzymy sobie bezwolnie reagując na zachodzące w nas procesy chemiczne?

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 02 maja 2018 13:37
  • wtorek, 01 maja 2018
    • The Square - film o snobizmie w kulturze

      The Square” opowiada o snobizmie w kulturze w najbardziej szwedzki sposób. Gdybym miałam powiedzieć, z czym kojarzą mi się Szwedzi najbardziej, to odpowiedziałabym, że z fukaniem. Nigdy i nigdzie nie widziałam ludzi tak często okazujących swoją dezaprobatę pod adresem wszystkiego, co można by skojarzyć ze snobizmem. Ze snobistycznym mieszkaniem, zachowaniem, ubieraniem się. Fuj były domy, które wyglądały na większe niż pudełko zapałek. Fuj byli mężczyźni w marynarkach z wygładzonymi do tyłu włosami. Fuj był duży jacht. Generalnie fuj było wszystko to i wszyscy ci, którzy zbyt ostentacyjnie obnosili się ze swoim bogactwem. Prawo Jante? Nie do końca.

       

       

      Otwierająca „The Square” scena to mężczyzna zwlekający się z sofy, zmięty nieprzespaną nocą. Dowiadujemy się, że jest dyrektorem prestiżowego muzeum sztuki współczesnej. Jesteśmy w Szwecji, chociaż on jest Duńczykiem, co jest akurat dla wydźwięku filmu bez znaczenia. W tle wielki regał z książkami na całą ścianę, wypełniający po brzegi kadr.

       

      The Square” będzie filmem pełnometrażowym, chociaż o wydźwięku dokumentu z elementami eksperymentu psychologicznego. Jak pokazać widzom pustkę życia? Jak zobrazować elitaryzm? Jak pokazać bezsens sztuki, która ma nas uwrażliwiać a jednocześnie na zimno przechodzi obok rozgrywających się dramatów życia? W co ubrać zdjęcia, żeby dosadniej uwidoczniły absurd kultury, której cele łączenia, rozwijania empatii i budowania pomostów są jedynie pompatycznymi wpisami katalogowymi?

       

      Nigdy nie wiedziałam filmu mocniej, równie wyraziście i dobitnie podsumowującego beznadzieję współczesnej kultury. Oglądamy ludzi, których treścią życia jest współtworzenie kulturalnej mapy miasta. Widzimy przygotowania do wernisażu. Obserwujemy walkę o środki finansowe na kolejne wystawy. Wreszcie jesteśmy świadkami zakulisowych rozmów i wydarzeń. Wyłania się z nich portret świata pozorów. Jakiejś iluzji wielkiej Kultury, bycia częścią przełomowych Wydarzeń.

       

      Mogłabym mnożyć sceny, które tutaj uderzają swoim komentarzem. Bez wymienienia tej kulminacyjnej. Na ulicy stoi kobieta, która rozdaje ulotki, prawdopodobnie organizacji pomocowej i zachęca do wspierania ludzi w trudnej sytuacji. Obok leży bezdomny? Żebrak? Nieważne. Leży człowiek, któremu nikt nie pomaga. Przypomina mi się rozmowa z Mateuszem Janiszewskim i jego rozczarowanie organizacjami pomocowymi, które na utrzymanie siebie samych zżerały wielkie budżety a życie, a właściwie śmierć i choroby zbierały żniwa tuż obok. Pod ich drzwiami. Wielokrotnie od tej pory zastanawiałam się nad sensem utrzymywania organizacji humanitarnych. Nad sensem wolontariatu, który dla wielu ludzi jest sposobem na tanie zwiedzanie świata.

       

      Ruben Östlund pokazał w „The Square” wszystko to, co jest śmieszne we współczesnej sztuce. Jej napuszenie na robienie rewolucji artystycznych, które rozumieją jedynie ich twórcy. Kpi z instalacji artystycznych, które w opinii kuratorów urastają do bezcennych organizmów, a dla innych mogą być zwykłą kupką śmieci. W jednej ze scen oglądamy przygotowania do wernisażu, które wyglądają jak prace drogowe. W efekcie powstaje instalacja. Jej treścią jest zbudowanie przestrzeni, w obrębie której każdy może otrzymać pomoc od drugiego człowieka. W czasie całego filmu nie widzimy ani jednej osoby, która chciałaby wejść w jej obręb. Sztuka, którą oglądamy odeszła już od człowieka, stała się przedsięwzięciem jedynie akademickim, dla bardzo wąskiej grupy odbiorców. Hermetyzuje świat na tych, którzy ustalają co jest sztuką, i na tych którzy rozumieją wybory kuratorów.

       

      Jej aspiracje, żeby docierać do masowego odbiorcy są tym bardziej absurdalne. Na pograniczu tych ambicji rodzą się kontrowersyjne pomysły na promocję kultury. W filmie powstaje film viralowy, którego wydźwięk ma poruszyć opinią publiczną. Okazuje się, że kultura, która odżegnuje się od chwytów telewizji newsowych, sama sięga po tę samą retorykę. Absurd goni absurd, sugeruje Ruben Östlund.

       

      Dziennikarka, która przeprowadza wywiad z dyrektorem muzeum sztuki współczesnej ociera się o banał. Nawet ona nie rozumie sztuki. Wygląda na to, że to i tak nie ma znaczenia. Rozmowa musi być newsowa, krótka, dynamiczna i na poziomie masowego odbiorcy. Nikogo już nie interesuje głębokie omówienie, bo i tak teksty, które towarzyszą sztuce wchodzą na taki poziom interpretacji, że nikt oprócz absolwentów historii sztuki nie jest w stanie ich zrozumieć. Język, którym operuje sztuka jest w konflikcie z językiem codzienności: zawiły, skomplikowany, robi wrażenie bełkotliwego. Ale nie tylko dziennikarka specjalizująca się w relacjach kulturalnych potrzebuje korepetycji. Nie tylko ona nie rozumie sztuki współczesnej. Dla wielu osób obcowanie ze sztuką zamienia się w zaliczanie wernisaży: dla darmowego alkoholu, darmowych przekąsek. Dla pokazania się.

       

      Sztuka chce obalać mity, kłócić się z tabu, chce poruszać i rozrywać granice. Ale nawet ci, którzy ją tworzą nie potrafią wybronić jej języka. Wydaje się na współczesną sztukę miliony, a w efekcie służby porządkowe mogą ją pomylić z kupą śmieci. Ci, którzy współtworzą debaty, opiniotwórcza prasa jest zbyt uwikłana w poprawność polityczną, żeby faktycznie wywołać rzetelną dyskusję publiczną. A elity współfinansujące sztukę karnawalizują ją. Nic i nikt ostatecznie nie jest w stanie wybronić się. I tu przechodzimy do kulminacyjnej sceny.

       

      To, co pokazuje nam Ruben Östlund to trzy światy. Ten oficjalny, gdzie mamy pompatyczne przemówienia, wykwintnych gości, piękne garderoby. Zakulisowy, obdzierający pompę z pozłoty, gdzie ćwiczy się spontaniczność, gdzie poprawia się zniszczoną przez ekipę sprzątającą instalację. I świat obok, który kłóci się z wyznawanymi oficjalnie ideami. Wysoka kultura lubuje się w wysokich budżetach. Dyrektor przemieszcza się po mieście teslą. Oddalenie od rzeczywistości jest coraz dobitniejsze. Ci sami, którzy uczą nas wrażliwości na los drugiego człowieka, w konfrontacji boją się kontaktu z tym człowiekiem. Okazuje się, że mają ambicje edukować ludzi, o których życiu, potrzebach i wrażliwości nic nie wiedzą. Sztuka, która wchodzi na salony staje się sztuką salonową, przypomina Ruben Östlund, pokazując, że tutaj nie było i nie będzie miejsca na wzajemne zrozumienie.

       

      Wielki regał z książkami, który wypełnia otwierający kadr filmu staje się metaforą. Nie każdego stać na tyle książek. Nie każdy ma czas na czytanie tylu książek. Ale regał z książkami jest częścią świata kultury. Wypada mieć własna biblioteczkę, ten element wyposażenia domu świadczy o wyższości właściciela nad nieoczytaną masą. Zakładamy, że właściciel dużej biblioteki to miłośnik literatury. Tak jak bywalec galerii, muzeów to miłośnik sztuki. Zakładamy, że literatura i sztuka uwrażliwia. Że jej wyznawcy to lepsi ludzie. Można jednak czytać o bólu, poznać anatomię człowieka, historię choroby. Ale to w żaden sposób nie zbliży nas do zrozumienia cierpienia człowieka. Do tego trzeba czego więcej od ambicji, jakie stawia sobie współczesna literatura czy sztuka. I to właśnie o tym jest poruszający film Rubena Östlunda.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „The Square - film o snobizmie w kulturze”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 maja 2018 22:23
  • piątek, 27 kwietnia 2018
    • Ogień. Pierwotna siła natury - Thomas Svardal

      Tysiące wypraw norweskimi, dzikimi szlakami, tyleż samo rozpalonych ognisk i uczenia się na własnych błędach i próbach. Wreszcie poczucie pełni dające bycie w przestrzeni, gdzie człowiek, jego słabości, hart ducha i wola sprawdzenia się stają się wypadkową wspólnych wędrówek, odkrywania piękna drzemiącego w nieśpiesznym byciu razem, kontestowania upływających leniwie chwil i napawania się wonią lasu, chłodem gór, zapachem mokrej ziemi, trawy tuż po deszczu. To wszystko to nastrój „Ognia. Pierwotnej siły natury” przebijający się zza warstw praktycznych, ujmujących opisem wskazówek. Bo gdy „zaczyna płonąć ognisko natychmiast pojawiają się ciepło, światło, nadzieja, satysfakcja i radość płynąca z piękna przyrody. Leżysz, uśmiechasz się z czystą wdzięcznością za wszystko, co ognisko oddaje w zamian za nieco pracy. (…) Poczujesz ciepło w całym ciele i sercu”.

       

      Ogien_pierwotna_sila_natury_thomas_svardal_recenzentka

       

      Ogień. Pierwotna siła natury” mógł powstać jedynie w Skandynawii. A przynajmniej tam, gdzie największą wartością jest czas poza pracą. Czas wypełniany pasją dającą flow z bycia tu i teraz. Czas spędzany z bliskimi, przyjaciółmi, znajomymi i rodziną. I luksus nieliczenia tego czasu.

       

      Thomas Svardal pisze, że ta książka nie powstałaby, gdyby nie pierwsze odkrycie dotyczące ogniska, jeszcze w wieku przedszkolnym, kiedy to dziadek pokazał mu coś, w co inaczej by nie uwierzył: cudowne właściwości smolnych szczap z łatwością płonących w deszczu. Potem przyszły liczne wyprawy z łowieniem pstrągów, na które zabierał go ojciec. Ale prawdziwa wiedza przyszła wraz z poznaniem umiejętności Saamów, od zawsze żyjących w zgodzie z naturą, dla których ogień jest często jedynym sprzymierzeńcem w środku zimy, podczas długich wędrówek w góry za stadami reniferów, gdy trzeba było przeżyć bez namiotu i śpiwora.

       

      Ogień. Pierwotna siła natury” to i survivalowy poradnik, ale to też ukłon pod adresem często nieujarzmionej norweskiej przyrody. To też wyraz tęsknoty za czymś pierwotnym i świadectwo życia, które dopiero gdy płynie w rytm Natury, daje ukojenie. Pięknie sfotografowane ogniska dopełniają wrażenia pełni, której kwintesencją jest wędrówka, bycie na szlaku, życie z dala od stresu codzienności, zwolnienie do szybkości marszu, podczas którego najważniejsze jest bycie razem, leśne kąpiele, napawanie się widokami.

       

      Thomas Svardal uroczo łączy tęsknotę za dobrym - równa się - w zgodzie z sobą i Naturą życiem z wyjątkowo praktycznymi wskazówkami. Ani na chwilę nie opuszcza nas nastrój nostalgii, spokoju i mindfulnessowej esencji, gdy autor opowiada o tym, że świeża brzoza karpacka daje najwięcej żaru ze wszystkich gatunków drzew, o tym jakie drewno pali się podczas deszczu, jak zapalić ognisko bez użycia zapałki czy podczas deszczu. Jeśli ktoś porównuje czas spędzony na przygotowywanie ogniska do darmowej terapii, to łatwiej zrozumieć jakość jego pisania. Ognisko dla Svardala to magiczne wręcz miejsce, o ogromnej sile przyciągania. Miejsce, przy którym puszczają nerwy codzienności, zwalnia rytm, a rozmowy układają się w kojące opowieści. Kontakty, więzi społeczne, które w dalekiej przeszłości scalały społeczności zasiadające wokół ognisk, były częścią procesu, który przemienił nas w ludzi – pisze w jednym miejscu Svardal powołując się na opinie naukowców i dając też wyraz własnemu stosunkowi do czasu i sposobu, w jaki ognisko scala, łączy, daje poczucie spokoju i bezpieczeństwa.

       

      Niezwykła to lektura, która z taką czułością dla przyrody wprowadza nas w jej tajniki. Miejscami można się poczuć jak podczas wędrówki z autorem, który skupia naszą uwagę na pożytecznych wskazówkach, podpowiadając gdzie i jak szukać opału, jak zawsze być przygotowanym do rozpalenia ogniska, gdzie szukać rozpałki. Jaka będzie różnica rozpalania ognia hubą a korą. Jak połączyć główne zasady rozpalania ognia i przygotować jednocześnie najlepsze podłoże dla ogniska. Dla człowieka wychowanego w surowych, betonowych blokowiskach wśród wyasfaltowanych dróg to jak otwarcie drzwi do rozbuchanego, uderzającego nadmiarem przedpola Natury, która z dzikiej staje się nagle oswojona i przyjazna. Okazuje się, że pasek kory brzozowej może rozpalić drobniejsze gałązki, a te dadzą ogień grubszym kawałkom. Martwe gałęzie, które można znaleźć u dołu każdego świerku, dadzą podczas rozpalania ogniska dużo światła i najpiękniejsze płomienie. W ostateczności nawet zabrane przedmioty, jak szklanka, plastikowy woreczek po napełnieniu własnym moczem mogą stać się soczewką dla rozpalenia ogniska bez ani jednej zapałki.

       

      Rozpalanie ogniska podczas pieczenia ziemniaków czy kiełbasek nagle nabiera niemal architektonicznej kwintesencji. Ognisko typu piramida (tipi), szałas, pagoda, które Svardal określa ogniskiem dla pedantów. Czy klin - ognisko zwycięzców. Albo fantastyczne rozwiązanie dla tych, którzy chcą trzymać ciepło przez całą noc lub zostają w obozowisku dłuższy czas, czyli ognisko z bali.

       

      I nie ma znaczenia, czy zawczasu zadbamy o rozpałkę, bo Svardal podpowiada, że mogą nią być nawet zabrane z domu kłaczki z suszarki bębnowej, zebrany po drodze suchy mech, sucha trawa. Nie ma też znaczenia, czy rozpalamy ogień w samym środku lasu, w rzęsistym deszczu, na mrozie w metrowym śniegu, na gołej półce skalnej, w górach, bo cała przyroda jest naszym sojusznikiem i wszędzie, w każdych warunkach znajdziemy nieco inne rozwiązanie, żeby uszczknąć z ognia nieco ciepła, otrzymać więcej i bardziej spektakularne światło. Można tutaj nawet przeczytać o łóżku wierzbowym nad żarem, o gotowaniu wody w papierowej torebce. Thomas Svardal podpowiada jak upichcić dobrą rybę, ziemniaki, warzywa. Kiedy wykorzystać do tego żar, a kiedy dym, bo ten raz „daje nutę żywicy”, innym razem „delikatny dymny ślad”. Jak podgrzać kawę, a innym razem jak ugotować wodę do zaparzenia świeżej.

       

      Napisanie „Ognia. Pierwotnej siły natury” zajęło aż osiem lat. Widać, że temu procesowi towarzyszyła pasja i nieśpieszne próbowanie się z Naturą. Nie ma tu ani krzty walki z czasem, bo jak twierdzi autor „ogniska nie da się pogodzić ze stresem”. Piękne, nostalgiczne zdjęcia dopełniają wrażenia ogromnego otwarcia na przeżywanie świata z uważnością na co dzień. To nie tylko praktyczny przewodnik po ogniskach. To też przewodnik po życiu. I każdemu życzyłabym takiej nieśpiesznej, bliskiej przyrodzie rzeczywistości, w której pełnię przeżywa się podziwiając rozpościerającą się na horyzoncie panoramę, przy iskrzącym ognisku, z kubkiem zagotowanej chwilę przedtem mocnej herbaty.

       

      Recenzja: „Ogień. Pierwotna siła natury”, Thomas Svardal, MUZA SA, Warszawa 2018. Przekład: Witold Biliński / sandr.pl. Tytuł oryginału: Bål. For All slags vær og ter reng (2015). Redaktor prowadzący: Bożena Zasieczna. Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz. Korekta: Bogusława Jędrasik. ISBN 978-83-287-0891-4. Stron: 151. Książka zawiera zdjęcia ognisk autora.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję: Wydawnictwo MUZA SA

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Ogień. Pierwotna siła natury - Thomas Svardal”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      piątek, 27 kwietnia 2018 23:32

Kalendarz

Lipiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014