Recenzentka

Wpisy

  • wtorek, 06 grudnia 2011
    • Teresa Oleś-Owczarkowa - Rauska

      Urzekająco ciepła próba zrozumienia trudnego losu wojennego pokolenia Niemców i przymusowych robotników, widziana i opowiedziana z perspektywy dziecka. Temat trudny i ciężki, pokazany oczami dziecka pozwolił na niebanalne pokazanie historii. Jak tu bowiem do jednego worka wrzucić i wyjaśnić, czym dla Polaków były przymusowe roboty, co to znaczy stracić dzieciństwo, młodość i zostać zmuszonym do niewolniczej pracy. Oleś-Owczarkowa poradziła sobie dość sprawnie dając tym samym popisowy pokaz umiejętności psychologicznych, bo czytając tę książkę można mieć odczucie, że to dorosły pochyla się nad swoim wewnętrznym dzieckiem i klaruje długo i cierpliwie, odpowiednio prostym językiem, czym jest trudne dzieciństwo, okrucieństwo wojny i strach o najbliższych.

      Chylę czoło, że autorka nie pokusiła się o tkliwe wymuszacze łez. Wbrew pozorom więcej w tej książce jest momentów otuchy, ciepłego i pełnego zrozumienia spojrzenia na problem oczami tzw. obu zaangażowanych stron niż łzawych historii i świadectw okrucieństwa wojny. W książce spotykamy oczywiście też złych „bauerów”, którzy kijem i nadzorem pod bronią zaganiają do pracy pozyskanych bezpłatnych robotników, wykorzystują ich bez skrupułów, ale są też rodziny uczciwych Niemców, którzy jak się dowiadujemy wcale nie chcieli tej wojny a teraz próbują dostosować się do tych nowych okoliczności, które i dla nich często są związane ze strachem o najbliższych, którzy walczą na wojnie, troską o gospodarstwo, które zostaje na barkach samotnych kobiet.

      Okazuje się, że nie tylko Ala – główna bohaterka traci swoje dzieciństwo, ale też córki bauera, który wyjeżdża w końcu na front i staje się mniej niż weekendowym ojcem, który od czasu do czasu, a wraz z końcem wojny coraz rzadziej odwiedza rodzinę. Wojna jest trudna nie tylko dla mamy Ali, zmuszonej do opuszczenia swojego rodzinnego domu i pracy u obcych. Niemki miały własne historie, tak jak żona bauera Langera, który na jedną z kolejnych przepustek przyjeżdża z radziecką sekretarką. Z rzeczy, które mnie prawdziwie bawiły to opisy rodziny Ali. Rodzina dziewczynki jest konserwatywną chłopską wielodzietną rodziną, w której matka pilnuje, żeby wszystko była jak Bóg przykazał. Według tego porządku „mężczyźni są stworzeni do polityki, a kobiety do kuchni i do roboty przy dzieciach”.

      Ta książka nie sili się na wielkie wyzwanie literackie, nie ma w sobie potencjału tworzenia literackich nisz, czy przełamywania utartych szlaków, ale jest dobrą warsztatowo prozą i choćby dlatego z ciekawością poczekam na kolejną powieść autorki.

      Teresa Oleś-Owczarkowa, Rauska., Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009.

      Tagi: współczesna literatura polska, polskie pisarki, polska pisarka, książki polskie, recenzja książki, recenzje książek

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Teresa Oleś-Owczarkowa - Rauska”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      szwecja11
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 grudnia 2011 10:22
  • poniedziałek, 28 listopada 2011
    • Ta, którą nigdy nie byłam - Majgull Axelsson

      Ta książka to literackie studium losu kobiety, która była z mężczyzną, który „nigdy nie chciał dawać. Chciał tylko mieć. Wszystko i wszystkich”.

      Są książki, których fabuła do tego stopnia mnie wciąga, że w trakcie czytania wchodzę w opisywany świat, wraz z jego dźwiękami, smakami, barwami. Czytając czuję się, jakbym była w kinie. Nie pamiętam nawet przewracania kolejnych stron. Właściwie tylko uporczywy głód, dzwonek do drzwi albo dźwięk telefonu wyrywa mnie z zaczytania. Ta, którą nigdy nie byłam jest właśnie taką książką. Co gorsza jest książką, która z jednej strony maksymalnie wciąga a z drugiej powoli uzależnia i angażuje.

      Axelsson nie robi tego jednak z czytelniczką wprost. Nie zapowiada, że oddaje nam do rąk pewnego rodzaju pitawal małżeńskich przestępstw i grzeszków. Czytamy opowieść pewnej kobiety od jej dzieciństwa aż do czasów, kiedy jest u szczytu swojej kariery zawodowej. Z początku zwykła historia przeciętnej dziewczyny zamienia się w pewnego rodzaju ostrzeżenie.

      MaryMarie podąża bezwiednie drogą narzuconą przez wielopokoleniowe ubezwłasnowolnienie kobiet, oznaczające wrzucanie do jednego worka ich marzeń, zmuszanie do przyjmowania stereotypowych ról, których głównym motorem działania jest szukanie tego jedynego, co finalnie staje się też ich jedynym źródłem satysfakcji, chociaż na końcu też rozczarowaniem. MaryMarie należy do pokolenia Szwedek, które pozornie wychowywane są na dużo bardziej niezależne od swoich matek, lecz wciąż tkwią w rodzinnym schemacie, który jest dla nich emocjonalnym więzieniem. Ojciec MaryMarie nie wybiera na żonę niezależnej Szwedki a Polkę po traumie obozu w Auschwitz. Decyzje zapadające w rodzinie dziewczynki są napiętnowane silnym uporem ojca i słabą wolą matki.  Axelsson pokazuje symbolicznie skłonność mężczyzn do stawiania siebie w roli wybawiciela, wybierania kobiet słabszych emocjonalnie, których gorsze pochodzenie, wykształcenie uniezależnia je i skazuje na życie we wdzięczności. MaryMarie, która jest wystarczająco inteligentna i samodzielnie myśląca, mimo, że może osiągnąć wszystko o czym zamarzy a co socjaldemokratyczna Szwecja ułatwia również osobom spoza tzw. elit wybiera los kobiety uzależnionej od mitu mężczyzny, podobnie, jak jej matka uzależnia się od swojego męża. Dziewczyna wybiera tak jak wiele pokoleń przed nią przystojnego, elokwentnego Sverkera. Wciąż na niego czeka, śledząc jego kolejne gorące i krótkotrwałe romanse. Rozwija się, robi karierę czekając aż ją dostrzeże, doceni, pokocha. Ulega silnej pasji kobiecej, która skłania do uzależniania się od toksycznych mężczyzn, którzy kobietami pomiatają, wykorzystują, obdarzają złudzeniami, podsycają nikłymi nadziejami. Axelsson nie pozostawia tutaj żadnych złudzeń. Mówi: „Kobieta spotyka mężczyznę. Budzi się nadzieja. Mnożą marzenia. Rodzi się zawód. Kruszą iluzje. Płyną łzy”. MaryMarie jak wiele innych kobiet jest ślepa na doświadczenia poprzednich pokoleń, brnie w schemat, który bez względu na to, jaką decyzję podejmie i tak ją zniszczy. Staje się symboliczną kobietą w rękach symbolicznego mężczyzny egocentryka, patrzącego na świat z perspektywy czubka własnego penisa. Dla Sverkera świat to łóżkowe eldorado, tysiące prześcieradeł, w które owija tysiące kobiet. Jest wampirem energetycznym, który karmi się ich marzeniami o wielkiej miłości. Sverker nauczył się nietrudnego zresztą kodu skutecznego uwodziciela. Zdobywa pozycję, pieniądze, bierze sobie MaryMarie, która będzie dla niego przystankiem w drodze od jednej kochanki do drugiej, będzie emocjonalnym wsparciem, gdy przyjdzie rozczarowanie nową miłostką, znudzenie zbyt długim romansem, czy okazją dla rozładowania napięcia seksualnego, gdy zabraknie w danej chwili kochanki. MaryMarie godzi się na tę iluzję małżeńską, bo mimo, że Sverker był „kłamcą, klientem prostytutek, chronicznie niewiernym małżonkiem” był kimś, dla kogo MaryMarie chciała żyć: „owinęłabym się wokół niego jak anakonda i nie chciałabym puścić, wessałabym mu się w szyję, zamknęła w uścisku jego ramiona i nogi, trzymałabym go tak mocno, że nigdy by mnie nie zostawił.”

      Akcja powieści jest tak zbudowana, że śledzimy dwie równolegle toczące się historie jednej kobiety. Stajemy się obserwatorkami dwóch alternatywnych opowieści, pokazujących, co by było w zależności od tego, jaką decyzję podjęłaby MaryMarie. Kluczowym wydarzeniem są odwiedziny Sverkera w burdelu, w którym uprawia seks z nieletnią imigrantką. W nieznanych okolicznościach zostaje wypchnięty przez okno i w konsekwencji wypadku skazany na życie w wózku, sparaliżowany od ramion w dół. Zaczynamy śledzić historię Mary, robiącej karierę minister, byłej redaktor naczelnej poczytnej gazety, która opiekuje się sparaliżowanym mężem, lecz w końcu media poznają okoliczności jego wypadku, a zamieszanie, które to wywołuje wydaje się grozić zniszczeniem kariery minister. Autorka pokazuje jak tragiczny jest niekiedy los kobiet, jak związanie się z niewłaściwym człowiekiem może zniszczyć im karierę i życie. Historią Mary przypomina historie znanych kobiet, jak choćby Hilary Clinton, której romans męża ze stażystką przekreślił jej szansę na prezydenturę. Przypomina historie kobiet, które publicznie zmuszone są stawiać czoło zdradom swoich mężów, upokarzane osobistymi pytaniami, które rozgrzebują rany małżeńskie. Media zaczynają dociekać, czy walka Mary z handlem ludźmi nie jest wyłącznie pokłosiem jej osobistych doświadczeń. Przy okazji jesteśmy świadkami życia rządu szwedzkiego od kuchni. Axelsson pokazując bezradność minister wobec problemów, z jakimi jej urząd powinien się uporać zabiera jednocześnie głos w debacie o sens działań wielkiej polityki, która przegrywa codzienną walkę o polepszanie świata. Walcząc z problemami trzeciego świata tak naprawdę Mary walczy z wiatrakami, biorąc udział w konferencjach, sympozjach, honorując różne uroczystości i mając świadomość, że podczas tych wszystkich spotkań, w czasie których debatuje się o ratowaniu biednych, ci biedni właśnie umierają z głodu na ulicy. Axelsson z typową dla Szwedek wrażliwością społeczną, pokazuje też podział świata, na tych którzy walczą o prawa kobiet i tych, którzy walczą o prawa mężczyzn do kobiet: „Watykan, ortodoksyjni muzułmanie i amerykańska prawica utworzyli zwarty mur (…). Byli gotowi zapłacić każdą cenę i poświęcić życie dowolnej liczby dzieci i kobiet, aby bronić władzy mężczyzn nad rozmnażaniem się”. Pozwala sobie też na zdanie, które mogłoby być manifestem wszystkich pokrzywdzonych kobiet: „Mam w sobie furię. Jestem absolutnie wściekła na mężczyzn, którzy roszczą sobie prawo do rządzenia kobietami. Moją wściekłością mogłabym zburzyć całe miasta, obedrzeć ze skóry pełnych pogardy kardynałów ze Stolicy Apostolskiej i muzułmańskich fundamentalistów, a potem poprzybijać ich skalpy do ściany, chciałabym ułożyć na mojej plaży stos z zadufanych w sobie skurwysynów różnej maści i własnoręcznie podłożyć pod nim ogień, chciałabym skopać na śmierć wszystkich facetów na całym świecie, którzy biją żony, oskalpować wszystkich alfonsów i powtykać zapałki pod paznokcie klientów prostytutek”.

      W drugiej równolegle toczącej się historii poznajemy Marie, która po sześciu latach opuszcza więzienie za zabójstwo męża. Więzienie pełne kobiet, które siedzą tam za zabicie mężów, którzy się nad nimi znęcani, mężczyzn, którzy je wykorzystywali.  Z Marie w więzieniu odbywała karę prostytutka, która została wykorzystana w burdelu przez artystę, który kupuje od jej alfonsa zgodę na bardzo intymne i uwłaczające jej godności zdjęcia. Dziewczyna podczas wernisażu zaatakuje artystę, trafia do więzienia, w którym w końcu popełnia samobójstwo. Tego typu kobiety są wielokrotnie napiętnowane. Przez społeczeństwo, którego zmowa milczenia daje przyzwolenie na przemoc w rodzinie, zmuszając je do walki w samotności i odtrąceniu z codziennym poniżeniem, które co gorsza rozgrywa się w zaciszu czterech ścian domu. Takie kobiety, nie mogą liczyć na wsparcie, bo oczekuje się od nich życia w obłudzie, skazane na samotność przegrywają swoje marzenia, wreszcie własne życie. Gdy Marie wychodzi na wolność prześladuje ją przeszłość. Znamienne jest jej spotkanie z pastorem, który interesuje się stanem jej ducha tylko dlatego, że buduje postać mordercy w amatorskim teatrzyku, w którym dzięki przeżyciom Marie chce lepiej wypaść. Sytuacja Marie wydaje się być beznadziejna, opuszczona przez przyjaciół szuka drogi, do własnego wnętrza, drogi, która oznaczałaby wreszcie otuchę i spokój. Szukając wybawienia odnajduje go w sobie: „teraz będę miła dla siebie samej, naprawdę miła i naprawdę troskliwa”.

      Majgull Axelsson, Ta, którą nigdy nie byłam., Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008. Przełożyła Katarzyna Tubylewicz. Tytuł oryginału: Den jag aldrig var. (2004).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Ta, którą nigdy nie byłam - Majgull Axelsson”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      szwecja11
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 listopada 2011 15:11
  • czwartek, 17 listopada 2011
    • Jacek Dehnel - Lala

      Ta inkrustowana słowem rzeczywistość przypomina mi perforowane magią przemijanie. Zaklęta w wielowarstwowej czasoprzestrzeni zostaję wprowadzona na salony historii rodziny autora, w których wśród gwaru rozmów dominuje subtelność wypowiedzi, szacunek dla słowa, w miłym dla ucha koncercie dźwięków porcelany, kruchych talerzyków, grawerowanych łyżeczek.

      Dzięki tej książce uciekłam w świat niekończących się dyskusji o sztuce, filozofii, literaturze. Świat wiary w rozmowę, która przynosi radość, pobudza wyobraźnię, syci doskonałością. W magiczne oddalenie od szarej rzeczywistości ulicy, która rządzi się wielofunkcyjnym zastosowaniem słowa na „k”. Dehnel podarował mi świat, który przeminął, umarł, wraz z jego utracjuszami, których cieszyły spotkania z książką, muzyką, teatrem.

      Mogłabym otworzyć „Lalę” na dowolnej stronie z komentarzem nie lubię a uwielbiam. Tak, uwielbiam to dobre słowo, choć wciąż niedoskonałe. Bo uwielbiam Dehnela, za to, że zanim coś napisze dobiera w tak misterny sposób słowa. Lubię go za to, że podobnie do ludzi Północy, którzy mają setki określeń na śnieg tak Dehnel ma setki sposobów opowiadania o jednej rzeczy. Przy okazji wystawy Lecha Majewskiego, która miała miejsce w Muzeum Narodowym w Krakowie tuż po projekcji filmu „Młyn i krzyż” przeczytałam gdzieś recenzję, że twórczość Majewskiego przypomina ogromny cyfrowy gobelin, zbudowany z wielowarstwowych przestrzeni, żywiołów przyrody i postaci ludzkich. Dehnel też tworzy takie literackie gobeliny zbudowane ze wspomnień, rodzinnych historii, dykteryjek, które rozgrywają się w domu dziadków w Oliwie, gdzieś na Kresach, w utraconym majątku rodzinnym, w pokoju dziadka, który wyjmuje z pudełka głęboko schowany sygnet rodzinny, przy stole u babci, która zwołuje gości na uroczysty obiad. Dehnel podobnie do Majewskiego w „Młynie i krzyżu” rozkłada na czynniki pierwsze rodzinę, to odchodząc w dygresjach to powracając do jej głównej bohaterki. Lala jest tak charyzmatyczną kobietą, że nawet gdy autor wydaje się przez moment o niej nie pamiętać, to ja przez cały czas widzę jej roześmiane oczy i czekam, na kolejną porcję o babci. Dehnel napisał, że pochodzi z rodziny, w której „kobiety były dumne, uparte i silne”. W każdym akapicie i każdym słowie czuję siłę tej kobiety. Ogromną determinację, żeby przeżyć życie i godnie i z upodobaniem do rzeczy pięknych.

      Wzruszyło mnie bardzo odchodzenie babci. Jej zapominanie. Stawanie się bezradną. Ile czułości i szacunku jest w tym dawaniu z siebie, żeby uratować dla babci jeszcze jeden dzień. Sprawić jej i sobie z bycia z nią jeszcze jedną chwilę radości. Chciałabym, żeby mężczyźni i mieli i potrafili okazywać swoim najbliższym przywiązanie, oddanie, szacunek w tak ciepły, życzliwy i wzruszający sposób.

      Jacek Dehnel, Lala., Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2006.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Jacek Dehnel - Lala”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      szwecja11
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 listopada 2011 14:56

Kalendarz

Czerwiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014