Recenzentka

Wpisy

  • środa, 22 sierpnia 2012
    • Ann Voskamp - Tysiąc darów. O sztuce codziennego szczęścia.

      Każdy umiera, ale nie każdy naprawdę żyje – przypomniałam sobie to zdanie z „Walecznego serca” czytając tę książkę. Czy osiągnięcie pełni szczęścia jest tak proste, że wystarczy je dostrzegać, naprawdę żyć, żeby poczuć się szczęśliwym? Po lekturze tej książki - właściwie tak.

      Gdybym miała krótko odpowiedzieć na pytanie, o czym jest ta książka, powiedziałabym, że o łapaniu chwil, zapamiętywaniu najpiękniejszych wrażeń, dostrzeganiu piękna nawet tam, gdzie na pozór go nie ma. Zmienianiu punktu widzenia, skupianiu naszej uwagi na tym, co dla nas dobre i odwracaniu się od tego, co nas złości. Mam wrażenie jednak, że prędzej uwierzymy w drogą sesję ze znanym psychoterapeutą, weekend odnowy duchowej, dwudniowy kurs coachingu, niż w prostą lekcję udanego życia, o jakiej mówi ta książka i jaką bezpłatnie możemy sami sobie dawać na co dzień.

      Urok tej książki – trochę poradnika, trochę pamiętnika - polega na tym, że ludziom uwikłanym w trudy codziennego życia sprzedaje elegancką pigułkę szczęścia, opakowaną w literacki kaftan bezpieczeństwa. Autorka książki przekonuje nas, że skoro jej się udało odkryć a potem wprowadzić w życie prosty sposób na szczęście, to musi się udać każdemu. Trzeba tylko chcieć. Owszem dałam się ponieść magii jej recepty na szczęście. Dałam się ponieść słowom, które spisałam na długiej liście dnia. Dałam się ponieść chwilom, które wyłapywałam z codziennego morza chwil, zatrzymując się przy tych dla mnie najlepszych. To wymaga uważności. Dużo dobrej woli. Przynajmniej na początku. Ale rzeczywiście może się powieść. Z pewnością podpiszę się obiema rękami pod jej stwierdzeniem, że „w świecie uzależnionym od prędkości chwile rozmazują się w jedną smugę”, że warto pomyśleć o życiu, jak o deserze, że zawsze pojawia się coś, co zapełnia puste miejsce.

      Jeśli coś mi w tej książce przeszkadzało, to momentami nieco patetyczny ton. Miałam wrażenie, że autorka ucieka myślami i przeżywa mistyczne uniesienie, które zaczarowuje w słowie eucharisteo, przeżywanym podczas odczytywania Biblii i rzeczywistości. Zamyka w tym słowie kluczu całą swoją opowieść o życiu, nieszczęściach, jakie potrafi przynieść i używa go jako sposób na odnajdywanie szczęścia. Zastanawiam się ile pokory i nadziei dla tego co przynosi los trzeba mieć w sobie, żeby odwrócić się od żalu, rozgoryczenia i dalej iść przez życie z wysoko uniesioną głową. Ann Voskamp jest matką sześciorga dzieci, która oprócz trudów takiego rodzicielstwa niesie w sobie ciężar śmierci w rodzinie, ciężkiej choroby. Zamiast uciekać w smutek i przeżywanie tego co było stworzyła sobie receptę na szczęście, z której każdy z nas może teraz czerpać, bo skoro udało się jej podnieść, skoro odnalazła w sobie siłę, żeby nie tylko iść dalej, ale iść dalej wiedząc dokąd iść, którędy i w jakim celu, to znaczy, że to jest wykonalne. Trzeba tylko naprawdę żyć.

      Ann Voskamp, Tysiąc darów. O sztuce codziennego szczęścia, Wydawnictwo ESPRIT, Kraków 20012. Tytuł oryginalny: One Thousand Gifts, tłumaczyła: Edyta Stępkowska.

      Anna Dutka

      Tagi: literatura, książka, biblioteczka, biblioteka, bibliofil, mol książkowy, recenzja książki, recenzje literatury, recenzje książek, o literaturze, lubię czytać, portal z książkami, strona z recenzjami książek, blog o literaturze, blog o książkach, Kanada, Ontario, pisarki urodzone w 1973, kanadyjscy pisarze, kanadyjskie pisarki, kanadyjska pisarka, poradnik duchowy, psychologiczny, religijny, chrześcijaństwo, odnowa duchowa.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      szwecja11
      Czas publikacji:
      środa, 22 sierpnia 2012 15:47
  • poniedziałek, 18 czerwca 2012
    • Oliver Pötzsch - Córka kata

      Książka, z kryminalnym wątkiem rozpoczynającym proces o czary, historia zakazanej miłości, która rozgrywa się na poziomie ukradkowych spojrzeń, niby przypadkowych spotkań, prawdziwa opowieść z życia przodków autora, w rezultacie wciągająca lektura na długie deszczowe wieczory.

      Spodobał mi się sposób, w jaki Pötzsch przedstawia tło opowieści i oddaje nastrój epoki. Jak sprawnym ruchem rozrzucone kości do gry, które układają się w niby przypadkowy, a jednak konkretny rezultat, tak autor rozrzuca w fabule drobne historie, opisy wydarzeń, zachowań mieszkańców. Dzięki temu wchodzimy powoli w siedemnastowieczny świat, którym rządzi zabobon, ciemnota, strach przed nieznanym, wiara w nadprzyrodzone siły, szatańskie moce. Mieszkańcy miasteczka drżą przed nocą Walpurgii, ze strachem wypatrując na niebie czarownic w ich orgiastycznym tańcu z diabłem. Nieznane sobie znaki interpretują, jako świadectwo konszachtów z ciemnymi mocami. Nie znajdując w napotkanym człowieku wytłumaczenia dla jego okrucieństwa, łatwo uznają go za szatana. Wierzą, że z korzenia mandragory czarownice robią maść do smarowania swoich mioteł, że na wzgórzu, gdzie wiesza się skazańców przechadzają się ich dusze.

      Zbudowane na początku książki wrażenie miasteczka, którego rytm wyznaczają kościelne dzwony wzywające na msze, ostrzegające przed niebezpieczeństwem, nawoływania na publiczne wymiary kary są tak sugestywne, że rozbrzmiewające za oknem dzwony kościelne można łatwo pomylić z tymi książkowymi. Równie przejmujący jest opisany chłód niedogrzanych domostw, wyziębionych wczesnowiosennym wiatrem wałęsających się po ulicach dzieci, smród nieczystości i ekskrementów wylewanych przez okna prosto na ulice, zapach piwa i wódki mieszający się z potem niedomytych ciał. Mieszkańcy, niczym w muzeum anatomii, rozbierani są na czynniki pierwsze tworząc malowniczą galerię postaci. Zapadają w pamięci obrazy Johannesa Kuisla z przekrwionymi oczami, włosami w tłuste strąki śmierdzącymi alkoholem, brodą ze zwisającymi resztkami wczorajszej zupy. Umorusane dziewczęta sprzedające smażone orzechy i małe pachnące chleby. Simon Fronwiser z przystrzyżoną hiszpańską bródką.

      Ulice zapełniają się kolejnymi postaciami, wypełniając powieściowe miasto dźwiękami codzienności. Autor w doskonałych proporcjach skupił się na charakterystycznych cechach siedemnastowiecznych miast, pokazując hierarchiczność ulic, domostw, praktyczne rozwiązania służące utrzymaniu porządku i dyscypliny i pewną autonomię, którą zapewniały sobie poszczególne chałupy, z ogródkami pełnymi pachnących ziół, trzeszczących drewnianych schodów, ciemnych pomieszczeń oświetlanych świecami. Jest to już społeczność z silnie zarysowanymi podziałami na bogatych i biednych, na uprzywilejowanych i skazanych na ich łaskę sierot, wędrownych bezrobotnych żołnierzy, wałęsających się żebraków. Wzbogacające się z pokolenia na pokolenie klany rodzinne przejmują i umacniają swoją władzę, która zbyt silna potrafi czasem wypaczyć. W tym miejscu do głosu dochodzi nie tyle autor interesującej powieści, ale człowiek, który świadomie odczytuje historię i robi z niej narzędzie do pokazania pewnych zachowań, które niezależnie od czasu, epoki zawsze się pojawiają: pazerność władzy, pod której płaszczem kryją się okrutne decyzje, strach o utratę wpływów zamieniający człowieka w bezduszną maszynę do zabijania, nieumiejętność wybaczenia nawet na łożu śmierci, która niszczy marzenia własnego syna. Wydawać by się mogło, że tym katalogiem ludzkich zachowań Pötzsch wyczerpie temat człowieka, lecz on jednak idzie śmiało dalej. Ma odwagę zabrać głos w sprawie kobiet, których nadal w połowie siedemnastego wieku pozbywano się na stosach, posądzając je przy nadarzającej się okazji o czary. Jego głos z jednej strony odwołuje się do liczb, faktów, przywołuje historię procesu czarownic, podczas którego na stosie spalonych zostało ponad sześćdziesiąt kobiet, z drugiej do osobistej historii Marty Stechlinowej, akuszerki i znachorki, u której wszyscy w mieście szukają pomocy w chorobie, i którą z równą łatwością wysyłają na stos, szukając szybkiego, choćby nawet pozornego zwycięstwa wymiaru sprawiedliwości. Z kart tej powieści dowiadujemy się, jak bezwartościowe było kiedyś życie ludzkie, jak szybkie wyroki skazujące na śmierć, jak silna potrzeba wyznaczania wyraźnych granic tego co moralne i niemoralne, prawe i bezprawne, jak jednocześnie płynna była ta granica. Autor w przejmujący sposób pokazuje, że jedną decyzją można było uwolnić skazaną od zarzutów i jednocześnie zabić tą decyzją; stosowane wówczas testy na czarownice polegały m.in. na wrzucaniu związanej kobiety do wody, jeśli uwolniła się z węzłów potwierdzała tym samym, że ma magiczną moc, więc i tak czekał ją stos, gdy nie przeżyła, uwalniała się tym samym od zarzutów, ale nie zwracało jej to życia.

      W ciekawy sposób poznajemy za sprawą tej powieści rozwój medycyny i powolne odchodzenie od metod leczenia za pomocą upustów krwi, wąchania moczu na rzecz studiowania ludzkiego ciała. Pötzsch kpi z ówczesnych lekarzy, dla „których książka, której autor wychodził z założenia, że cała krew w ciele jest częścią wiecznego krwiobiegu, wprawianego w ruch za sprawą serca” była kontrowersyjna i wyśmiewana przez profesorów z uniwersytetu w Ingolstadt. Wciąż jest to jednak świat ziół, ciemiernika, alrauny, cykuty, wilczej jagody dobieranych w uzdrawiające mieszanki głównie przez znachorki, które pomagają macierzanką i widłakiem goździstym wywoływać krwawienie, zapobiegać niepożądanym ciążom, leczą gorączki, wysypki, bóle brzucha.

      Ta książka jest potwierdzeniem pozytywnego nurtu we współczesnej powieści, która ma ambicje autentyczności, potrafi wykorzystywać historię do opowiadania kolejnych historii, jest ważnym zaangażowanym społecznie głosem. Jest mądrą literaturą pokazującą prawdziwe życie.

      Oliver Pötzsch, Córka kata., Wydawnictwo ESPRIT SC, Kraków 20011. Tytuł oryginalny: Die Henkerstochter, tłumaczyła: Edyta Panek.

      Anna Dutka

      Tagi: współczesna literatura niemiecka, literatura przygodowa, powieść przygodowa, powieść historyczna, postaci historyczne, prawdziwa historia, XVII wiek, siedemnasty wiek, powieść rozgrywająca się w siedemnastym wieku, recenzja książki, recenzje książek, recenzja literatury, recenzje literatury, lubię czytać, portal z książkami, strona z książkami, blog z książkami, strona z recenzjami książek, strona z recenzjami literatury, blog o literaturze, blog o książkach, Niemcy,  niemieccy pisarze, niemieccy autorzy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      szwecja11
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 18 czerwca 2012 15:55
  • środa, 02 maja 2012
    • Hyperversum - Cecilia Randall

       

      Romantyczne zapatrzenie w inną epokę, które kończy się podróżą w czasie i szukaniem kobiety życia to od teraz nie tylko historia Owena Wilsona w „Midnight in Paris”. Ian podobnie jak bohater z ostatniego hitu Woody Allena żyje kontestując dawne, inne czasy i szukając w ich odmienności miejsca dla siebie, własnych marzeń i pasji. W przypadku Iana, głównego bohatera "Hyperversum" fascynacja przekłada się na studia, które kontynuuje podczas doktoratu, coraz bardziej ocierając się o prawdę, którą przechowują stare księgozbiory. Ulega w niezrozumiały dla siebie samego sposób przywiązaniu, czy uzależnieniu od portretu kobiety, który znajduje w jednej z ksiąg francuskich archiwów.  


      Postać Iana i jego fascynacja Isabeau to oś, wokół której Cecilia Randall tworzy powieść. A właściwie grę w historię, która z przygotowanej i odgrywanej w sieci według scenariusza RPG staje się dla Iana i jego przyjaciół prawdziwym, życiowym wyzwaniem, dzięki któremu trafiają w sam środek wydarzeń trzynastowiecznej Francji. Niezrozumiały dla wszystkich błąd lub awaria w systemie przenosi uczestników gry na pogranicze flandryjskie a to co miało być wyłącznie wirtualną grą staje się grą na śmierć i życie.


      Randall wzięła to, co najbardziej magiczne w średniowieczu: niezwykły mit rycerskości z legendami o rycerzach mierzących się w turniejowych pojedynkach, walczących o zwycięstwa w wielkich bitwach, historie o namiętnych porywach serca trzymanych na wodzy dworskiego konwenansu, siłę, która przejawia się w męstwie i honorze, puściła nieco wodze fantazji i pozwoliła spotkać się amerykańskim studentom z trzynastowiecznymi postaciami, Janem bez Ziemi - bratem Ryszarda Lwie Serce, który odegrał rolę negatywnego bohatera w historii o Robin Hoodzie, uczestnikami krucjat, francuskimi i angielskimi rycerzami.


      Bohaterowie mówią współczesnym nam językiem i patrzą na średniowieczną codzienność oczami współczesnego człowieka. Randall miała wielokrotnie okazję dać wyraz swojemu poczuciu humoru stawiając Iana, Jodi, Martina, Daniela, Carla i Donnę w sytuacjach dla nich obcych, gdzie ludzie przyzwyczajeni do korzystania ze zdobyczy techniki, cywilizacji stają się nieporadną i zabawną grupą, która ma problem chociażby ze zjedzeniem obiadu bez widelca. Ta perspektywa bycia w samym środku średniowiecznego świata, który poznaje się, oczami obcego, nierozumiejącego go, tym lepiej i bardziej pozwoliło zbliżyć nas czytelników do jego codzienności i zwyczajności. Przezabawne są sceny nie tylko spożywania posiłków, ale też ubierania się, gdzie ludzie przyzwyczajeni do wygodnych t-shirtów i dżinsów muszą poświęcić godziny na ubieranie się i rozbieranie, czego nie są w stanie zrobić samodzielnie. Ta podróż w czasie otworzyła przed powieścią nowe możliwości. Ian, który długo studiował trzynastowieczne średniowiecze w wielu sytuacjach jest dla przyjaciół przewodnikiem po nim, znajomość historii pomaga mu lawirować pomiędzy rozgrywającymi się intrygami. A my dostajemy od Iana wskazówki, którymi dzieli się z pozostałymi. Podczas, gdy w klasycznej powieści historycznej brak znajomości realiów przedłuża proces czytania na szukanie źródeł, które pozwoliłyby zrozumieć lepiej czytaną historię, tak tutaj takim źródłem jest Ian. Gdy więc rozpoczyna się turniej poznajemy jego specyfikę, zasady walki i sposób, w jaki w średniowieczu ewaluowały reguły rządzące turniejami. Zrozumiemy historię mariaży politycznych nabierających innego znaczenia w oczach mężczyzny, który musi się pogodzić z utratą ukochanej „sprzedawanej” dla korzyści politycznych innemu mężczyźnie. Weźmiemy udział w średniowiecznym wieczorze kawalerskim.


      Ta powieść dotyka głęboko drzemiących, stłumionych, czy wręcz zabijanych przez współczesny świat potrzeb sprawdzenia się w roli prawego człowieka walczącego bezinteresownie i z powodzeniem o ważne sprawy. Świat tej książki jest światem z marzeń o normalności, gdzie ludzie żyją odpowiedzialnie i potrafią się tą odpowiedzialnością dzielić. Środki masowego przekazu epatują nas ostatnio rozwydrzonymi młodymi ludźmi, żyjącymi bez celu, krzywdzącymi najbliższych. Dla odmiany w książce Randall spotkamy ambitnych młodych ludzi z pasjami: studenta, który pisze doktorat o XIII wiecznej rodzinie francuskich feudałów, dwie absolwentki medycyny, studenta fizyki materiałowej.  Sporą odwagą było wybranie na głównych bohaterów tak „normalnych” postaci, pozbawionych tej dziwaczności i nieprzystosowania, która bije rekordy popularności we współczesnych mediach. Tak, jakby Randall przewrotnie w stosunku do mainstreamu chciała nam pokazać, że żeby przeżyć coś ciekawego w życiu, trzeba się najpierw nauczyć czegoś wartościowego.


      O tym, jakimi ludźmi są poszczególne postaci tej książki dowiadujemy się stopniowo, niemal jak w życiu, poznając ich w różnych sytuacjach. Randall chce i potrafi budować emocjonalne napięcie wokół poszczególnych postaci. I tak, jak w życiu z jednymi postaciami tracimy na jakiś czas kontakt, z innymi nie chcemy go utrzymywać, jedni zyskują naszą sympatię i wzbudzają coraz większe zaufanie, innych taktujemy z dystansem. Każda z tych osób dostała od autorki szansę na zaistnienie i zbudowanie swojej pozycji w powieści. Dając im prawo do literackiego życia Randall kreśli linie ich życia bez wahania każąc im być ludźmi z krwi i kości.


      Zazdroszczę autorce „Hyperversum”, która  napisała pierwszą w swoim życiu powieść i od razu spotkała się z sukcesem czytelniczym, który idzie w parze z uznaniem krytyków. "Hyperversum" zasłużenie dostało nagrodę literacką za najlepszą powieść młodzieżową, chociaż niezasłużenie może być tym tytułem zaszufladkowane, jako lektura dla nastolatków.  Mam już za sobą czasy licealne, a doskonale bawiłam się przy lekturze tej książki. Randall stworzyła niewidoczną nić, którą niepostrzeżenie wytycza nam kierunek, próbując wydobyć nas z nieświadomości i otworzyć na niezwykły świat, do którego prowadzi droga poprzez poznawanie siebie, zmaganie się z własnymi słabościami, strachem, bólem, ale też poznawaniem, czym jest oddanie, przyjaźń, wierność. Jej bohaterowie emanują ciepłem i dobrocią, która stale nam towarzyszy, sprawiając, że wiara w dobro nas nie opuszcza. Dałam się wciągnąć w tę emocjonalną rozgrywkę, w której uczucie najsilniej przejawia się pomiędzy obdarowywaniem ukochanego cieniutkim, haftowanym szalem a czułym pocałunkiem, gdzie podziwem obdarza się tego, który nie skorzystał z możliwości łatwego zwycięstwa, jaką dały mu niespodziewane kłopoty przeciwnika.


      Przenosząc się w czasie do trzynastego wieku Randall pokazuje, jak wiele zmieniło się wokół człowieka a jak niewiele zmienił się sam człowiek. Przyjaźń, która rozwijała się wśród znajomych, gdzieś na amerykańskiej prowincji, w zupełnie zmienionych warunkach, gdzie trudno jest zaspokoić podstawowe potrzeby, gdzie na szali stawia się własne życie, gdzie ławo o ból, a trudno uciec przed strachem, stawia każdego przed nowymi wyzwaniami. Każdy dzień staje się lustrem, od którego jedni woleliby uciec, inni z dumą zobaczą swoje odbicie. Randall w piękny sposób opisała, czym jest prawdziwa przyjaźń, jak rodzi się miłość na całe życie, jak rozróżnić bohaterstwo od pozerstwa, co to jest wierność czy honor. Pokazała ułomność współczesnego człowieka, który, na co dzień chętnie i szybko odwołuje się do wielkich słów, których znaczenia tak naprawdę nigdy nie poznał. Ci młodzi ludzie, których ręka pisarki skazała na najważniejszą przygodę ich życia, stali się ludźmi w nowym dla siebie znaczeniu. Na własnym ciele noszą ślady poświęcenia, wierności, ale też tchórzostwa i lęku. I tak, jak jeden z bohaterów powtarza, że nie będzie umiał już żyć tak jak dawniej, tak samo czytelnik zobaczy świat na nowo i podobnie do niektórych z bohaterów, którzy wolą zostać na zawsze w trzynastym wieku, nie będzie chciał opuszczać tego powieściowego świata.


      Cecilia Randall, Hyperversum, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2011. Przełożyła Natalia Mętrak. 749 str.

       

      POLECAM RÓWNIEŻ:

       

      2007 - Cecilia Randall - Hyperversum. Sokół i Lew.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      szwecja11
      Czas publikacji:
      środa, 02 maja 2012 07:30

Kalendarz

Grudzień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014