Recenzentka

Wpisy

  • środa, 23 stycznia 2019
    • Lód i woda, woda i lód - Majgull Axelsson, czyli jak znaleźć sens w życiu

      Na feedzie facebookowym pojawiła mi się ostatnio reklama „Good Day” wydarzenia: „Zrób sobie dobry rok!”. Chodziło o wyzwanie w stylu slow. Zamiast bicia rekordów, złapanie oddechu w życiu. Skończyłam akurat powieść Majgull Axelsson „Lód i woda, woda i lód”. Czytało mi się ją źle, wolno i z uporem skandynawistki, która doczytuje nawet słabsze rzeczy, o ile są z Północy. Do maila z wyzwaniem dołączony został film autorki „Znajdź w życiu sens”, psycholożki Emily Esfahani Smith podczas jej wystąpienia TED2017. Już miałam pisać krytyczną recenzję powieści Szwedki, ale pomyślałam, że gdyby pominąć wydumaną historię, rozwleczoną fabułę i nieklejącą się akcję, to jej powieść bardzo dobrze literacko rozwija to, co w czasie kwadransa opisuje Emily Esfahani Smith odpowiadając na odwieczne pytanie: gdzie szukać szczęścia.

       

      Lod_i_woda_woda_i_lod_majgull_axelsson_sens_zycia_recenzentka

       

      SENS W ŻYCIU - PRZYNALEŻNOŚĆ


      Emily Esfahani Smith uważa, że dużo ważniejsze od szczęścia jest odnalezienie sensu życia. A na pytanie: jak? Daje cztery odpowiedzi. Najważniejsze jest według niej poczucie przynależność, która wypływa ze świadomości pełnej akceptacji nas, takimi jacy jesteśmy i doceniania innych. Pamiętacie tę scenę z „Dziennika Bridget Jones”, gdy Mark Darcy mówi:

       

      -Próbuję ci teraz powiedzieć dość nieudolnie, że tak naprawdę, pomimo pozorów, lubię cię bardzo.
      -Chociaż palę, piję, mam prostacką matkę i słowotok?
      -Tak. Bardzo cię lubię. Taką jaka jesteś.

       

      To: „Taką jaka jesteś” zamienia się w mantrę, którą Bridget fetyszyzuje niemal każdy dzień. Na taką jaka jest, ze wszystkimi wadami, zasługuje według Alexa bohaterka „Love, Rosie”. Coś w tym jest, że dopiero poznanie ludzi, dla których jesteśmy w porządku z całym bagażem naszych wad i zalet, wypełnia nas poczuciem szczęścia. Majgull Axelsson pokazuje deficyty takiej akceptacji. Powieściowa Susanne żyje w toksycznej przyjaźni z Ingalill, która skorzysta z każdej okazji, żeby zmiażdżyć ją swoimi negatywnymi uwagami. Dziewczyna dorastała w domu, w którym wyzwiska nadawały rytm dnia. Ingalill nieświadomie upodabnia się do własnego ojca nieustannie znęcającego się psychicznie nad matką. Jej karmą było poczucie wstydu i upokarzanie. Zamiast miłości dostała pakiet przytłaczających ją doświadczeń, przez które nie potrafi tworzyć normalnych relacji. Jest nieszczęśliwym dzieckiem, które staje się nieszczęśliwą nastolatką. Zna mechanizm upokorzeń. Wie jak celnie uderzyć słowem, żeby zmaksymalizować ból ofiary. Mama Susanne przejmuje opiekę nad synem swojej siostry. Kuzyn w życiu dziewczynki staje się rywalem w walce o uczucia matki, która całą siebie inwestuje w wychowywanie chłopca. Dziewczynka dorastająca w poczuciu bycia gorszą, nie zasługującą na uczucie matki będzie szukać w późniejszym życiu taniej akceptacji. Przyjaźń z Ingalill jest jej kwintesencją. Nieświadomie bierze na karby złośliwości koleżanki, o ile wciąż może ją nazywać przyjaciółką. W imię trudnej relacji przemilczy każdą negatywną uwagę pod swoim adresem. Nieświadomie hoduje w sobie kompleksy, którymi karmi ją Ingalill. Ale, gdy pojawi się na horyzoncie chociaż cień akceptacji, Susanne rzuci się w nowy związek, nieświadoma, że pada ofiarą dziewczyny, która poprzez przyjaźń z nią próbuje jedynie poznać Björna, przyszywanego brata Susanne. Znowu wyhodowany w dzieciństwie brak akceptacji prowadzi ją w fałszywą relację. Emily Esfahani Smith mówi, że poczucie przynależności, żeby nadać sens życiu musi wypływać z miłości. Złudne jest poczucie przynależności oparte na nienawiści do kogoś. Złudne jest poczucie przynależności oparte jedynie na wspólnych poglądach, wierze czy zainteresowaniach. A najbardziej złudne jest to wynikające z fałszywych pobudek. Dlatego Ingalill dołączając do młodzieżówki Narodowych Sił Wyzwoleńczych FNL znajdzie tam grupę, która da jej wsparcie, gdy będzie szydzić z Susanne. Będą zwartą grupą na placu przed szkołą, drwiąc z innych. Eva Salomonsson będzie żyła wyimaginowaną relacją z Björnem, pozwalając się traktować jak powietrze. A Björn dla dobra sprawy zawsze znajdzie racjonalne wytłumaczenie, żeby grać w zespole z ludźmi, którzy go szczerze nienawidzą.


      Wyjaśniając czym jest przynależność Emily Esfahani Smith zaznacza, że nie da się tworzyć trwałych i bliskich relacji, jeśli sprawiamy, że inni czują się bagatelizowani, niewidzialni i bezwartościowi. O tym też opowiada Majgull Axelsson w swojej powieści. Björn nie potrafi docenić matczynych uczuć Inez, ta z kolei odrzuca swojego męża Birgera. Wyciągnięte ręce ludzi, którzy bezinteresownie okazują serdeczność innym, często zawieszają się tu w próżni.


      SENS ŻYCIA – FLOW i CEL W ŻYCIU


      Ale nie tylko brak serdecznych więzi pozbawia życie sensu. Jest też nim brak celu i brak czegoś, co Emily Esfahani Smith nazywa przeżyciem transcendentalnym, rodzajem flow, które daje poczucie zatraty miejsca i czasu. Björn Hallgren potrafi zatracić się śpiewając. Celem Elsie jest ucieczka przed synem, który jest dla niej dowodem własnej naiwności i późniejszej porażki. Celem Evy Salomonsson będzie zdobycie za wszelką cenę Björna. Cele, które wynikają z niskich pobudek lub te, które nie pomagają innym, nie sprawią, że nasze życie nabierze sensu, podkreśla Emily Esfahani Smith. Nie znajdzie go Inez kochając przybranego syna bardziej niż rodzoną córkę. Nie znajdzie go Elsie uciekając przed więzami rodzinnymi. Nie znajdzie go Björn stając się członkiem boysbandu, który spełnia jedynie marketingowe oczekiwania działu sprzedaży.


      SENS ŻYCIA - STORYTELLING


      Ostatnią rzeczą, która nadaje życiu sens według Emily Esfahani Smith jest storytelling – sposób w jaki fabularyzujemy, opowiadamy swoje życie. Chodzi o to, jak o sobie myślimy i co mówimy o własnym życiu opowiadając o nim innym. Jaką też wersję własnego życia tworzymy nieustannie w myślach. Czy to przepełniona żalem historia straconych okazji? Czy historia człowieka świadomego siebie, który i zwycięstwa, i porażki przekuwa w motywujące kolejne kroki? Najlepiej widać to w postaci Susanne. Ta w duszy jest poetką, ale „przegraną poetką, kobietą, która ma za sobą kilka nieudanych projektów. (…) jest córką, która powinna zostać zgładzona zamiast swojego brata, żoną, która niecałe trzy miesiące po ślubie zostawiła męża, psycholożką, która nigdy nie odebrała swojego dyplomu, powieściopisarką, która spaliła swoją pierwszą powieść, mimo, że była dobra i wbrew temu, że była jedyną ważną książką, jaką kiedykolwiek napisała i zamiast której wyprodukowała ten bezwartościowy kryminał”. Björn Hallgren tak dalece relatywizuje swoje życie, że wpada w pułapkę życia w iluzji. Przybiera pozę na pokaz i odgrywa nieustannie narzuconą mu rolę. Męczy się z drugim sobą i poczuciem bezsensu jaki tworzy ta iluzja.


      Czy można powiedzieć, że ktoś w powieści Majgull Axelsson, znalazł sens, o którym opowiada Emily Esfahani Smith? Wydaje mi się, że to może być Ulrika i dzięki niej również Anders. I chociaż dzielą ich życiorysy a zwłaszcza historie małżeńskie, to potrafili się odnaleźć w największym życiowym tłumie. „Ulrika miała „dwoje rodziców, którzy pomagali jej i wspierali ją, cieszyli się nią każdego dnia w ciągu całego życia. Jest spokojna i radosna, odpowiedzialna i opiekuńcza. Szczęśliwa". Dzisiaj to badaczka z tytułem profesora, realizująca się i zawodowo i osobiście. Owdowiała kobieta ma dziewiętnastoletniego syna, który właśnie zaczął studiować medycynę. W naturalny dla siebie sposób wybierze sobie na kolejnego partnera mężczyznę, który da jej to, do czego od dziecka jest przyzwyczajona: bezinteresowną miłość. Majgull Axelsson zadaje kłam powszechnej tezie o przyciąganiu się przeciwieństw. Na szali emocji i potrzeb, to jednak inaczej funkcjonuje, niż w przysłowiach. Kapitałem Ulriki jest szczęśliwe dzieciństwo, dom, a więc dorastanie. Nie wchodzi w toksyczne relacje, bo nauczyła się żyć w ciepłych, bliskich i życzliwych związkach. I takich ludzi do siebie przyciąga.


      I Axelsson, i Emily Esfahani Smith chcą zmienić świat. Przewaga Smith nad Szwedką polega na tym, że przedstawiła nam ludzi, których trudne sytuacje wzmocniły i pozwoliły zmienić życie na lepsze. Sparaliżowany sportowiec - z jej wystąpienia - przyznaje, że dopiero wypadek otworzył mu oczy i pozwolił zrealizować się w roli, która nadała jego życiu sens. Nie da się zmienić świata odbierając człowiekowi nadzieję. A tę nam Axelsson tym razem odebrała. Brak szczęśliwego dzieciństwa czy brak wspierających rodziców może być właśnie tym trudnym doświadczeniem, które pozwoli człowiekowi znaleźć siłę i mądrość, żeby sobie poradzić w życiu. Bo jedni odnajdują sens w życiu, dzięki temu, co otrzymali, inni dzięki temu, co stracili. Choćby to było stracone dzieciństwo.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Lód i woda, woda i lód - Majgull Axelsson, czyli jak znaleźć sens w życiu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 23 stycznia 2019 14:20
  • środa, 09 stycznia 2019
    • Bullerbyn istnieje naprawdę

      Każdy nosi w sobie jakieś „Bullerbyn”. Moje było marzeniem z dzieciństwa, które nawarstwiało się kolejnymi wyobrażeniami. Rosło we mnie przez całe życie. Gdy o czymś marzysz tak długo, podróż w to miejsce staje się celem. Zanim podniosłam dłoń, żeby ochronić wzrok przed słońcem i nastawiłam obiektyw celując w szyld z napisem Bullerbyn, musiało się wydarzyć kilka ważnych, chociaż nieplanowanych rzeczy. Bez nich nie wsiadłabym pewnego lipcowego ranka na rower, żeby przejechać ostatnie jedenaście kilometrów dzielących mnie od spełnienia marzenia z dzieciństwa.

       

      1_Bullerbyn_Sevedstorp_szyld

       

      Droga do Bullerbyn zajęła mi szmat czasu. Opowiadałam Wam, że przeprowadziłam się za pracą do Łodzi, gdzie pewnego dnia poszłam na slajdowisko o Norwegii, tam dowiedziałam się o Workaway. Tym zbiegiem okoliczności wyjechałam na wolontariat do Szwecji i zamieszkałam w gospodarstwie, które odwiedziła Astrid Lindgren, podczas zdjęć do Emila z Lönneberg. W ostatni dzień pobytu moi gospodarze dali mi wolne. Mieszkałam kilka kilometrów od Bullerbyn, kilka razy przejeżdżałam koło skrętu do Pelarne jadąc do Vimmerby. Musiałam tam w końcu pojechać.

       

      Tego dnia było ciepło. A słońce buchnęło światłem nagle, jakby ktoś gwałtownie odsłonił na niebie zasłony. Katja, Lotta i Jonas byli w pracy, Micha gdzieś pojechał. Został mi rower. W szopie stało kilka, ale do jazdy nadawał się tylko jeden. Problem w tym, że nie znałam kodu do zamknięcia, a przecież gdzieś w Bullerbyn muszę zaparkować. Trudno, machnęłam ręką. I gdy już prawie zjechałam z trawnika na szutrową drogę, nagle usłyszałam chrząknięcie. Takie, jakie zazwyczaj wyrywa się człowiekowi, gdy jest wzruszony lub zakłopotany. Niemka, która wynajmowała jeden z domków stała na werandzie i nieśmiało, właśnie takim łamiącym się głosem, oznajmiła:


      - Przepraszam, ale to jest nasz rower.
      O Boże! Zwinęłam się ze wstydu jak w kreskówce Disneya.

       

      Wsiadłam na jedyny, w miarę na chodzie rower. Nie do końca było pewne czy dojadę, bo na dwa okrążenia koła, miał jeden przejazd pusty i naprawdę bałam się, że urwę łańcuch i zamiast w Bullerbyn wyląduję gdzieś w totalnej småländzkiej czarnej dziurze.

       

      Muszę niniejszym wyjaśnić, że zanim dotrze się do bezkresnych, gęstych småländzkich lasów trzeba pokonać nowoczesną, bardzo uczęszczaną småländzką drogę szybkiego ruchu, po której kursują: TIR-y, autobusy i Szwedzi, którzy nie spodziewają się na tym odcinku Polki na nieco rozklekotanym rowerze z jedną działającą przerzutką. Dopiero, gdy skręciłam, w stronę powieściowej „Wielkiej Wsi” - Pelarne poczułam się jak w drodze do Bullerbyn. Wiedziałam, że ojciec Astrid - Samuel August Ericsson urodził się w Hamphorva, wiosce położonej kilometr od Sevedstorp. Gdy miał 7 lat jego rodzina przeniosła się do „Mellangården”, Zagrody Środkowej, gdzie mieszkała przez kolejne 10 lat, zanim przeprowadziła się do Näs w Vimmerby. Samuel August przejął Näs po swoim ojcu i to tam w 1907 urodziła się Astrid. Gdy więc Lasse Hallström szukał planów filmowych, naturalnym stało się, że malownicze Sevedstorp, o którym myślała Astrid pisząc „Dzieci z Bullerbyn”, zagrało w filmie. Dwa lata 1986-1987 nadały wiosce zupełnie inny rytm. Dzieci, które chodziły do szkoły w Pelarne statystowały w filmie, podobnie jak dorośli z okolicznych domów. Można powiedzieć, że prawdziwa Szwecja zagrała Szwecję z dziecięcych marzeń. A syndrom Bullerbyn zaczął zataczać coraz szersze kręgi.

       

      Gdy zmierzasz do celu marzeń nic po drodze nie jest cię w stanie zniechęcić. Żadne przewyższenie. Ani ból w nogach, ani chmura kurzu, w której zostawiają cię mijające samochody. Gdy jedziesz ze świadomością, że mijasz ostatnie metry do celu marzeń, ciśniesz z siłą, jakiej nie raz brakowało ci, żeby zmierzyć się z przeciwnościami dnia codziennego. Zależało mi, żeby zarejestrować każdy fragment mijanego krajobrazu. Jak Japończyk na objazdówce kadrowałam horyzont. Otoczone gęstym murem zieleni Jezioro Ciche z drobnymi zmarszczkami o barwie nieba. Las, do którego mieszkańcy Bullerbyn jeździli po drzewka bożonarodzeniowe. Jest taka dyscyplina sportowa, gdzie wykonuje się różne akrobacje z długą taśmą na cienkim patyczku. Droga do Bullerbyn wygląda, jakby ktoś takiej osobie pozwolił ją wytoczyć ruchem tej taśmy.

       

      Nie wiedziałam, czy poznam domki z Bullerbyn. Ale jak można nie poznać miejsca, w którym bawili się Lasse i Bosse? I wtedy je zobaczyłam. Poczułam jak hamuję butami o asfalt. Stałam wysoko nad doliną i robiłam w pamięci jej zdjęcie panoramiczne. Szłam powoli ścieżką prowadzącą do trzech Zagród. I nieważne, że były wypielęgnowane z równo wysianym trawnikiem. Nieważne, że otaczał je biały płot, który nie pozwalał podejść bliżej. Nieważne, że jeden domek ktoś przemalował na jasny kolor. Nieważne, że dzisiaj naprzeciwko stały zaparkowane nowoczesne rolnicze maszyny. Nic nie było w stanie wprowadzić ani nuty rozczarowania. Spacerowałam i dawałam pamięci długi czas naświetlenia. Chciałam zabrać w drogę powrotną wyraźne wspomnienia. Wspomnienia kochanego Bullerbyn, do którego wreszcie dotarłam.

       

      Pisząc teraz o tym przypomniały mi się słowa Roberta Gryna, polskiego przedsiębiorcy, najmłodszego Polaka, który trafił na listę najbogatszych ludzi świata magazynu „Forbes”. Powiedział, że to droga, którą idziemy jest najważniejsza. Ważniejsza od celu, który sobie stawiamy. I że całe nasze życie jest tą drogą. Podobnie było z moją drogą do Bullerbyn: skandynawistyka, studia w Szwecji, nauka szwedzkiego i nieustanne podróże na Północ, literackie i te prawdziwe. Gdy stoi się na symbolicznym szczycie marzeń bywa, że jest się tak wyczerpanym drogą, że radość z dojścia do końca człowiek musi sobie racjonalizować. Czas spędzony na szczycie zdobytej góry odmierza się w minutach, nie w godzinach. Nikt po wejściu na Everest nie zostaje na nim do końca życia. Każdego himalaistę po zdobyciu góry czeka jeszcze droga powrotna. A potem przygotowania do realizacji kolejnych marzeń. Taka jest natura zdobywcy. Czy zatem tych, którzy zatrzymują się na symbolicznym Evereście zbyt długo, żeby z niego bezpiecznie zejść, zawsze czeka śmierć? Czy utknęłam w symbolicznym Bullerbyn?

       

      Stojąc przed trzema zagrodami, w których bawiły się dzieci z Bullerbyn, stałam na takim właśnie symbolicznym szczycie moich marzeń. Było wcześnie rano, ale mimo to dziwiło mnie, że to magiczne miejsce nie przyciąga większej liczby turystów. Chociaż z drugiej strony dojazd tutaj jest skomplikowany i długi. I wówczas podziwiając panoramę zobaczyłam sznurek malutkich ludzików w oddali. Zaintrygowana, zjechałam w dół drogi. I tak to dojechałam do szyldu z napisem Bullerbyn. A potem do drewnianej strzałki z napisem Bullerbyn. A potem okazało się, że „prawdziwe” Bullerbyn z trzema zagrodami leżało u podnóża wzgórza, na którym stałam kontemplując „nieprawdziwe” Bullerbyn.

       

      1_Prawdziwe_Bullerbyn_Sevedstorp_Szwecja_3_Zagrody1

       

      Jak to jest więc z marzeniami? Jaki jest sens ich realizowania? Przecież mogłam wrócić do domu z przeświadczeniem, że spełniłam marzenia. Że byłam tam, gdzie chciałam dotrzeć. Chociaż wcale tam nie dotarłam. Byłam zachwycona tym co zobaczyłam, chociaż finalnie podziwiałam "niewłaściwe" widoki. Czy naprawdę musimy odhaczać w życiu szczyty? Czy ważne jest, że postawimy nogę w jakimś konkretnym miejscu? Czy raczej ważniejsza jest droga, która prowadzi do celu, która czasem skręca, zmienia kierunek i sprawia, że docieramy w inne miejsce. Ważniejsze jest, że podejmujemy tę frapującą wędrówkę, i że idziemy nią w zgodzie z sobą. Bo chcemy. Bo sprawia nam to radość.

       

      Myślę, że czasem bardzo przywiązujemy się do marzeń. Idealizujemy je. Przemy na siłę w miejsce, w którym czeka nas kilka minut radości, okupionych poprzedzającą je straszną walką. Albo umieramy za marzenia. Albo nie chcemy opuścić miejsc z marzeń. A marzeń nie da się zapisać i powtarzać w nieskończoność jak piosenki na Spotify. Zresztą kto słucha jednej melodii całe życie?

       

      3_Bullerbyn_Sevedstorp_ciastko

       

      Pewnie ciekawi Was jak było w „prawdziwym” Bullerbyn? Nieco inaczej niż to sobie wyobraziłam. Ale bardzo malowniczo i przytulnie. Zjadłam w Café Sörgården småländzki sernik z konfiturą i słodką śmietaną. Popiłam småländzkim tłustym mlekiem. Podrapałam korę jesionu, na który wspinały się dzieci. Weszłam do stodoły, żeby poczuć zapach siana. Usiadłam na trawie po turecku i zapisałam w pamięci to miejsce wszystkimi zmysłami. Bo to jednak niesamowite uczucie, gdy zupełnie przez przypadek spełnia ci się marzenie z dzieciństwa. Ale potem odwróciłam się, wsiadłam na rower. Czekała mnie droga powrotna do domu. Czekała mnie też droga, którą wciąż idę. Są na niej cele, ale zamiast odhaczać kolejne szczyty, wolę iść przez życie robiąc to, co kocham najbardziej. Wtedy kiedy mam na to największą ochotę. O tej wolności wyboru też opowiada Robert Gryn, podróżując czasem bez planu, dając się życiu zaskoczyć, ale na jego zasadach. I myślę, że to właśnie wtedy najbardziej smakują chwile spędzone na szczytach marzeń.

       

      Cała podróż: Część nr 5, Część nr 4, Część nr 3, Część nr 2, Część nr 1

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Bullerbyn istnieje naprawdę”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 09 stycznia 2019 13:43
  • niedziela, 16 grudnia 2018
    • Upadek Aleppo - Nizam Najar, uchodźca najlepszym norweskim dokumentalistą

      Po 15 latach mieszkania w Norwegii, uchodźca dorastający w Syrii i Sudanie nakręca film, który ma światową premierę podczas najbardziej prestiżowego festiwalu filmów dokumentalnych w Amsterdamie, nazywanego dokumentalnym Cannes. Nizam Najar, bo o nim mowa, ma obecnie 38 lat, 3 filmy na koncie i wspomnienia z syryjskich ulic Aleppo, na których w szczenięcych latach ukradł dziewczynie pierwszego buziaka. Do Aleppo, miasta rodzinnego swojej matki, w którym mieszkał w wieku 10 – 16 lat, powrócił z kamerą. I wracał wielokrotnie w okresie 2014 – 2016, nie sądząc, że właśnie staje się dokumentalistą upadku miasta, rozdartego arabską wiosną, która z pokojowej demonstracji przekształciła się w bratobójczą rzeź, zakończoną finalnie rozkazem Putina, którego samoloty zbombardowały miasto obracając w proch wszystko, co ostało się po latach wojny domowej.

       

       

      Nizam Najar (ur. 1980) urodził się w Libii. Jest 2002 rok, ma 22 lata, gdy wraz z rodziną prosi o azyl w Norwegii. Dzieje się to na długo przed najgorszą falą uchodźczą. Ma więc szczęście, bo może zostać. Niedługo potem ukończy reżyserię w Lillehammer. Zrobi też dodatkową specjalizacje z filmu dokumentalnego w Wyższej Szkole Volda.

       

      Od razu po skończeniu studiów zaczyna dokumentować arabską wiosnę, na pierwszy ogień idzie Libia. Przedstawia wówczas losy lidera rebeliantów Haj Siddiqa podczas powstania, które doprowadziło do upadku Kaddafiego. Staje się oficjalnym kamerzystą jednego z samozwańczych oddziałów milicji w Misracie. Towarzyszy mu do końca wojny i do pierwszych wolnych wyborów. Komentuje wydarzenia dziwiąc się mentalności swoich rodaków, których tak naprawdę po latach mieszkania w Norwegii już nie rozumie. Prowokuje ich zadając pytania o islam, rolę kobiet. „Dziennik rewolucji” (2011) zrobiony wspólnie z Geirem Bølstadem otrzyma nominację w kategorii najlepszy film dokumentalny. Współtworzy też „69 minut z 86 dni” dokument, który pokazuje ucieczkę syryjskiej rodziny przez Morze Śródziemne do Szwecji.

       

      W latach 2014 – 2016 wielokrotnie jeździ do Aleppo. Chce się dowiedzieć, dlaczego rewolucyjnej armii nie udało się pokonać reżimu Bashar al-Assada? Dlaczego arabska wiosna, która w 2011 dociera do Syrii jest początkiem podziału kraju? Co dzieli rewolucjonistów od zwycięstwa? Jego kamera jest w samym środku wydarzeń. Tak powstanie „Upadek Aleppo”. Prosi jednego z przywódców Haja Khaleda o pokazanie mu konfliktu ze swojej perspektywy. Dostanie się w ten sposób do tajnych siedzib walczącej syryjskiej cywilnej armii.

       

      W ten sposób powstanie jeden z najlepszych dokumentów norweskich roku. Subtelnie prowadzona lekka kamera, niemal znika z planu. Głos narratora, to głos nostalgii za oddalającym się światem, bardzo osobiste wyznania splata kołnierz żółtego pyłu okalającego kadry. Miasto powoli rozsypuje się a wraz nim nadzieja na zwycięstwo. Chwilami zapominam, że znam finał wydarzeń. Liczba ujęć jest tu tak gęsta, że można odnieść wrażenie, że ustawiono co najmniej kilkanaście kamer, zamiast jednej.

       

      Klamrą spajającą fabułę filmu będą dzieci, radosne mimo zalegającego wszędzie prochu i ruin. Śmieją się i śpiewają prześmiewcze piosenki o Basharze, coś czego pokolenie ich dziadków nigdy by się nie odważyło zrobić. W wywiadzie z Berntem Erikiem Pedersenem dla „Dagsavisen” Nizam Najar powie, że nieustannie się wówczas bał. W jednej z kluczowych scen kamera rejestruje śmierć jednego z bohaterów jego dokumentu, zabitego przez snajpera. Ogromnie to przeżył, nie tylko dlatego, że jedynie przez przypadek, nie stał na linii strzału, ale dlatego, że jeszcze niedawno dzielili się obaj radością z faktu zostania ojcami. Ulotność wpisana w niepewność jutro nakłada dodatkową warstwę żalu, strachu, obaw już nie o to symboliczne jutro, a o dramatyczne dzisiaj. Wystudzona i pozbawiona patosu narracja Nizama Najara chce być jak najbliżej człowieka. Zaufanie, które wzbudził otwiera mu drzwi do kolejnych obrazów. Widzimy ludzi, którzy na gruzach umierającego miasta chcą utrzymać życie. Widzimy jak oddzielają czas pomiędzy nalotami na zabawę, żarty czy wieczór kawalerski. Radosne tańce każą niemal zapomnieć, że wokół leży miasto w rozkładzie. Słuchamy dyskusji przywódców, którzy nie potrafią ustalić jednej linii frontu. Dzieli ich doświadczenie, plany i sposób walki. Czy arabską wiosnę rozsadza i zabija niemożliwa na tych ziemiach jedność?

       

      Gdyby wyciąć jedną ze scen z „Upadku Aleppo” można by się pomylić i pomyśleć, że rozbłyskające nad miastem światła i dźwięk wybuchów, to oznajmiające Nowy Rok fajerwerki. Gdy Nizam Najar wyjeżdżał do Aleppo nie wiedział jeszcze, że kręci dokument o jego upadku. Jadąc tam wciąż mógł wierzyć w szanse na zwycięstwo. Jechał, żeby zrozumieć, czemu do niego wciąż nie dochodzi. Ale pokazał nam coś więcej. Obraz uchodźców syryjskich kojarzy się z młodymi mężczyznami, brakiem kobiet i zarzutem, że zamiast walczyć, uciekają. „Upadek Aleppo” pokazuje mężczyzn, którzy wyszli na ulice zaprotestować przeciwko autorytarnym rządom. Ale pokazuje też, że ich duma, bezwzględność i ambicje są źródłem niekończącej się wojny. Pokazuje jak przywódcy duchowni wtrącają się w politykę i jak religia prowadzi do samosądów i niesnasek. Wreszcie pokazuje, że największe koszty walki ponoszą cywile. W tym samym czasie, gdy ci żebrzą na ulicy, dla grupy 25 żołnierzy i przywódców zostanie zorganizowana impreza. Czasami można odnieść wrażenie, że bratobójcza walka rozgrywa się nie o wolność a o wpływy. Jest też w tym dokumencie wyraźnie pokazana buta i pewność siebie, która jak widać nie wystarczy do wygrania walki. Nizam Najar potrafił utrzymać kamerę w obiektywnym kadrze. W żaden sposób nie manipuluje zdobytymi zdjęciami. Niczego nam nie wyjaśnia. W żadnym ujęciu nie przeszkadza w samodzielnej refleksji. Ambitne, zakrojone na lata przedsięwzięcie przynosi efekt. Ogląda się dokument, który daje bardzo do myślenia. Świetna robota!

       

      PS Za produkcję dokumentu odpowiada Duńczyk Henrik Underbjerg i Norweżka Kristine Skaret, która wcześniej pracowała w Norweskim Instytucie Filmowym, w komisji ds. filmu dokumentalnego.

       

      PS 2 Film obejrzałam w kinie KIKA w ramach IX Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych HumanDOC

       

      Upadek Aleppo”, Allepo’s Fall
      Reż. Nizam Najar, Norwegia 2017, 85’
      Zdjęcia: Bader Taleb, Nizam Najar
      Producent: Henrik Underbjerg, Kristine Skaret

       

      Źródła: www.elcinema.com, www.nordiskfilmogtvfond,com, www.dagsavisen.no, lajt.lm.pl, dokumentarkino.no, 4free.blox.pl.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 16 grudnia 2018 13:33

Kalendarz

Marzec 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014