Recenzentka

Wpisy

  • środa, 18 października 2017
    • IKIGAI. Japońska sztuka szczęścia - Ken Mogi

      Po wpisaniu w Google frazy „The Little book of” wyskakuje cała seria książeczek na wszelkie tematy. Mogą dotyczyć wszystkiego, ale to nie znaczy, że są o niczym. Często ich autorami zostają popularni naukowcy, poczytni akademicy, a ich wyznacznikiem jest kompaktowa forma, bardzo przejrzysty język, proste ujęcie i atrakcyjny, wywołujący szum temat. Są wizualnie ładne i bardzo dobrze wpisują się w potrzeby społeczeństwa bombardowanego milionem informacji, dla których syntezy brakuje ludziom czasu, a niekiedy umiejętności. Najczęściej jednak funkcjonują jako wisienki na popliterackim torcie, dając ludziom to, na co jest największy popyt. Dla wielu osób stają się niezobowiązującym prezentem książkowym. Tak było z małą książeczką o hygge Meika Wikinga opublikowaną u nas pod tytułem „Hygge. Klucz do szczęścia”, z małą książeczką o lykke tegoż autora, u nas pod tytułem „Lykke. Po prostu szczęście” i tak też jest z małą książeczką o ikigai, u nas „IKIGAI. Japońska sztuka szczęścia”.

       

      Ikigai_Japonska_Sztuka_Szczscia_Ken_Mogi

       

      Nie da się w tych książkach zaczytać, bo są zbyt kompaktowe i często zbyt obrazkowe. Tak mocno rozbijają się po marginesach, że urastają do setki, bywa, że do dwóch setek stron. Zazwyczaj da się je skonsumować podczas niezbyt długiej podróży tramwajem czy w jeden wieczór. Każda jednak z serii tych książek ma spektakularne premiery, dużo publikacji na blogach i w magazynach lifestylowych i długie medialne dyskusje. To takie książki, o których miło i ciekawie rozmawia się w telewizji śniadaniowej. Przebijają się też do poważniejszych mediów, które pochylają się nad kolejnym fenomenem pożerającym czas milionów czytelników na świecie. Choćby chodziło o ich półgodzinne zaangażowanie.

       

      Ikigai jest kolejnym zjawiskiem, wokół którego wydawcy budują czytelnicze napięcie po tym, jak całą naszą uwagę skupili wokół hygge. Przebija się na równi z mindfulness, ciekawe czy zostanie pokonane przez duńskie lykke i szwedzkie lagom? Co to nam mówi o nas i o tak zwanym masowym czytaniu? Skoro szukamy książek o szczęściu odmienianym przez wszystkie narodowości, podpatrujemy minimalistyczną skandynawską receptę na życie, poszukujemy uważności, chcemy żyć spokojniej i dłużej, to może znudził nam się już wyścig szczurów i zamiast ciężkiej pracy marzymy o dobrym życiu? Nie trzeba głębokich badań, żeby odpowiedzieć, że ogarnął nas szał szczęścia.

       

      Ikigai. Japońska sztuka szczęścia” niczym w tym peletonie się nie wyróżnia. Napisał ją Japończyk Ken Mogi, wychowany w Tokio, podróżujący po świecie jeden z najpopularniejszych przedstawicieli japońskiej nauki. To nie tylko doceniony neurobiolog, ale też jeden z najczęściej zapraszanych mówców na konferencje TED. Z rozwianymi włosami, nieco przypomina Einsteina. Nie da się go przeoczyć w tłumie.

       

      Ken Mogi przekonuje, że każdy bez względu na talent, poziom życia, zasobność portfela może w prosty sposób osiągnąć szczęście. Japończykom pomaga w tym ikigai. Opowiada o najsłynniejszym mistrzu sushi Jiro Ono, japońskich rzemieślnikach, zawodnikach sumo, emerytach, którzy chcą pracować, japońskiej whisky i uprawach perfekcyjnych owoców. Nauka płynąca z tych dywagacji jest prosta; wszyscy ci, którzy znaleźli sens, w tym co robią, znaleźli też ukojenie.

       

      Rodzina właściciela Sukiyabashi Jiro, nagrodzonej trzema gwiazdkami Michelin, ledwie wiązała koniec z końcem. 92 letni dzisiaj Ono musiał, więc już w szkole podstawowej pracować. Znalazł zatrudnienie w restauracji. Otwarcie własnej potraktował jako formę przeżycia. Sushi – czytamy - narodziło się w okresie Edo, w XVII w., na ulicy, sprzedawane na straganach. A żeby je przygotowywać wystarczy podstawowe wyposażenie. Ale Ono znalazł w tej wymagającej wiele monotonnych, drobnych i czasochłonnych czynności sztuce – pasję. Włożył w nią nie tylko talent, pracował z determinacją, uporem, ciężko i niestrudzenie, zgłębiając techniki kulinarne, dążąc do osiągnięcia najwyższej jakości. Poświęcił się robieniu sushi. Dzisiaj jest autorem wielu wynalazków, udoskonaleń przekazywanych sobie przez szefów kuchni. A na kulinarnej mapie jego mały, tokijski bar jest mekką smakoszy.

       

      Z małej książeczki Mogi wyłania się Japonia fascynatów, którzy niemal mistycznym kultem otaczają każdą najdrobniejszą czynność. Można być tylko dostawcą łososia lub najbardziej docenianym znawcą łososia, u którego ryby zamawiają szefowie najlepszych restauracji, łącznie z Jiro. Sztuka specjalizacji jest tylko jednak drogą do ikigai, którego istotą staje się raczej dostrzeżenie satysfakcji i przyjemności w tym, co się robi. W tym znaczeniu ikigai nadaje sens z pozoru bezsensownym zajęciom. Wydaje się, że kwestia szczęścia jest związana z postrzeganiem go przez nas samych. Można utknąć w poczuciu niespełnienia i pielęgnować zniechęcenie w sobie lub zastanowić się, co nam tak naprawdę sprawia przyjemność, dążąc do zwielokrotnienia tego.

       

      Ken Mogi przywołuje hipotezę XIX – wiecznego angielskiego psychologa Francisa Galtona, którego zdaniem „ważne cechy określonej społeczności zapisują się w języku danej kultury, a im dany rys jest ważniejszy, tym bardziej jest prawdopodobne, że zostanie określony jednym słowem”. Dla Duńczyków jest nim hygge, dla Szwedów lagom, dla Japończyków ikigai, a dla Polaków „jakoś to będzie”. Najwyraźniej, w zgodzie na zdanie się na los, dostrzegam źródło naszego niepowodzenia, a co za tym idzie niezadowolenia z życia. W indeksach szczęścia z trudem przychodzi odnaleźć Polskę. Gdy my zaczynamy narzekać na pracę, męża, współpracowników, polityków, Japończycy zadają sobie pytanie „ co ma dla mnie największą wartość” Co sprawia mi przyjemność? I poświęcają temu cały swój czas.

       

      Tak, Jiro Ono, przekuł trudną sytuację życiową na znaną na świecie restaurację. Tak, zawodnicy sumo, którym brakuje talentu odnajdują się na stanowisku pomocnika mistrza. Tak dostawca łososia, codziennie wstając o drugiej w nocy odnajduje szczęście w wyszukiwaniu najlepszych sztuk ryb na targu. Tak główny blender Suntory codziennie na lunch je zupę z makaronem udon, żeby nie zaburzyć sobie smaku. Poczucie szczęścia według Mogi nie zasadza się w tym, co robimy, a tym, jak do tego podchodzimy. Jiro Ono, jak pisze, początkowo w ogóle nie był doceniany, ale miał głębokie przekonanie, że perfekcja i doskonałość, do jakiej zmierza ma sens. Dzisiaj nikt w to nie wątpi.

       

      Jak pokazuje Ken Mogi istotą ikigai jest też zachwyt nad czymś ulotnym. Ulotna jest sztuka kulinarna, kontrakt zawarty na targu czy satysfakcja z wyprodukowania idealnej whisky. Wyrobienie w sobie wrażliwości na piękno, doskonałość i kultywowanie go w sobie staje się więc siłą napędową ku szczęściu, na które składają się właśnie drobne doznania. Japończycy, jak pokazuje Mogi, potrafią wyhodować pachnący piżmem muskmelon, uchodzący za ukoronowanie doznać smakowych. Czas poświęcony na osiągnięcie dojrzałości owocu przeliczony na zawrotną kwotę ok. 200 dolarów za sztukę i kilka minut rozkosznej konsumpcji może nie znajdzie dużego grona odbiorców, ale Japończycy – to przecież mistrzowie zachwytu nad tym co przemijalne. Poświęcają czas, uwagę i wysiłek dla kreowania rzeczy, przedmiotów, miejsc, których uroda, czas wprawdzie szybko mija, ale przynosi nieporównywalne doznania. Rozkwitające wiosną kwiaty wiśni mają swoich wiernych koneserów. A świątynia Ise – cyklicznie rekonstruowana co 20 lat przez ostatnie 1200 lat cały przemysł, skupiony na hodowaniu odpowiednich drzew, które oddadzą piękno pierwotnej budowli. To kolekcjonowanie chwil ma ogromny związek z byciem tu i teraz, dodaje Mogi, pokazując jak wymyślone w przeszłości rytuały przetrwały do dzisiaj stając się źródłem ukojenia, przekuwając w praktyce to co obecnie nazywamy kwintesencją uważności. „Zanurzenie w teraźniejszości i czerpanie przyjemności z tu i teraz oraz troska o najdrobniejsze detale stanowią esencję japońskiej ceremonii picia herbaty”, wymyślonej przez mistrza Sen no Rikyū żyjącego w XVI w. w epoce Sengoku, kiedy to samurajscy wodzowie prowadzili ze sobą nieustanne walki. A więc w czasach, jak dodaje Mogi, dość stresujących.

       

      Z pewnością ciekawe dla rozważań o szczęściu będzie przypatrzenie się wpływowi religii. Mogi podkreśla, że kultura japońska oparta jest na wierze w „osiem milionów bogów”, co pozwala Japończykom dostrzegać przejawy boskości we wszystkim, co ich otacza. Jeśli wierzy się, że boskość jest w każdej rzeczy, to inaczej się je traktuje. Przejawia się to też tolerancją i brakiem religijnego zacietrzewienia, tak typowego dla wiary w jednego Boga. W wierze w jednego Boga, to on wyznacza, co jest dobre i złe, kto zostanie nagrodzony w życiu pozagrobowym. Shinto zamiast skupiać się na nagrodzie w życiu po śmierci, skupia się na życiu tu i teraz, „na związku człowieka z innymi elementami tworzącymi sieć życia”. Nacisk kładziony jest na doskonaleniu siebie i właściwe postępowanie. Ma to wpływ na to, jak Japończycy żyją, przenika to do ich kultury. Spójrzmy na sztuki walki, które zawsze zaczynają się i kończą ukłonem, zwycięzca po wygranej nie okazuje radości, a przegrany przyjmuje porażkę ze spokojem. To, jak podkreśla Mogi „dobry przykład czerpania przyjemności i satysfakcji z odpowiedniego postrzegania drobnych gestów w imię wyższego dobra”. Okazywanie sobie szacunku, otaczanie nim starszych, harmonijne relacje z innymi – to kwintesencja ikigai. Mogi powołuje się na wyniki eksperymentu naukowców z Massachusetts Institute of Technology, którzy udowodnili, że „wrażliwość społeczna jest czynnikiem decydującym o efektach pracy zespołowej. Ikigai każdego człowiek mającego harmonijne stosunki z innymi wyzwala pomysłowość podczas swobodnej wymiany myśli. Ceniąc i szanując cechy osobowości otaczających nas ludzi, dostrzegamy złoty trójkąt złożony z ikigai, przepływu i kreatywności”.

       

      Kończąc Mogi celnie zauważa kres pewnego systemu wartości skupionego tylko na garstce najważniejszych jednostek. Podkreśla, że zasady pracy narzucone przez korporacje nie prowadzą do szczęścia. Dodaje, że by cieszyć się pełnią szczęścia trzeba równowagi w życiu zawodowym i prywatnym. Generalnie powtarza, chociaż nieco innymi słowami, to co słyszeliśmy pod koniec XIX i na początku XX wieku. Wówczas jednak krzyczano: rewolucja! Dzisiaj mówi się: ikigai.

       

      Ikigai. Japońska sztuka szczęścia, Ken Mogi, Wielka Litera, Warszawa 2017. Przekład: Małgorzata Maruszkin. ISBN: 978-83-80322-07-3. Stron: 208. Cena: 34,90 zł. Tytuł oryginału: The little book of Ikigai. The secret Japanese way to live a happy and long life.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       Logo_Wielka_Litera

       

      KONKURS: Dla czytelników Recenzentki mam jeden egzemplarz książki. Wygra go osoba, która przekona mnie, że do niej powinna trafić „IKIGAI. Japońska sztuka szczęścia”. Na Wasze odpowiedzi czekam do piątku, 20 października, do godz. 09:00. Kontakt (do wyboru): mail, komentarz pod wpisem na blogu lub Facebooku, wiadomość przez Facebooka). Osobę z Krakowa poproszę o odbiór książki osobiście w wyznaczonym przeze mnie miejscu. Osobę spoza Krakowa poproszę o podanie adresu do wysyłki. Skontaktuję się wyłącznie ze zwycięzcą.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „IKIGAI. Japońska sztuka szczęścia - Ken Mogi”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 18 października 2017 15:16
  • niedziela, 15 października 2017
    • Narodziny potęgi. Wszystkie podboje Bolesława Chrobrego - Michael Morys-Twarowski

      Bolesław Chrobry - urodzony zwycięzca. Imperator Słowian. Poskromił niepokornych wikingów, zdobywał niezdobyte twierdze. Ambitny strateg, który potrafił dobierać sobie sojuszników. Do tej pory nie doczekał się należytej uwagi i docenienia, na jakie zasłużył. „Narodziny potęgi. Wszystkie podboje Bolesława ChrobregoMichaela Morysa-Twarowskiego wypełnia tę lukę. Wyrosła na pasji książka jest dowodem na połączenie wiedzy z niespotykanym talentem opowiadania historii.

       

       

      A w historii Bolesława Chrobrego jest wszystko to, co składa się zazwyczaj na popularność bestsellerów: zbrodnie, ludzkie niegodziwości, mariaże, które zmieniały losy świata. Jest w niej odwaga, szalone porywy, gry polityczne na niewyobrażalną skalę. Jest obraz człowieka w rozpaczy i u szczytu sławy. Są wielkie i małe sprawy. Jest życie. Jest śmierć. Do opowiedzenia tego trzeba więcej niż oka do szczegółu, wyczucia w doborze faktów, umiejętności analizy i żonglowania pomiędzy domysłami. Trzeba czegoś więcej niż rzetelnego wykształcenia, chociaż dr Michael Morys-Twarowski to akurat absolwent prawa i amerykanistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie obronił doktorat z historii. Trzeba pasji szukania, oczytania, umiejętności docierania do źródeł, o których wszyscy zapomnieli, czytania na nowo. Trzeba sporo odwagi w tłumaczeniu faktów, ale też umiejętności balansowania pomiędzy hipotezami a reinterpretacją. Ale przede wszystkim trzeba mieć talent do opowiadania historii. Nie brakuje pisarzy, którzy ugruntowali sobie pozycję na rynku powieści historycznej lub właśnie na niego mocno wkraczają: Agata Stopa, Cecilia Randall, Elżbieta Cherezińska czy też świetnie bawią się historią: Jonas Jonasson i uczą nas życia wyciągając z niej niewygodne fakty: Majgull Axelsson. To czego nam w Polsce brakuje to historyków, którzy łącząc warsztat naukowy wznieśliby się ponad hermetyczny akademicki język i podobnie jak robi to Bergsveinn Birgisson dla filologów, rzucali nas na kolana sposobem pisania o historii.

       

      Michael Morys-Twarowski łączy intelektualne zacięcie Petera Englunda, siłę z jaką Szwed kreśli portrety postaci historycznych, sprawiając wrażenie obcowanie niemal z żywymi ludźmi. Ma też talent do perspektywy lokalnej, skupiania się na historii z punktu widzenia pojedynczego bohatera, wybranego społeczeństwa w stylu Hermana Lindqvista. Wybornie balansuje tymi atutami a jednocześnie świetnie bawi się popkulturą pozwalając sobie na porównania, przed którymi zazwyczaj zżymają się akademicy. Próbując wyjaśnić jak zmienili się przeciwnicy polityczni rosnącego w siłę Chrobrego pisze: „Gdy jesteś mały, masz małych wrogów, a dla wielkich twoja mowa jest jak brzęczenie much. Kiedy rośniesz w siłę, zaczynasz mieć większych wrogów. Idealnie pasuje tutaj porównanie do lig piłkarskich. Grając w klasie B podokręgu Skoczkowskiego, mierzysz się z Tempem Puńców albo Zrywem Bąków, grając w Lidze Mistrzów, stajesz naprzeciw piłkarzy Juventusu, Realu Madryt czy Bayernu Monachium”.

       

      Swoboda z jaką czyta się „Narodziny potęgi. Wszystkie podboje Bolesława Chrobrego” porównałabym do komentarzy i ulgi, jaka wybrzmiewała po otrzymaniu wiadomość o tegorocznym nobliście. Najczęściej powtarzano, że wreszcie Akademia zaproponowała pisarza na tyle przystępnego, że z pewnością będzie jednym z nielicznych czytanych dość powszechnie jeszcze przed werdyktem Komitetu Noblowskiego. I na tyle dobrego, że możemy ufać, że nie zmieni tego wrażenia w kolejnych propozycjach. A historia, zwłaszcza polska, naprawdę zasługuje na dobrego autora, który wyjdzie z hermetycznego naukowego grona i zaproponuje nowy styl pisania o naszej przeszłości.

       

      Z pewnością zaskakujące w podejściu Michaela Morysa-Twarowskiego jest zmienianie głównonurtowej perspektywy i rzucanie nowego światła na utrwalone już interpretowanie faktów. Zaskakujące o tyle, że nie są to kontrowersyjne tezy, które mają przyciągnąć czytelników, a poparte studiami świeże spojrzenie. Wystarczy przeanalizować bogatą bibliografię i precyzję wyjaśnień w przypisach. Polsce potrzebni są autorzy potrafiący wyjść poza martyrologiczną narrację, mówiący nowym językiem o starych sprawach. Odważni, ale też rzetelni tłumacze przeszłości. Tacy, którzy nie boją się głośno myśleć. Czy wśród mieszkańców bawarskiego miasteczka Schnaittenbach znajdują się potomkowie wojów Bolesława wziętych do niewoli w sierpniu 1003 roku? – pyta w jednym miejscu Michael Morys-Twarowski i wyjaśnia w innym: „Dostępu do Czech strzegła Miriquidui, co znaczyło Czarna Puszcza. Był to górzysty, ponury las o nazwie niczym z powieści J.R.R. Tolkiena. Zbieżność jest nieprzypadkowa, bo Miriquidui w języku angielskim zmieniło się w Mirkwood i w takiej wersji trafiło do uniwersum „Władcy Pierścieni (w polskim tłumaczeniach jako Mroczna Puszcza). W prawdziwej Czarnej Puszczy – w przeciwieństwie do Tolkienowskiej – nie było czarnych wiewiórek ani czarnych motyli, czekali za to wojowie Bolesława Chrobrego”. Takie pisanie nie tylko zaspokaja głód wiedzy, ale też pobudza ciekawość i wyobraźnię. W tym sensie wybierając taki styl Michael Morys-Twarowski pozostawia po sobie coś więcej niż wyjątkowy tekst popularnonaukowy. Wychowuje sobie czytelników, pokazując jaką frajdą jest zabawa historią.

       

      Narodziny potęgi. Wszystkie podboje Bolesława Chrobrego” nie są biografią pierwszego króla Polski, tylko jak tytuł wskazuje wycieczką po jego podbojach. 16 rozdziałów prowadzi nas od zdobycia Gniezna, przez podbój Krakowa, do historii, w której Bolesław Chrobry zasiada na tronie Karola Wielkiego. Chapeau bas dla autora za ogranie tego elementu historii! Widzimy Bolesława Chrobrego, gdy zdobywa Miśnię, Czechy, grabi Głomaczów, po raz drugi zajmuje Budziszyn, pokonuje Madziarów, niszczy Liubuszę, zabija Pieczyngów, walczy z imperatorem, zdobywa Kijów, spotyka i rzuca na kolana wikingów i podbija Prusy.

       

      Zamiast typowego dla pisania o historii skupiania się na szczegółowych, niemal dziennych datach, Michael Morys-Twarowski umiejscawia nas w czasie. Jeśli pada data, to wówczas, gdy staje się to wyraźnie niezbędne. Ważniejsze dla tego autora jest pokazywanie nam co działo się wcześniej, jak wydarzenia wpływały na rozwój wypadków. To pisanie zachęcające do myślenia, wyciągania wniosków i szukania powiązań pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami, decyzjami politycznymi. Czytając „Narodziny potęgi. Wszystkie podboje Bolesława Chrobrego” można nie tylko podglądnąć trudną sztukę tworzenia polityki, ale też się jej nauczyć, zwłaszcza tego, jak przedstawiać przegraną jako pozorne zwycięstwo, jak sprawnie rozwiązywać nierozwiązalne sprawy, jak układać się z zacietrzewionym wrogiem, jak wyciągać dla siebie zyski z kłótni i walk innych.

       

      Świetnie, potoczyście napisana książka. Bardzo dobrze ugruntowana wiedzą. Może Skandynawowie mają króla kryminału. My za to mamy króla literatury popularnonaukowej. Bardzo chciałabym, żeby autor pokusił się o rozszerzenie rozdziału o wikingach do rozmiarów książki. Są źródła, jest sporo materiału, opracowań. Są też czytelnicy, którzy czekają na taką książkę.


      Recenzja książki: „Narodziny potęgi. Wszystkie podboje Bolesława Chrobrego”, Michael Morys-Twarowski, Ciekawostki Historyczne.PL, Kraków 2017. Projekt okładki: Mariusz Banachowicz. Ilustracja na pierwszej stronie okładki: Kamil Piotr Jadczak. Opiekun serii: Kamil Janicki. Opirka redakcyjna: Natalia Gawron. Wybór ilustracji: Natalia Gawron. Konsultacja merytoryczna: Maksymilian Sas. Opracowanie map: Tomasz Babnis. Projekty map: Adam Pietrzyk. Opracowanie ilustracji: Katarzyna Leja. Adiustacja: Aleksandra Ptasznik. Korekta: Grażyna Rompel, Agnieszka Mańko. Indeks: Tomasz Babnis. Łamanie: Katarzyna Leja. ISBN 978-83-240-4230-2. Seria wydawnicza Ciekawostki Historyczne.PL. Wydanie I. Stron: 331. Cena: 39,90 zł.

       

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 października 2017 10:35
  • piątek, 13 października 2017
    • Bolesław Chrobry, ten który rzucił na kolana wikingów

      Swen Widłobrody chodzi tam i z powrotem. Wściekły, z zaciśniętymi pięściami. Napięte mięśnie drżą pod naporem uderzeń. Wali na ślepo. Stół wydaje się za chwilę pęknąć. Jest sam, bo wciąż unika spojrzeń mieszkańców osady. Wydaje mu się, że widzi w nich wyłącznie kpinę. Że śmieją się za jego plecami, opowiadając z pogardą, jak go Słowianie uprowadzili i jak to stracił majątek, żeby się z ich rąk wykupić. Czas mija, a wraz z nim maleje szacunek do niego. Złość go rozpiera i podpowiada rewanż. Analizuje, wciąż zachodząc w głowę, jak się odegrać, gdzie szukać sławy, pieniędzy, historii, która odmieniłaby jego historię.

       

      Narodziny_potegi._Wszystkie_podboke_Boleslawa_Chrobrego_Michael_Morys_Twarowski

       

      Tymczasem na południe od Skandynawii rośnie w siłę Słowianin, którego imię niedługo zaczną sobie powtarzać skaldowie dbający o PR władców Północy. Niemcy widzą w nim samego syna szatana. Czesi drżą na dźwięk jego imienia. Sieje zgrozę w całej Europie. Zdobywa niezdobyty do tej pory Kraków, podbija Pragę i zagarnia Kijów. Zasiądzie na tronie legendarnego Karola Wielkiego. Travis Fimmel grający Ragnara Lodbroka w serialu „Wikingowie” mógłby być bratem bliźniakiem Chrobrego, któremu daleko było do wąsatego, starszego pana z obrazu Matejki, jak sugeruje Michael Morys-Twarowski w „Narodzinach potęgi. Wszystkie podboje Bolesława Chrobrego” i doda, że „w ciągu pierwszych ośmiu lat rządów Bolesława Chrobrego skandynawscy władcy albo stali się jego sojusznikami, albo trafili do Walhalli”. Bo Chrobry urodził się, żeby wygrywać. I chociaż nie zawsze wydarzenia układały się po jego myśli, to on pogonił wikingów, którzy daremnie szukali sławy na ziemiach Słowian.

       

      Stała się bowiem rzecz kuriozalna. Dotąd to wikingowie ściągali haracze w krajach Franków, Anglosasów i Irlandczyków, którzy na średniowiecznej giełdzie okupów spłukali się do cna, uchodząc z życiem z rąk przedsiębiorczych wikingskich handlarzy, dla których obrót żywym towarem był wartością dodaną wypraw, podczas których obławiali się nie tylko w cenne przedmioty. Tym razem samego króla wikingów uprowadził polski władca.

       

      Wściekły Swen, któremu niełatwo przychodziło żyć z łatką niewolnika, jak prześmiewczo nazywano go za plecami, szykuje się do zemsty. Jesteśmy gdzieś pomiędzy 987 a 993, być może latem 992. Widłobrody ze swojego drakkara wypatruje celu. Prowadzi go na południe złość, a ta mówi się, że zaślepia. Na horyzoncie dostrzega płynący w jego kierunku inny drakkar z krajanem Swena, wikingiem Palna-Tokim z duńskiej wyspy Fyn, który przedstawia się jako poseł swojego słowiańskiego mocodawcy i składa propozycję. Żeby go lepiej słyszeć Widłobrody nachyla się i wtedy zostaje wciągnięty za uszy i brodę na statek. Zanim ktokolwiek zorientuje się, co się stało, statek z królem znika i wkrótce dopływa do miasta „zwanego w dansk tunga, ojczystej mowie Skandynawów, Jumme albo Jómem, a którego słowiańska nazwa brzmiała Wolin”.

       

      To kosmopolityczne, słynące z gościnnych mieszkańców miasto, gdzie mieszają się języki kupców z Bliskiego Wschodu, Sasów, Słowian i przybyszy z Północy. Gdyby Tor B. Indergaard żył w tym czasie, pewnie podpatrywałby pomysły dla swoich noży właśnie na Wolinie, bo to tutaj wyrabia się najlepsze rękojeści. To stąd ówcześni „projektanci” przywożą materiały do swoich kolekcji, bo na długo zanim Łódź zasłynęła z włókiennictwa, Wolin słynął z produkcji tkanin. To tutaj jeździ się na shopping. To stąd pochodziłyby najczęściej lajkowane zdjęcia z Instagrama. Bo Wolin był piękny. Wolin był pożądany. Może tak wyglądało ówczesne Wall Street, przyciągające średniowiecznych finansistów, którzy spekulowali na tamtejszych targach towarami, szukając tu intratnych zamówień i rynków zbytu. Dlatego było to miasto, o które ostro walczono. Każdy chciał mieć je w garści. W walce o wyspę zginie brat Mieszka. Piastowie pójdą go pomścić, co wykorzystują szybko duńscy wikingowie opanowując Wolin. Gdy z kolei jarlowie zaczną się kłócić ze skandynawskimi królami, Mieszko dopina celu; miasto przechodzi w ręce Piastów, którzy zostawią w nim swój znak rozpoznawczy: „wały hakowe, których wewnętrzną konstrukcję stanowiły >skrzynie< z belek wypełnionych gliną”. Bolesław Chrobry nie chce wypuścić z rąk takiego miasta, ale Swen Widłobrody też pazernie patrzy na bogaty Wolin. I za swoją pazerność słono zapłaci.

       

      Gdy informacja o powodzeniu akcji Palna-Tokiego wyprzedza przybycie wikinga, miasto ogarnia szał igrzysk. Wszyscy chcą widowiskowych tortur, a tłum radośnie skanduje imię Burizlaf Vindakonung. Bolesław, król Słowian. Ale wówczas wikińska drużyna Palna-Tokiego zaczyna kalkulować, że chociaż takie tortury i publiczne stracenie króla zrobiłoby niezłe wrażenie, ale też namieszałoby w Danii. I, jak wyjaśnia Michael Morys-Twarowski, zagrały też inne emocje. Przecież Swen Widłobrody był „ostatnim żyjącym przedstawicielem dynastii, według jednej wersji, biorącej swój początek od Sigurda Wężowe Oko, jednego z synów Ragnara Lodbroka”. Dla wszystkich stało się też jasne, że jego śmierć pewnie zapoczątkowałaby wojnę domową w Danii i walki o spuściznę po władcy. W niejednym jarlu obudziłyby się ambicje przywódcze i trudno powiedzieć, jak długo trwałoby bezkrólewie, zanim jeden z nich wywalczyłby sobie tron. A brak władcy to łasy kąsek dla wrogów, którzy mogliby napaść na Danię.

       

      I tak to Swen Widłobrody po raz kolejny uszedł z życiem z rąk słowiańskiego władcy. I po raz kolejny musiał nieźle zapłacić za swoje życie, ale i za obietnicę, że nigdy już nie wróci na Wolin. Czy po takim upokorzeniu mógł jeszcze szukać szacunku w swojej ojczyźnie? Czy mógł szukać zemsty? Nie miał czasu i okazji. Wkrótce Eryk, król Szwecji, też wywodzący się ze słynnego rodu Ragnara przekracza granice Danii. Swen może w obliczu jego przewagi jedynie uciekać. Ale co robić z życiem, gdy ambicje polityczne nie idą w parze ze sztuką rządzenia? – zastanawia się Michael Morys-Twarowski. Można się wziąć za rozbój. I tak to król duński, po spektakularnej ucieczce zjawia się na czele wikingów u bram Londynu. Jest 994, reszta to historia.

       

      Bolesław Chrobry spekulując różne warianty obrony Wolina, mógł zakładać, że Eryk stanie po jego stronie. O przychylność króla szwedzkiego zadbał już jego ojciec. Mieszko I umocnił sojusz polsko-szwedzki ręką swojej córki. Sygryda najpóźniej w 984 wychodzi za Eryka. Szwagier Eryk stał się jednak z czasem nieco niewygodny dla ambitnego przyszłego króla Polski. Bolesław Chrobry musiał wywiązywać się z przymierza z Ottonem III, więc najazd Eryka na Niemcy w 994 kompletnie mu nie pasował. Zanim Eryk naprawdę namiesza, Odyn upomina się o jego duszę. Schedę po nim przejmuje młodziutki Olaf Skötkonung, syn Eryka i Sygrydy.

       

      Bolesław nie ma czasu na zastanawianie się, czy siostrzeniec okaże się rozsądniejszym sojusznikiem, bo oto Swen Widłobrody wraca do Danii w glorii chwały i sukcesów na Wyspach Brytyjskich. – Znowu ten Widłobrody – mógł westchnąć zniecierpliwiony Chrobry. Obmyśla plan, który ma ujarzmić polityczne ambicje niepokornego Duńczyka. Sygryda ma się tym zająć; zostaje wydana na Swena, a nowy szwagier Chrobrego musi puścić w niepamięć wydarzenia z przeszłości. I wszystko w zasadzie układa się po myśli Bolesława. Niestety w Norwegii królem zostaje Zabójca Słowian; na taki przydomek zasłużył sobie z czasem słynny wiking Olaf Tryggvason siejąc śmierć na północy Polski. Sygryda podobno od dawna miała słabość do Norwega i podobno odwzajemnioną. To jego chciała poślubić, zanim została zmuszona do małżeństwa z Erykiem. Taką przynajmniej wersję sugeruje Agata Stopa w „Świętosławie. Królowej wikingów”.

       

      Olaf Trygvasson nie poznał swojego ojca, a opiekuna, który zajął się dorastającym chłopakiem, zabili handlarze niewolników. Sprzedany w niewolę, koniec końców trafia na dwór dalekiego krewnego – ruskiego księcia Włodzimierza. Już jako dwunastolatek bierze udział w pierwszej wyprawie wikińskiej. Napada ziemie piastowskie i kto wie, czy sam Bolesław nie zdobywał pierwszych szlifów bojowych w starciach z drapieżnym wikingiem, jak sugeruje Michael Morys-Twarowski. Gdy Olaf wyczuł koniunkturę, zmienia teren działania i stawia się w słynnym 994 roku razem ze Swenem Widłobrodym u bram Londynu. Panowie miasta nie zdobyli, ale wymuszony na królu angielskim wielki okup dużo bardziej się im opłaci.

       

      Swen dba wyłącznie o siebie i słabo odwdzięczy się Olafowi za ten sojusz. Bo już 9 września 1000 roku zjawia się nad cieśniną Sund, dzisiaj słynącą z Mostu nad Sundem, razem z Olafem Skötkonungiem i norweskim jarlem Erykiem, żeby pokazać Olafowi Tryggvasonowi, gdzie jest jego miejsce. Rzeź przeszła do historii jako jedna z największych bitew w historii wikingów. Przeciw Tryggvasonowi stanęli też Słowianie, najprawdopodobniej Obodrzyci, zamieszkujący ziemie nad Zatoką Lubecką. Wspomina ich skald Halldór Ókristni, który walczył w drużynie jarla Eryka. Wiedzę o tym, czy Tryggvason zginął tam, czy popełnił samobójstwo w otchłaniach Sundu, Olaf zabrał ze sobą do grobu. Podobnie jak problem, który spadł z bark Bolesława Chrobrego. Bo nic mu tak nie pasowało, jak śmierć niewygodnego Olafa Tryggvasona.

       

      Pławiący się w zwycięstwie Swen, pozbędzie się wkrótce żony. Wypędza Sygrydę, która zjawia się na dworze brata prawdopodobnie około roku 1007. Kilka lat później, już po jego śmierci, wiosną 1014 nastoletni synowie Sygrydy i Widłobrodego, Harald i Knut przyjeżdżają do Polski po matkę. Synowie odziedziczyli krew zwycięzców. Harald jakiś czas potem stanie z armią u bram Londynu. Knud zostanie władcą Anglii, Danii, Norwegii, podporządkuje sobie Irlandczyków, Szkotów i Szwedów, z dumą tytułując się imperatorem. Podobnie jak wcześniej jego wuj Bolesław Chrobry – Imperator Słowian.

       

      Wpis powstał na podstawie „Narodziny potęgi. Wszystkie podboje Bolesława Chrobrego”, Michael Morys-Twarowski, Ciekawostki Historyczne.PL, Kraków 2017. Wszystkie cytaty pochodzą z ww. książki. Projekt okładki: Mariusz Banachowicz. Ilustracja na pierwszej stronie okładki: Kamil Piotr Jadczak. Opiekun serii: Kamil Janicki. Opirka redakcyjna: Natalia Gawron. Wybór ilustracji: Natalia Gawron. Konsultacja merytoryczna: Maksymilian Sas. Opracowanie map: Tomasz Babnis. Projekty map: Adam Pietrzyk. Opracowanie ilustracji: Katarzyna Leja. Adiustacja: Aleksandra Ptasznik. Korekta: Grażyna Rompel, Agnieszka Mańko. Indeks: Tomasz Babnis. Łamanie: Katarzyna Leja. ISBN 978-83-240-4230-2. Seria wydawnicza Ciekawostki Historyczne.PL. Wydanie I. Stron: 331. Cena: 39,90 zł.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       Logo_Ciekawostki_Historyczne

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      piątek, 13 października 2017 11:47

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014