Recenzentka

Wpisy

  • niedziela, 17 grudnia 2017
    • Moja przygoda z Norwegią - Anna Siwek, czyli jak nie pisać o podróżach

      Kiedyś „Wilki” śpiewali: „Więc zostaje tylko to / Parę zdjęć i kilka miejsc”. I tu się mylili. Zostają też czasem książki. „Moja przygoda z NorwegiąAnny Siwek to jeden z przykładów podróżowania i pisania książek w jednym i jednocześnie jedno z najczęstszych marzeń ludzi zakochanych w Skandynawii i w literaturze. Jak je zrealizować i nie popsuć, o tym będzie dzisiejszy wpis.

       

      Moja_przygoda_z_Norwegia_Anna_Siwek

       

      Już dawno prywatne relacje z podróży i osobiste rekomendacje wyparły z rynku bezosobowe przewodniki. Blogi i festiwale turystyczne rozrastają się z roku na rok poświadczając, że podróżowaniu dobrze robi rzetelna relacja, ocena i pomysł na zwiedzanie świata. Stąd zasiedziały w Toskanii duet Anny Goławskiej i Grzegorza Lindenberga pobił wszelkie rekordy sprzedaży ich bardzo subiektywnych włoskich poleceń. Stad popularność wycieczek śladami Białego po Svalbardzie razem z Iloną Wiśniewską. Do innego źródła docierają rodzice podróżujący z dziećmi, inne nawiedzają rowerzyści, piechurzy czy koneserze podróży kulinarnych. Pod tym względem książka Anny Siwek ma kompletnie niewykorzystany potencjał, a brak pomysłu na podróżowanie przełożył się na nieznośny bałagan w stylu „wszystko i nic”; począwszy od ustępów poświęconych wierzbówce kiprzycy po opis ubrań służbowych pracowników norweskiej sieci Kiwi Mini Prix.

       

      Anna Siwek razem z mężem i dwójką dorosłych synów wyjeżdża na dwutygodniowe wakacje kamperem po Norwegii. Mąż siada za kierownicą, ona do dzienniczka, który później posłuży do napisania książki. Rzecz w tym, że tytularna Norwegia pozostaje krajem z opisu na Wikipedii, rzeczą na miarę broszurki informacji turystycznej. Do tego pada tutaj na temat Norwegii stwierdzenie niemające pokrycia w faktach, co jest bolączką osób, które po wypadzie turystycznym w jakiejś miejsce chcą o nim pisać prawdę objawioną. Ten błąd popełnił w swoim czasie Andrzej Muszyński w „Cyklonie” dając upust niewiedzy na spektakularną skalę. Książka Anny Siwek powiela nieprawdziwe, stereotypowe i powierzchowne informacje. Autorka stwierdza, że Norwegia z bardzo ubogiego kraju stała się nagle bogata za sprawą ropy, co jest nieprawdą. A ta jest taka, że to ponadpartyjny projekt i zgoda na budowania państwa opartego na solidarności społecznej przyczynił się do wyciągnięcia Norwegii ze skrajnego ubóstwa. Państwo po 400 latach niechcianych lub niekorzystnych unii wychodzi pokojowo z zapaści i buduje konsensus, pod których podpisuje się cały naród. Pod wieloma względami moglibyśmy porównywać polską historię z norweską ucząc się mądrego rządzenia. Ropa i złoża gazu odkryto, gdy Norwegia była już bogatym krajem. Dobrze to opisano w monumentalnej publikacji Ośrodka KARTA „Droga na Północ. Antologia norweskiej literatury faktu”.

       

      Jedyny sensowny pomysł na czytanie tej książki to pójście tropem antropologicznym. Gdy wytniemy pełne egzaltowanych przysłówków i przymiotników opisy kraju fiordów, wyłania się obraz polskiej rodziny w epoce posttransformacyjnej. Ona, rocznik 1963, poświęca się bliskim i wspiera korporacyjną karierę męża, który wreszcie zaczyna od niej odcinać intratne kupony. Czas, który kiedyś wypełniało codzienne zajmowanie się domem i pracą, zaczynają realizować na miarę rodziny, dla której zagranica była syndromem choroby, na którą cierpieli ludzie w szaroburym PRL-u. Zamknięcie w politycznym projekcie ZSRR objawia się tęsknotą za wolnością, nie tylko do własnego zdania. Stają się obywatelami Europy; mieszkają tam, gdzie męża rzuca firma, co ona wykorzysta dla tła swoich powieści. Bo wkrótce zaczyna publikować romantyczne historie osadzone w miejscach, w których mieszka. Chwilę potem ze wspólnych wojaży wykroi nowy kawałek w swoim literackim torcie.

       

      Przyglądając się rodzinie Siwków można poobserwować zwyczaje podróżnicze Polaków. Ojciec poświęca się, żeby zafundować rodzinie podróż marzeń; pruje niezmordowany kamperem przez Skandynawię. Zero narzekań i okazywania zmęczenia. No raz, pod koniec, gdy do pokonania jeszcze kilkaset kilometrów a termin oddania samochodu za kilka godzin. To twardziel na miarę sukcesu wolnorynkowej Polski. Żona ogarnia dom na kółkach, którego jest demiurgiem. To ona zaplanuje posiłki i wyegzekwuje kilka opcji w programie zwiedzania. Wciąż jest słynną szyją, która kręci głową. Chociaż oczywiście raz się wyłamie i zagoni czekających na posiłek mężczyzn do – powiedzmy – roboty. W magiczny sposób zamieni surowy norweski kamper w substytut domu przenosząc do niego nawyki wyrośniętych synów, dla których dużo ciekawszy od widoków zza okna jest newsfeed na Facebooku.

       

      Widać, że znajdujemy się na pograniczu dwóch generacji. Synowie to już dzieci nowej Polski, wpadają na wakacje prosto z Londynu. Rodzice to ci, dla których „wreszcie” świat stanął otworem. Zdobywają go w znoju, bo trudno przyjemnością nazwać tempo ich podróżowania. Dzienne limity kilometrów wręcz szokują, ale niezmordowani prą naprzód, dalej, głębiej w kraj, odhaczają zachłannie wszystko, co warto zobaczyć po drodze. Siły jednak i czasu brak na zadumę, kontemplację i głębszą refleksję. Często dojeżdżają na miejsce za późno albo pechowo, gdy zabytki są zamknięte, ale zatrzymują się i stawiają za każdym razem dziewiczy krok. Chcą zaliczyć to, co powinno się na takiej trasie zobaczyć. Eksplorują ziemię norweską z równym entuzjazmem jak Neil Armstrong Księżyc. I nawet, gdy okazuje się, że znowu parkują w pobliżu toalet, przepełnia ich radość z misji poznawania czasami dziwnych Norwegów.

       

      To kolejna rzecz do wysupłania z „Mojej przygody z Norwegią”. Jakie pierwsze wrażenie robi na polskiej rodzinie Norwegia? Co ich śmieszy, szokuje i dziwi w przodkach wikingów. Fascynująca jest ciekawość, z jaką Anna Siwek dociera prawdy, próbując zrozumieć osobliwych dla niej miejscami Norwegów. Doczytuje, szuka wyjaśnień, chociaż nie wychodzi poza eksplorację internetu i dość stereotypowego i powierzchownego „Skandynawskiego raju. O ludziach prawie idealnych” Michaela Bootha. Odrębność skandynawskiego krajobrazu komentuje miarą swojej ciekawości i uprzedzeń. Norweskie czerwone domki „na początku straszliwie raziły jej zmysł estetyczny”. Fala zachwytów przechodzi w rozczarowanie banalnymi widokami norweskich wiosek. Gdy brakuje spektakularnych landszaftów z fiordami w tle, nuda obsianych zbożem pół, polnych łąk wyłącza autorkę, która ma wówczas czas wertować internet i poszerzać swoje informacyjne horyzonty w oczekiwaniu na „widoki jeszcze wspanialsze”.

       

      Z żalem stwierdzam, że chwytliwy pomysł na napisanie książki podróżniczej o Norwegii, tutaj nie wypalił. Dwa tygodnie kamperem przez Norwegię mogłoby stać się bazą praktycznych wskazówek, notesem z podróży, który przyszłym czytelnikom ułatwiłby planowanie takiego wyjazd. Wystarczyło podsumować każdy rozdział i pokazać liczbę przejechanych kilometrów, pokazać jak często trzeba w takim samochodzie tankować, gdzie, w jakiej formie i wysokości pobierane są opłaty za przejazd, dodatkowo dołączyć adresy ze sprawdzonymi rekomendacjami i mielibyśmy bardzo praktyczny przewodnik dla podróżujących kamperem. Brak pomysłu na książkę odbija się na jej nijakości. Do tego dochodzi narracja, w której nasycenie wtrętami w stylu Knausgårda: idziemy brać prysznic, jemy kolację, pijemy kawę, każde się zastanowić nad negatywnym wpływem Norwega, który najwyraźniej poszerza grono naśladowców. Nawet, ci którzy nie byli w Norwegii słyszeli, że to kraj z przyrodą wywracającą zmysły. Jeśli brakuje komuś słów na wyrażenie jej urody, to może warto zamilknąć. Bo słowo „piękne” potrafi potężnie namieszać w krwiobiegu. Powiedziane raz i w odpowiednim miejscu. Powtarzanie fraz sprawdza się w mantrach. W literaturze tylko w wyjątkowych momentach ma jej moc.

       

      Podsumowując: „Moja przygoda z Norwegią” to antyprzewodnik; skutecznie zniechęcający do podróżowania kamperem. Rzecz, która zostaje w pamięć to znużenie przejechanymi kilometrami, szukanie parkingów, minięte w locie centrum Trondheim, zamknięte zabytki, do których autorka dotarła za późno i spanie w pobliżu toalet. Oglądanie Norwegii zza okna samochodu przypomina wycieczki po Krakowie autobusem. A pokonywanie setek kilometrów w dwa tygodnie to jak zwiedzanie Europy w weekend. Tempo i jakość odhaczania kolejnych miejsc to po prostu zaliczanie, które w niektórych okolicznościach może skończyć się nie tylko emocjonalnym trzęsieniem ziemi. Tutaj jest wyłącznie próbą zjedzenia ciastka, które ogląda się na półce zza szybą.

       

      Recenzja: „Moja przygoda z Norwegią”, Anna Siwek, Wydawnictwo Poligraf, Brzezia Łąka 2017. Projekt okładki i skład: Aleksandra Mikołajko, Wojciech Ławski. Opieka redakcyjna: Klaudia Dróżdż. Korekta: Anna Kurzyca. ISBN: 978-83-7856-626-7. Stron: 149.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję autorce książki.

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Moja przygoda z Norwegią - Anna Siwek, czyli jak nie pisać o podróżach”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 grudnia 2017 11:08
  • niedziela, 26 listopada 2017
    • Jak zawsze - Zygmunt Miłoszewski

      Zygmunt Miłoszewski jak zawsze zaskakuje. Mistrz suspensu opuszcza strefę kryminalnego mroku na rzecz historii niemal romantycznej. Fundamentalnemu pytaniu jak żyć, żeby być szczęśliwym, dodaje literackiej pikanterii, prowadząc nas przez opowieść o Ludwiku i Grażynie, małżeństwie z pięćdziesięcioletnim stażem, które budzi się pewnego razu w dniu, w którym po raz pierwszy kochali się ze sobą. Czy wiedząc, jak ułożyło się im życie, będą chcieli ponownie przeżyć je razem?

       

      Jak_zawsze_Zygmunt_Miloszewski

       

      Czytam tę powieść w wersji przed korektą, z przekreślonymi mazakiem zdaniami. Trudno jest się publicznie wypowiadać o czymś, co może ulec diametralnej zmianie. Być może skrytykuję rzecz, która wypadnie z finalnej wersji. Może ocenię, że czegoś brakuje, co zostanie ostatecznie dopisane. Spróbuję jakoś wybrnąć z tej dość kuriozalnej sytuacji, zastanawiając się jednocześnie, dlaczego Wydawcy w ten sposób strzelają sobie w stopy.

       

      Historia Ludwika i Grażyny i wpisanie ich życiorysu w rozważania „co by było gdyby” jest pomysłem, który doskonale sprzedają amerykańskie komedie romantyczne. A przyznaję, że jestem ich fanką, tyle, że w przeciwieństwie do Moniki Sznajderman, która chadza na nie do kina, a w domu lubi oglądać ambitne filmy, ja mam przeciwnie. Scenariusz, który proponuje Zygmunt Miłoszewski znajdziemy w „Family Man”, gdzie obłędnie bogaty, rozpuszczony przez los bohater grany przez Nicolasa Cage’a budzi się w alternatywnej wersji swojego życia, które spędza z kobietą, którą zostawił wieki temu dla kariery w brytyjskim City. Podobna historia przytrafi się Connorowi Meadowi granemu przez Matthew McConaughey’ego w „Duchach moich byłych”; on też dostanie szansę na zakochanie się po raz drugi w swojej miłości z dzieciństwa. W „Czasie na miłość” Richarda Curtisa pytanie o sens życia powraca tyle razy, aż filmowy Tim wreszcie zrozumie, że zamiast naprawiać to, co się zepsuło wystarczy żyć tak, jak by się chciało.

       

      Ciekawa więc byłam, co z pomysłem tak często powielanym w popkulturze zrobi Miłoszewski, słynący przecież z wywracania gatunkowych reguł i nietrzymania się schematów. Co złośliwcy i zazdrośnicy odbierają jako „warsztatową partaninę”. A ci, dla których literatura to pole gatunkowej walki, ring dla wybrańców i wygrana buntowników określają talentem pisarskim. Miłoszewski to jeden z nielicznych współczesnych pisarzy sprzedających się w oczytanej i wybrednej, chadzającej elitarnymi ścieżkami Francji. Doceniony przez snobistycznych żabojadów i na nieustannej fali krytyki panów z Agory, dość dobrze radził sobie z uporem, z jakim go nie trawią, pisząc po prostu dobre książki.

       

      Albo tym razem napisał rzecz słabszą, albo taka jest wersja przed korektą, którą czytam. Z jednej strony rozpoznaję literackie tropy, którymi Miłoszewski chadzał wcześniej ("Gniew", "Bezcenny"). Znaleźć tu można podteksty do współczesnej sytuacji politycznej, chociaż nie tak dosłowne jak poprzednio. Łączenie skandynawskiego drylu literackiego, przypatrywanie się społeczeństwu z perspektywy jego trupów w szafie, dobieranie się do tabu i prowokowanie wzmożonych dyskusji to efekt pisania i literackie logo Miłoszewskiego. Są pisarze jednej książki, którą piszą nieustannie na nowo. I są pisarze stylu. Miłoszewski wyrobił w sobie literackiego drapieżnika, który wadzi się ze współczesnością, szamocze czytelnicze dusze i gardzi pisarską uległością. Jest niepokorny w podręcznikowy sposób, na co stać jedynie ludzi niezależnych, a niezależność jest pochodną talentu, którym nie trzeba kupczyć dla wyżebranego sukcesu. Niebezpieczeństwo takiego komfortu pisania może skończyć się uległością wobec gwiazdy, a te lubią wybuchać i znikać. Niestety „Jak zawsze” przypomina mi nieudane eksperymenty kulinarne Karola Okrasy, który bierze się za obwarzanka i robi z niego bagietkę, która smakuje jak chałka.

       

      Nikt mnie nie przekona, że zabawy gatunkowe, które porwały tu Miłoszewskiego, dobiły do jakiegoś sensownego portu. Grażyna i Ludwik trafiają nie tylko do przeszłości, ale też do jej alternatywnej wersji. Do tego w tej rzeczywistości dzieją się rzeczy mocno przypominające perypetie z „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood i kilka rodem z „Forresta Gumpa” czy „Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął”. Mam wrażenie, że w jednej książce spotkały się pomysły na co najmniej trzy powieści i uniesienie tylu rzeczy w jednym, po prostu się nie sprawdziło. To książka pełna niedosytów i przesytów. Za dużo jest tu wtrętów, powiedzmy sentymentalno-wspomnieniowych, o tym, jak było kiedyś, w czasach młodości Ludwika i Grażyny. Za mało pracy nad tekstem. Zwrotnica, na której miał skręcić chyba jednak nie została odpalona i tekst pędzi, na pewno szybciej od naszego Pendolino, i może dlatego za oknem to tu, to tam rozmywa krajobraz gęsta fabularna mgła. Domyślam się, że uciekając od kryminału pisarz celuje w magiczne miejsce określane literaturą środka. Ale tam, jeśli tworzy się takie literackie hybrydy, to one mają uzasadnienie. Tu zastanawiam się, jak można było tak spaprać coś, co i wzrusza i grzmoci sumienie i bawi.

       

      Bo chociaż konstrukcyjnie powieść nie daje rady, to historia Ludwika i Grażyny jest silna, tak, jak mocny strzał prosto w twarz. Budzi z zaspania, przeciera wpatrzone w jeden punkt oczy. To emocjonalny tekst, który gotuje uczucia. I takie poprzeczki stawia się prozie gatunkowej, która spełnia zupełnie inne zadania niż pisanie pod najtęższe literackie nagrody. Literaturze popularnej dobrze robi, jeśli ma bata na emocje. A Miłoszewski sztukę dobierania się do nich opanował wybitnie dobrze. Dodatkowo robi coś, o czym mówi Adam, jedna z postaci „Jak zawsze”, „obniża próg wejścia w literaturę, bez jej spłycania” i tak, zgadzam się dalej z Adamem „to zabieg wymagający mądrości i wielkiego talentu”. Ale i mądrość i talent są potrzebne do trzymania kursu. Tu Miłoszewski zbacza, tak jak w swoim czasie Woody Allen, który wypuścił się z terenów dobrze opanowanych i zaczął robić kino ambitne. Mało kto pamięta i wraca do jego dużo bardziej skomplikowanych niż reszta „Wnętrz” czy „Września”, ale każdy wie, że Woody Allen nawet jeśli robi słabszy film, to wciąż na wysokim poziomie. Taki jest Miłoszewski.

       

      W przeciwieństwie do poradników, które z założenia mają nam podać gotową receptę na życie, „Jak zawsze” oddaje jego nieoczywistości i nieskończoność opcji, którym ulegamy raz impulsywnie, innym razem rozsądnie, i jak widzimy, ani żaden poryw, ani przemyślany plan nie gwarantuje mety z fanfarami. Wydaje się, że samo bycie w drodze, przeżywanie jej, doprawianie własnymi pragnieniami, rozpuszczanie w żalach, tasowanie w nowych układach jest esencją bycia. Wsłuchując się we wszystkie pytania jakie stawiają sobie Ludwik i Grażyna, wahamy się razem z nimi, w którą stronę puścić się na żywioł, można ulec ich pasji i sięgnąć po marzenia wcześniej zakopane głęboko na przyszłość. Gdy więc oboje siedzą z ok. 80+/- na karku i oceniają przeszłość, dywagując, czego w niej było w nadmiarze, a co przegapili, spisujemy w tyle głowy własny rachunek. A, gdy oboje wracają do punktu, w którym zaczęła się ich historia i mierzą się z całą szalą nowych możliwości inaczej patrzymy na nasze tu i teraz.

       

      Miłoszewski potwierdza się też tutaj jako wytrawny obserwator rzeczywistości. Dostrzegł pewien trend, który nazywam kursem na seniorów. Zagęściło się i w kinie, i w literaturze od krzepkich staruszków, refleksyjnych staruszek, małżeństw ze stażem, które próbują odzyskać utracony ogień („Dwoje do poprawki”), rozwodników, którzy ze sobą romansują („To skomplikowane”), seksu po menopauzie i andropauzie („Lepiej późno niż wcale”), romansów w Bollywood w tle („Drugi Hotel Marigold”), uczuć na emeryturze („Przeprowadzka”). Popkultura pokazuje, że seks nie kończy się po urodzeniu dziecka, miłość nie wypala na starość, a pożądanie to kleszcze, które spajają kruche łącza życia i da się nad nim zapanować, chociażby Viagrą i kompletem bielizny, ukrywającym upływ czasu. „Jak zawsze” to bardzo podniecająca powieść, a Miłoszewski udowodnił jeszcze jedną rzecz, otóż potrafi pisać o seksie. W dodatku o seksie niemal równolatków, którzy mają około osiemdziesiątkę na karku.

       

      Do tego Zygmunt Miłoszewski bardzo dobrze czyta, analizuje i trawestuje prozę gatunkową. Zna fabularne tricki, rozumie chemię tekstu i powody, dla których się od niego uzależniamy. Tam, gdzie trzeba operuje schematem, kompiluje stereotypy i tworzy mapę neurotycznych uzależnień, którym oddajemy się bez względu na tła historyczne, epoki. Patrzymy w „Jak zawsze” na siebie w odmiennej scenografii historycznej i widzimy jak ulegamy tym samym destrukcyjnym decyzjom. W tym sensie oddaje Miłoszewski obraz Polski i Polaków, tonących na innym statku, jakby nie potrafili obrać wreszcie właściwego kursu. Ale z drugiej strony to pisarz zbyt inteligentny na odtwórcze naśladownictwo, stąd nieustanne u niego przekraczanie granic, dopisywanie kolejnych szczebli do pisarskiej drabiny gatunkowej, na której od lat ściga się sam z sobą. Ambicje mogą jednak zawieść, czego dowodem jest „Jak zawsze”. Tym razem przekombinowana powieść. Wciąż jednak najlepszego pisarza literatury popularnej w Polsce. Który wciąż trzyma wysoki poziom.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

      Logo_W.A.B.4

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 listopada 2017 11:39
  • czwartek, 16 listopada 2017
    • Spektrum - Leonidy - Duńska powieść fantasy dla nerdów

      Leonidy” Dunki Nanny Foss to powieść fantasy dla nerdów. Andrzej Sapkowski w „Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini” proponując typologię literatury fantasy wymienia odmianę, którą określa „Jednorożcem w ogrodzie”. W historiach mieszczących się w tej kategorii bohater powinien doświadczać niezwykłych wydarzeń w życiu codziennym. Takie rzeczy działy się w „Czarownicach z Eastwick” Johna Updike’a, w cyklu o Harrym Potterze J.K Rowling, w „Domie Wiedźmy ze Wzgórza” Mirosławy Sędzikowskiej i w „Leonidach” otwierających serię „Spektrum”.

       Leonidy_Spektrum_Nanna_Foss

       

      Jestem w stanie zrozumieć ciepłe przyjęcie „Leonidów”, bo to taka książka, która spodoba się i nastolatkom i ich rodzicom, którzy po fali zainteresowania „Zmierzchem” chyba jednak odetchną z ulgą. Połączenie mody na Skandynawię, duńskie tło, świat magii procentuje tu w lekkiej formie, która pomimo słabych miejsc będzie przyjaznym wejściem w świat literatury, na zasadach czytelnika, który wyrósł z serii o Harrym Potterze i nie dorósł jeszcze do dorosłego czytania.

       

      Nanna Foss to pisarka wyraźnie pod wpływem Rowling. Emi jest prześladowana przez kolegę ze szkoły. Trudno będzie jej uciec przed agresywnym chłopakiem, dla którego pastwienie się nad słabszymi jest treścią życia. Dziewczyna niezbyt dobrze czuje się we własnym domu, którego unika, najchętniej nocując u swoich przyjaciół. Podobnie do Rowling Foss jest dobrą obserwatorką rzeczywistości. Seria o Harrym ma wszyty w treść komentarz pod adresem surowych, rządzących się swoim prawem elitarnych szkół z internatem. W „Leonidach” równie dobrze odbija się rzeczywistość duńskiej szkoły, w której dominuje mobbing, przemocowe zachowania rówieśników, prześladowanie nadwrażliwców. Patrząc na historię literatury można dostrzec pewną tendencję. Kilka dekad temu próbowała ujarzmić zmory dzieciństwa, a los dziecka był przedmiotem więcej niż literackiej zadumy. Lekarstwem na upiory dziecięcej codzienności były ucieczki w magię, przekraczanie granic świata. Literatura świetnie nadąża za rzeczywistością i jednocześnie jest świadectwem jej niemocy. I wówczas i teraz. Mary Poppins, Pożyczalscy i wszystkie te zaczarowane ołówki i koraliki pomagały zmierzyć się z dzieciństwem w świecie, w którym nie respektowano jeszcze zbytnio praw dziecka, chociaż jak przewidziała Ellen Key wtedy zaczęto się nimi wreszcie interesować. Dzisiaj żyjemy w erze, w której na straży dziecka stoi cały przemysł pomocy społecznej, nikt jednak nie zareagował na podobną skalę wobec problemów młodzieży, dla której próg wejścia w dorosłość drastycznie się zmienił, a pozostawiona sama sobie wikła się w przerastające je sytuacje.

       

      Nanna Foss, sama niedawno była nastolatką, więc lepiej niż dobrze zna problemy trawiące duńską szkołę. Rzecz w tym, że to o czym pisała Rowling a teraz Dunka jest eskalującym problemem, niemal znakiem rozpoznawczym współczesnej cywilizacji. Obie pisarki piszą o poczuciu wyobcowania w szkolnej masie, samotności w tłumie, o dorosłych, którzy nie są w stanie sprostać zadaniu bycia rodzicem, wychowawcą. Zdziwienie, że te problemy mogą też dotykać Duńczyków może jednak narastać w miarę poznawania wszystkich tak u nas ostatnio popularnych publikacji pod patronatem hygge. I męczy pytanie, gdzie podziała się empatyczna duńska młodzież edukowana przecież już w przedszkolach w szacunku dla drugiego człowieka, co nam tak przekonująco klarowały Jessica Alexander i Iben Sandahl w „Duńskim przepisie na szczęście. Najskuteczniejszej filozofii wychowania”.

       

      Znakiem rozpoznawczym skandynawskiej literatury jest mocna krytyka społeczeństwa i w podobny dialog między czytelnikiem a światem bardzo dobrze wpisuje się Foss, której nie brakuje czułości w opisywaniu nastolatków. Emi, jak wiele innym dziewczynom przed nią, trudno jest się pogodzić z fazami dojrzewania. Łamiące się w dziewczynie poczucie niedowartościowania z powodu niedoskonałości fizycznych, które punktuje w sobie z matematyczną precyzją, artystyczna dusza, nieśmiałość składają się w efekcie na zakompleksioną dziewczynę, która chowa się w najdalszych kątach klasy, unika zwracania na siebie uwagi i czerwieni się z byle powodu. Bolączki wieku dorastania, brak akceptacji siebie, próby odnajdywania się w relacjach z innymi, budowanie przyjaźni, pierwsze zakochania i boksowanie się z życiem to motywy wypełniające boczne tory „Leonidów”. Na tyle jednak wyraziście, żeby pozostawić po sobie zachęcający do refleksji ślad.

       

      Z pewnością największym atutem „Leonidów” jest mocowanie się ze stereotypami. Emi i jej przyjaciele uważają się za nerdów. Wszyscy wyjątkowo uzdolnieni, zafascynowani nauką, wyraźnie wyróżniający się poziomem wiedzy od reszty. Nie mają jednak typowych dla nerdów cech, w jakie ubierają ich zwłaszcza amerykańskie seriale. To nie są dziwolągi z kółka naukowego. Chociaż z pewnością żyją na przekór mainstreamowi, unikają domówek, na których pije się do nieprzytomności; zamiast analizowania tekstów zespołów popowych czytają książki. Mają pasje i ciekawość świata. Do tego Foss wprowadza bohatera z niepełnosprawnością, robi to subtelnie, z czułością i poczuciem humoru. Pokazuje, że można się różnić i jednocześnie fantastycznie wyróżniać, bez patosu nieszczęścia i poczucia przegrania, utraty czegoś w życiu.

       

      Tym, co nieco słabiej wyszło Foss to elementy fantasy. Nie sprostała trudnemu zadaniu opisania świata magii, która niespodziewanie wkracza w życie Emi i jej przyjaciół. Panują tutaj miejscami chaos i nieco męczące dłużyzny, które mocno odbijają się na spadku napięcia. Można wręcz odnieść wrażenie, że autorka sama nie wie, dokąd prowadzi ją historia i mocno improwizuje, zostawiając sobie otwarte wszystkie możliwe furtki. Chyba zabrakło tutaj kartki papieru i ołówka, co mocno uporządkowałoby niektóre sceny i zdecydowania w odrzucani niepotrzebnych ustępów. W pewnym momencie zabrakło też uzasadnienia dla działania bohaterów, którym Foss wyraźnie nie postawiła celu, do którego mogliby zmierzać. Więc plączą się po fabule. A gdy jego cień się pojawia, historia rozłazi się po akapitach i ciężko zrozumieć dokąd zmierza. Nie do końca też Foss radzi sobie z portretowaniem bohaterów, nie brak tutaj tendencji do ich przerysowywania. Kolejne tomy serii powinny się tak kończyć, żeby fanów opanowywała histeria w oczekiwaniu na dalsze części. Nanna Foss nie zostawiła nas w tego typu napięciu. Należy więc jedynie mieć nadzieję, że popracuje nad fabułą w drugim tomie, który miał już premierę duńską i jak się domyślam trafi też do czytelników polskich.

       

      Debiut Nanny Foss nie jest pojawieniem się w literaturze na miarę wspominanej już tutaj Rowling. „Leonidy” bardziej przypominają miejscami draft scenariusza niż powieść. Na 538 stronach jest przecież sporo miejsca na przygodę, fabularne twisty, zabawy napięciem. Nad tym jeszcze Nanna Foss musi popracować.

       

      Recenzja książki: „Leonidy”, I tom „Spektrum”, Nanna Foss, Wydawnictwo Driada, Luboń 2016. Przekład z języka duńskiego: Bogusława Sochańska. Tytuł oryginału: Spektrum #1: Leoniderne (2014). Projekt okładki: Danielle Finster. Redakcja i korekta: Marianna Świętoszek. ISBN: 978-83-945-990-1-0. Stron: 538.

       

      W przygotowaniu tego tekstu korzystałam z: „Słownik nowych gatunków i zjawisk literackich” Paulina Potrykus-Woźniak, Wydawnictwo Szkolne PWN, ParkEdukacja, Bielsko-Biała 2010.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

      Wydawnictwo Driada

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 listopada 2017 18:02

Kalendarz

Lipiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014