Recenzentka

Wpisy

  • wtorek, 11 kwietnia 2017
    • Co wspólnego ma Muzeum Literackie Henryka Sienkiewicza w Poznaniu ze Szwecją?

      Co wspólnego ma Muzeum Literackie Henryka Sienkiewicza w Poznaniu ze Szwecją? Dla łowców szwedzkich ciekawostek znalazłam trop ciągnący się od polityki, przez alkowę, prosto do Wielkopolski, dodatkowo podaję praktyczne informacje, jak zorganizować w przyzwoitej cenie jednodniowy literacki wypad do Poznania.

       

      Pozna_1
      Od pierwszego wyjazdu jestem fanką BlaBlaCar, więc zachęcam do takiej formy podróżowania. Wyjechaliśmy z Łodzi o 5:45, prawie spod domu i o 8:10 byliśmy na miejscu. Mój kierowca wybierał się na Targi, więc wysadził mnie w najlepszej z możliwych lokalizacji, przy dworcu. Koszt dojazdu 20 zł. Szybciej i taniej nie da się, co ma zasadnicze znaczenie, gdy się oszczędza każdą chwilę na czytanie i każdą złotówkę na nową książkę. Na miejscu sugeruję kupić bilet dobowy na komunikację miejską, dzięki czemu wypad do Muzeum można połączyć ze zwiedzeniem miasta. Cena to 13,60 zł za bilet normalny. Siłą rzeczy rozpoczęłam pobyt krótką rundką po Rynku, bo Muzeum otwiera się o 9:00. I chociaż zawsze będę się upierać, że zwiedzanie Poznania najlepiej zaczynać nocą, bo nic nie robi takiego wrażenia, jak bajecznie kolorowy, oświetlony poznański Rynek. Ale poranny spacer, opustoszałymi uliczkami, którymi wracają piątkowi imprezowicze, pałaszowanie bułki w rytm stukających o bruk obcasów i podglądanie turystów, którym niegroźny jest chłodny, kwietniowy poranek, też ma swój urok.

       

      Poznan_Wroclawska

       

      Polecam wsiąść na Rondzie Kaponiery w tramwaj nr 2 i wysiąść przy Wrocławskiej. To będzie malownicze, urokliwe preludium do dalszej części. No chyba, że ktoś nie lubi krętych brukowanych uliczek, zabawnych wystaw sklepowych i starych kamienic. W sobotę wstęp do Muzeum jest bezpłatny, zarówno na wystawy czasowe i na stałą ekspozycję. Co jest zaskakujące, zważywszy na niechlubną łatkę rzekomo skąpych poznaniaków. Muzeum ma kilka pięter, w zabytkowej kamienicy, z siedemnastowiecznymi stropami. I naprawdę warto pozadzierać głowę. Bo jest niemal jak na Wawelu.

       

      Poznan_Muzeum_Literackie_Henryka_Sienkiewicza

       

      Na zdjęciu widok kamienicy, w której siedzibę ma Muzeum Literackie Henryka Sienkiewicza, Poznań

       

      Na parterze w niewielkiej salce zobaczycie wystawę "Autografy sławnych ludzi. Ze zbiorów Muzeum Literackiego Henryka Sienkiewicza i Biblioteki Raczyńskich". To klasyczna ekspozycja z witrynkami i pokazywaniem eksponatów za szkłem. Ciekawie urozmaicona dużymi tekturowymi planszami stojących autorów autografów.

       

      Poznan_Muzeum_Literackie_Henryka_Sienkiewicza_2
      Nie widziałam podpisu Piłsudskiego i wyobrażałam sobie, że musiał być zamaszysty i dominujący. A tu zaledwie inicjał imienia i kawałek nazwiska. Dla grafologów to gratka. W kategorii wizytówek sporo się zmieniło. Dzisiaj to prawie książki teleadresowe, a kiedyś czasem tylko imię i nazwisko. Rzucił mi się bilecik wizytowy z podziękowaniami za ugoszczenie, to bardzo szwedzki zwyczaj. Kiedyś najwyraźniej był też polski, może warto wrócić do takiego "tack för senast"? Na piętrach przechodzi się na stałą ekspozycję o Sienkiewiczu. Sporo tradycyjnych gablotek + trochę multimediów.

       

      Poznan_Muzeum_Literackie_Henryka_Sienkiewicza_6
      Do obejrzenia zdjęcia, fragmenty ekranizacji. Między innymi zdjęcie Sienkiewicza na tle Krupówek, pustych i nie do poznania. I aranżacje mebli, częściowo z epoki dla odtworzenia ducha czasów, częściowo tych, z których sam korzystał. Biurko, przy którym pracował czy meble rodziny, u której gościł.

       

      Poznan_Muzeum_Literackie_Henryka_Sienkiewicza_41

       

      Poznan_Muzeum_Literackie_Henryka_Sienkiewicza_7

       

      Poznan_Muzeum_Literackie_Henryka_Sienkiewicza_8

       

      Na zdjęciu biurko, przy którym Henryk Sienkiewicz pracował, gdy przebywał w Krakowie.

       

      Spędziłam tam 2,30 h, ale to za mało na przeglądnięcie wszystkiego. Nie wiedziałam, że Sienkiewicza wydawano w wersji komiksowej. I to nie raz.

       

      Poznan_Muzeum_Literackie_Henryka_Sienkiewicza_5
      To, tak jak napisałam, to tradycyjna wystawa nastawiona na ekspozycję posiadanych zbiorów. Praktycznie bez narracji, bo historię Sienkiewicza trzeba sobie samodzielnie odtworzyć z oglądanych zdjęć, przedmiotów. Więc raczej sugerowałabym oglądać wystawę z przewodnikiem. Albo można zagadać pilnującego wystawę Pana, bo praktycznie razem ją zwiedzaliśmy, zapuszczając się w długie rozmowy. Zaskakujące jest to, że Poznań ma muzeum poświęcone Sienkiewiczowi, który tu tylko bywał, ale nie mieszkał.

       

      Poznan_Muzeum_Literackie_Henryka_Sienkiewicza_31

       

      A ze smaczków szwedzkich, znajdziecie tutaj fragment listu Edwarda Aleksandra Raczyńskiego do Wawrzyńca Benzelstjerny Engeströma, którego dziadek, hr. Lars Benzelstierna d’Engeström (1751-1826), był posłem szwedzkim w Warszawie, sekretarzem i kanclerzem króla Gustawa III, a w czasie Sejmu Wielkiego aktywnym uczestnikiem prac nad Konstytucją 3 Maja. Zakochał się, poślubił Rozalię Chłapowską, a u schyłku życia osiadł w Wielkopolsce. Ojciec Wawrzyńca to Gustaw Stanisław Benzelstierna Engeström (1791-1850), generał rosyjski, gubernator Baku, który w wieku 18 lat wziął udział, jako porucznik dragonów gwardii króla Karola XIII, w wojnie Szwecji z Finlandią. Wawrzyniec Engeström (imię otrzymał po dziadku, szwedzki Lars to Laurentius) wychowywany był przez babcię, Rozalię z Chłapowskich Engeströmową oraz matkę Leokadię z Gajewskich Engeströmową, w podpoznańskich Jankowicach, do momentu jego wyjazdu na nauki do Krakowa. W 1880 roku otrzymał w spadku majątek w Rivfelsta (dziś Revelsta w gminie Enköping w regionie Uppsala) i nazwisko Benzelstierna po swojej prababce, Margarecie. Wraz z babką i szwedzkim dziadkiem spoczywa w kaplicy rodowej przy kościele pw. św. Stanisława Biskupa w Ceradzu Kościelnym. Upamiętniony głazem zlokalizowanym na skwerze Ireny Bobowskiej w Poznaniu.


      Informacje nt. Wawrzyńca Benzelstjerny Engeströma cytuję za Wikipedia

       

      CDN…

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 kwietnia 2017 17:59
  • środa, 22 marca 2017
    • Dawniej, kiedy mi się nudziło, spotykałem się z gościówą od towaru na Gocławiu

           Dawniej, kiedy mi się nudziło, spotykałem się z gościówą od towaru na Gocławiu, brałem trzy sztuki. Starczyło na dwa dni resetu i czas modelował się sam, raz kurczył, raz wydłużał, cokolwiek więc zdarzyło się po zeżarciu grama, było przynajmniej na początku nowe.

           Teraz, gdy melatonina mi wysycha, a pod powiekami zalega sen, wychodzę. Prosty myk. Idę do pobliskiej stacji paliw, na uszach mam słuchawki, zamawiam jedną z tych rozbełtanych kaw, czasem zwykłą czarną, kiedy indziej latte, a potem napawam się myślą, że kofeina to już najmocniejsze, co pływa w moich żyłach. Pan Wspaniały. Nowy i Pachnący.

           Gdy kobieta za kasą pyta o coś jeszcze, automatycznie odmawiam. Nie słyszę jej, ale pamiętam, że zawsze chodzi o pieprzone, ryjące kichy hot dogi, idealny posiłek dla wymiętych imprezami spierdolin, do których kiedyś należałem. Przykładam kartę płatniczą, biorę kubek i idę w kierunku domu, słuchając audiobooka. Pokonuję przejście dla pieszych, uśmiecham się, jeśli kogoś minę, choć to akurat nie zawsze. Różnie tak chodzę, w południe lub wieczorem. Wtedy był wieczór.

       

      Yolo_Jakub_Koisz

       

      Początek książki: #YOLO, Jakub Koisz, Wydawnictwo Ovo, Wrocław 2016. Redakcja: Katarzyna Kostołowska. Korekta: Anita Baraniecka-Kozakiewicz. Grafika na okładce: Miedzioryt "Kot" Marcin Makarewicz. Projekt okładki i skład: Marcin Makarewicz. Zdjęcie na okładce: Evilvision. Wydanie I. ISBN: 978-83-935709-7-3. Stron: 269.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo_Wydawnictwo_Ovo

       

      KONKURS!!! Spodobał Ci się początek książki? Jeśli tak jej egzemplarz może być Twój. Napisz do mnie, co Ci się spodobało w tym fragmencie. Skontaktuję się wyłącznie z autorem najciekawszej odpowiedzi i tę osobę poproszę o adres do wysyłki książki. Na Wasze odpowiedzi czekam dzisiaj, do godz. 23:59.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 22 marca 2017 21:24
  • poniedziałek, 20 marca 2017
    • Życie po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie - Helen Russell

      Życie po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie” jest utrzymaną w lekkim, lifestylowym tonie książką o Danii. Brytyjka Helen Russell wyjeżdża na Północ za mężem, który dostaje kontrakt w LEGO. Napisana ze swadą książka patrzy na Danię oczami przedstawicielki klasy średniej. I chociaż taka perspektywa z pewnością nie mówi całej prawdy o ojczyźnie H. Ch. Andersena, to jednak zdradza nam coś, co od pewnego czasu fascynuje ludzi na całym świecie: w czym tkwi tajemnica szczęścia Duńczyków? Ale książka zawdzięcza swój sukces jeszcze jednej rzeczy.

       

      Życie po duńsku Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie Helen Russell

       

      Helen Russell jest typową przedstawicielką swojej klasy, krok po kroku robiącą karierę, wspinającą się w górę kobietą realizującą się zawodowo kosztem zdrowia, dobrego samopoczucia i nieustannego stresu. Krótko opowiada o tym, jak z tętniącego życiem, głośnego Londynu przeniosła się w odosobnione rejony jutlandzkiej wsi. Zetknięcie tych dwóch kultur doskonale rezonuje na stronach „Życia po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie”. Czuć w zmieniającej się retoryce, jak Helen Russell z typowej Brytyjki wychowanej w kostycznym klasowym społeczeństwie o wyśrubowanej kulturze pracy zmienia się w egalitarną przedstawicielkę mistrzów hygge. Widać rozdział po rozdziale jak odzyskuje równowagę w życiu, jak się wycisza, zatraca w poszukiwaniu szczęścia i odkrywaniu uroków prostego, spokojnego życia. Co więcej, właśnie po wielkiej ucieczce na wydawać by się mogło pustynię, gdzie tylko hulający, lodowaty wiatr daje jakiekolwiek oznaki życia, znalazła to, do czego zawsze dążyła. Przytulny domek z widokiem na morze i pracę, na którą w poprzednim życiu nie miała czasu. Rezygnując z kierowniczego stanowiska sporo ryzykowała i pokazała, jak przekuć taką decyzję w sukces. Wreszcie mogła oddać się pisaniu na cały etat, a jej książka stała się bestsellerem. No i spełniła jeszcze jedno marzenie. I to właśnie wydaje mi się dodatkową wartością, jaka przyczyniła się do sukcesu „Życia po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie”. Bo kto nie lubi czytać o odważnych ucieczkach z poukładanego, ale niezbyt szczęśliwego życia?

       

      Zaletą tej książki jest też niewątpliwie połączenie lekkiego magazynowego stylu ze zbilansowaną dawką ciekawostek o Danii i nadanie narracji bardzo osobistego rysu. Bo Helen Russell utrzymuje narrację w rytmie swojego pobytu, który oddaje symptomy typowego szoku kulturowego, któremu towarzyszy nieustanny zachwyt, pozytywne zdziwienie, chęć odkrywania uroków nowego miejsca. I taka jest książka Brytyjki. Pozytywna, urocza, miła i bardzo hygglig.

       

      Nawet jeśli w książce Hellen Russell pojawiają się niepokojące treści, ich wydźwięk łagodzi jej poczucie humoru i dystans, z jakim traktuje takie informacje. Z jej perypetii wyłania się obraz małej, homogenicznej Danii, która wypracowała sobie przez lata plan na szczęście. Gdzieś w tle przebija się echo ubóstwa, z którego wyrosły zacne duńskie marki. Dwóch wdowców wychowujących kilkoro dzieci rozsławi Danię na cały świat. H. Ch. Andersen i pewien cieśla, który zajmie się pracą w drewnie, żeby utrzymać w ten sposób rodzinę, która dzisiaj dzięki zyskom LEGO utrzymuje sporą część Danii. Wybrzmiewa tu obraz kraju poukładanego, z zakorzenioną, mocną tradycją o kulturze, która jak domyśla się autorka mogła się powieść jedynie w tak niewielkiej społeczności. Naprawdę z przyjemnością czyta się o poczuciu wspólnoty i wierze w drugiego człowieka, która jest fundamentem scalającym ufających sobie Duńczyków. Poczucie wolności i jej połączenie z wiarą w system, który na każdym etapie życia wyciąga w stronę swoich obywateli przyjazną dłoń, wprowadza nutę rozmarzenia.

       

      Urok „Życia po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie” polega też na sporej dawce prywatnych wtrętów, które sprawiają, że czyta się książkę Russell jak wpis blogowy żony, która opowiadając o nowym miejscu nie szczędzi opowieści z domowych pieleszy, dzieli się problemami z zajściem w ciążę, plotkami z pracy męża i własnymi perypetiami z sąsiadkami, ekspedientkami w sklepie czy duńskimi urzędniczkami. Wydaje się też, że wydarzenia z prywatnego życia świetnie służą Russell do wynajdowania nowych tematów na kolejne rozdziały książki. Połączy też w dobrej dawce obserwacje własne uzupełniając je wiadomościami znalezionymi w internecie, przeczytanymi w prasie. Wreszcie przeprowadza wiele wywiadów. Wszystko to składa się na ciekawą wspomnieniową historię z życia pary Brytyjczyków, tuż po trzydziestce, którzy razem z psem wyjeżdżają na odludne wiejskie peryferie Jutlandii. I tak z perspektywy sennego Billund w południowej części półwyspu poznajemy tajemnicę szczęśliwych Duńczyków.

       

      Zgłębianie duńskiego fenomenu to zaglądanie w dusze społeczeństwa, które postanowiło zrobić wszystko, żeby każdemu w ich kraju żyło się godnie. Wyjątkowo ostro w początkowych rozdziałach rzuca się w oczy brytyjskość Russell, którą dziwi, że przedstawiciele różnych warstw społecznych mogą okupować te same ulice, spędzać czas w tych samych klubach. Egalitarność, jaka jest podstawą życia w Danii, a co za tym idzie też równość ekonomiczna podpowiada, że szczęście kształtuje się na poziomie nie tylko podstawowych potrzeb. Szczęśliwi Duńczycy są po prostu pod każdym względem równymi sobie ludźmi, o podobnych dochodach, podobnym wykształceniu, podobnych szansach na karierę. A Dania jednym z krajów, w którym najlepiej jest być pracownikiem. Największe podatki płacą tu najbogatsi, więc to nie pieniądze są pierwszym kryterium wyboru pracy. Przeciwnie, Duńczycy idą za swoimi pasjami. Zresztą już na etapie edukacji myślą o tym, co lubią robić. Radość z pracy jest warunkiem koniecznym, bez którego Duńczyk po prostu nie byłby w stanie jej wykonywać. Ludzie chętnie przebywają w pracy, którą w zrównoważony sposób dzielą z życiem osobistym, które dla Duńczyka jest priorytetowe. Poczucie bezpieczeństwa i wiara w przyszłość sprawia, że życie w Danii jest sielanką, którą jedynie odrobinę przerywają lodowate dni i ponure jesienno-zimowe noce. Te, należy oswoić odpowiednią dawką dodatkowego światła, przytulnym wnętrzem, smacznymi wypiekami, gronem przyjaciół, innymi słowy atmosferą pozwalającą miło spędzić czas.

       

      Doceniam pracę włożoną w redakcję tej książki, która ma bardzo przemyślany układ rozdziałów. Każdy jest kolejnym miesiącem pobytu co bardzo dobrze pokazuje dynamikę mieszkania w nowym miejscu i kolejne wynikające z tego odkrycia czy potrzeby, stąd rozdziały zamykające poświęcone są np. podatkom i świętom Bożego Narodzenia. Udany jest sposób prezentowania wiedzy i nowych informacji. Wszystko tutaj do siebie pasuje i ani przez chwilę nie odstaje od wybranego poziomu i stylu publikacji. Mam też wrażenie, że Helen Russell bardzo przyłożyła się, żeby dane statystyczne, które tu wykorzystuje były naprawdę ciekawie zaprezentowane.

       

      Z „Życia po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie” dowiesz się, że wyprodukowano 650 miliardów klocków LEGO, co oznacza 86 na mieszkańca naszej planety, że Dania ma 406 wysp, to stąd pochodzi Dogma 95, „The Killing”, „Rząd” i „Most nad Sundem”, jak Duńczycy świętują Dzień Tańczącej Krowy, dlaczego sekcje zwierząt są popularne wśród dzieci w Danii, jak ciała zwierząt wykorzystuje się do produkcji biopaliwa, którym napędzane są duńskie autobusy miejskie, czym jest „spaghetti-msza”, dlaczego Duńczycy nie muszą się modlić do boga, co sprawiło, że Duńczycy w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia 2013 opuścili swoje domy pełne hygge, żeby spędzić 5 godzin podczas premiery „Nimfomanki”, erotycznej epopei Larsa von Triera, czym jest „przerwa na Disneya”, o mszy poświęconej kwestiom cielesnym, dowiesz się skąd się wziął dowcip o tym, że Duńczycy oceniają się jako szczęśliwych podczas wypełniania ankiety Eurobarometru, bo zawsze robią to na rauszcie, poznasz gen szczęścia 5-HTT, który najczęściej spotykany jest w Danii i u Holendrów i dowiesz się dlaczego w Danii łatwiej zrealizować „amerykański sen” i jak zdobywanie nowych umiejętności zwiększa zadowolenie z życia.

       

      Lekka, nie stroniąca od brytyjskiego poczucia humoru, przystępnie napisana historia z życia ujmuje, z powodzeniem stając się dobrą bazą wyjściową do poznawania Danii na odległość. Polecam wszystkim, którzy szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego Duńczycy są najszczęśliwszym społeczeństwem świata zatrzymali się wyłącznie na pojęciu hygge, zapominając, że na poczucie szczęścia pracuje się długofalowo i kompleksowo. Tak jak to robią Duńczycy.

       

      Recenzja: "Życie po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie" - Helen Russell, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków 2017. Tłumaczenie: Grzegorz Ciecieląg. Seria: MUNDUS. Fenomeny. Projekt okładki: Agnieszka Winciorek. Zdjęcie na okładce: iStock.com. Tytuł oryginału: The Year of Living Danishly. Wydanie I. ISBN 978-83-233-4232-8.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Życie po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie - Helen Russell”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 20 marca 2017 20:23

Kalendarz

Kwiecień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014