Recenzentka

Wpisy

  • poniedziałek, 14 sierpnia 2017
    • Literacka Smålandia, czyli śladami Astrid Lindgren

      Wyobrażałam sobie Astrid Lindgren w tym samym miejscu, siedzącą na ganku i uśmiechającą się w kierunku ekipy filmowej. Ma na sobie zabawny, chroniący przed słońcem daszek. Macha do chłopca grającego Emila. Była tutaj, jak na wielu innych planach filmowych. Dzisiaj, gęsta trawa przed gankiem niczym nie różni się, tak samo puszysta i jednakowo łaskocząca gołe stopy. Nie ma już jednak ławeczek, na których przycupnęła Astrid, przyglądając się pracy ekipy. Wędruję jej śladami. Wdycham zapach cynamonowej bułeczki mieszający się z silnym aromatem kawy. Oto Szwecja.

       

      Smalandia_ganek_na_ktorym_siedziala_Astrid_Lindgren

       

      Zdjęcie: Smålandia. Kiedyś na ganku stały ławeczki, na których Astrid Lindgren przyglądała się pracy ekipy filmowej

       

      Zamieszkałam w domu, w którym nakręcono Emila z Lönneberga („Emil och grisegnoen”). Właściciel naprawdę zadbał, żeby gospodarstwo zachowało wygląd dawnej zagrody. Drewniana zabudowa, rdzawa czerwień ścian kontrastująca z białymi okiennicami. Śpię w domu, który żyje w każdym kroku, każdym poruszeniu, dając znać głośnym skrzypieniem. Ktoś postawił przy ścianie rower, niczym wehikuł czasu przenosi nas o kilkadziesiąt lat wstecz. Rdzewieje z godnością, zachowując blask dawnej świetności. Jedynie trawa zapuszczająca korzenie w ogumieniu dawno niepompowanych kół przypomina o nieuchronności upływu czasu.

       

      Smalandia_dom_z_hamakiem


      Nie przez przypadek „Svelanda” zagrała w filmowej adaptacji przygód niesfornego Emila. Miała urok typowego smålandzkiego gospodarstwa. Osiemnastowieczna zabudowa wygrała nawet dzisiaj z nowoczesnością. Brak centralnego ogrzewania da się we znaki wieczorami pod koniec lipca. Na razie jednak słońce ogrzewa drewno, które oddaje ciepło. Otwieramy maksymalnie uchylne okna, nie zwracając uwagi na pszczoły, które też wariują od upału. Od upału, którego nie kojarzy się ze Szwecją.

       

      Smalandia_okna

       

      Rabaty przypominają o sile natury, którą rządzi wiatr i surowa północna aura. Kępy dzikich kwiatów wyrastają obok strzyżonej trawy. Pojęcie „chwastu” nabiera innego znaczenia, gdy siadamy do kolacji, a na talerzu lądują rośliny, które raczej można spotkać na łące niż w przydomowym ogródku.

       

      Smalandia_ogrod

       

      Opiekujący się „Svelandą” Micha i Katja bardzo pasują do Smålandii. Nie tylko dlatego, że są Niemcami, a wielu z nich tutaj zapuszcza korzenie, podobnie jak rodzina założyciela IKEA. Są po smålandzku oszczędni i samowystarczalni. Przypominają też Astrid, która potrafiła z resztek upichcić smaczną kolację. Tutaj też nie wyrzuca się jedzenia. W najgorszym razie to, czego nie zjemy trafi się kurom, które kręcą dziobami, gdy przychodzę z suchą karmą.

       

      Smalandia_ciasteczka
      Jestem w literackim sercu Smålandii. To stąd pochodzi Pär Lagerkvist, Karin Alvtegen, Vilhelm Moberg, Margareta Strömstedt, Viktor Rydberg czy Dag Hammarskjöld.”Svelanda” też jest pełna literatury, nie tylko wspomnień z odwiedzin Astrid i pracy ekipy. Na każdym kroku coś ją przypomina. A to półki z jej książkami, zdjęcia, film, który oglądamy wieczorem czy reportaż, który pokaże mi Micha, gdzie Astrid płynną niemczyzną opowiada o rodzinie.

       

      Smalandia_dom_lawki
      Żyjemy trochę jak w Bullerbyn, które odwiedzę za kilka dni. Mój gospodarz zaprasza mnie do swojego biura. Bierze koszyk z termosami, dla mnie specjalnie zaparzy melisę cytrynową. Wyciągamy nogi nad Mossjön chrupiąc czekoladowe herbatniki. Odpoczywamy po przekopaniu góry piasku, którym usypiemy ścieżkę prowadzącą nad jezioro. Światło błyszczy w pomarszczonej wodzie, a dzikie ptaki podpływają na wyciągnięcie ręki. Lekceważą nas zajęte łapaniem uciekających owadów. Rozmowa rozleniwia się, siedzimy bez słowa, wciągając zapach drzew, mchu i parującej łąki za naszymi plecami. Zaczynam rozumieć fascynację Karola Linneusza.

       

      Smalandia_lodka


      Są różne rodzaje ciszy. Podobno idealnej można doświadczyć głęboko w wodzie pod zamarzniętym lodowcem. Można też wsłuchać się w ciszę Rumskulla Näs, gdzie konary drzew głośno stękają, gdzie głos przelatującego ptaka zagłusza szum delikatnie marszczącej się o brzeg wody.

       

      Smalandia_jezioro

       

      Las wygląda tak, jakby ktoś z premedytacją zamazał czarną kredką każdą przestrzeń między drzewami. Delikatny dźwięk materiału leżaka napina się, gdy przeciągamy się leniwie. Dopijamy herbatę, kawę i wracamy do domu. Wzdłuż ścieżki imponujący mur: porośnięte gęstym mchem głazy i wciśnięte w nie drobniejsze kamienie. Te, które dwa wieki temu bezradni smålandzcy chłopi wyrwali ziemi, walcząc o każdy skrawek, który mógłby coś urodzić.

       

      Smalandia_mur_z_kamieni

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Literacka Smålandia, czyli śladami Astrid Lindgren”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 14 sierpnia 2017 23:50
  • czwartek, 10 sierpnia 2017
    • Chmury - cytat

           Morze nigdy nie było identyczne, a jednak pozostawiło w Albercie wrażenie jednostajności. Jesienią jakby zastygało pod nisko zawieszoną pokrywą stratusów. Poruszało się powoli jak płynna rtęć. To zima spadkiem temperatury ogłaszała swoje nadejście. W tężejącej powoli powierzchni wody Albert na powrót odnalazł swoje życie.

           Chmury nad zamarzniętym morzem się zmieniały, ale on już je znał. Cieszyły oczy, ale nie duszę. Albert miał w sobie żądzę wiedzy, której nie mogło zaspokoić żadne zachmurzone niebo. Gdzieś na ziemi musiało istnieć inne światło, inne morze, będące zwierciadłem dla innych gwiazdozbiorów, większego księżyca i gorętszego słońca.

       

      Chmury

       

      Cytat z książki: "My, topielcy", Carsten Jensen, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008. Przełożyła Iwona Zimnicka. Tytuł oryginału: Vi, de druknede (2006). Wydanie I. Redaktor serii: Natalia Sikora. Redakcja: Filip Modrzejewski. Korekta: Elżbieta Jaroszuk, Alicja Chylińska. Konsultacja marynistyczna: Adam Piechal. Redakcja techniczna: Alek Radomski. Projekt okładki i stron tytułowych: Lucyna Talejko-Kwiatkowska. Na I stronie okładki wykorzystano fragment obrazu olejnego Hermanusa Koekkoeka A Storm At Sea. ISBN 978-83-7414-500-8. Stron: 821.


      Książkę można pożyczyć w Miejskiej Bibliotece Publicznej Łódź-Śródmieście, ul. Brzeźna 10

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 10 sierpnia 2017 19:10
  • poniedziałek, 07 sierpnia 2017
    • Mężczyzna imieniem Ove - film

      Mężczyzna imieniem Ove” jest trzecim na liście najlepiej sprzedających się szwedzkich filmów. Jest też pierwszą szwedzką produkcją, która po sukcesie „Jak w niebie” (Så som i himlen, 2004) Kaya Pollaka 12 lat temu, znowu zdobyła nominację do Oscara w kategorii najlepszego filmu zagranicznego. Uwielbiają go krytycy, doceniają festiwale i polecają sobie widzowie. Ale Hannes Holm reżyserem został przez przypadek. W dodatku bardzo długo omijały go najważniejsze nagrody.

       


      Robił film za filmem, a wciąż przegrywał w walce o tytuły. Tak go to wkurzyło, że zaczął bojkotować szwedzką galę filmową Guldbagge. Do świata X muzy trafił przez przypadek. Podczas koncertu wpadł na Birgittę Svensson, która zaproponowała mu rolę w swoim filmie. Tak zadebiutował w 1981 na ekranie. Potem przez rok pracował jako asystent reżysera. Te doświadczenia otworzyły mu drzwi do pracy w telewizji, gdzie przez kilka kolejnych lat prowadził w SVT programy dla młodzieży. Pod koniec lat 80. zadebiutował reżyserując serial telewizyjny. Potem przyszły pierwsze filmy pełnometrażowe.


      Zabierając się za kolejny scenariusz, nie sądził, że napisze doskonałą adaptację bestsellerowego debiutu Fredrika Backmana. Zdawał sobie jednak sprawę, że jego film będzie oceniany pod kątem świetnej książki Backmana i bał się losu większości adaptacji filmowych, uznawanych zazwyczaj za gorsze od literackich pierwowzorów. Stwierdził jednak, że opowiada własną wersję powieści i tego trzymał się do końca pracy nad scenariuszem.


      Jego zawodowa historia pokazuje, że pracowitość i upór w dążeniu do celu są ostatnim zakrętem na prostej do sukcesu. Dzisiaj nazwisko Holma rozpala hollywoodzkich producentów, którzy kręcą się koło Szweda i kuszą go gorącym Los Angeles. Ale pozycję, którą ugruntował sobie latami czekania, Holm nie zamierza tanio sprzedać. Jak powtarza, w pracy nad filmem, ceni sobie wolność. Od dawna zresztą jest współwłaścicielem firmy producenckiej. I chociaż niewątpliwie duży amerykański hit dałby mu szansę na podejmowanie bardziej ryzykownych decyzji, to jednak zanim zdecyduje o wyjeździe ze Szwecji, dobrze rozważy każdą propozycję pracy. A może obawia się powtórzenia losu Lasse Hallströma, reżysera do wynajęcia, którego wszyscy poznawaliśmy razem z „Dziećmi z Bullerbyn”, zapamiętaliśmy ze świetnego „Co gryzie Gilberta Grape’a”, a ostatnio nie możemy się nadziwić, że robi tyle słabych filmów?


      Hannes Holm to charyzmatyczna postać w szwedzkim krajobrazie. Niepoprawny, buńczuczny, wie czego chce, nie boi się igrać z opinią ani krytyki, ani kolegów po fachu, ani widzów. Bojkotował galę Guldbagge, po odebraniu we Wrocławiu nagrody European Film Award stwierdził, że to ten wieczór, gdy jest lepszy od Boba Dylana, bo pojawił się na uroczystości. A zapytany o pierwszą myśl po odczytaniu werdyktu jury we Wrocławiu, opowiedział o uldze, że wreszcie po dwóch i pół godziny siedzenia będzie mógł wstać. Gdy jechał na galę oscarową zabrał ze sobą żonę, czego nie mógł mu wybaczyć grający Ovego Rolf Lassgård i wiele innych osób, publicznie udzielających mu nagany. Ale Holm chciał w ten sposób docenić Malin, która od dawna była nie tylko jego żoną, ale też partnerką w pracy, asystowała mu na planie, to z nią konsultował każdy etap pracy nad scenariuszem. Zawdzięczał jej tyle, że czuł, że to właśnie ona powinna reprezentować ekipę filmową.


      Szwedzki film pędzi na fali hollywoodzkiej popularności. W 2013 Malik Bendjelloul odebrał Oscara w kategorii najlepszego dokumentu za "Searching for sugarman". Poszczęściło się Alicii Vikander, świętującej sukces drugoplanowej roli w „The Danish girl”. Nie udało się wprawdzie Szwedom powtórzyć losu Ingmara Bergmanna z 1984, gdy jego „Fanny i Alexander” wrócił ze statuetką, ale kinowa popularność „Mężczyzny imieniem Ove” i ciepły odbiór widzów dopowiada osobny komentarz, do długiej i pracowitej drogi Holma.


      Szwedzi są bardzo pragmatyczni ostatnimi czasy w swojej działalności artystycznej. Widzą się chętnie w literaturze popularnej i kinie komercyjnym. „Mężczyzna imieniem Ove” odżegnuje się od wielkich twórców szwedzkiego filmu, zostawiając daleko w tyle kino Bergmana czy Troella . Rzeczywiście jest autorską wersją pierwowzoru literackiego. To świetny kawał dobrego rzemiosła; film skrojony na sukces oglądalności. Historia Ovego, to historia nieco dziwnego starszego pana, który od zawsze miał własne zdanie i swoje poglądy na wszystko. Holmowi udało się opowiedzieć o nim nie zatracając nic ze szwedzkości swojego bohatera, który jak w folkhemmet przystało stoi na straży zasad, przypomni o nich, zostawiając, gdy przyjdzie na to pora „wściekłą karteczkę” i zdziwaczeje do poziomu wyalienowanego staruszka, który nikogo nie lubi, jest opryskliwy i nieuprzejmy. Zabawne u Ovego jest to, jak bardzo szwedzki i jednocześnie nieszwedzki jest w swojej szwedzkości.  


      Jego historia to jedna z tysiąca już nam opowiedzianych bajek dla dorosłych o samotniku, który robi wrażenie gbura, lecz gdy go bliżej poznajemy, ukazuje się nam obraz kochającego i wrażliwego człowieka, zamkniętego w sobie nie bez powodu. Niespodziewane zbiegi okoliczności, skazują go na kolejne wyzwania. Gdy je podejmuje historia otwiera się na  dalsze niuanse. I tak gbur przeobraża się zyskując w naszych oczach. Hannes Holm pokazuje nam, że ludzie nie są oschli z wyboru. Czasem wystarczy nieco serdeczności, nieco nachalnej może przyjaźni, zwykły gest bezinteresownego zainteresowania, żeby roztopić najbardziej zatwardziałe serca. Lubimy takie filmowe przeobrażenia i nadzieję, jaką zaszczepiają nam filmy pokroju „Mężczyzny imieniem Ove”. Chcemy wierzyć w ludzi, w to, że można na nich liczyć, że są dobrzy i potrafią w nas obudzić czułą, choć może zahibernowaną część nas samych. Widziałam w kinie mężczyzn w różnym wieku, ocierających ukradkiem łzy wzruszenia. Bo okrzyknięty najlepszą szwedzką komedią „Mężczyzna imieniem Ove” wzrusza.


      To proste kino przypomina też, że sukces nie polega na pokazywaniu nam coraz bardziej wyrafinowanych dziwactw na ekranie. Przeciwnie, wciąż sukcesem jest opowiedzenie po prostu zwykłej historii, która może się przydarzyć każdemu. A największym sukcesem jest to, że Szwedzi nie udają nikogo innego, zawsze pozostają Szwedami zamieszkującymi zimną Szwecję i przemycającymi nam w tle coś wartościowego ze swojego kraju, mówiąc jednocześnie o najbardziej podstawowych sprawach dotyczących człowieka: o miłości, przyjaźni, wierności, lojalności, śmierci, życiu.


      Mężczyznę imieniem Ove” można zobaczyć w Łodzi w kinie Charlie.


      Źródła: Gd.se, Aftonbladet.se, Sydsvenskan.se, SFI.SE, Aftonbladet.se.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Mężczyzna imieniem Ove - film”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 sierpnia 2017 21:49

Kalendarz

Sierpień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014