Recenzentka

Wpisy

  • środa, 15 lutego 2017
    • Jak nie ulegać negatywnym emocjom? - cytat

          Nic nam nie da przejmowanie się rzeczami, na które kompletnie nie mamy wpływu. Powinniśmy jasno spostrzegać to, co możemy, a czego nie możemy kontrolować, by w ten sposób nauczyć się nie ulegać negatywnym emocjom

         "Na człowieka wpływ mają nie wydarzenia, ale sposób, w jaki do nich podchodzi", mawiał Epiktet. 

          W buddyzmie zen dla zachowania świadomości emocji i pragnień stosuje się medycynę, która od nich uwalnia. Nie chodzi tylko o to, by sprawić, aby nasz umysł był czysty, lecz o obserwację myśli i emocji, gdy tylko się pojawiają, jednak bez ulegania im. W ten sposób ćwiczymy umysł, by nie pozwalał ponieść się złości, zazdrości, urazie....

       

      Ikigai Japoński sekret długiego i szczęśliwego życia

       

      Cytat z książki: Ikigai. Japoński sekret długiego i szczęśliwego życia, Héctor García, Francesc Miralles, Muza, Warszawa 2017. Przełożyła: Katarzyna Mojkowska. Tytuł oryginału: Ikigai. Los secretos de Japón para una vida larga y feliz (2016). Projekt okłądki: Ewa Iwaniuk. Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka. Redakcja: Słąwomira Gibka. Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz. Korekta: Renata Kuk. ISBN 978-83-287-0484-8. Stron: 222. Premiera: 25.01.2017. Cena: 34,90.



      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

       

      Logo Wydawnictwo MUZA

       

       

      UWAGA KONKURS: Niedługo ogłoszę konkurs, w którym będzie można wygrać egzemplarz powyższej książki. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Jak nie ulegać negatywnym emocjom? - cytat”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 15 lutego 2017 13:54
  • środa, 08 lutego 2017
    • Okinawa - szczęście płynące z bycia stale zajętym - początek książki

      Ta książka narodziła się pewnej deszczowej tokijskiej nocy, kiedy to my, dwaj autorzy, spotkaliśmy się w jednej z tych knajpek, jakich jest w mieście na pęczki.

           Wcześniej czytaliśmy nawzajem swoje teksty, ale nie spotkaliśmy się dotychczas osobiście ze względu na dzielące stolicę Japonii i Barcelonę dziesięć tysięcy kilometrów. Skontaktował nas ze sobą wspólny znajomy i tak oto narodziła się przyjaźń, której owocem jst właśnie ta książka, i wygląda na to, że to więź na całe życie.

           Podczas następnego spotkania, które miało miejsce rok później, udaliśmy się na spacer po parku w centrum Tokio i tam zaczęliśmy rozmawiać na temat zachodnich nurtów w psychologii, a szczególnie logoterapii, czyli terapii sensu życia.

           Komentowaliśmy fakt, że podejście Viktora Frankla wychodzi ostatnio z mody, przynajmniej podczas sesji terapeutycznych, ustępując miejsca innym psychologicznym szkołom.

           Ludzie jednak nadal poszukują głębszego znaczenia tego, co robią i przeżywają. Wszyscy zadajemy sobie pytania takie jak:

           Jaki jest sens mojego życia?

           Czy chodzi tylko o zwykłą egzystencję, czy też mam jakąś wyższą misję do wypełnienia na ziemi?

           Dlaczego istnieją osoby, które wiedzą, czego pragną, i żyją z pasją, podczas gdy inne popadają w marazm?

           Na pewnym etapie naszej rozmowy pojawiło się tajemnicze słowo: ikigai.

           To japońskie pojęcie, które można przetłumaczyć jako "szczęście płynące z bycia stale zajętym", ma pewien związek z logoterapią, ale niesie ze sobą jeszcze głębsze znaczenie. Wydaje się również stanowić jedną z przyczyn kryjących się za niezwykłą długowiecznością Japończyków, przede wszystkim mieszkańców wyspy Okinawa.

         Ikigai_Japonski_sekret_dlugiego_i_szczesliwego_zycia_Hector_Garcia_Francesc_Miralles

       

      Pierwsze zdanie / początek książki: Ikigai. Japoński sekret długiego i szczęśliwego życia, Héctor García, Francesc Miralles, Muza, Warszawa 2017. Przełożyła: Katarzyna Mojkowska. Tytuł oryginału: Ikigai. Los secretos de Japón para una vida larga y feliz (2016). Projekt okłądki: Ewa Iwaniuk. Redaktor prowadzący: Aleksandra Janecka. Redakcja: Słąwomira Gibka. Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz. Korekta: Renata Kuk. ISBN 978-83-287-0484-8. Stron: 222. Premiera: 25.01.2017. Cena: 34,90.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo Wydawnictwo Muza

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 08 lutego 2017 21:35
  • niedziela, 05 lutego 2017
    • Najnowszy kryminał Camilli Läckberg już jest bestsellerem, chociaż dopiero się pisze

      "Häxan" (wiedźma/czarownica), najnowszy kryminał Camilli Läckberg dopiero powstaje, a już jest na pierwszym miejscu najlepiej sprzedających się szwedzkich książek. Do premiery powieści, zapowiedzianej w Szwecji na 7 kwietnia, zostało nieco ponad dwa miesiące, a pisarka wciąż pisze. Maszynopis już jest o ok. połowę grubszy od jej dotychczas najdłuższej książki i przekroczył 650 stron i 1 200 000 znaków. A samo pisanie doprowadza Läckberg do szału, jak zawsze krótko przed deadlinem. Ostatnio pisarka opublikowała na Instagramie swoje najnowsze zdjęcie, wyjaśnia jednak, że kolor włosów, to efekt wypadu do fryzjera. Z opisów jej walki nad ukończeniem książka można było odnieść inne wrażenie.

       

      Camilla_Lackberg
      Zdjęcie: Camilla Läckberg, Instagram

       

      Gdy w Boże Narodzenie 1998 roku dwudziestoczteroletnia Camilla Läckberg rozpakowywała prezent, nie sądziła, że 19 lat później będzie rządzić na rynku książki i zostanie najlepiej sprzedającą się szwedzką pisarką. Mąż, mama i brat zrzucili się wówczas i podarowali Camilli kurs kreatywnego pisania dedykowany specjalnie kobietom, żeby zachęcić je do pisania kryminałów. W tym czasie naprawdę brakowało piszących kryminały Szwedek, dla przykładu Liza Marklund w tym samym roku dopiero debiutowała pierwszym tomem o Annice Bengtzon. Cztery lata po ukończeniu kursu, w sierpniu 2002 Camilla wysyła gotowy maszynopis swojej pierwszej powieści „Księżniczka z lodu” (Isprinsessan, 2003) do trzech wydawnictw: Prisma, Tre Böcker i Warne förlag. Pięć dni później odebrała telefon od szefa ostatniego z nich, był oczywiście bardzo zainteresowany wydaniem książki. Dzisiaj Läckberg kończy dziesiąty tom o jej rodzinnej Fjällbacke, Erice i Patriku.


      W jej metodzie pisania nie ma żadnego planu. To raczej żywioł i nieustanna walka z własnymi słabościami. Czas na napisanie książki rozkłada zawsze według tej samej zasady: dopiero nieuchronny deadline mobilizuje ją do pracy. Ale po wydaniu „Pogromcy lwów” (Lejontämjaren, 2014), ostatniej części cyklu, powiedziała wydawcy, że póki co nie umawia się na kolejną książkę. Wyraźnie chciała odpocząć od morderczego tempa, które zwolniła jednak tylko minimalnie. Najwyraźniej Läckberg nie potrafi siedzieć bezczynnie. Gdy jednak zabiera się za pisanie ma już wówczas książkę przemyślaną, wie o kim pisze, kto jest mordercą i jaki ma motyw. Długo jednak nosi w sobie najpierw historię, która przychodzi niespodziewanie, a to w postaci jakiegoś wspomnienia, obrazu, migawki z przeszłości. Pomysł rozpala się w niej i rośnie. Nabiera rozmachu, ale nie od razu. To trudny okres dojrzewania nieporadnej historii, która jeszcze na tym etapie krąży jej po wyobraźni, bez wyraźnego celu. Ale wrasta w nią coraz silniej, nie pozwalając o sobie zapomnieć. Wtedy właśnie Läckberg doprowadza historię do porządku, próbuje ujarzmić chaos. Dopisuje fragmenty, próbuje kolejnymi szczegółami nadać jej jakiś kierunek. Daje historii, którą w sobie nosi, przejść kolejną fazę. I gdy trop zostanie złapany idzie nim prosto do celu. Każdą swoją powieść tak zaczynała. I chociaż siadając do komputera wie dokładnie co chce napisać, to ta kreatywna faza zawsze musi poprzedzić moment pisania.

       

       

      Zapowiedź szwedzkiej premiery książki


      Ale nawet wówczas, gdy wie, co chce napisać, potrafi siedzieć godzinami, po których zostają zaledwie dwie strony tekstu. Jednak tylko na początku, bo po pokonaniu 50-80 stron książka dalej pisze się już właściwie sama. Pracując nad „Häxan”, zwłaszcza teraz po koniec zdarzyło jej się napisać 30 stron w ciągu dnia. Bo prawdą jest, że Läckberg jest najbardziej „efektywnym leniuchem”, jak o niej powiedział ostatnio Simon przy okazji promocji swojej książki, w której oczywiście wystąpiła Camilla. I naprawdę dopiero nieuchronnie zbliżający się termin oddania maszynopisu jest w stanie zmobilizować ją do pracy. Przyglądając się życiu Läckberg aż trudno uwierzyć, że w ogóle ma czas na pisanie. Czwórka dzieci, w tym maluszek, który przyszedł na świat pierwszego kwietnia. Bardzo otwarty dom na głowie i milion innych zobowiązań. Nie ma innej tak aktywnej zawodowo osoby publicznej i chyba w kalendarzu premiera Szwecji jest więcej przerw na wypoczynek niż u niej. Nie schodzi z „czerwonego dywanu”, udziela się charytatywnie, jest jedną z najczęściej zapraszanych gwiazd. A oprócz kryminałów pisze przecież również książki dla dzieci.


      Praca nad „Häxan” jest jednak trudniejsza od wcześniejszych części cyklu. Do tej pory Camilla najdalej w przeszłość przeniosła akcję do końca XIX wieku w „Latarniku” (Fyrvaktaren, 2009), a tym razem historia częściowo rozegra się aż w XVII wieku. I o ile na przykład w pracy nad „Niemieckim bękartem” (Tyskungen, 2007) cofając się do lat 40. ubiegłego wieku mogła korzystać po prostu z wiedzy, którą miała, tym razem zadanie się komplikuje. Läckberg sporo czyta na temat form rządów w siedemnastowiecznej Szwecji, o systemie sprawiedliwości, życiu, obyczajach. Wśród książek, którą naprawdę przestudiowała jest m.in. „Häxorna. De stora trolldomsprocesserna i Sverige 1668-1676” (Czarownice. Największe procesy o czary w Szwecji w latach 1668-1676) Alfa Åberga. Sprawdza, jak ludzie mieszkali w tamtych czasach, w co się ubierali. Dodatkowo, ponieważ pisze o Fjällbacke, bada też historię tych terenów, która była dość zawiła. Te ziemie przeszły w ręce szwedzkie dopiero w 1658, wcześniej znajdowały się pod panowaniem duńskim. Dodatkowo te rejony były pod silnym wpływem języka i zwyczajów norweskich. Camilla wyjaśnia też u siebie na blogu, że Bohuslän, prowincja, w której leżą powieściowe miejscowości przez spory okres przejściowy wciąż znajdował się pod jurysdykcją duńską, co komplikowało sytuację kobiet oskarżanych o czary, ponieważ Duńczycy traktowali je z dużo większą zaciekłością. Jak często w przypadku powieści z wątkami historycznymi, tak i tym razem Camilla Läckberg daje sobie prawo do mieszkania prawdy z fikcją. I zastanawia się na swoim koncie na Instagramie, czy powinna Elin Jonsdotter, bohaterkę „Häxan”, spalić żywą na stosie, czy zgodnie z prawdą historyczną, najpierw ściąć, a potem spalić. W Szwecji, jak pisze Läckberg w procesach o czary zginęło 300 osób i tylko jedna została spalona żywcem.


      Dzisiaj, na dwa miesiące przed szwedzką premierą „Häxan”, Camilla mówi o sobie „Crazy Person”. A świadomość konsekwencji, jakie oznaczałoby niedotrzymanie terminu paraliżuje pisarkę, która, jak pisze na swoim blogu, żyje w nieustannym stresie, poczuciu winy, gdy nie pisze kolejnej strony. Dodatkowo jest jak tykająca bomba, wokół której wszyscy drepczą na placach, bojąc się kolejnego wybuchu płaczu, bo Camilla zalewa się teraz łzami z byle powodu. Ma typowe dla siebie objawy stresu przedpremierowego. Może jednak liczyć na najbliższych, którzy okazują jej ogromną cierpliwość w czasie tych ostatnich tygodni przed wydaniem książki.

       

      Camilla_Lackberg_Wiedzma_praca_nad_ksiazka
      Zdjęcie. Prace nad „Häxan”. Autor: Camilla Läckberg, Instagram

       

      Maszynopis jest intensywnie przepracowywany w wydawnictwie i przechodzi redakcję, więc Camilla ma sporo dodatkowego czytania, bo niektóre sceny wymagały poprawek, postaci wyraźniejszego sznytu. Czasem coś trzeba było wyrzucić, a coś dodać. Dodatkowo 8 marca praca nad książką naprawdę musi się zakończyć, bo wówczas książka powinna pójść do druku. 


      PS Camilla Läckberg odwiedzi tegoroczne Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie, które w tym roku odbędą się 26-29 października.

      PS Premiera książki po polsku zapowiedziana jest na jesień. Można przypuszczać, że będzie gotowa na targi książki. 


      Źródła: Stjärnfamiljen - blog Camilli Läckberg i Simona Skölda, Fanpage Camilli Läckberg, Instagram Camilli Läckberg

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 lutego 2017 20:02
  • piątek, 03 lutego 2017
    • Kontakty Polski ze Szwecją są tak stare, jak dawne jest państwo polskie

      Kontakty Polski ze Szwecją są tak stare, jak dawne jest państwo polskie. Sięgając daleko w przeszłość, warto wspomnieć, że siostra Bolesława Chrobrego Świętosława-Sigrida ozdobiła swoje skronie koroną skandynawską. Także później w średniowieczu nie brak było okazji do zacieśniania związków Polski ze Skandynawią. Głównym pośrednikiem w stosunkach polsko-skandynawskich czy polsko-szwedzkich był Gdańsk i Pomorze Zachodnie, które także jako  osobne księstwo pozostawało ciągle w orbicie wpływów Polski, Rzeszy i krajów skandynawskich. O ściślejszych powiązaniach ze Skandynawią można mówić dopiero w XV wieku, kiedy jeden z książąt zachodniopomorskich został królem trzech koron skandynawskich jako Eryk I (Eryk XIII jako król szwedzki) i nadal utrzymywał bliskie związki ze swymi krewniakami ze Szczecina i Wołogoszczy.

           Dla Polaków jednak jako narodu Szwecja zaczyna być znana i godna zainteresowania dopiero w XVI stuleciu, zwłaszcza w jego drugiej połowie, gdy jeden z młodszych synów Gustawa I Wazy pojął za żonę siostrę ostatniego Jagiellona. Stosunki międzypaństwowe zostały wówczas wzmocnione poprzez związki rodzinne. Nic więc dziwnego, że z chwilą wymarcia dynastii jagiellońskiej szlachta upatrywała króla właśnie w Szwecji, by przez wybór Jagiellona po kądzieli móc zapewnić jej kontynuację.

       

      Gustaw_Eryksson_Waza_i_jego_zywot_tulaczy_Zygmunt_Boras

       

      Pierwsze zdanie / początek książki: Gustaw Eryksson Waza i jego żywot tułaczy, Zygmunt Boras, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Poznań 1985. Okładkę projektował: Piotr Sikorski. Redaktor: Maria Jankowska. Redaktor techniczny: Michał Łyssowski. PL ISSN 0554-8179. Stron 259. Książka zawiera ilustracje i streszczenie w języku angielskim.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      piątek, 03 lutego 2017 14:54
  • czwartek, 02 lutego 2017
    • Wisłocka, czyli jak to ze sztuką kochania było - Konrad Szołajski

      Jest 1998 rok. W Polsce Minister Edukacji Narodowej wydaje rozporządzenie, które wprowadza do szkół przedmiot „Wiedza o życiu seksualnym człowieka”. Konrad Szołajski nakręci wówczas dokument „Pani od seksu” o szkolnej pedagożce z Zawiercia, która postanawia uczyć tego przedmiotu. 13 lat później Szołajski towarzyszy z kamerą i dokumentuje życie trzech katolickich par, dla których przewodnikiem po życiu seksualnym jest pewien kapucyn, ojciec Ksawery Knotz, redaktor naczelny wortalu „Szansa Spotkania”, na którym doradza katolikom, jak godzić potrzeby seksualne z nauką Kościoła. Film zostaje nagrodzony w 2011 podczas łódzkiego Festiwalu Mediów „Człowiek w Zagrożeniu”. Szołajski zrobi też dokumenty o szkole uwodzenia dla mężczyzn pokazując jak można odnieść sukces w szybkim zdobywaniu partnerek i porażkę w budowaniu relacji. Można powiedzieć, że podobnie, że jak niegdyś Bronisław Malinowski badał życie seksualne dzikich, tak on dokumentuje życie seksualne Polaków.

       

      Wisłocka, czyli jak to ze sztuką kochania było Konrad Szołajski


      Film z 2001 o Michalinie WisłockiejSztuka kochania według Wisłockiej” bardzo wpisuje się w tę pracę dokumentalisty i dodatkowo to niemal obraz prywatny. Syn znanego lektora telewizyjnego Lucjana Szołajskiego i Wisłocka znają się prywatnie, a takie filmy zawsze opowiada się nieco innym językiem. Wystąpi tu wnuczka ginekolożki, która tuż przed ślubem prosi babcię o porady łóżkowe. Wisłocka opowiada skąd wziął się pomysł na najbardziej wyklętą i pożądaną książkę okresu PRL. Nie zabraknie głosu ilustratorki Bożeny Bratkowskiej, redaktorki książki Teresy Menciny, wykładowcy etyki seksualnej Władysława Skrzydlewskiego OP, dyrektora wydawnictwa „Iskry” dr Łukasza Szymańskiego.

       


      Dokument „Sztuka kochania według Wisłockiej”, Konrad Szołajski, 2001


      Słynna pani od seksu umiera w 2005. Kilka lat po jej śmierci córka Wisłockiej Krystyna Bielewicz przekazuje Szołajskiemu niepublikowane dotąd pamiętniki matki. Zewsząd pojawiają się zachęty, żeby te materiały wykorzystać w jakiś sposób – tak o początkach, najpierw pomysłu na film fabularny o Wisłockiej, opowiada sam Szołajski w posłowie powieści. Szukając języka narracji autor wymyśla fikcyjny wątek esbeka, który rozpracowuje Wisłocką, co ma wpłynąć pozytywnie na dramaturgię filmu i nadać mu odpowiednie tempo. Tymczasem nieukończonym scenariuszem interesuje się wydawca, który chętnie wyda go w formie książkowej. Konrad Szołajski był przygotowany do wydania książki, zrobił dogłębny research w archiwach IPN, czyta teksty Wisłockiej: „Sztukę kochania” (1978), „Malinka, Bratek i Jaś” (1998), „Miłość na całe życie: wspomnienia z czasów beztroski” (2002) i przygotowane do wydania, ale niepublikowane rzeczy. Czyta wywiady, spotyka się i rozmawia z ludźmi, którzy Wisłocką znali, pamiętali. Wśród nich oprócz córki Wisłockiej, znajdzie się m.in. Irena Zielińska, która wielokrotnie przepisywała „Sztukę kochania” na maszynie podczas bojów o wydanie poradnika, pielęgniarki, które pracowały z lekarką.


      Gotowy już tekst przechodzi przez gęste sito recenzentów, którzy wyłapują nieścisłości, szlifują język, sugerują zmiany. Wśród nich prof. Andrzej Jaczewski, z którym Wisłocka pracowała i się przyjaźniła, ale też wielu innych fachowców: prof. Zbigniew Izdebski, dr Andrzej Depko znany u nas chyba najbardziej ze słynnej audycji o seksie na TOK FM. I chociaż Konrad Szołajski zostawia sobie prawo do ostatecznej decyzji, książka ma trzymać się faktów. Jednocześnie jednak w powieściowej wersji nie rezygnuje z fikcyjnej postaci pracownika SB, chociaż chce, żeby była zbudowana w oparciu o jak najlepsze źródła i tu prosi o pomoc w odtworzenie realiów pracy służb specjalnych dawnego oficera SB płk. Wojciecha Garstka, byłego rzecznika prasowego gen. Czesława Kiszczaka. Czy wysiłek wpisany w przygotowanie książki przyniósł efekt?


      Wiadomo, że nic tak dobrze nie robi sprzedaży książek, jak hity filmowe. A premiera tej powieści idealnie zbiegła się z premierą filmu „Sztuka kochania. Historia o Michalinie Wisłockiej”, dodatkowo książka była promowana sloganem zachęcającym do przeczytania książki przed ukazaniem się filmu. Sam Konrad Szołajski tłumaczy się, że popełnił wcześniej dwie książki, ale w latach 90., więc dawno temu i czuje się, jakby debiutował na nowo. I trochę jego powieść przypomina książki debiutanckie. Pisanie biografii wymaga włączenia filtra, przez który przepuszczamy głównego bohatera. Trzeba mieć pomysł na całość i zastanowić się, które wątki z życia postaci zasługują na więcej uwagi, co można oddać w zarysie, innymi słowy, gdzie i jak rozłożyć najważniejsze akcenty. Postać fikcyjnego funkcjonariusza, którego wprowadza w swojej powieści Szołajski odgrywa tę samą rolę, co postaci ekspertów w kryminałach; i tu i tam służą do podawania partii informacji, kluczowych dla zrozumienia fabuły, których pisarz nie potrafi inaczej sprzedać czytelnikowi. Postać Rafała Dominiaka zawładnęła jednak powieścią, na czym traci wrażenie autentyczności całości. Tam, gdzie można by oddać głos realnym postaciom, czytamy długie ustępy streszczające daną sytuację.


      Język filmu potrzebuje innych środków wyrazu od języka powieści i chociaż zawsze powieściom, zwłaszcza popularnym, dobrze robi filmowe spojrzenie i opowiadanie obrazami, to tutaj jest tego za mało. Widać też, że ok. 100 pierwszych stron jest dużo lepiej przemyślanych niż cała reszta, która traci na impecie. Autor skupił się bardzo na oddaniu realiów politycznych, jego bohaterowie naprawdę rozmawiają językiem propagandy tamtych czasów. Z pewnością największą zaletą książki jest właśnie duch czasów, którego świetnie się tu czuje. Zwłaszcza atmosferę zaduchu obyczajowego. Największy nacisk został położony na oddanie historii wokół samej „Sztuki kochania”, walki o jej wydanie. Dowiadujemy się nieco o pochodzeniu Wisłockiej, niemieckich korzeniach Stacha. Autor nie pomija kwestii podpisania volkslisty. Wyjaśni sprawę „bliźniaków”, trójkąta, w jakim żyła Wisłocka. Pojawi się kwestia romansu z żonatym mężczyzną, jej działalność edukacyjna, zwłaszcza na prowincji. Powieść, która z założenia jest projektem czysto komercyjnym musi trzymać się reguł typowych dla takiego pisania. I niestety brakuje mi tu fabularnych twistów, podkręcenia narracji, nacisku na zaskoczenie. Brakuje mi też pomysłu na całą książkę, która nie uderza żadną puentą.


      Jestem i po filmie o Wisłockiej i po powieści Szołajskiego i muszę ze smutkiem podkreślić, że w obu tych przedsięwzięciach problemem jest sposób pokazania Wisłockiej. Scenarzysta „Sztuki kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” głównie skupia się na seksie w życiu bohaterki, Konrad Szołajski na fikcyjnej postaci esbeka, który rozpracowuje słynną ginekolożkę. Dużo do myślenia dają słowa samej Wisłockiej, w zamykającej dokument o niej „Sztuce kochania według Wisłockiej”, gdzie powie: „Starania moje o całość rodziny i szczęśliwe życie małżeństw polskich stanowiło treść całej mojej pracy lekarskiej”. Obu panom wymknął się sens życia słynnej lekarki i żaden z nich nie potrafił pokazać nam tej Wielkiej kobiety w sposób, na jaki zasługuje.

       

      Recenzja: Wisłocka, Konrad Szołajski, Świat Książki, Warszawa 2017. Wydawca: Joanna Laprus-Mikulska. Redaktor prowadzący: Beata Kołodziejska. Redakcja: Agnieszka Niegowska. Korekta: Jadwiga Piller, Ewa Grabowska. ISBN 978-83-8031-586-0. Stron: 320. Oprawa: broszura ze skrzydełkami. Cena: 32,90 zł. Premiera: 11.01.2017.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo Świat Książki

       

      Dla zainteresowanych osób mam egzemplarz książki "Wisłocka, czyli jak to ze sztuką kochania było" Konrada Szołajskiego. Wystarczy przesłać do mnie mail (adres znajdziecie w zakładce "kontakt") i podać rok publikacji pierwszego wydania "Sztuki kochania". Odpowiedź znajdziecie w powyższej recenzji. Książkę wygra pierwsza osoba, która prześle prawidłową odpowiedź i tylko z tą osobą skontaktuję się i poproszę o podanie adresu do wysyłki książki. Na odpowiedzi czekam do 3 lutego (piątek), do godz. 23:59.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 02 lutego 2017 20:46
  • wtorek, 31 stycznia 2017
    • Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej, czyli frekwencyjny hit o książce, w kraju, w którym mało kto czyta

      Kto by się spodziewał, że frekwencyjną petardą filmową roku okaże się film o książce? Zwłaszcza w kraju, w którym podobno dawno już zapomniano czym jest książka. Oto „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” przyciągnęła ponad ćwierć miliona widzów już po pierwszym weekendzie od premiery. Po liczbie osób w łódzkim kinie Charlie podejrzewam, że stawka zostanie podbita o drugie tyle po upływie tego tygodnia. A zatem wszystkim marudom twierdzącym, że nie da się zarobić na książce, niniejszym udowodniono, że da się.

       

      Sztuka_kochania_historia_Michaliny_Wislockiej_film
      Jeszcze o takim filmie nie pisałam. Można by powiedzieć, że „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” to najlepsza imaginacja na pożenienie literatury z kinem. Rzecz opowiada o walce o wydanie książki, inspiracją dla obrazu jest książka Violetty Ozminkowski „Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki”, a same książki co chwilę wyskakują z ekranu: są na półkach w tle, są czytane. W jednej ze scen, gdy Stach i Michalina siedzą w niemieckim instytucie produkującym szczepionki przeciw tyfusowi, Wisłocka czyta Lafcadio Hearna. A książka, o którą toczy się walka okazuje się najbardziej pożądanym dobrem w siermiężnej Polsce okresu PRL. W finale filmu, w scenie na bazarze Różyckiego, ludzie wychodzą z pirackimi kopiami „Sztuki kochania”. Rzecz rzadko spotykana w polskim współczesnym kinie. No bo kto widział ostatnio film, którego bohaterem totalnym była książka?

       

      SZTUKA KOCHANIA KSIĄŻEK


      Właściwie niniejszym mogłabym zakończyć pisanie i powiedzieć jedynie „Idźcie i się radujcie”. Bo nie dość, że film dobry, to jeszcze zabawny. W Łodzi, skąd pochodzi Wisłocka, mieliśmy dodatkowe powody do śmiechu, między innymi wówczas, gdy mały Krzyś bronił się przed wyjazdem z Warszawy. Kilka fraz przejdzie, jak nic do historii kina i niebawem będziemy do siebie mówić tekstami ze „Sztuki kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” („Serca mają wszyscy, a cipkę tylko połowa społeczeństwa”. „To jest Staszek, twarz mam wyżej”. „Myślisz, że życie z dwoma babami pod jednym dachem to jest kurwa jakiś raj?”, „- Wiesz skąd jesteś? -A co? Jestem z Warszawy. – Z waginy jesteś. I ciebie też w kapuście nie znaleźli”). Borys Szyc, jako szef wydawnictwa, zaliczył niniejszym swoją najlepszą rolę drugoplanową. Piotr Adamczewski wreszcie pokazał „Piotrusia” (ci co byli, wiedzą, co mam na myśli). Tomasz Kot potwierdził, że zagra wszystko, a Danuta Stenka, każdego.


      Wielkie brawa dla Jarosława Kamińskiego za perfekcyjny montaż. Już dawno nie oglądałam filmu, w którym nie zabrakło żadnej sceny, a książek w wielu z nich. Co więcej potraktowano masowego widza z szacunkiem dając mu taką liczbę zdjęć, żeby nadać narracji odpowiednie tempo. Ciut bym je podkręciła, ale jest to jedna z dwóch rzeczy, do których bym się odrobinę przyczepiła. Rzecz, której zazwyczaj brakuje nam w rodzimym kinie to metamorfozy, jakie naprawdę na poważnie pokazali z impetem „Bogowie”. Kino uwielbia aktorów, którzy potrafią dla roli poświęcić urodę, dają się postarzeć, oszpecić i sponiewierać na ekranie (patrz case Oscara dla Leonardo DiCaprio w „Zjawie”, dla Roberta De Niro we „Wściekłym byku”czy dla Meryl Streep w „Żelaznej Damie”). Domagam się, więc kolejnej nagrody za charakteryzacje, bo Magdalena Boczarska w roli Michaliny Wisłockiej naprawdę dojrzewa z młodziutkiej osiemnastolatki do pięćdziesięciopięcioletniej pani doktor. A do tego gra tak, że należy ogłosić, że oto mamy naszą polską Meryl Streep.


      Mamy też swojego człowieka, który pozwala grać i rozwijać się aktorsko kobietom. Zobaczcie, co z aktorkami na planie „Sztuki kochania. Historia Michaliny Wisłockiej” zrobiła Maria Sadowska (absolwentka łódzkiej szkoły filmowej). Ale w tym miejscu muszę się przyczepić po raz drugi. Zostawiam Was z taką oto refleksją: gdy robi się wielki film o znanym mężczyźnie, to urasta on na ekranie na Boga, jak grany przez Tomasza Kota Religa. Dla kobiet, które żyły w ich cieniu, nie ma praktycznie w ogóle miejsca na ekranie. Podobnie jak nie stawia się pytań o koszty decyzji tych przecież mężów, ojców, jakie ponosiły ich żony i dzieci. Kino zbyt często odcina się od takich refleksji. Gdy jednak przychodzi do portretowania wielkich kobiet, oglądamy ich kariery w cieniu ich osobistych porażek. Robienie filmu biograficznego o kobiecie, w którym tak bardzo grzebie się w życiu prywatnym jest jak nieustanne pytanie sławnych kobiet o to, jak godzą swoje kariery z życiem prywatnym. Paradoks filmu o Michalinie Wisłockiej polega na tym, że scenariusz do niego napisał mężczyzna, a przecież cała walka Wisłockiej o wydanie „Sztuki kochania” skupiała się na pokazaniu seksu z punktu widzenia kobiet, o zastąpieniu mężczyzn, którzy o seksie kobiet albo nie pisali, albo pisali ze swojej perspektywy, pomijając sprawy ważne dla kobiet, ignorując ich problemy, używając niewłaściwego języka. Całe życie Michalina Wisłocka spędziła m.in. walcząc o edukację seksualną, upowszechniając wiedzę o antykoncepcji, uświadamiając kobiety, prowadząc pionierskie badania nad kobiecą seksualnością, jeżdżąc po Polsce z odczytami i praktycznymi zajęciami i walcząc o wydanie książki, która miała pokazać, że w sztuce kochania są dwie strony i obie mają prawo do przyjemności. Po obejrzeniu filmu zapamiętamy głównie trójkąt miłosny w którym Wisłocka żyła, jej romans z żonatym mężczyzną, macierzyństwo, z którego słabo się wywiązywała i figle, jakim oddawała się na łonie natury. Zamiast Boga, dostaliśmy boginię seksu. Szkoda…

       

       

      PS "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej" gra łódzkie Kino Charlie, ul. Piotrkowska 203/205. Z „Migawką” - tamtejszym biletem miesięcznym, kupicie bilet w cenie biletu ulgowego, w najlepszej cenie w poniedziałek (12 zł).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 31 stycznia 2017 14:57
  • poniedziałek, 30 stycznia 2017
    • Książki o Holokauście, czyli historie ofiar i architektów niemieckiego ludobójstwa

      27 stycznia 1945 roku, 72 lata temu odbył się ostatni apel generalny 67 012 więźniarek i więźniów KL Auschwitz. Tuż po nim rozpoczęły się Marsze Śmierci do obozów w głąb Rzeszy. „Jesteśmy ostatnim pokoleniem, które ma szansę usłyszeć o Zagładzie od tych, którzy doświadczyli jej okrucieństwa na własnej skórze. Dlatego też musimy włożyć maksymalny wysiłek, żeby odnaleźć i zachować jak najwięcej indywidualnych historii świadczących o tamtych strasznych czasach" – powiedziała ambasador Izraela Anna Azari podczas tegorocznych uroczystości rocznicowych. Poniżej przedstawiam książki mówiące o osobistych historiach, o pojedynczych ludziach. Historie autentyczne i fikcyjne. Historie ofiar i architektów niemieckiego ludobójstwa.

      Auschwitz I entrance snow
      Zdjęcie: Brama wejściowa obozu koncentracyjnego Auschwitz I, 28 listopada 2007. Autor: Logaritmo (Praca własna) [Public domain], Wikimedia Commons

       

      W LESIE WIEDEŃSKIM WCIĄŻ SZUMIĄ DRZEWA – ELISABETH ÅSBRINK
      Nagrodzony najważniejszą szwedzką nagrodą literacką Augustpriset reportaż o żydowskim chłopcu, którego rodzice po pogromach nocy kryształowej w Wiedniu ratują wysyłając go do Szwecji. To książka, której Szwedzi woleliby nie przeczytać. Burzy mit dobroczynnego kraju na Północy, który tak naprawdę po anszlusie Austrii zamyka swoje granice przed uciekającymi Żydami. Trzynastoletni Otton prosto z wiedeńskich salonów trafia na smålendzką wieś, która dla niego była jak podróż w czasie o sto lat do tyłu: „Wychodek. Ani jednej biblioteki”. Dzięki językowi niemieckiemu trafi do gospodarstwa rodziny Kampradów. W tych dziwnych okolicznościach rodzi się przyjaźń pomiędzy żydowskim uciekinierem a Ingvarem, późniejszym założycielem IKEA, teraz szwedzkim nazistą, zafascynowanym wujkiem Hitlerem, zaczytującym się w piśmie Goebbelsa.

       

      KAT HITLERA. BIOGRAFIA REINHARDA HEYDRICHA – ROBERT GERWARTH
      Świetna faktograficznie, doskonale, z pasją napisana biografia szefa Gestapo, Kripo, przełożonego niesławnych szwadronów śmierci SS, architekta nazistowskiego planu ludobójstwa, jednego z największych oprawców XX wieku, którego w słynnym komentarzu w BBC Tomasz Mann określił Katem Hitlera. Jak doszło do tego, że Heydrich, który kpił z Hitlera nazywając go „czeskim kapralem”, wyśmiewający Goebbelsa, nazywając go „pokurczem” staje się trzonem elity nazistowskiej? Jak możliwe, że chłopak z wiedzą wyniesioną z książek szpiegowskich tworzy i rozwija organizację, odpowiednik brytyjskiego wywiadu? Jak dochodzi do tego, że wyrzucony z marynarki, bezrobotny, w samym środku Wielkiego Kryzysu dostaje nagle pracę w ruchu nazistowskim? „Blond bestia” jak mówią o nim hamburscy komuniści to bezkompromisowy, nastawiony na cel, ambitny młody chłopak.

       

      JA NIE JESTEM MIRIAM – MAJGULL AXELSSON
      Zaledwie 10 lat po nocy kryształowej, pierwszego lipca 1948 roku w Jönköping dochodzi do rozruchów wymierzonych w tattare, tak obelżywie nazywano w Szwecji Romów. W tym czasie w Szwecji panował całkowity zakaz imigracji Romów wprowadzony w 1916 i utrzymany aż do 1954. Powieść Majgull Axelsson o romskiej dziewczynce, która udaje Żydówkę, żeby przeżyć Zagładę okrzyknięto najbardziej poruszającą szwedzką książką. Powieść w duchu rozliczeniowej opowiada o tragedii Cyganów, ofiar niemieckiego ludobójstwa, o których świat rzadko pamięta. RFN dopiero w 1982 przyznało się do ludobójstwa na Romach, którzy w przeciwieństwie do innych ofiar nazistów nie otrzymali odszkodowań wojennych.


      KRÓTKI PRZYSTANEK W DRODZE Z AUSCHWITZ – GÖRAN ROSENBERG
      Göran Rosenberg odtwarza drogę swojego ojca, począwszy od łódzkiego getta, przez kolejne niemieckie obozy koncentracyjne, niemieckie obozy pracy przymusowej, aż do przyjazdu do Szwecji. Znalezienie się po doświadczeniach obozowych w Szwecji zmienia sytuację Rosenbergów, ale nie pozwala im wrócić do poprzedniego życia; skazuje ich na pewien rodzaj wegetacji, oznaczający wyłącznie poświęcenie się dla kolejnego pokolenia. Rodzice Görana Rosenberga zawsze będą mówić po szwedzku z polskim akcentem, zostaną pracownikami fizycznymi, co dla nich jest degradacją społeczną. Ratują się, ale po części wyłącznie pozornie. To niewygodna dla Szwedów książka ukazująca bezwzględne strony interesu ekonomicznego, którym kierowali się Szwedzi podczas wojny. Według niektórych historyków Szwecja dostarczając Niemcom rudę żelaza i łożyska kulkowe przyczyniała się do przedłużenia wojny i Holokaustu.

       

      WŁOSKIE SZPILKI – MAGDALENA TULLI
      Poruszający literacki dowód na to, że wojny wrastają w pokolenia, rujnują teraźniejszość i niszczą przyszłość. Odkrywanie obozowej traumy matki, odtwarzanie tożsamość na trupach przodków, boli. Do tego scenografia kraju po wojnie. I powracające koszmary obozowe, które atakują bezwzględnie wiele lat po wojnie. Czy z takiej historii da się zbudować coś nowego i normalnego? Odpowiedź jest przerażająca.

       

      SZUM – MAGDALENA TULLI
      O tym, że Holokaust nie kończy się wraz z wojną, że jest w nas przenoszony, niczym wirus, na kolejne pokolenia. Magdalena Tulli mierzy się z tragedią własnej matki, która po opuszczeniu Auschwitz przez całe życie w nim przebywa. Upiory przeszłości nie dają spokoju zamieniając życie małej dziewczynki w koszmar: zimny chów, oziębłość emocjonalna matki, poczucie osamotnienia. Wiele lat po wojnie pisarka mierzy się z traumatyczną stroną rodziny wyciągając kolejne emocjonalne trupy z szafy. Poruszający ciąg dalszy „Włoskich szpilek”.

       

      SKARB PANA ISAKOWITZA – DANNY WATTIN
      To przykład książki, jak nie pisać o Holokauście. Ciekawy pomysł opisania własnej rodziny, która odkrywa tajemnicę o skarbie rodzinnym, który przodkowie porzucają w ucieczce przed Zagładą naprawdę rzuca inne, niemal sensacyjne światło na opowiadanie o Holokauście. Włączenie poczucia humoru w narrację i pokazanie, że nawet w tak ponurej historii można znaleźć miejsce na znakomitą drwinę, to więcej niż coś nowego w literaturze. Zmarnowanie potencjału tak nakreślonej fabuły może się udać jedynie osobie, która jednak nie przepracowała traum z przeszłości. Znane wątki z historii Żydów połączone z osobistą tragedią rodzinną nabierają większej siły i wymowy. Poruszają. Mają tę głębię, której często brakuje suchym historycznym opisom. Po przeczytaniu tej książki jeszcze bardziej współczujemy Żydom i jeszcze mniej lubimy Polaków.

       

      Źródła: Wypowiedź Pani ambasador podaję za Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 stycznia 2017 14:46
  • środa, 25 stycznia 2017
    • Sposób córki Michaliny Wisłockiej na ekshibicjonistę - cytat

           Wychowawcza otwartość dawała czasem też dobre efekty i poniekąd uchroniła Krysię przed zboczeńcem; jakiś facet usiłował molestować ją w parku, przez który od pierwszej klasy, z wielkim tornistrem na plecach, codziennie sama dreptała do szkoły. Kiedy ekshibicjonista nagle wyskoczył zza krzaka, by zaprezentować dziewczynce swoje obnażone precjoza, i zapytał, jak jej się podobają, rezolutna odparła, że taki mały członek w stanie erekcji, w dodatku niepełnej, to nic nadzwyczajnego, a do tego jest bardzo krzywy i w ogóle nie widać za nim jąder. Czyżby pan był wykastrowany? A poza tym to facet nie powinien w zimie biegać bez majtek po parku, bo pęcherz sobie przeziębi. I jak ma takie problemy, to musi wybrać się po poradę do androloga, urologa... a może i psychiatry. Mężczyzna osłupiał, tak że Krysia, po wygłoszeniu swojej uczonej przemowy, mogła uciec bez żadnego uszczerbku. Jednak Michalina zmieniła jej szkołę, by więcej do takich przygód w parku nie dochodziło.

       

      Wisłocka Konrad Szołajski

       

      Cytat z: Wisłocka, Konrad Szołajski, Świat Książki, Warszawa 2017. Wydawca: Joanna Laprus-Mikulska. Redaktor prowadzący: Beata Kołodziejska. Redakcja: Agnieszka Niegowska. Korekta: Jadwiga Piller, Ewa Grabowska. ISBN 978-83-8031-586-0. Stron: 320. Oprawa: broszura ze skrzydełkami. Cena: 32,90 zł. Premiera: 11.01.2017.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo Świat Książki

       

      Niebawem ogłoszę na blogu konkurs, w którym do wygrania będzie egzemplarz tej książki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Sposób córki Michaliny Wisłockiej na ekshibicjonistę - cytat”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 25 stycznia 2017 21:14
  • wtorek, 24 stycznia 2017
    • La La Land, czyli świat bez książek

      La La Land” może być metaforą śmierci książek. Oto mamy świat, w którym książka jest jedynie częścią bałaganu, chaosu, w którym utknął Sebastian – muzyk jazzowy, idealista, który chce ratować jazz przed naturalną śmiercią, w tej roli Ryan Gosling, chyba obsadzony tutaj na fali popularności. Jedyna scena, w której udało mi się wytropić książki, to ta, gdy kamera najeżdża w jego mieszkaniu na pianino. Na półce obok walają się jakieś rupiecie, kilka z nich wygląda na książki. Nie znamy ich tytułów, są skąpym dodatkiem do wrażenia bezsensu, w jakim utknął mężczyzna. Można odnieść wrażenie, że jest tak samo nie na miejscu, jak tych kilka niechlujnie rzuconych tytułów.

       

      La_la_land

       

      I jak na świat bez książek przystało, najważniejszą stroną filmu jest obraz, tu wycyzelowany do maksimum. Wszystko notabene za sprawą operatora Szweda Linusa Sandgrena. Oto każde ujęcie ma swoje natężenie, barwę światła, fantastyczne światłocienie i grę kolorów. Jakby świat obudził się z palety kolorów, wyskoczył i wyczarował głębie, jaskrawości, przecięcia barw i kombinację światła, jakiego naprawdę nigdy nie zobaczyliście jeszcze w kinie. Problem w tym, że po kilku błyskotliwych ujęciach przychodzi wrażenie przesytu. Każde kolejne jest identycznie doskonałe. Tam, gdzie trzeba lśni. Tam, gdzie to niezbędne rozpływa się w poruszającym kontraście. Patrzymy, chłoniemy kolejne zdjęcia i czekamy aż z tych obrazów wyłoni się jakaś głębia. Której dotkliwie brak.


      Lubię musicale, zwłaszcza klasyki z Fredem Astaire’m i Ginger Rogers. Świetne były filmy z Judy Garland czy z Gene’em Kellym. Nie pamiętam nawet, ile razy obejrzałam „Deszczową piosenkę”. Z nowszych produkcji uwielbiam „Wszyscy mówią: kocham cię” Woody Allena i „Mamma Mia!” z fantastyczną jak zawsze Meryl Streep w głównej roli. Ważne dla mnie było „Metro” Janusza Józefowicza. Muzyką z tego spektaklu po prostu się żyło. Na adaptację „Grease” w reżyserii Torbjörna Svahna pojechałam specjalnie jesienią 2000 do Globen w Sztokholmie. I chociaż to nie jest mój ulubiony gatunek, to naprawdę potrafię docenić dobre musicalowe produkcje. Ale w „La La Land” mam jedynie świetną stronę wizualną. Moim zdaniem nie zadbano tutaj o resztę.


      Chociaż udana jest piosenka z otwierającej film sceny, „Another Day of Sun” (YouTube) skomponowana przez Justina Hurwitza i napisana przez duet: Benj Pasek i Justin Paul. Ale nie ma siły kultowego tekstu, którym rozmawia się ze sobą. To, co do tej pory odbierałam za siłę gatunku, czyli lekkość, z jaką przedstawia coś ważnego, tutaj jednak wypaczono. Jest jedynie ładnie. Tak bardzo Damien Chazelle skupił się na stronie wizualnej, że zapomniał, że w musicalu ważna jest historia opowiedziana dobrze przygotowaną choreografią z niosącymi ją tekstami piosenek. Tutaj choreografie są ubogie. W scenach z Ryanem Goslingiem i Emmą Stone pod tym względem niewiele się dzieje. Jakby uznano, że sama obecność gwiazd zrekompensuje brak pięknych partii tanecznych. I z tego samego powodu nie sądzę, żeby film uratowały piosenki śpiewane przez ten duet, nawet „City of Stars” (YouTube) brakuje siły, którą znamy z klasyków. A może nikt już nie potrafi wyczarować takiej tajemnicy jak Gene Kelly w „Deszczowej piosence”?


      Siłą wszystkich wymienionych przeze mnie musicali była też story. I niech mi ktoś powie, że ta w „La La Land” jest ciekawa? W skrócie mamy parę. On – niezrealizowany muzy jazzowy, traci pracę, za pracą i nigdzie nie może zagrzać miejsca. Ciągnie go w stronę free jazzu, a to nie czasy na takie eksperymenty. Tłuczenie kolęd do kotleta to uwłaczające, ale na ten moment jedyne jego zajęcie. Mia, w tej roli Emma Stone, też szuka szczęścia w życiu i powiela standard kelnerki, która biegając od castingu do castingu, czeka na wymarzoną rolę. Ich drogi się przecinają, jak w klasycznej komedii romantycznej. Czy się spotkają? Czy przypadną sobie do gustu? Czy zrealizują marzenia? A może ulegną pokusie i pójdą za dużymi pieniędzmi zapominając o sobie i wartościach, które wyznają? Streszczenie tego filmu i trailer obiecują więcej niż rzeczywistość, z którą trzeba się zmierzyć podczas 126 minut seansu kinowego.

       


      W filmie w dwóch scenach pojawi się biblioteka. Raz, gdy Mia opowiada o swoim dzieciństwie i bibliotece, która znajdowała się naprzeciwko jej rodzinnego domu, gdzie chodziła … oglądać klasykę kina. Ta sama biblioteka odegra jeszcze bardzo ważną rolę w życiu obojga. Jaką? – nie zdradzę. Ale wygląda na to, że i świat i film bez książek jest tak samo pusty.


      PS 1 "La La Land" spotkał się z ogromnym uznaniem krytyki; otrzymał 14 nominacji do Oscara, zdobył 7 Złotych Globów, a wymienienie wszystkich pozostałych wyróżnień zajęłoby drugie tyle tekstu.


      PS 2 "La La Land" gra łódzkie Kino Charlie, ul. Piotrkowska 203/205. Z „Migawką” - tamtejszym biletem miesięcznym, kupicie bilet w cenie biletu ulgowego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „La La Land, czyli świat bez książek”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 stycznia 2017 20:39
  • niedziela, 22 stycznia 2017
    • Co daje kobiecie porządny orgazm ? - cytat

      - Ja już na żonę się nie nadaję, raczej na koleżankę na mały spacer i skok w bok - twierdziła z przekonaniem. - Prać, prasować i gotować nie umiem i nie lubię, potrzebuję tylko czasem z kimś wyjść do kina czy teatru, no i trochę fajnego, niezobowiązującego seksu. Drugiej wielkiej miłości, po Stasiu, już nie spotkam, więc trzeba korzystać z tego, co dostępne. Porządny orgazm pomaga kobiecie utrzymać równowagę fizyczną i psychiczną. Warto o do dbać. Ale znowu nie za cenę stania przy garach... To już lepiej poradzić sobie samej, niż obsługiwać jakiegoś głupiego, leniwego samca (...).

       

      Wislocka_Konrad_Szolajski1

       

      Cytat z: Wisłocka, Konrad Szołajski, Świat Książki, Warszawa 2017. Wydawca: Joanna Laprus-Mikulska. Redaktor prowadzący: Beata Kołodziejska. Redakcja: Agnieszka Niegowska. Korekta: Jadwiga Piller, Ewa Grabowska. ISBN 978-83-8031-586-0. Stron: 320. Oprawa: broszura ze skrzydełkami. Cena: 32,90 zł. Premiera: 11.01.2017.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Świat Książki logo

       

       

      Bądźcie czujni, bo niebawem ogłoszę na blogu konkurs, w którym do wygrania będzie egzemplarz tej książki.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 22 stycznia 2017 17:52

Kalendarz

Luty 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28          

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014