Recenzentka

Wpisy

  • czwartek, 21 lipca 2016
    • Książki, dzięki którym zrozumiesz i pokochasz Norwegię

      Oto książki, dzięki którym zrozumiesz i pokochasz Norwegię. 11 literackich odsłon przybliżających zwłaszcza współczesną Norwegię. Literatura faktu, popularnonaukowa i najlepsze wybrane powieści, które pozwalają zaglądnąć w duszę Norwegom

       

      CargoNet Di 12 Euro 4000 Lønsdal - Bolna

       

      Autor: Kabelleger / David Gubler (http://www.bahnbilder.ch). (Praca własna: http://bahnbilder.ch/picture/7697.) [GFDL (http://www.gnu.org/copyleft/fdl.html) lub CC BY-SA 3.0 (http://creativecommons.org/licenses/by-sa/3.0)], Wikimedia Commons. Pociąg CargoNet Di 12 "Euro 4000" w drodze z Bodø do Trondheim. Zdjęcie zostało zrobione w Saltfjellet między Lønsdal a Bolna, Norwegia, 2011.

       

      ELLING MAMUSIN SYNEK – INGVAR AMBJØRNSEN
      Oto norweskie państwo opiekuńcze w genialnej komedii, która stała się najlepszą literacką lekcją normalności udzieloną przez dwóch wariatów. Kjell Bjarne i Elling mają po trzydzieści parę lat, spotkają się w zakładzie psychiatrycznym, gdzie trafi Elling po załamaniu nerwowym tuż po tym, jak jego matka umiera. Na kontraście, tych do siebie z pozoru kompletnie niepasujących mężczyzn, zbudował Ambjørnsen iskrzącą poczuciem humoru historię. A jej znaczący akcent kładzie na dowcipnej krytyce współczesnej Norwegii, w której ideał poprawności stosunków międzyludzkich dochodzi czasem do granic absurdu. Świetnie wyostrzył też skandynawskie antagonizmy, nie szczędząc komentarzy pod adresem sąsiadów Norwegii. To pierwsza część cyklu, który doczekał się wyjątkowo dobrej adaptacji filmowej w reżyserii Pettera Næssa. Koniecznie zacznijcie poznawanie Norwegii od tej powieści!

       

      BIAŁE. ZIMNA WYSPA SPITSBERGEN – ILONA WIŚNIEWSKA
      Na Spitsbergenie mówi się po norwesku; w każdym razie jest to język urzędowy, a 44 narodowości, które tu ściągnęły nadają jednemu z najzimniejszych miejsc na świecie specyficzny klimat. I kto by pomyślał, że toczy się tu normalne życie z pizzerią, barem sushi, festiwalem bluesa, basenem, siłownią i lotniskiem. Miejsce, w którym albo sobie poradzisz, albo zginiesz: zamarzając na śmierć, padając łupem niedźwiedzi polarnych, dając się pogruchotać napierającym blokom lodowców. Świat, którym rządzi przyroda, wyznaczając upiorne granice ludzkiej wytrzymałości, szczególnie podczas nocy polarnych wysysających z wszystkiego energię. Ale to też miejsce, gdzie każdy może być każdym, gdzie przybywają ludzie odrzucający stanowiska, prestiż i luksusowe życie, żeby spełnić swoje marzenie o prostym, nieskomplikowanym, chociaż jak się okazuje trudnym życiu. Poznajcie najdalej na północ położoną wyspiarską część Norwegii.

       

      HEN. NA PÓŁNOCY NORWEGII – ILONA WIŚNIEWSKA
      Teraz pora na najdalej na północ położoną kontynentalną część Norwegii. To literacko finezyjne cacuszko. Gawęda o Północy, gdzie dobrze jest się zestarzeć. Aura typowa dla kultowego „Przystanku Alaska”, gdzie dominują miejsca przyciągające oryginałów. Nastrój wyłaniającej się zza akapitów melancholii i tęsknoty za miejscem idealnym, gdzie panują proste zasady, gdzie można liczyć na ludzi, gdzie można być sobą. Ale to też temat trudnego dla Norwegów rasizmu i prześladowań Saamów. I wreszcie odzyskanie pamięci i szacunku dla Finnmarku, tej części kraju, która hartuje najmocniej. Na zaproszenie do arktycznego Bullerbyn, z podgrzewanymi zimą chodnikami, w rytm fińskiej wersji ABBY odpowie pewnie wielu Polaków zwabionych tą północną obietnicą lepszego świata. Nie każdy jednak poradzi sobie z oszałamiającą pustką Finnmarku i siłą tamtejszej przyrody.


      CZARNY WIKING. FASCYNUJĄCY PORTRET GEIRMUNDA HELJARSKINNA I EPOKI, W KTÓREJ ŻYŁ – BERGSVEINN BIRGISSON

      Geirmund Heljarskinn to wiking, który pochodził z prawdopodobnie jedynego, autentycznego norweskiego rodu królewskiego południowej Norwegii. Harald Pięknowłosy nie mógł powołać się na tak szlachetne korzenie. I to właśnie Czarny wiking miał zadatki na zjednoczenie Norwegii pod swoim berłem. Coś jednak stanęło mu na drodze. Dlaczego tak zacnej osobie w świecie wikingów nie poświęcono osobnej sagi? Jakie zabiegi, interesy i powody stanęły za tym, żeby utrzymać pamięć o nim w cieniu historii? Islandzki filolog Bergsveinn Birgisson odkrywa, że jest potomkiem wielkiego wikinga, co nadaje jego książce dodatkowego napięcia. Genialnie opracowana literatura popularnonaukowa, przednie połączenie północnego poczucia humoru, przystępnie serwowanej wiedzy i wyczucia pomiędzy nauką i popkulturą, które tutaj wychodzą sobie naprzeciw. I przypomnienie, że historia Islandii zaczęła się w Norwegii.

       

      DROGA NA PÓŁNOC. ANTOLOGIA NORWESKIEJ LITERATURY FAKTU
      Jeśli chcemy poznać historię Norwegii w XX w., to żadna książka lepiej jej nie przybliża. Wyśmienity wybór literatury faktu: fragmenty dzienników, listów, wspomnień, ale też artykuły prasowe, reportaże. A wszystko składa się na spójny obraz „kraiku” na Północy, dla niektórych zaledwie dzielnicy Sztokholmu. Głos oddano znanym i nieznanym, wśród nich była premier Gro Harlem Brundtland, norweski szpieg Arne Treholt, syn polarnika Fridtjofa Nansena, uważający się za przyjaciela hitlerowskich Niemiec noblista Knut Hamsun, największy norweski kolaborant Vidkun Quisling, Moritz Nachtstern, fałszerz pieniędzy z Sachsenhausen. I opowieść o tym, jak kraj dręczony biedą i głodem, pod niechcianymi zwierzchnictwami, odzyskuje w końcu niepodległość, żeby z państwa ubóstwa stać się jednym z najbogatszych i najlepszych miejsc do życia na świecie.

       

      JEDEN Z NAS. OPOWIEŚĆ O NORWEGII – ÅSNE SEIERSTAD
      Reportaż, który przejdzie do historii jako bestseller o masakrze na wyspie Utøya. Reportażystka precyzyjnie odtwarza życiorys Breivika, jego przygotowania do ataków, które w sumie pochłonęły 77 ofiary, raniąc wiele setek osób, które nie uszły przed chłodnym wyrachowaniem, z jakim morduje metodyczny w swoim działaniu Norweg. Kim był i dlaczego stał się pierwszym rasistą Norwegii? Scenariusz tego reportażu zbudowany jest też wokół wybranych osób, które zginęły podczas strzelaniny na Utøyi. W efekcie mamy książkę, która odtwarza tło społeczno-obyczajowe współczesnej Breivikowi Norwegii. Składa się na nie próba odtworzenia źródeł niepokojącego zjawiska, które tak tragicznie eskalowało 22 lipca 2011, zmieniając na zawsze oblicze Norwegii. Od dzisiaj najbardziej demokratycznego kraju świata, w którym urodził się bezwzględny rasista i morderca. Jak to możliwe? – będziemy się zastanawiać od pierwszego do ostatniego zdania tej poruszającej książki.

       

      PŁYŃ Z TONĄCYMI - LARS MYTTING

      Elektryzująca narracja, która trzyma w szponach napięcia do zaskakującego końca. 23 – letni Edvard wyrusza skąpymi śladami w poszukiwaniu prawdy o swojej rodzinie. Tajemnica skrzętnie ukrywana otwiera przed chłopakiem dużo więcej niż misternie kamuflowane kłamstwa. Jest w nich też zaszyta informacja o wielkiej miłości, poświęceniu i potrzebie chronienia najbliższych. Ale to też fascynująca historia wchodzenia w pierwszy, poważny związek i rozterki, z którymi trzeba się zmierzyć szukając kompromisu pomiędzy sobą, a oczekiwaniami ukochanej osoby. A na deser piękne połączenie żywiołu natury, która wchłania człowieka, ucząc go respektu i współgrania na warunkach jedynie pozornie ujarzmionej przyrody. Na wskroś norweska powieść, według mnie niemająca sobie równiej, jak dotąd, w tym stuleciu. Autor bestsellerowego „Porąb i spal. Wszystko, co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie” wie dodatkowo wszystko o sztuce pisania powieści.


      DAGNY PRZYBYSZEWSKA. ZBŁĄKANA GWIAZDA – EWA K. KOSSAK
      Biografia najsłynniejszej Norweżki, która na przełomie XIX i XX wieku zawładnęła umysłami męskiej części Europy. Dała kosza Augustowi Strindbergowi, pozowała do najlepszych obrazów Edvarda Muncha, rzeźbił ją Vigeland, ożenił się z nią Stanisław Przybyszewski. Nie wyobrażam sobie, że można znać Norwegię bez znajomości Dagny Przybyszewskiej. Charyzmatycznej kobiety, pod której urokiem pozostawał każdy, kto stanął jej na drodze.


      PÓŁBRAT – LARS SAABYE CHRISTENSEN
      Background Christensena trochę oddaje skandynawski kocioł. To pół-Duńczyk, pół-Norweg, z duńskim obywatelstwem, urodzony i wychowany w Norwegii, uznawany za jednego z najwybitniejszych norweskich pisarzy. W „Półbracie” powróci do momentu zakończenia drugiej wojny światowej, co w historii Norwegii oznaczało niespotykany w pronazistowskich krajach bezwzględny okres rozliczeń z hitlerowskimi kolaborantami. Echa tego wybrzmią w powieści, gdy w domu Barnuma, głównego bohatera płoną dzieła noblisty z 1920 Knuta Hamsuna. Pojawią się też mniej znane epizody, które tym większą mają wartość, jak w jednej ze scen, która rozgrywa się podczas berlińskiego festiwalu filmowego, gdzie ma miejsce projekcja filmu z 1908, który zapisał się w historii norweskiej kinematografii jako „kamień węgielny norweskiej melancholii”. Ważne daty z życia postaci powieści przeplatają się z istotnymi datami z życia postaci historycznych. Nie zabraknie też aluzji do najważniejszych artystów norweskich, dowiadujemy się, że Vigeland wyrzeźbił 121 fiutków, a Barnum z Pederem wypożyczają z biblioteki książkę Ingvara Ambjørnsena. Świetnie wybrzmi tu też różnica pomiędzy wielkomiejskim Oslo a jedną z rybackich wysp na Lofotach. Wreszcie nie zabraknie w powieści komentarzy pod adresem norweskiej mentalności.

       

      IM SZYBCIEJ IDĘ, TYM JESTEM MNIEJSZA – KJERSTI ANNESDATTER SKOMSVOLD

      Chcecie zobaczyć, jak wygląda życie seniorów w Norwegii? Proszę bardzo, oto historia Mathei, staruszki, której osobność, wewnętrzny świat i zaduma nad życiem zachwyciła Norwegów. Autorka tej bardzo ciepło przyjętej książki opowiedziała nie tylko o (nie)wesołym życiu staruszków w Norwegii; dotknęła problemu samotności, o którą jednak wciąż bardzo łatwo, mimo genialnie funkcjonującej infrastruktury czasu wolnego dla seniorów, która jak widać nie zrekompensuje prawdziwej bliskości.


      MOJA WALKA – KARL OVE KNAUSGÅRD
      „Moja walka” podniosła ciśnienie niejednemu Norwegowi. Bezwzględna szczerość, z jaką Karl Ove Knausgård opisuje bliskich była zaskoczeniem na nieobliczalną skalę. Spokojnym zazwyczaj Norwegom puszczały nerwy, wielu domagało się wstrzymania kontrowersyjnej publikacji. Ja należę do osób, które chłodno przyjęły pierwszą część cyklu. Zabrakło mi w powieści Norwegii, która skuliła się tu do mikroskopijnej postaci w cieniu wielkiego ego Norwega, który opowiada o sobie, płacze, sprząta i użala się nad sobą. Myślę, że ta książka prędzej czy później stanie się niewygodnym gratem na bibliotecznych półkach, zalegając kurzem i doprowadzając do szału bibliotekarzy. Rzecz zaledwie mieszcząca się w kategorii literatury środka niesłusznie okrzyknięta arcydziełem. Ale wypada ją przeczytać, dla wiwisekcji na sobie, którą z precyzją do bólu prowadzi jeden z najsłynniejszych współcześnie Norwegów.

       

      Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu?  Dołącz do 1517 osób i zamów bezpłatny newsletter lub polub fanpage Recenzentka.blox.pl. Post wydał Ci się wartościowy? Podziel się nim i go udostępnij! Masz własne zdanie? Wyraź je w komentarzu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Książki, dzięki którym zrozumiesz i pokochasz Norwegię”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 lipca 2016 20:53
  • wtorek, 12 lipca 2016
    • Upalny początek książki

      Mój ojciec zmarł na końskim grzbiecie. Miał brudne buty, a na dłoniach białe rękawiczki.

           Dzień, w którym to się wydarzyło, był szczególny. Nieustający deszcz padał tygodniami wzdłuż zachodniego wybrzeża, a zrezygnowani mieszkańcy pogodzili się z faktem, że przyjdzie im spędzić wakacje w czterech ścianach. Wtedy nagle pewnego ranka obudziliśmy się z wrażeniem, że coś się stało. Mieliśmy rację - to słońce zaświeciło z bezchmurnego nieba.

           Wkrótce potem na sznurkach łopotało pranie, a słodkie bułeczki wyprzedano w piekarni jeszcze przed południem. Ze schowków wyciągano poduszki, a wzdłuż płotów słychać było buczenie kosiarek. Robiono zakupy, aby przygotować obiady na świeżym powietrzu. Ludzie z uśmiechem mówili do siebie "nareszcie"; kobiety zakładały cienkie spódnice, a mężczyźni po raz pierwszy w tym roku koszule z krótkimi rękawami. Upał był całkiem znośny, bo wyczekiwany z utęsknieniem. Łódki wypływały z portu, kierując się ku wyspom, a młodzież przechadzała się po skałkach, dotykając swoich bladych jeszcze ciał.

           Atmosfera w domu była inna niż zwykle. Tata próbował czarować przy śniadaniu, ale był bardzo rozkojarzony i nie udało mu się oszukać ani mnie, ani moich sióstr. Jego twarz była biała niczym maska, a zdenerwowany głos zdawał się wypełniać wszystkie pokoje jednocześnie. Wydarzenia ostatniej nocy nadal wisiały w powietrzu, a gdy z zabawkami pod pachą wybierałyśmy się nad morze, mama starała się uśmiechać. Jej twarz wyrażała jednak nieszczęście.

       

      Crki_marionetek_Maria_Ernestam

       

      Pierwsze zdanie: Córki marionetek, Maria Ernestam, Czwarta Strona, Poznań 2015. Przekład: Magdalena Anna Kostrzewska. Tytuł oryginału: Marionetternas döttrar (2012). Redakcja: Natalia Pecyna, Magdalena Mwaba. Korekta: Malwina Błażejczak. Projekt okładki: Mariusz Banachowicz. Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka. ISBN 978-83-7976-215-6. Stron: 432.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo_Czwarta_Strona1

       

      Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu?  Dołącz do 1509 osób i zamów bezpłatny newsletter lub polub fanpage Recenzentka.blox.pl. Post wydał Ci się wartościowy? Podziel się nim i go udostępnij! Masz własne zdanie? Wyraź je w komentarzu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 12 lipca 2016 09:35
  • poniedziałek, 11 lipca 2016
    • Płyń z tonącymi – Lars Mytting, czyli najlepsza współczesna powieść norweska z Szetlandami w tle

      Jest dwóch żyjących, współczesnych pisarzy, którym można powierzyć napisanie instrukcji obsługi odkurzacza, z absolutnym prawdopodobieństwem, że to będzie światowy bestseller. Jeden z nich to Zygmunt Miłoszewski (o jego „Gniewie” piszę tutaj), drugi to Norweg Lars Mytting znany z hitu „Porąb i spal. Wszystko, co mężczyzna powinien wiedzieć o drewnie”. I w przeciwieństwie do, potężnie lansowanego Knausgårda, Mytting naprawdę ma talent. Na przykładzie Płyń z tonącymi można doświadczyć kompulsywnego ataku czytania. I wiele składa się na to, że powieść o rodzinnej tajemnicy, z Norwegią i Szetlandami w tle, jest tak uzależniająca.

       

      Py_z_toncymi_Lars_Mytting2

       

      Ale zacznijmy od tego, co się tutaj w skrócie dzieje. Lars Mytting z głównej postaci Edvarda Hirifjella robi swojego równolatka. Obaj urodzili się w 1968, ale Edvarda poznajemy, gdy ma 23 lata. Jest 1991 rok, a my przenosimy się ok. 170 km na północ od Oslo, na wysokość Lillehammer, na tyły Saksum do niewielkiej norweskiej wioski, od której nigdy nie odklei się określenie: zwyczajna. „Znaleźć tu można to wszystko, co w każdej wsi. Spółdzielnię rolniczą, krawcową, pocztę i sklep. Lokalną drogę, na której zimą karetki pogotowia zakopują się w śniegu. Odrapane domy zamieszkane przez ludzi, którym nie chce się nawet wypełniać deklaracji podatkowych”. Chłopak mieszka ze swoim dziadkiem Sverre, wspólnie uprawiają ziemniaki, które z powodzeniem sprzedają dalej i hodują owce. Rodzinny interes i pola malowniczo położone 540 metrów nad poziomem morza, to kwintesencja ich małego życia. Ale od zawsze działo się coś, co zakłócało idyllę. Spojrzenia, zaczepki. Komentarze niedające spokoju. Przeszłość dziadka budziła w mieszkańcach coś nieprzyjemnego, co wprawdzie nie wymknęło się nigdy poza pewne granice, ale wypełniło mężczyzn substancją, która starszego pana trzymała z dala od sąsiadów, a w Edvardzie wywoływała odruch obrony. Dowiadujemy się, że chłopak został osierocony. W nie do końca wyjaśnionych okolicznościach w 1971 giną jego rodzice na wycieczce we Francji, gdy ma zaledwie trzy lata. On sam przez kilka dni jest zaginiony w miejscu wypadku, po czym zostaje podrzucony do lokalnej przychodni. To właśnie dziadek i jego zmarła później żona Alma zajmie się wychowywaniem chłopaka, i jak okazuje się, całe życie próbował przekazać wnukowi pewną informację, trzymając go jednocześnie z dala od jej najważniejszej części. Jego śmierć otwiera drzwi do kilku odpowiedzi, które komplikuje fakt, że na starszego pana czeka od 1979 gotowa, piękna trumna z brzozy płomienistej, zrobiona i przysłana dla niego z Szetlandów przez jego brata Einara, co jest o tyle niemożliwe, że brat zginął na wojnie.

       

      Na chwilę przerwijmy ten opis, bo żeby lepiej zrozumieć, to, co dzieje się w powieści trzeba na moment pochylić się nad kilkoma źródłami. Polecam w tym miejscu „Drogę na Północ. Antologię norweskiej literatury faktu” i jej najbardziej wstrząsający czwarty rozdział „Rozliczenia 1945 – 1959” (piszę o nim więcej tutaj). Dopiero teraz lepiej odczujemy presję i ciężar życia dziadka naznaczonego stygmatem zdrajcy i kolaboranta i chłopaka, stającego w jego obronie. Kolejną literacką wycieczkę musimy zrobić do dwóch reportaży Ilony Wiśniewskiej Białe. Zimna wyspa Spitsbergen i "Hen. Na północy Norwegii" (piszę o niej w trzech odsłonach: tutaj, tutaj i tutaj), to z kolei, żeby jeszcze głębiej zajrzeć w duszę Norwegów. Ale też, żeby zrozumieć, dlaczego Edvard broni się przed związkiem z Hanne. Dlaczego trzyma się gospodarstwa dziadka i prostego życia. Dlaczego nigdy nie wyjeżdża dalej, a jego świat kończy się na ulicy Søre Ål w Lillehammer.

       

      Dziwna sytuacja z trumną prezentem od nieżyjącego brata dziadka i rozmowa z pastorem Thallaug sprawiają, że Edvard uświadamia sobie, że ma do czynienia z rodzinną tajemnicą, skrzętnie ukrywaną przed nim przez dziadka. Sprawę komplikuje informacja o rzekomym majątku, który należy do rodziny. Czy Edvard odkryje prawdę i co ona będzie dla niego oznaczać? Znamienne są słowa pastora „Niektórzy żyją najlepiej, zbijając prawdę jak z desek. Nawet jeśli wyjdzie trochę krzywa i dziurawa, to może wytrzyma. I dla wielu trzyma całe życie”. Ale chłopaka nie zaspakaja połowa prawdy. Rusza w drogę szlakiem skąpych znaków, szczątkowych informacji. Układa z nich mapę, która prowadzi go do kolejnych miejsc i ludzi. Co tam znajduje? Czy pogodzi się z prawdą? I jak go odmieni to poszukiwanie?

       

      Powieść Larsa Myttinga to piękna, wieloznaczna historia o odkrywaniu siebie. Siebie jako człowieka. Siebie jako mężczyzny. Ale też własnego pochodzenia i tego, co ono oznacza dla człowieka. Ale Płyń z tonącymi to też powieść o Norwegach i ich duszy, w której to co dawne, zakorzenione w świecie wikingów, wciąż ożywa w pamięci zbiorowej. O ich poczuciu wspólnoty i dbaniu, żeby trwała godnie. O ich związkach z naturą, rozpoznawaniu jej skomplikowanej gry i dostrajaniu się do jej rytmów. To piękna historia o pięknym kraju, któremu udało się zachować charakter narodowy, ale też zawalczyć o dobre życie. I o tym, że o życie w zgodzie ze sobą, własną przeszłością trzeba nieustannie zabiegać. Ale to też powieść o pasji i poświęceniu. O wyborach, które zawsze odbywają się czyimś kosztem. O chciwości dziedziczonej z pokolenia na pokolenie, która zamienia ludzi w polującą i bezwzględną zwierzynę. O pozorach szczęścia, którymi są status, majątek i prestiż. Wreszcie o wielkiej miłości, która wiąże się z jeszcze większym poświęceniem. I w końcu o tym, ile kosztuje chronienie najbliższych przed prawdą, która mogłaby ich zabić.

       

      Sukces tej powieści zasadza się na zetknięciu dojrzewającego, młodziutkiego chłopaka z przeszłością, którą nosi w sobie jego dziadek. Elektryzujące napięcie budowane przez lata, gdy starszy pan z taką konsekwencją broni wnuka przed nieoczekiwaną dla niego prawdą, mówi nam więcej o miłości, oddaniu i przywiązaniu, niż jakakolwiek deklaracja. Edvard jest dwudziestotrzyletnim chłopakiem. Do tej pory świat docierał do niego za pośrednictwem dziadka. A dziadek, to to, co piękne, trwałe i niezmienne. Czy jednak zawsze? Przy kojących dźwiękach kantat Bacha, symfonii Beethovena i Mahlera dyrygowanych przez Furtwänglera albo Klemerera słuchanych przez starszego pana, przy „szeleście dochodzącym z zagajnika, gdzie rosły brzozy płomieniste” dorastał chłopak zżywający się z naturą, której oswajanie oznaczało pokonywanie strachu przed jej siłą, rozumienie potrzeb ziemi, dostrajanie się do zmieniającej się pogody i coraz lepsze rozpoznawanie znaków przyrody. Dziadek będzie drogowskazem, swojego rodzaju wskazówką w kompasie życia, według której Edvard porusza się po świecie. Chłopak jest przesiąknięty wiedzą, której nie da się zdobyć z podręczników. Jest współodczuwającą częścią tego ekosystemu. Jest coś pięknego i jednocześnie pogańskiego, gdy Lars Mytting pisze o nagiej ziemi, dodając, że nie może leżeć naga, bo „każdy rozkopany kawałek czarnoziemu był jak rana. Przyciągał chwasty, które na nim rosły i go okrywały”. I można się zastanawiać, do jakiego stopnia, gdy pisze te słowa, wciąż są to tylko opisy natury, a w którym miejscu mówi o nas, ludziach i naszej bezbronności, gdy otwarci na świat, tuż po okresie dojrzewania przyciągamy do siebie niewłaściwych ludzi. Po części stanie się tak z Edvardem, którego niewinność, mieszająca się z naiwnością słabo go chroni przed cynizmem i wyrachowaniem, z jakim zetknie się już za chwilę.

       

      Płyń z tonącymi w poruszający sposób pokazuje też chłopaka, dorastającego do dojrzałego uczucia. Inicjacja Edvarda do głębokiego związku prowadzi ścieżkami ślepych fascynacji, uleganiu chwili, podczas których miesza się rozsądek z nagłymi olśnieniami. Walczy o siebie, prawo do bycia sobą, ulegając jednocześnie pokusom wygodnego życia. Uwielbia „ciepło i równowagę” Hanne, ale ucieka od „ołowianego ciężarka, który w sobie nosiła i który chciała przywiązać mu do nogi”. Wzdryga się, na jej oczekiwania, żeby robić to, czego oczekuje społeczeństwo. On szuka. Nie tylko wyjaśnienia zagadki rodzinnej, czuje, jakby „stał przed zamkniętymi drzwiami, za którymi kotłuje się przeszłość. I jakby szukał kluczy, wiedząc, że ta przeszłość po drugiej stronie robi to samo”. Ale po drugiej stronie jest też on, rozdarty, szukający odpowiedzi na niepokojące pytanie: „Kim jestem, kim jest prawdziwy ja, ten którym jestem przede wszystkim”. A rozdarty ulega impulsom. Fizyczne zauroczenie, zbliżenie dają pozory związku, ale też uzależniają. To chłopak, który nie potrafi powiedzieć kim będzie po odkryciu prawdy o swojej rodzinie, ale świadomy tego, że na końcu tej drogi będzie innym człowiekiem. I świadomy też wewnętrznej walki, jaką toczy sam z sobą o siebie dorosłego. Bo w zależności, kto w nim teraz zwycięży, zaważy to przecież na całym jego życiu. Czy stanie się spełnionym czy pozostanie rozdartym na zawsze człowiekiem?

       

      Szukając tła dla opowiedzenia tej historii Lars Mytting zbudował misterną konstrukcję, gdzie historia współczesnej Norwegii miesza się z jej korzeniami w świecie wikingów, co tak znamiennie jest widoczne na Szetlandach, gdzie prowadzą poszukiwania Edvarda. W nazwach miast i wsi, w nazwach kutrów wciąż drzemie tam pamięć o dawnej, norweskiej przeszłości wysp utraconych w tak absurdalny sposób w 1472 na rzecz Szkotów. Pamiętają też współcześni mieszkańcy Szetlandów, którzy wciąż nie mogą zapomnieć swojej przeszłości, życia wśród wolnych wikingów, którzy tak brutalnie zostali zdegradowani do pańszczyźnianych chłopów przez zaborczych Szkotów. Przeszłość Einara, którego zawierucha wojenna sprowadziła na wyspy łączy się z historią norweskiego ruchu oporu, który stąd właśnie organizował swoje akcje. Ale „stare ślady, które nie dają spokoju” prowadzą też Edvarda nad Sommę, do jednej najkrwawszych bitew z pierwszej wojny światowej, do obozu dla kobiet na północ od Berlina i „księżycowego krajobrazu sadyzmu i cierpień” w Ravensbrück.

       

      Odkrywane dokumenty, listy, ukryte przesłania, zakamuflowane wskazówki, rozmowy z kolejnymi osobami prowadzą Edvarda coraz bliżej rozwiązania zagadki. Hipnotyczna, wciągająca narracja łączy w sobie najlepsze przykłady świetnej szkoły pisania, gdzie nie brakuje fabularnych twistów znamiennych dla najbardziej wytrawnych autorów thrillerów czy kryminałów. Z podobnym napięciem i oczekiwaniem, zachłannie poruszamy się po kolejnych stronach powieści. Język Larsa Myttinga przesiąknięty jest magnetyczną i jednocześnie kojącą dawką pierwotnej siły, wewnętrznego ciepła i spokoju. Gra emocji rozgrywa się na jednej linii melodycznej z szaleństwami przyrody. Tutaj pełnej furii, jak morze uderzające o brzegi, niemal połykające otaczającą rzeczywistość, groźne w swojej sile, jednocześnie piękne, uderzająca kolejnymi odsłonami.

       

      Parafrazując Kanta, Lars Mytting napisze w pewnym momencie „niebo nade mną, morze wokół mnie”. I gdyby prześledzić powieść to zawsze te najbardziej dramatyczne, wymagające najtrudniejszych decyzji sytuacje rozgrywają się w żywiole wody. Na morzu giną Norwedzy walczący w ruchu oporu, woda zabije jego rodziców, morze rozstrzygnie jego związek z Gwen i przywróci mu utraconą pamięć o przeszłości. W morzu znajdzie Einar sojusznika do ukrycia swojej tajemnicy. I tak, jak wyspa, na której Edvard szuka odpowiedzi na temat swojej przeszłości, rano po szetlandzkiej wichurze, objawi się „wymyta przez morze”, tak my ostatecznie poczujemy oczyszczającą moc poszukiwania prawdy. 

       

      Recenzja: Płyń z tonącymi, Lars Mytting, Smak Słowa, Sopot 2016. Przekład: Karolina Drozdowska. Tytuł oryginału: Svøm med dem som drukner (wrzesień 2014). Edytor: Anna Witajska. Redakcja i korekta: Małgorzata Jaworska. Projekt graficzny i skład książki: Agnieszka Karmolińska. Projekt okładki: Agnieszka Karmolińska. ISBN 978-83-64846-54-0. Stron: 470.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo_Smak_Sowa2

       

      Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu?  Dołącz do 1504 osób i zamów bezpłatny newsletter lub polub fanpage Recenzentka.blox.pl. Post wydał Ci się wartościowy? Podziel się nim i go udostępnij! Masz własne zdanie? Wyraź je w komentarzu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Płyń z tonącymi – Lars Mytting, czyli najlepsza współczesna powieść norweska z Szetlandami w tle”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 lipca 2016 16:39
  • piątek, 08 lipca 2016
    • Szetlandzka wichura, dla której nie ma nazwy - Cytat

       - Myślałeś, że szetlandzkie domy mają okiennice dla ozdoby? Idź na dwór i je zamknij, a ja je przykręcę od środka.

           Wiało tak, że ledwie otworzyłem drzwi domu. Gdy w końcu mi się udało, kolejny podmuch o mały włos nie wyrwał ich z zawiasów. Wicher dostał się do sieni, zdmuchnął ubrania z wieszaka. Gwizdał mi w uszach, byłem przemoczony do suchej nitki, zanim jeszcze dotarłem do rogu domu. Zdawało się, że morze podniosło się o kilka metrów, huczało szarozielonkawe i spienione, jakby groziło, że za chwilę połknie całą wyspę. Brnąłem przed siebie, pochylony, jakbym wspinał się na wysoką górę, musiałem się odwracać za każdym razem, gdy chciałem zaczerpnąć powietrza. Z brzegu dochodziło dudnienie, takie jak wtedy, gdy rozładowuje się przyczepę kamieni, a każdy z nich szuka sobie miejsca, na którym mógłby spocząć.

           Odkręciłem okiennice od ścian, dookoła mnie śmigały w powietrzu niewielkie kamyki, jej ręka wysunęła się ze zbitego okna i przyciągnęła okiennice do siebie. Powtarzaliśmy tę czynność, aż dom został ufortyfikowany od zewnątrz i zaciemniony od środka.

      (...) 

           Nagle straciłem równowagę. Przez chwilę myślałem, zupełnie serio, że c a ł a  w y s p a oderwała się od skorupy ziemskiej. Ale tylko uderzył we mnie podmuch wiatru, który nagle zelżał.

           Chwilę potem uspokoiły się fale, zupełnie jakby zrozumiały, że zostały same w tym dzikim pędzie, i nagle zatęskniły za wichurą. Pod nami leżała jasnozielona, spieniona woda z pęcherzykami powietrza na powierzchni. Wciąż panowała duchota, w powietrzu czuło się deszcz, ale zdawało mi się, że widzę promienie słońca próbujące przebić chmury.

      - Przejaśniło się? - spytałem zaskoczony.

           Deszcz spływał po jej zarumienionej twarzy, nie wytarła go nawet.

      - Nie. Przed chwilą mieliśmy furious gale. Teraz przyjdzie to, na co nie mamy nazwy.

       

      Py_z_toncymi_Lars_Mytting1

       

      Cytat: Płyń z tonącymi, Lars Mytting, Smak Słowa, Sopot 2016. Przekład: Karolina Drozdowska. Tytuł oryginału: Svøm med dem som drukner (wrzesień 2014). Edytor: Anna Witajska. Redakcja i korekta: Małgorzata Jaworska. Projekt graficzny i skład książki: Agnieszka Karmolińska. Projekt okładki: Agnieszka Karmolińska. ISBN 978-83-64846-54-0. Stron: 470.

       

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo_Smak_Sowa1

       

      Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu?  Dołącz do 1500 osób i zamów bezpłatny newsletter lub polub fanpage Recenzentka.blox.pl. Post wydał Ci się wartościowy? Podziel się nim i go udostępnij! Masz własne zdanie? Wyraź je w komentarzu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      piątek, 08 lipca 2016 13:43
  • czwartek, 07 lipca 2016
    • Czym jest matka dla syna?

      Matka była dla mnie zapachem. Była ciepłem. Była nogą, którą obejmowałem kurczowo. Powiewem czegoś niebieskiego - sukienki, w której, zdaje się, chodziła. Powtarzałem sobie, że wystrzeliła mnie w życie jak z łuku, i kiedy przywoływałem o niej wspomnienia, nie wiedziałem, czy są właściwe lub zgodne z prawdą, odtwarzałem ją po prostu tak, jak zdawało mi się, że syn powinien wspominać swoją matkę.

       

      Py_z_toncymi_Lars_Mytting

       

      Pierwsze zdanie: Płyń z tonącymi, Lars Mytting, Smak Słowa, Sopot 2016. Przekład: Karolina Drozdowska. Tytuł oryginału: Svøm med dem som drukner (wrzesień 2014). Edytor: Anna witajska. Redakcja i korekta: Małgorzata Jaworska. Projekt graficzny i skład książki: Agnieszka Karmolińska. Projekt okładki: Agnieszka Karmolińska. ISBN 978-83-64846-54-0. Stron: 470.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo_Smak_Sowa

       

      Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu?  Dołącz do 1496 osób i zamów bezpłatny newsletter lub polub fanpage Recenzentka.blox.pl. Post wydał Ci się wartościowy? Podziel się nim i go udostępnij! Masz własne zdanie? Wyraź je w komentarzu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 lipca 2016 10:09
  • środa, 06 lipca 2016
    • Ostatnia wola Sonji - Åsa Hellberg, czyli szwedzka królowa powieści feel good dla kobiet 50+

      W Fjällbacke chodziły do jednej klasy dwie dziewczynki. Obie później urodzą córki, które będą pisarkami. Córka jednej z nich zostanie okrzyknięta królową szwedzkiego kryminału, drugiej królową literatury feel good dla kobiet 50+. A tymi córkami są Camilla Läckberg (o której więcej przeczytasz tutaj) i Åsa Hellberg.

       

      sa_Hellberg

       

      Åsa Hellberg, ur. 1962, zaczęła pisać tuż przed pięćdziesiątką. Jej nastawione na nieustanny rozwój życie, szukanie wyzwań i stawianie sobie poprzeczek na coraz to innych polach zawodowych, ukształtowało kobietę wyjątkową, która odważnie chwyta chwile, nieustannie się dokształca, pozytywnie patrzy w przyszłość. Była stewardessą, szefową produktu w Kraft Foods, coachem specjalizującym się w kwestiach uzależnienia od seksu, niewierności. I to nie są wszystkie zawodowe wyzwania, którym przyszło jej sprostać. Gdy mówi, daleko ucieka przed stereotypem typowej Szwedki. Zamiast chłodnego opanowania i dyscypliny emocjonalnej, spotykamy kobietę, wypełniającą swoim głosem i entuzjazmem całą przestrzeń. Jest przesiąknięta energią: wyczuwalną i zaraźliwą. Zadbana blondynka robi wrażenie co najmniej dziesięć lat młodszej. Uśmiech to jej znak rozpoznawalny.

       

      ÅSA HELLBERG – CHCĘ PISAĆ DLA KOBIET PO PIĘĆDZIESIĄTCE

       

      W wywiadach opowiada, że chciała pisać dla kobiet po pięćdziesiątce. Takich, które nie boją się marzyć, wyrażać swoich emocji, odważnie szukać tego, co najlepsze w życiu. Chciała pisać dobrze o dobrych ludziach, stąd w jej powieściach wybrzmiewa pozytywne nastawienie do świata. Czerpie garściami z konwencji komedii romantycznych, więc w jej prozie nie brakuje zabawnych zwrotów, pomyłek, które komplikują bohaterom życie, nietrafionych ocen. Hellberg tworzy w zawrotnym tempie; jej pierwsza powieść powstała w pięć tygodni. Pisarka stawia na partie dialogowe; pisze szybko, do szybkiego czytania. To naturalne odprężacze na kilka godzin totalnej rozrywki. Åsa Hellberg zawsze podkreśla, że nie ma ambicji literackich, ani czasu czy ochoty na szlifowanie stylu, wymyślanie metafor i komplikowanie formalne swojej powieści. Lubi pop i jest konsumentką popkultury. Często na swoim fanpage’u poleca zresztą, według niej, udane komedie romantyczne.

       

      Czytając Ostatnią wolę Sonji trzeba koniecznie zawrzeć z pisarką pakt i uzmysłowić sobie, że to książka stworzona w pewnej konwencji. Jeśli tak, to stawiamy jej wyłącznie oczekiwania typowe dla tego gatunku. Szukających nowego Joyce’a czy Prousta odsyłam na inną literacką półkę i mam szczerą nadzieję, że osoba, która sięgnie po tę książkę zrobi to z przekonaniem, że właśnie takiej lekkiej, niewymagającej rozrywki szuka. Åsa Hellberg to literacka siostra Helen Fielding czy Katarzyny Grocholi. A zatem krytykom marudom, którzy nie rozumieją, że utrzymana równo w danej konwencji powieść, to zaleta, zapraszamy gdzie indziej.

       

      Mimo, że tworzy literaturę w konwencji feel good, Hellberg nie stroni od tematów ważnych. Jest nim dla niej prawo dojrzałych kobiet do miłości i seksu. Tabuizowany niekiedy motyw zakochanej pięćdziesięciolatki zostanie przepracowany w jej powieści Ostatnia wola Sonji. Pisarka jest na tyle odważna, żeby w jednej z otwierających scen przedstawić kobietę onanizującą się. Seks jest zresztą tym, co wyzwala w bohaterkach jej powieści to, co najlepsze. Ale też Åsa Hellberg robi wiele, żeby bohaterki Ostatniej woli Sonji czuły się świetnie w roli kobiety, ale przede wszystkim w swoim ciele. Maggan rozbierając się przed Paulem „nie czuła się skrępowana, wprost przeciwnie, rozbierała się z dumą. Jej wielkie piersi zwisały bezradnie, a pupa od dawna już nie znajdowała się tam, gdzie powinna. Zamiast jednego brzucha miała trzy, zaś licznych zmarszczek na udach nie sposób już było przysłonić. Mimo to jeszcze nigdy nie czuła się tak piękna”.

       

      DOJRZAŁY SEKS

       

      Rewolucja w pokazywaniu dojrzałych kobiet idzie dwutorowo i widać, że kino świetnie wspiera literaturę w tym względzie. Powstaje coraz więcej bardzo dobrych filmów, utrzymanych w konwencji feel good dla kobiet po pięćdziesiątce, jak „Dwoje do poprawki” z rewelacyjną Meryl Streep próbującą odzyskać utracony wigor w związku ze swoim mężem, w tej roli kapitalny Tommy Lee Jones, „To skomplikowane” i ponownie Meryl Streep tym razem uwodzona przez byłego męża, a nikt tak dobrze nie pasuje do roli uwodziciela, jak Alec Baldwin. Czy wreszcie najlepszy, według mnie, „Lepiej późno niż wcale” z obłędnym duetem miłosnym Diane Keaton z Keanu Reevesem. O ile jednak w filmie potrzeba miłości i seksu jest nieco dramatyzowana i przedstawiana, jak coś niecodziennego, gorszącego, wymagającego wręcz terapii, to u Åsy Hellberg przeciwnie, jest to coś naturalnego i przyjemnego. Niewątpliwie takie podejście jest typowe dla Szwecji, gdzie związki raczej zaczyna się w łóżku, sprawdzając, czy się do siebie pasuje, a dopiero potem przechodzi w fazę zaprzyjaźniania się. 

       Ostatnia_wola_Sonji_Asa_Hellberg

       

      Ale sukces Ostatniej woli Sonji widzę też w dawce nadziei, jaką pisarka zaszczepia sugerując, że na każdym etapie życia jest dobra pora na zmianę. Bohaterki powieści, za sprawą ich zmarłej przyjaciółki, otrzymają okazję totalnej odmiany własnego losu. Zastajemy je krążące ślepo po życiu, które wyssało z nich radość. Są zmęczone, uczepione dziecka, czym rekompensuje sobie jedna z nich brak osobistego życia, u szczytu kariery, w zaułku życiowym pełnym nietrafionych romansów. Gdy umiera Sonja, niespodziewanie dowiadują się o przyszykowanej przez nią niespodziance. Testament przyjaciółki będzie tym zwrotem, który możne kompletnie odmienić ich tu i teraz, ale muszą wypełnić dość precyzyjne polecenia zmarłej koleżanki. Czy zechcą ją wysłuchać? Czy zaryzykują i podejmą się wyzwania, które dla każdej z nich Sonja przyszykowała?

       

      TRUDNE DOŚWIADCZENIA

       

      To, że tak wiele czytelniczek uwierzyło w historie opisywane przez Hellberg, zawdzięcza pisarka pewnie też swojej przeszłości, po której można by przypuszczać, że zostanie raczej autorką mrocznych i smutnych powieści obyczajowych. Åsa Hellberg urodziła się w czasach, gdy jeszcze w Szwecji nie obowiązywały długie okresy macierzyńskiego i rodzicielskiego. Jej mama była matką samotnie wychowującą dziecko. Dwa miesiące po urodzeniu Åsy musiała wrócić do pracy w aptece szpitalnej w Sahlgrenska sjukhuset, a dziewczynkę oddała na wychowywanie dziadkom. Dopiero, gdy ułożyła sobie życie w nowym związku wzięła, dwunastoletnią wówczas dziewczynkę z powrotem. Dla Åsy, która celebrowała każde odwiedziny mamy u dziadków, pojawienie się w nowym domu, w nowej roli siostry małego braciszka zaowocowało poczuciem deficytu miłości i swojego rodzaju zaborczością w uczuciach. W tym „odrzuceniu” Hellberg widzi swoje późniejsze niepowodzenia w związkach, w których nigdy nie czuła się wystarczająco kochana. Jako dziecko nauczyła się trudnej sztuki przeżycia, instynktownie dopasowując się do potrzeb innych, żeby jak najbardziej im się przypodobać. Brak bezpieczeństwa w relacjach jest swojego rodzaju stygmatem przekazywanym z pokolenia na pokolenie w rodzinie Hellberg. Babcia Åsy ze strony mamy też została porzucona w wieku dwóch lat, gdy zmarła jej mama, a ojciec nie mając możliwości opieki nad córką, oddał ją do domu dziecka. Z kolei dziadek ze strony mamy miał zaledwie pięć lat, gdy jego ojciec wyjechał do Ameryki, a on jako najstarszy odpowiadał za rodzeństwo. Mimo, że dziadkowie włożyli serce w opiekę nad małą Åsą, dziewczynka czuła się przez nich kochana i ciepło wspomina dorastanie w gospodarstwie w Fjällbacke, zaledwie 300 metrów od morza, to jednak gdzieś w środku pozostała małą dziewczynką z deficytem miłości. A postać nieobecnego ojca, który wdał się w romans z jej matką, podczas, gdy sam był żonaty będzie jej ciążyć, jak wspomnienie widmo.

       

      Hellberg nie układa się w związkach. Po wielu nieudanych znajomościach Åsa postanowiła nieco inaczej szukać miłości i zakłada profil w portalu randkowym. Jest 2005, kiedy poznaje tam Jonasa (pod takim pseudonimem cały czas go przedstawia). Po czterech latach związku z nim Hellberg debiutuje autobiograficzną książką „Kobieta Casanovy. Prawdziwa historia” („Casanovas kvinna. En sann historia”, Kalla kulor förlag), gdzie opisuje relację z mężczyzną uzależnionym od seksu. Wyjaśnia w niej, dlaczego nie opuściła Jonasa mimo jego wielokrotnych zdrad. Jak oboje poradzili sobie w tym trudnym związku, wychodząc z czasem na prostą. Premiera książki zbiegła się z głośną aferą wokół małżeństwa Szwedki Elin Nordegren z golfistą Tigerem Woodsem, który zdradzał żonę z 13 kochankami. Nagle książka Hellberg stała się najbardziej aktualnym dokumentem wyjaśniającym kulisy życia w takim związku. Po szumie medialnym i zainteresowaniu jej autobiografią dużo łatwiej było zadebiutować powieścią.

       

      Ale to nie oznacza, że Åsa Hellberg nie ryzykowała decydując się na pisanie. Po swojej debiutanckiej książce zwolniła się z pracy, sądząc, że będzie mogła pogodzić pisanie z mniej czasochłonnym dodatkowym zajęciem, o co było jednak bardzo trudno. Wtedy zaczęła dorabiać, jako coach dla uzależnionych od seksu. I postanawia napisać powieść. Ostatnia wola Sonji nie do końca pozwoliła jej się utrzymać z pisania, ale pojawiły się wkrótce pieniądze ze spotkań autorskich, wykładów i odczytów. Pomogło też sprzedanie nieruchomości. Prawdziwą zmianę przyniosła jednak powieść „En liten värld”, która stała się książką roku w klubie książki wydawnictwa Bonnier.

       

      Dzisiaj Åsa jest w związku na odległość z 61-letnim Nisse. A odkąd Jonathan, 22-letni syn Åsy wyprowadził się, pisarka cieszy się totalną wolnością. Publikuje jedną książkę rocznie, słusznie utwierdzając swoją pozycję i dzierżąc tytuł królowej powieści feel good dla kobiet 50+. I udowadniając własnym przykładem, że w życiu jest miejsce i na bajkę, i na happy end.

       

      Ostatnia wola Sonji, Åsa Hellberg, Wydawnictwo Czarna Strona, Poznań 2014. Przełożyła Dominika Górecka. Tytuł oryginału: Sonjas sista vilja (2012). Redakcja: Karolina Borowiec. Korekta: Magdalena Owczarzak, Magdalena Ciszewska. Projekt okładki: Krzysztof Kibart. Projekt typograficzny, skład i łamanie: Mateusz Czekała. ISBN 978-83-7177-918-3. Stron: 344.

       

      Żródła, z których korzystałam: Sverigesradio.se, www.hemmets.se, www.aretrunt.se, www.mynewsdesk.seyohannahleidefors.blogg.se, www.mabra.se, www.dn.se, www.svd.se.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

      Logo_Czwarta_Strona

       

      Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu?  Dołącz do 1488 osób i zamów bezpłatny newsletter lub polub fanpage Recenzentka.blox.pl. Post wydał Ci się wartościowy? Podziel się nim i go udostępnij! Masz własne zdanie? Wyraź je w komentarzu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 06 lipca 2016 16:18
  • środa, 29 czerwca 2016
    • Wędrówka Nabu - Jarosław Mikołajewski, czyli piękna książka dla dzieci

      Wędrówka NabuJarosława Mikołajewskiego (ur. 1960) to literackie amor vacui. Kompaktowa historia zamknięta w językowym minimalizmie i przejmujących obrazach, których dopełnieniem są ilustracje Joanny Rusinek, z równie oszczędną kreską. Mamy mądrą książkę, dedykowaną dzieciom do wspólnego czytania z rodzicami, którą najpełniej podsumuje słowo: piękna.

       

       Wedrowka_Nabu_Jaroslaw_mikolajewski1

       

      Wydawnictwo Austeria mogłoby zasiadać w radzie Festiwalu Pięknej Książki, którego pierwsza edycja miała miejsce w połowie czerwca w Rzeszowie. Definiując tam piękno książki nieustannie przypominano, że mieści się w tym słowie i zawartość, i opracowanie graficzne. Jak ważny dla czytelników jest wygląd książek niech świadczy fakt, że autor projektów okładek w Karakterze Przemek Dębowski jest dużo bardziej rozpoznawalny, niż większość pisarzy tego wydawnictwa. Do moich faworytów, oprócz wymienionego Dębowskiego, należą Maciej Jędrysik, znany z omawianej na blogu (tutaj) „Literatury od kuchni”, Marianna Sztyma, autorka trzech najładniejszych okładek książek Agnieszki Drotkiewicz i Anna Ostoya, która tak nieoczekiwane okładki projektowała niegdyś dla Korporacji Ha!art. Do tej czwórki dołączam Joannę Rusinek.

       

      Umowność przekazu kreski Joanny Rusinek porusza te obszary wyobraźni, które najlepiej odpowiadają kreatywności. Surowy rysunek, z którego usunięto wszystkie niepotrzebne drobiazgi, wyjątkowo mocno działa. Zafundowanie dziecku takiej lekcji sztuki, wprowadzenie go w estetyczny minimalizm może zaowocować pokoleniem, które zastąpi obecny przesyt, jaki kreuje często współczesny design. Ilustracje Joanny Rusinek funkcjonują miejscami jak suwerenna historia. Można „Wędrówkę Nabu” czytać też jak picturebooka, bo same ilustracje opowiadają historię ucieczki Nabu równie dobrze jak tekst. Jakby wizja Rusinek przełożona na kreskę nabierała znamion totalnej niezależności. Mamy tekst opowiedziany przez Jarosława Mikołajewskiego i jego dopełnienie, a czasem uzupełnienie w wizji artystki. Rusinek pomaga dzieciom zrozumieć, co się dzieje w opowiadanej historii, jednocześnie współodczuwa ją razem z nimi, pracując mocno z emocjami nasyceniem koloru, temperaturą ilustracji, którą przenika mrok, gdy rodzinę Nabu ogarnia smutek, żeby uderzyć wesołą świeżością odbudowanych domostw, gdy nastrój zmienia się na pozytywny. Gdy wioska Nabu płonie, wraz z nią unosi się w potężnych płomieniach książka.

       

      Znamienna dla „Wędrówki Nabu” jest praca na wrażeniach. Wybrzmiewający z książki strach, ponury nastrój i smutek nasila się. Kreska gęstnieje, a postaci ludzkie niemal znikają pod naporem ciężaru wydarzeń. To właśnie faktura samej kreski najmocniej tutaj pracuje. Kolor staje się ostrożniejszym jej towarzyszem. Można to przetłumaczyć na życie dziewczynki, w którym kotłują się trudne emocje, jest równie gęsto od wydarzeń, ale nie przynoszą odmiany jej losu. Kolor pozostaje więc stonowany, pracując więcej jego odcieniami. Ale obaj twórcy dają czytelnikowi czas na wytchnienie. Nakładające się na siebie naprzemiennie emocje negatywne i pozytywne, kontrastują nieustannie to, co się dzieje. Przypominając, że jest gdzieś piękny świat, do którego zmierza Nabu. Że jest nadzieja i miejsce wolne od tych wszystkich kłębiących się, niepokojących rzeczy. Fantastycznie tutaj rozwija się postać Nabu, która maleje pod naporem napierających na nią wydarzeń. Jej samotność musi poruszać. Jednocześnie przez cały czas Nabu nie opuszcza dobry nastrój. To wesoła, otwarta dziewczynka. Taka sama jak dziecko czytające historię o niej. W ten sam sposób, jak każde inne dziecko, dziwi się, temu co się dzieje. Zadaje pewnie te same pytania, które właśnie kotłują się w głowie małego czytelnika. Dziewczynka nie rozumie oczekiwań dorosłych, których spotyka po drodze. Wszystkich tych żołnierzy, policjantów i celników. Odpychające postaci mundurowych przytłaczają bezradną Nabu. Czytelnik wspólnie z nią będzie chciał pojąć, co się dzieje.

       

      Wędrówka Nabu” to odważne przedsięwzięcie literackie, bardzo aktualne, nie stroniące od trudnego tematu. Gdy mowa o uchodźcach ciężko o neutralne stanowisko. Jarosław Mikołajewski dedykuje swoją książkę również dorosłym, którzy będą ją czytać dzieciom. Są w finalnej scenie, w tłumie anonimowych twarzy. Czy łatwo będzie znaleźć czytelników dla takiej książki? Czy rodzice będą chcieli podjąć się dyskusji z dziećmi na tak niełatwy temat? Mała Nabu ucieka ze swojej wioski, która nieustannie jest palona. Ucieka sama, bo rodzice nie chcą do niej dołączyć. Wręcz zakazują dziewczynce opuszczenia wioski. Chcą ją po raz kolejny odbudować. Dla dziecka świat jest jednak jednym wielkim placem zabaw. I tak widzi otaczającą przestrzeń Nabu. Pragnie domu, którego ciągle nie ma, beztroski, radości, a nie życia kątem u tych, którzy ocaleli z pożogi. Zamiast tkwić w nieustannie niszczonej wiosce woli udać się w drogę ku rozległym i pięknym przestrzeniom. Przeżyje gehennę, która towarzyszyła wszystkim ryzykującym niebezpieczną podróż w pontonach, na skleconych, kruchych i nietrwałych tratwach. Po drodze spotka ją to, z czym muszą walczyć uchodźcy.

       

      Jak wytłumaczyć dziecku nieistniejące granice? Przeszkody administracyjne? Niewidoczne zakazy, które zatrzymują ludzi, odbierając im prawo ucieczki? Przedostania się do bezpiecznej części świata? Może pokazując niewidoczne ściany, od których odbija się Nabu, wybrzmiewające w tle „stój”, wzmocnione sugestywnym obrazem wielkich żołnierskich butów, niemal miażdżących postać mikroskopijnej dziewczynki. To książka do nieustannego zatrzymywania się i pochylania nad każdym obrazem, zdaniem, wydarzeniem. Okazja do mądrej i długiej rozmowy z dzieckiem, które nie rozumie przecież reguł rządzących światem dorosłych. „Wędrówka Nabu” językiem wyobraźni dziecka tłumaczy sytuacje, w jakiej znaleźli się uchodźcy. Odwołując się do emocji: empatii, smutku, strachu buduje napięcie wokół nich i uczy zrozumieć przeżycia innych. Ta lekcja tolerancji i współodczuwania przydałaby się niejednemu dorosłemu, który jak ci książkowi stoją nad małą Nabu, dzieląc się na dwa walczące ze sobą obozy, pokazują dziewczynce, gdzie jej miejsce. Czy mała Nabu będzie mogła żyć bezpiecznie?

       

      Recenzja: Wędrówka Nabu, Jarosław Mikołajewski, Wydawnictwo Austeria, Kraków 2016. Ilustracje: Joanna Rusinek. Korekta: Anna Pawlikowska. Opracowanie graficzne: Michał Pawłowski. Stron: 54. ISBN 978-83-7866-058-3.

       

      KONKURS: Na fanpage'u zostanie ogłoszony konkurs, a w nim do wygrania egzemplarz tej książki.

       

      O książce porozmawiam 30 czerwca (czwartek), 21:00 – 22:00 w Radiu Kraków w audycji Barbary Gawryluk „Koło Kultury”, gdzie razem z Pauliną Małochleb i Michałem Sowińskim wystąpimy w roli jurorów książki miesiąca. Jedną z trzech nominowanych książek jest „Wędrówka NabuJarosława Mikołajewskiego

       Logo_Radio_Krakw4

       

      Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu?  Dołącz do 1465 osób i zamów bezpłatny newsletter lub polub fanpage Recenzentka.blox.pl. Post wydał Ci się wartościowy? Podziel się nim i go udostępnij! Masz własne zdanie? Wyraź je w komentarzu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 29 czerwca 2016 17:07
  • wtorek, 28 czerwca 2016
    • Uczeń architekta - Elif Shafak, czyli american dream w osmańskim stylu

      Jeśli jest jakiś głos z Turcji, którego naprawdę warto słuchać, to jest nim Elif Shafak. Pisarka bezkompromisowa, dyscyplina językowa na poziomie zmysłów, orientalny entourage. W swojej najnowszej powieści sięga po czasy szesnastowiecznego imperium osmańskiego, łącząc w zaskakujący sposób historyczną fabułę z przypowieścią o american dream.

       

      Uczen_architekta_elif_shafak1

       

      W życiu Elif Shafak (ur. 1971) nieustannie mieszało się nowe ze starym, tradycyjne z nowoczesnym. Począwszy od babci, której znachorskie umiejętności pozwalały wyleczyć nie tylko kurzajki na dłoniach. Po mamę, która po rozwodzie zaczyna pracować w dyplomacji i razem z córką wyjedzie do Madrytu na placówkę. Dziewczynka trafi tam do międzynarodowej szkoły, w której, jak opowie podczas wystąpienia na konferencji TED, musiała nieustannie wychodzić z oczekiwanej od niej roli Turczynki, biorąc na siebie wszelkie stereotypy z tym związane. Bardzo długo Elif Shafak funkcjonowała, jako „TA” pisarka feministyczna z Turcji. Nie tylko odrzuciła nazwisko ojca, ale też samą ideę związku z mężczyzną, bo kojarzył jej się z odbieraniem wolności. Dzisiaj jest mamą i szczęśliwą żoną mężczyzny, który idealnie rozumie jej potrzebę niezależności. Oboje dzielą życie pomiędzy Turcją, gdzie on szefuje gazecie, a USA, gdzie głównie przebywa Elif. Trudne i ważne dla kobiet tematy nieustannie powracają w jej twórczości; Shafak opisała m.in. depresję poporodową, której sama doświadczyła.

       

      UCZEŃ ARCHITEKTA - BAJKA DLA DOROSŁYCH

       

      W Uczniu architekta wchodzimy w konwencję „Opowieści z tysiąca i jednej nocy”, co uprzedza, że chodzi o pewnego rodzaju lekcję z życia utrzymaną w nieco baśniowej formule, z aforyzmami, mądrościami, ku pokrzepieniu i dla otuchy. Wybrzmiewająca tu kwestia, to przekonanie, że życiem rządzi przypadek. Skazani na jego nieuchronność może raczej powinniśmy oddać się temu, co przyniesie los, zamiast z nim walczyć. Dżahan nie jest w stanie znieść tego, jak jego ojczym traktuje matkę, którą w końcu zakatuje na śmierć. Ciepło, jakiego chłopcu brakuje, odnajduje w relacji ze słoniem, który niedawno się urodził, i dla którego okazuje się ratunkiem, gdy mały, nazwany zresztą dlatego Czhota, nie jest w stanie samodzielnie ssać mleka matki. Chłopiec spija je do miski, z której karmi słoniątko. Gdy okazuje się, że zwierzątko ma trafić w prezencie do pałacu sułtana, ucieka, żeby pomóc słoniowi w trudnej morskiej podróży. Całe jego życie układa się w przysłowiową fortunę, która kołem się toczy. Zobaczymy, jak z otwartego dziecka, przeistacza się w nieco skrytego chłopaka. Jak uczy się sztuki przetrwania w seraju, buduje „wewnętrzny harem i trzyma pod kluczem wszelkie lęki, zmartwienia, sekrety i rozczarowania, które dręczą jego duszę” i „staje się sułtanem, jak i eunuchem tego haremu”, żeby finalnie „nie pozwolić zajrzeć do środka nikomu”. Szantażowany musi okradać sułtana. Niecodzienny słoń albinos przykuje uwagę dorastającej księżniczki, córki sułtana; tak pomiędzy nastolatkami, Dżahanem i Mihrimah zrodzi się wymykająca się konwenansom relacja. Od kornaka, którym stał się z przypadku, Dżahan zostanie jednym z czterech uczniów Sinana, najznakomitszego architekta tureckiego i jednego z najwybitniejszych na świecie. Bierze udział w wyprawach wojennych, staje się atrakcją pałacu sułtana, zadając się przez zupełny przypadek ze znakomitościami tego czasu, wezyrami, uczonymi szejkami, ale też np. z Michałem Aniołem. Taki american dream w osmańskim stylu.

       

      Uczeń architekta rozpoczyna się mocnym, typowym dla dobrej prozy kryminalnej uderzeniem. Jest morderstwo zbiorowe, jest tajemnica i zapowiedź zagadki. Miejsce, które opisuje Shafak funkcjonuje przecież jako zaczyn do „opowieści o otrutych eunuchach, uduszonych konkubinach, ściętych wezyrach i workach zrzuconych do wód Bosforu z wciąż żywą i wijącą się zawartością”. Chociaż Elif Shafak sięga po kostium historyczny, to jednak rozwiewa w posłowiu wątpliwości, że nie o dosłowność w przedstawianiu faktów chodzi, bo nawet daty wydarzeń Shafak dowolnie nagina do potrzeb powieściowych. Książka jest szyta na miarę nieco ambitniejszego czytelnika prozy środka. Jest tu wszystko, co w koktajlu powieściowym decyduje o powodzeniu książki: wątek romansowy z motywem miłości zakazanej, rozprawa z rynkiem pracy, który w kostiumie historycznym oznacza system przywilejów i kar. Motyw nieoczekiwanej (międzykulturowej) przyjaźni, której koleje niemal utwierdzają w przekonaniu, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Relacja mistrz – uczeń, która pokazuje, jak mądrze można pokierować cudzym życiem. Czy historia więzi, jakie zawiązują się pomiędzy człowiekiem, a ukochanym zwierzęciem, która nadaje sens życiu.

       

      ŻYCIE JAK SZKLANKA Z CIENIUTKIEGO SZKŁA

       

      Elif Shafak próbuje nam powiedzieć, że człowiek bez względu na epokę, religię, zawsze pozostaje człowiekiem, z wszystkimi związanymi z tym dylematami. Jej powieść jest uniwersalną gawędą o życiu, jego perypetiach, zwrotach, które odbierają nadzieję lub nadają sens. Życie ludzkie jest kruche jak szklanka z cieniutkiego szkła, łatwo o pęknięcia, trwałe rysy. Łatwo też o tragedię. Nieostrożny ruch, niewłaściwa decyzja i wszystko rozsypuje się w raniące drobiazgi. Ale ludziom, jak przypomina Shafak zawsze towarzyszy silna wiara i cała paleta związanych z nią zabobonów i wierzeń. Bez względu na czas i religię wszyscy poddajemy się drobnym rytuałom, które mają nas chronić. Konkubiny i odaliski z haremu proszą rzezańców o zawieszenie na „Drzewie Życzeń” należących do nich bibelotów, tak dzielą się z Bogiem tajemnicami, których nikomu nie mogą wyjawić. Ludzie mamroczą modlitwy przeciwko złym demonom. Przestrzegają się przed dżinnami. Sułtan Sulejman „codziennie przed udaniem się na spoczynek wsuwa na palec pieczęć Salomona, pierścień dający jego imiennikowi władzę nad zwierzętami, ludźmi i dżinami”.

       

      Mrok życia z nieustannymi pokusami ciągnął zawsze ludzi w strefy zakazane. I w niczym decyzje bohaterów „Ucznia architekta” nie różnią się od decyzji współczesnych ludzi. Tak samo marzą o fortunie, równie łatwo zdradzają, oszukują. Można sobie swobodnie wyobrazić przeniesienie akcji tej powieści w realia korporacyjnego świata, z szefem uzurpatorem, armią zniewolonych pracowników, którzy utknęli w systemie rekomendacji, intryg i podstępów. Powieść Elif Shafak ma jednak pokrzepić i sprzeniewierzyć się złu, z jakim przychodzi się mierzyć człowiekowi, bo wszystko ma kres, również kłamstwa, które zostają odkryte, tajemnice, które zostają rozwiązane, nieszczęśliwe miłości, które się skończą. A wreszcie, poucza autorka, należy przestać się bać kar i marzyć o nagrodach, bo „zarówno piekło, jak niebo, cierpienie i radość, istnieją tu i teraz”.

       

      Ale przede wszystkim Uczeń architekta jest pisany na wysokim c zmysłowych doznań. Lepki od słodkich zapachów i smaków. „Fig z gęstą śmietaną i fiołkowego szerbetu, marcepana z dżemem z różanych płatków oraz kasztanów w miodzie”. Bogusław Deptuła, pan od „Literatury od kuchni” (o książce więcej piszę tutaj) wyjaśniłby, jak je przygotować. Nam pozostaje wyobraźnia. Tę uruchamiają też detale Miasta Siedmiu Wzgórz. XVI-wieczny Stambuł odkrywa przed nami główne arterie i swoje zaułki. Zmienia się, jak zmieniają się sułtani. Popada wraz z nimi w nieograniczony przepych, żeby się ponownie skupić na prostocie. Powietrze raz „chłodne i rześkie, z wyczuwalnym aromatem mirtu, ciemiernika i rozmarynu”, innym razem morowe, niosące kolejną śmierć. A „gdzieś w sercu atramentowej nocy, tak ciemnej, że rozmazywała wszystkie kolory” toczy się życie sułtanki Hürrem, o której „mówiono, że rzuciła na sułtana czarodziejskie zaklęcie, że zatruwa jego wiśniowy szerbet, rozpyla pod jego poduszką tajemne mikstury i przy pełni Księżyca zawiązuje na jego szatach supły”. Stambuł w Uczniu architekta i oszałamia, i smuci. Zachwyca dzielnicami „żydowską, ormiańską, okolicami zamieszkanymi przez Greków i Lewantyńczyków”, ujawniając dawną harmonię, w jakiej obok siebie tętniło życie wielu kultur i religii, które nie używając słowa „wielokulturowość”, uczyniły z tego pojęcia sposób na życie. Zawstydza furią, w jakie wpada uginając się pod kolejnymi niepowodzeniami. Zaskakuje tempem, w jaki rozprawia się z heretykami, ale i otwartością, z jaką kumuluje wiedzę ówczesnego świata, zmieniając jego granice w rytm chimerycznych decyzji kolejnych sułtanów.

       

      Elif_Shafak_BBC_Facebook

       

      Warto tuż po powieści Elif Shafak sięgnąć po świetną książkę reporterską Witolda Szabłowskiego „Zabójca z miasta moreli. Reportaże z Turcji” (o książce piszę więcej tutaj). Dla kontrastu, który najpełniej pomaga zrozumieć niuanse zmieniającego się kraju, mentalnie tkwiącego w szerokim rozkroku pomiędzy imperium osmańskim a Turcją współczesną. A Ucznia architekta polecam tym, dla których mieszanka historii i fikcji doprawiona orientalnym przepychem będzie wystarczającym powodem, żeby się dać ponieść tej niespiesznej lekturze. Dla jej egzotyki. Smaków. Zapachów. I dla baśniowej narracji.

       

      PS literówki: str. 228: szpoglądał

       

      Recenzja: Uczeń architekta, Elif Shafak, Wydawnictwo Znak, Kraków 2016. Przełożył: Jerzy Kozłowski. Tytuł oryginału: The Architect's Apprentice (2014). Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz. Opieka redakcyjna: Dorota Gruszka. Adiustacja: Urszula Horecka. Korekta: Barbara Gąsiorowska, Katarzyna Onderka. ISBN 978-83-240-4122-0.Stron: 476.

       

      O książce porozmawiam 30 czerwca (czwartek), godz. 21:00 - 22:00 w audycji Barbary Gawryluk „Koło Kultury”, gdzie wystąpię gościnnie w roli jurora obok Pauliny Małochleb i Michała Sowińskiego. Razem wybierzemy książkę miesiąca, a Uczeń architekta Elif Shafak jest jedną z trzech nominowanych do tego tytułu.

       

      Logo_Radio_Krakw2

       

      Na fanpage’u ogłoszę konkurs, w którym będzie do wygrania Uczeń architekta Elif Shafak.

       

      Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu?  Dołącz do 1451 osób i zamów bezpłatny newsletter lub polub fanpage Recenzentka.blox.pl. Post wydał Ci się wartościowy? Podziel się nim i go udostępnij! Masz własne zdanie? Wyraź je w komentarzu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 28 czerwca 2016 16:36
  • sobota, 25 czerwca 2016
    • Początek "Ucznia architekta", czyli tęsknota i bezlik pytań

      Pośród wszystkich ludzi stworzonych przez Boga i zwiedzionych przez szejtana jeno nieliczni odkryli "środek wszechświata" - gdzie nie masz dobra ani zła, przeszłości ani przyszłości, gdzie nie masz "ja" ani "ty", wojen ni powodów do ich wszczynania, jest jedynie bezkresne morze spokoju. Tak piękne było to, co tam odnaleźli, że odjęło im mowę.

       

           Aniołowie, ulitowawszy się nad nimi, wskazali im dwa wyjścia. Jeśli chcieli odzyskać głos, musieli zapomnieć o wszystkim, co zoczyli, aczkolwiek w ich sercach pozostać miało wrażenie nieobecności. Jeśli natomiast pragnęli zapamiętać owo piękno, w ich umysłach powstać miało takie pomieszanie, aby prawdy nie mogli odróżnić od mirażu. Tak więc owa garstka, która natknęła się na to miejsce tajemne, na żadnej mapie nie zaznaczone, wróciła stamtąd albo z poczuciem tęsknoty za czymś, aliści nie wiedziała za czym, albo z głową przepełnioną bezlikiem pytań. Tych, co pragnęli poczucia pełni, mieli zwać "spragnionymi miłości", tych zasię, co za wiedzą gonili - "spragnionymi nauki".

       

      Uczen_architekta_elif_shafak

       

      Pierwsze zdanie: Uczeń architekta, Elif Shafak, Wydawnictwo Znak, Kraków 2016. Przełożył: Jerzy Kozłowski. Tytuł oryginału: The Architect's Apprentice (2014). Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz. Opieka redakcyjna: Dorota Gruszka. Adiustacja: Urszula Horecka. Korekta: Barbara Gąsiorowska, Katarzyna Onderka. ISBN 978-83-240-4122-0.Stron: 476.

       

      Na fanpage’u Recenzentka.blox.pl ogłoszę niebawem konkurs, w którym będzie do wygrania egzemplarz tej książki.

       

      Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu?  Dołącz do 1450 osób i zamów bezpłatny newsletter lub polub fanpage Recenzentka.blox.pl. Post wydał Ci się wartościowy? Podziel się nim i go udostępnij! Masz własne zdanie? Wyraź je w komentarzu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      sobota, 25 czerwca 2016 14:03
  • niedziela, 19 czerwca 2016
    • Droga do domu - Yaa Gyasi, czyli przeciętna książka za nieprzeciętną cenę

      Droga do domuYaa Gyasi to sprytny przykład literatury – marketingowego majstersztyku. Wykorzystując ogólnoświatową wrzawę wokół problemu uchodźstwa, młodziutka, dwudziestosześcioletnia Ghanijka wychowana i mieszkająca w USA dostaje szansę debiutu. A rządni kasy wydawcy wyrywają sobie prawa do przekładu jej książki wyłącznie na podstawie zarysu fabuły. Przyglądając się na chłodno mechanizmom rynkowym, jakie wywindowały tę powieść do miana jednej z najbardziej oczekiwanych książek 2016 roku, można poczuć na plecach cyniczną dłoń wydawców, którzy, jak na rasowych handlarzy złudzeń przystało, wciąż potrafią sprzedawać nam przeciętne rzeczy za nieprzeciętną cenę. W tym przypadku za 42, 90 zł. 

       Droga_do_domu_Yaa_Guasi1


      Szykując tę książkę na bestseller dołożono wszelkich starań, żeby powieść Yaa Gyasi czytała się przyjemnie i w rękach krytyków i mniej wyrobionych czytelników. Drażliwe okoliczności zewnętrzne i wrogość części opinii publicznej pod adresem uchodźców, raczej kazałyby zamilknąć nad niedostatkami książki i chyba świadomie wydawcy wybrali ten rok na premierę „Drogi do domu”. Oto dostajemy historię, która wprost definiuje nam problemy świata, przypominając, że imperialne zakusy mocarstw tworzą mapy biedy, nieustających konfliktów, za które nie biorą później odpowiedzialności. Ci, którzy najgłośniej skandują pod adresem imigrantów go home mogą się srodze zawstydzić swoich słów po tej lekturze. Mamy tu bowiem do czynienia z klasyczną powieścią zaangażowaną społecznie. Yaa Gyasi pochyla się nad problemem skutków kolonializmu, którego konsekwencją są bieda i napięcia w postkolonialnych krajach Afryki i w krajach, do których osiemnastowieczni niewolnicy byli sprzedawani. Bezpośrednim efektem handlu żywym towarem jest późniejszy system przymusowej pracy czarnoskórych więźniów w USA, Wielka Migracja, podczas której tysiące Afroamerykanów szukało schronienia przed falą rasizmu na Północy kraju, gettyzacja amerykańskich miast, do których trafiali czarnoskórzy uciekinierzy, popularność heroiny w Harlemie lat 60. czy problem cracku w latach 80. I późniejsza walka z narkomanią wśród czarnoskórych Amerykanów.


      Drogę do domuYaa Gyasi najlepiej czytać równoległe z reportażem Katarzyny Surmiak-Domańskiej „Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość” (piszę o nim więcej tutaj) czy z cyklem afrykańskim niestety słabo u nas czytanej noblistki Doris Lessing (o autorce piszę więcej tutaj). Wrażenie będzie jeszcze pełniejsze, jeśli prześledzimy różnicę w narracji i przedstawianiu czarnoskórych bohaterów w historii literatury. Nie przez przypadek Marjorie, jedna z postaci „Drogi do domu” pisze pracę o afrykańskiej i afroamerykańskiej literaturze, bo jak podkreśla „czuje ją w sobie”. A coś, czego białemu, zwłaszcza europejskiemu czytelnikowi brakuje, to właśnie perspektywy, ducha czasu, który zasiedziałby się w korzeniach rodziny i dawał poczucie wspólnoty. Stąd przypuszczam, że powieść Yaa Gyasi po krótkim, acz spektakularnym podboju polskich mediów, umrze śmiercią naturalną. Jednocześnie może i być tak, że w duchu poprawności politycznej i tendencji rozgrzeszania się z przewinień kolonializmu, Yaa Gyasi zostanie wywindowana do pozycji światowej gwiazdy literatury.

       

      Yaa_Gyasi_facebook1

       

      Nieobecni długo afrykańscy autorzy, dopiero od niedawna zaczynają być przedmiotem zainteresowania rynku wydawniczego. Oddanie im głosu to gest zadośćuczynienia i zmieniania perspektywy. Wybrzmiewa to w wypowiedzi Yaw, jednego z bohaterów „Drogi do domu”, który podkreśla, że historię pisze ten, kto ma władzę „więc ucząc się historii, musicie zawsze zadawać sobie pytanie: czyją opowieść pomijam? Czyj głos został stłumiony po to, żeby inny głos stał się dominujący?” i dodaje, że dopiero po poznaniu odpowiedzi na te pytania trzeba poszukać również tej innej opowieści, żeby „dostrzec bardziej wyraźny, choć nadal niedoskonały obraz dziejów”. Pomaga w tym niewątpliwie książka Yaa Gyasi. Dotąd o Afryce opowiadali nam biali, choćby tak zaangażowani jak wspomniana Doris Lessing, zagorzała przeciwniczka apartheidu. Osoby świadome złożoności losów krajów Afryki i jej potomków poza kontynentem, niestety mogą się nieco wynudzić książką Gyasi, która ma raczej potencjał rozbudzenia czytelnika nastoletniego, który dojrzewa i szuka „dorosłych” lektur, ale niezbyt trudnych, żeby sobie zafundować łagodne przejście do literackiego świata dorosłych. I „Droga do domu” jest taką propozycją.


      Osią wydarzeń w „Drodze do domu” są losy przodków dwóch przyrodnich sióstr, które w osiemnastym wieku zostały rozdzielone. Dziewczynki nigdy się nie poznały, co będzie znamienne dla ich współczesnych potomków. Życie jednej gałęzi rodziny toczy się w Ghanie, drugiej padnie łupem handlarzy niewolników. Prześledzimy rodziny i ich potomków aż do współczesności, pokolenie po pokoleniu. Żeby zmieścić na 409 stronach ich historie Yaa Gyasi urywa je, powracając w kolejnej odsłonie z opowieścią o następnej osobie, dając jedynie mgliste informacje, co działo się z postacią, której dramatyczne dzieje nagle przerywa. To szczególny zabieg, który jedynie podkreśla beznadzieję ich monotonnego, tragicznego życia. Gyasi zamiast mnożyć kolejne wydarzenia, niejako mówi nam tą pociętą narracją, że całe ich życie było podobne: ciężka praca, okrucieństwo plantacji, znój, bicie, prześladowania. Pozostawia naszej wyobraźni dopowiedzenie sobie ciągu dalszego. Jednocześnie chce odwrócić uwagę od losu pojedynczego człowieka i skupić ją na problemie, jaki wiąże się ze skutkami kolonializmu, tak dotkliwie dotykającego, jak widać, pokolenie po pokoleniu, aż do bliskiej nam współczesności. W ten jednocześnie prosty sposób narracja zyskuje tempo i z pewnością trafi w gusta czytelnika, którego uwaga jest rozproszona i prosi się o nieustanną porcję nowości. Dodatkowo Gyasi przeplata losy dwóch gałęzi rodu, co zdwaja wrażenie urozmaicenia i z pewnością spodoba się masowemu czytelnikowi, którego trzeba nieustannie stymulować do dalszego czytania.


      Książka zyska sobie przychylność krytyki językiem, który wprawdzie ani trochę nie ociera się o oryginalność, raczej jest idealną definicją języka powieści środka, ale jest nadzwyczaj poprawny, jak na debiut. Nie można Yaa Gyasi zarzucić braku talentu narracyjnego, choć sposób w jaki komponuje książkę, układając ją w spójną historię z 14 przeplatających się krótkich portretów, pokazuje jeszcze nieśmiałość warsztatową. Nie wiadomo tylko, czy to talent autorki czy utalentowany redaktor wyszlifował nierówności, a niestety zostało kilka grudek, po których trzeba się przecisnąć ze zgrzytającymi zębami. Podejrzewam więc jednak, że Yaa Gyasi ma tendencję do wycieczek w rejony, które miejscami sprowadzają jej powieść na manowce. Miłośnicy Paulo Coelho wspaniale się jednak w tym odnajdą: „Prawie wszyscy jesteśmy słabi. Spójrz na małego chłopca. Urodzony przez matkę, uczy się od niej, jak jeść, chodzić, mówić, polować, biegać. Nie wymyśla nowych sposobów działania. Trzyma się starych. Tak właśnie wszyscy przychodzimy na świat, James. Jesteśmy słabi i bezsilni, rozpaczliwie pragniemy się czegoś nauczyć i zostać nową osobą. – Uśmiechnęła się do wnuka. – Ale co mamy zrobić, jeśli nie podoba nam się ta osoba, którą zostaliśmy? Siedzieć bezczynnie? Ja myślę, James, że zawsze można znaleźć nową drogę”. Są też apetyczne wtręty atrakcyjne dla fanów E.L. James, zabawy pałkami, Brytyjczycy z zachłannością rzucający się na kształtne Ghanijki: „Jo oburącz trzymał pośladki Anny w namiętnym uścisku. Wiedział, że do końca życia będzie się cieszył darem, jakim było obejmowanie jej ciała”. Nie zabraknie też retoryki poradnikowej: „W twoim życiu nie powinno być miejsca na wyrzuty sumienia. Jeśli w chwili, w której coś robisz, jesteś pewna słuszności swojego postępowania, to dlaczego masz go później żałować?”. Nie brak też prób quasi-poetyckich, których oby było w literaturze jak najmniej: „Nad garnkiem zaczął zbierać się dym. Wznosił się coraz wyżej, a jego kłęby tańczyły wokół głowy Ethe, całując jej wargi”, „Śpiewając, zobaczyła nuty, które wyfruwały z jej ust jak motyle, uwalniając ją po części od brzemiennego smutku”.


      Yaa Gyasi w jednym z wywiadów powiedziała, że trzeba poznać historię kolonializmu i jej skutków, żeby zrozumieć wzbierającą w czarnoskórych Amerykanach nienawiść do Białych. Stąd jej powieść jest tak bardzo aktualna dziś wśród społeczeństw, które przyjmują do siebie obcych, jednocześnie skazując ich na wykluczenie i gettyzację. Nienawiść, jaka w nich teraz zakiełkuje będzie przenoszona potem z pokolenia na pokolenie. Mając świadomość tego, dzisiaj decydujemy nie tylko o losach kilkuset tysięcy uchodźców, ale też o dalszych losach świata. Ten prosty przekaz ma szanse uderzyć w czułe struny wrażliwych czytelników. Tym bardziej, że w komentarzach do tej książki najczęściej pojawiają się przymiotniki: poruszająca, smutna, wstrząsająca.


      Tytuł książki nawiązuje do ruchu czarnoskórych potomków niewolników, zwolenników powrotu do kraju przodków. Ale i ta, może z pozoru idealna wersja zakończenia historii kolonializmu jest jednak niemożliwa. Samotność i poczucie niedopasowania do miejsca jest tym, co najbardziej wybrzmiewa w książce Yaa Gyasi. Czarnoskórzy bohaterowie jej powieści wciąż nie pasują do nowego miejsca i już nie pasują do kraju przodków. Droga do domu będzie już zawsze wizytą turysty zastanawiającego się nad dziejami świata.


      PS Książka była w pośpiechu wydawana, o czym świadczą literówki, i gdyby za każdą Wydawca musiał nam zwrócić pięć złotych, cena osiągnęłaby bardziej przyzwoity poziom: str. 270 „Ona nadał musiała być pogrążona we śnie”, str. 369 „Byłą jedyną znaną Marjorie osobą, która posiadała książkę jej ojca”.


      Recenzja: Droga do domu, Yaa Gyasi, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016. Przełożył: Michał Ronikier. Tytuł oryginału: Homegoing (2016). Wydanie I. ISBN 978-83-08-06159-6. Opieka redakcyjna: Jolanta Korkuć. Redakcja: Paweł Ciemniewski. Korekta: Ewa Kochanowicz, Małgorzata Wójcik, Barbara Żebrowska. Projekt okładki i stron tytułowych: Urszula Gireń.


      O książce porozmawiam 30 czerwca (czwartek), godz. 21:00 - 22:00 w audycji Barbary Gawryluk „Koło Kultury”, gdzie wystąpię gościnnie w roli jurora obok Pauliny Małochleb i Michała Sowińskiego. Razem wybierzemy książkę miesiąca, a „Droga do domuYaa Gyasi jest jedną z trzech nominowanych do tego tytułu.

       

      Logo_Radio_Krakw1


      Na fanpage’u Recenzentka.blox.pl ogłoszę konkurs, w którym będzie do wygrania egzemplarz tej książki.

       

      Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu?  Dołącz do 1446 osób i zamów bezpłatny newsletter lub polub fanpage Recenzentka.blox.pl. Post wydał Ci się wartościowy? Podziel się nim i go udostępnij! Masz własne zdanie? Wyraź je w komentarzu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 czerwca 2016 17:32

Kalendarz

Sierpień 2016

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014