Recenzentka

Wpisy

  • czwartek, 06 września 2018
    • Żona - najlepszy film o patencie na literackiego Nobla

      Kto by pomyślał, że tyle przypadków złoży się na to, że „Żona” Björna Runge ( ur. 1961) pojawi się na ekranach kin w idealnym momencie. Ten tak bardzo aktualny obraz ma w sobie pewną tajemnicę. A droga do jej zrozumienia prowadzi do maleńkiego Lysekil w południowo-zachodniej Szwecji, gdzie urodził się reżyser, którego film okrzyknięto jednym z najlepszych w karierze Glenn Close. Tym, dzięki któremu najczęściej nominowana do Oscara aktorka w końcu być może otrzyma, od dawna należącą się jej, statuetkę.

       

       

      Gdy szesnastoletni Björn Runge ustawiał się w Malmö w kolejce do zapisów na kurs teatralny razem z grupą bezrobotnych chłopaków, nic jeszcze nie wskazywało, że tak rozpocznie swoją późniejszą hollywoodzką karierę. Szwedzki „Fokus” napisze, że dzieciństwo w nieustannych przeprowadzkach, zahartowało go i nauczyło wyczuwać nastroje otoczenia. Stanie się to potem jego atutem w pracy reżyserskiej. Na razie ma apetyt na filmowy świat, w który wkroczy już w wieku 20 lat. Z impetem, bo szybko dostanie się do Studia 24 pod skrzydła jednego z największych egocentryków współczesnego szwedzkiego kina. Jeśli wierzyć Lenie Andersson, która w swojej powieści „Bez opamiętania” tak opisze artystę, który w opinii wielu jest doskonałym portretem właśnie reżysera Roya Anderssona.

       

      Nakręcił 17 filmów krótkometrażowych przed swoim pełnometrażowym debiutem w 1996 filmem „Harry och Sonja”. To wtedy pozna Stellana Skarskårda, który zagrał tam tytułową rolę, a kilka dekad później będzie go ostrzegał przed Glenn Close, twierdząc, żeby uważał, bo takich jak on aktorka zjada na śniadanie. Niedługo po fabularnym debiucie, w 2003, Björn Runge wygrywa najważniejszą w szwedzkim świecie filmowym nagrodę: Guldbaggen. „Om jag vänder mig om” zostanie również doceniony na festiwalu w Berlinie. Zanim Runge przeczyta scenariusz „Żony” minie trochę czasu i kilka życiowych burz, co będzie dla niego niezłą lekcją. W 2009 w trakcie prac nad dużym filmem nagle wszystko rzuca. Ma dość głównego producenta, który za bardzo w jego odczuciu wtrąca się do pracy reżysera. Rok później razem z żoną Leną Runge decydują się na rozstanie. Sprzedają dom, dzielą majątek. To trudny krok, bo żona stoi przecież za sukcesem jego filmów, to ona je montuje. W tym miejscu prywatne życie reżysera w dziwnie frapujący sposób zakręca w stronę filmowego. To najlepszy moment na napisanie nieco o fabule „Żony”.

       

      Głównych bohaterów poznajemy w momencie, kiedy Joe odbiera telefon od sekretarza Akademii Szwedzkiej, który przekazuje mu decyzję komitetu noblowskiego. Castleman zostanie tegorocznym laureatem literackiej Nagrody Nobla. Wraz z żoną skaczą z radości na łóżku. Można by sądzić, że to świetnie dobrane małżeństwo, którego nawet na starość nie opuściło poczucie humoru i dziecięca spontaniczność. Ale coś delikatnie burzy ten idealny obraz. Widzimy to w twarzy kobiety, która mimo posągowej urody i mistrzowskiego opanowania przechodzi coś nieoczekiwanego, co śledzimy coraz bardziej intensywnie na ekranie. Dziwnym trafem fikcja filmowa zazębia się nie tylko z bieżącymi wydarzeniami, które z hukiem rozkładają na łopatki Akademię Szwedzką, ale też – uwaga – pasują do życiorysu reżysera filmu. Przypadek?

       

      W 2014 Björn Runge dostaje scenariusz Jane Anderson (ur. 1954), który jest adaptacją książki Meg Wolitzer (ur. 1959). Książka ukazuje się w 2003 w USA. W historii „Żony” niemal każdy detal jest istotny i układa się w coraz bardziej fascynującą układankę. Bohaterką filmu jest młoda dziewczyna, która pod koniec lat 50 uczestniczy w kursie creative writing, podobnie jak pisarka, która chodziła na taki kurs w Smith College. Filmowa Joan poznaje ekscentrycznego, młodego profesora, w którym w końcu się zakochuje. Dziewczyna wyraźnie ma talent pisarski, co fascynuje profesora, oboje łączy niejednoznaczna relacja. Początkowo nie wiemy, czy finałem będzie prosta miłosna historia jakich wiele. Złożoność scenariusza za chwilę pokaże ile jeszcze zaskoczeń i interpretacyjnych pułapek zastawia na nas jego autorka, znana u nas lepiej z drugiego sezonu „Mad Men”. „Żona” jak na rasowe psychologiczne studium przypadku przystało będzie nas zaskakiwać niejednym zwrotem. Pod tym względem film Runge bardzo mi przypomina „Znikasz” Duńczyka Petera Schønau Foga.

       

      Długo jednak przyjdzie czekać na premierę filmu. Jakoś nikt nie jest zainteresowany wyłożeniem pieniędzy na scenariusz kobiety, która adaptuje na potrzeby filmu powieść pisarki, do tego opisuje historię małżeństwa z perspektywy żony i na dodatek pokazuje jak mężczyźni osiągają sukces kosztem swoich partnerek. Nawet gdy film już jest gotowy jego producenci zwlekają z pierwszymi pokazami. Oficjalnie mówi się, że chcą wstrzelić się premierą w taki moment, żeby Glenn Close miała jak największe szanse na Oscara. Pokaz przedpremierowy ma miejsce we wrześniu 2017 podczas Toronto International Film Festival. Miesiąc później media społecznościowe opanowuje ruch #metoo. Wszyscy dyskutują o seksaferach w branży filmowej. Mówi się, że czasami trzeba być w odpowiednim czasie w odpowiednim miejscu. Timing „Żony” jest doskonały. #Metoo dociera do Szwecji i wybucha z impetem rozkładając od środka Akademię Szwedzką, która chwilę potem ogłasza, że w tym roku nie będzie przyznawać literackiej Nagrody Nobla. Świat jest w szoku. Skandalu seksualnego w samym środku zacnego komitetu noblowskiego w słynącej z równouprawnienia Szwecji nikt się nie spodziewał. Czy można sobie wyobrazić lepszą reklamę dla filmu, którego akcja rozgrywa się częściowo w Sztokholmie wokół uroczystości noblowskich?

       

      Przypadek i zbiegi okoliczności są spoiwem, które kto wie, czy nie zadecydują o sukcesie „Żony”. W 2011 Björn i Lena Runge połączył „Happy End”. Björn znowu reżyseruje, a Lena znowu montuje jego filmy. Coś iskrzy, wraca stary ogień, a może pojawia się nowy? A może chodzi o to, że Björn nie jest w stanie skleić do kupy swojego filmu tak, żeby dało się go oglądać? Dawna para w każdym razie znowu jest razem. On w międzyczasie zadebiutuje sztuką teatralną dla Stockholms stadsteater, ona od kilku lat z powodzeniem prowadzi E.motion - własną firmę, gdzie zajmuje się z rosnącym powodzeniem terapią i rozwojem osobistym. I gdyby wgryźć się w wymowę „Żony”, wydaje się, że jest w niej więcej drobiazgowej pracy psychologicznej i wyrafinowanych cięć. Znowu przypomina się scena, w której filmowa Joan proponuje profesorowi, że poprawi i podrasuje jego powieść. Pytanie, kto jest jej autorem. Czy pomysłodawca fabuły czy jej znakomita redaktorka? I kto robi „Żonę”, jej „dyrygent” spoglądający na wszystko zza reżyserskiego krzesełka czy wirtuozerka cięć, która z chaosu zdjęć wydobywa esencję, podkręcając ją tam gdzie trzeba. Wśród pojawiających się tu i tam plotek przewijają się i takie, że bohaterów filmowych i małżeństwo Runge łączy zadziwiająco podobny związek miłosno-zawodowy.

       

      No dobrze, pora na jakieś podsumowanie. Dla kogo jest ten film i czy wart jest obejrzenia? To typowe „hollywoodzkie” kino z zacięciem na coś ambitniejszego. Ale miłośnicy eksperymentów na miarę Buñuela muszą szukać rozrywki gdzieś indziej. Pytania, które w dobrym europejskim filmie musielibyśmy sobie zadać sami, tutaj stawia Christian Slater grający Nathaniela, który szykuje mocną biografię Castlemana a teraz tylko szuka potwierdzenia dla swoich przypuszczeń, które w zupełnie innym świetle mogą postawić cały dorobek słynnego pisarza. Wydarzenia rozgrywają się w dwóch planach czasowych: współcześnie i w retrospektywach ukazujących nam kluczowe dla dwójki bohaterów momenty. Jeśli mówić o jakimś eksperymencie czy wyłomie, to będzie nim wydźwięk emancypacyjny, rzecz dotąd nie eksponowana w kinie z apetytem na Oscara. To pod wieloma względami babski film, jeśli przyjrzeć się ekipie filmowej, z porządną, naprawdę oscarową rolą Glenn Close, która przemyciła tutaj własną córkę Annie Starke, grającą jej postać w młodości. Wielka Close, mimo obaw jej kolegi z branży, nie pożarła reżysera podczas śniadania w Greenwich Village w Nowym Jorku, kiedy to „namaściła” Szweda na reżysera filmu, wyrażając w ten sposób i swoje poparcie, ale też swoją pozycję w świecie filmowym. Kompromisów jest w tym filmie kilka: z jednej strony pewna linearność wydarzeń, którą w niewielkim stopniu rozładowują pojedyncze wspomnienia z przeszłości, raczej prosty język narracji i takie operowanie światłem, scenografią i kostiumami, żeby najbardziej skupić uwagę na rozgrywającym się dramacie psychologicznym. Troszkę przyoszczędzono, bo mimo, że jesteśmy świadkami uroczystości noblowskich to zdjęcia kręcono głównie w Glasgow. Co nie znaczy, że Sztokholmu czy języka szwedzkiego nie ma w filmie. Reżyser tłumaczył taką decyzję tym, że bohaterów poznajemy na początku lat 90 ubiegłego wieku, a współczesny Sztokholm wygląda już zupełnie inaczej.

       

      Z pewnością nie każdemu spodoba się temat i wymowa filmu, który mocno eksponuje problem dyskryminacji w środowisku pisarskim, nierówne szanse na debiut i kariery literackie. Pokazuje w złym świetle kuchnię rynku wydawniczego (zwróćcie uwagę na scenę, w której redaktor szuka przyszłej gwiazdy dla swojego wydawnictwa), skupiając się też na dramacie osobistym i kompromisach, które podejmują kobiety wchodząc w relacje z mężczyznami. Moim zdaniem to jednak krok ku naprawdę dobrej tendencji do robienia feministycznego kina, które nie trywializuje pewnych problemów jak choćby „Do diabła z miłością”, ale też nie stawia na ostrzu noża i nie antagonizuje. To, co udało się całej ekipie „Żony” jest po części konsekwencją tego, że film jest robiony głównie przez ludzi ze Szwecji, w dużej mierze przez kobiety, które stworzyły przekonujący, trzymający w napięciu, bardzo dobry film o środowisku literackim, które w latach 90 była bardzo męskim światem, gdzie miejsce kobiety było w tle, z tyłu, w cieniu. Na ile się to zmieniło najlepiej oddaje ostatnia scena w samolocie, gdy Joan odpowiada na propozycję Nathaniela i zwraca się do syna mówiąc, że jak wrócą do domu, to mu opowie całą prawdę.

       

      PS Przedpremierowy pokaz „Żony” obejrzałam w krakowskim kinie ARS. Polecam Wam bardzo zarówno to kino, jak i sam film.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Żona - najlepszy film o patencie na literackiego Nobla”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 września 2018 13:59
  • niedziela, 19 sierpnia 2018
    • Nocny człowiek - Jørn Lier Horst

      Jørn Lier Horst „Nocnym człowiekiem” spycha z piedestału Henninga Mankella (Grząskie piaski) - pierwszego znanego szerszemu odbiorcy kontynuatora skandynawskiej szkoły kryminału. To, na czym wyraźnie zależało Szwedowi nabiera wyrafinowanego poziomu dopiero u Norwega. To książka i autor, który najlepiej wpisuje się w moje oczekiwania co do powieści kryminalnej. Właściwie omawianie mogłabym zakończyć proroczymi słowami: bierzcie i czerpcie z niego wszyscy, oto rasowy nordycki kryminał. A do tego wczytanie się w tę powieść pozwala na rozwikłanie zagadki, której nie udało się rozszyfrować ani Åsnie Seierstad w jej dwóch ostatnich reportażach, ani Erikowi Poppe w jego filmie.

       

      Nocny_czowiek_Jrn_Lier_Horst_Recenzentka_Anna_Dutka

       

      Akcja „Nocnego człowieka” rozgrywa się w norweskim Larvik oraz z epizodycznym interwałem w Afganistanie. Pewnego dnia na jednej z głównych ulic miasteczka - zostaje znaleziona wbita na pal głowa nastolatki pochodzenia azjatyckiego. Sposób pozostawienia ofiary sugeruje, że chodzi być może o morderstwo na tle rasowym lub o zabójstwo honorowe. Dochodzenie obserwujemy dwutorowo: przyglądając się pracy komisarza Williama Wistinga, dowodzącego tamtejszym Wydziałem Śledczym oraz Line – jego córki, pracującej dla jednego z największych dzienników norweskich.

       

      Od razu czuć subtelność, z jaką Jørn Lier Horst obudowuje wątek kryminalny głębszym sensem. Pod tym właśnie względem bije na głowę Henninga. Zbrodnia służy tu do pokazania pewnych zmian, jakie zachodzą w społeczeństwie norweskim. Jeśli więc ktoś naprawdę szuka lekkiej lektury, dobrze jednocześnie wprowadzającej w realia norweskie, to książka Horsta będzie temu służyła. Nie tylko dlatego, że Norweg przekłada na fabułę pewne współczesne problemy, z którymi boryka się społeczeństwo norweskie. Ale okrasza to dodatkowo mieszanką własnych opinii i komentarzy, co w całości daje dobrze skonstruowane, przekrojowe spojrzenie na kraj, który co pokazuje w „Nocnym człowieku” nie poradził sobie z wielokulturowością, islamizacją, rasizmem, nacjonalizmem i boryka się z nowym rodzajem przestępczości, która od sił porządkowych wymaga zupełnie innych technik operacyjnych. Tak było zresztą już od jego debiutanckiej powieści. Ruszając na ścieżki kryminału chciał Horst dać wyraz swojej determinacji z jaką wziął się za rozwiązanie sprawy, w jaką został zaangażowany rozpoczynając pracę w policji. Nierozwiązana zagadka związana z zabójstwem pewnego starszego mężczyzny skłoniła go do napisania dziesięć lat później książki, która mogłaby pomóc w znalezieniu sprawcy. Do napisania „Jaskiniowca” (2013) zainspirował go tabuizowany w Norwegii problem samotności. Za twórczością Horsta od początku stało coś dobrego i porządnego; z pewnością nie chęć zysku i zbijania kapitału na popularnym gatunku doprowadziła go na sam szczyt rankingów książkowych i pozwoliła pokonać w tych rankingach w jego własnym kraju Jo Nesbø – goniącego byłego śledczego od pewnego czasu, w nieustannej zadyszce.

       

      U Horsta nie ma epatowania przemocą dla fetyszyzowania się nią. Nie ma tutaj pisania dla udziwnień i szukania coraz wymyślniejszych sposobów na opis zbrodni. Norweg unika drobiazgowej eksploracji drastycznych scen, bo jak podkreślił w wywiadzie dla „Newsweeka” „przemoc opisuje tam, gdzie wydaje mu się ona niezbędna”. Widać też wyraźnie czego szuka w tym gatunku, gdy Horst wskazuje swoich gatunkowych mistrzów. Tu odwołuje się do Hitchcocka i słynnej sceny pod prysznicem a to plasuje go na półce z kryminałem psychologizującym. Widać, że bardziej chodzi mu o oddanie psychologicznej strony zbrodni i napięć jakie one wywołują u: ofiary, w przestępcy i otoczeniu, różnie radzącym sobie z poczuciem zagrożenia. W jego powieści jest mniej akcji, niewiele fabularnych zwrotów. Dla poszukujących napięcia może go więc zabraknąć, chociaż ciekawość potrafi Horst rozkręcić już od pierwszych stron i bardzo sprawnie trzymać do końca powieści. Inspirują go stare sprawy, ale też życie, jak historia wyjątkowo miłego Anglika, jego byłego sąsiada z Hiszpanii, który okazał się seryjnym mordercą. A to wszystko potęguje wrażenie, że mamy do czynienia nie z wydumaną fabułą a grozą codzienności.

       

      Wczytując się w „Nocnego człowieka” nie tylko dostaniemy opis istotnych według Horsta problemów w pigułce, ale też sporą dawkę prewencyjnej literatury. Były policjant ma bardzo trzeźwe podejście do obrazu własnego kraju, chociaż jak widać pisze też bardzo osobiście i łatwo odczytać komu i w jakiej sprawie grozi palcem lub dopinguje w swojej książce. O ile pokazuje życzliwy stosunek do norweskich mediów, które ceni sobie za przestrzeganie wysokich standardów etycznych i dobrych obyczajów, o tyle upomina je za brak etyki podczas zbierania informacji. Zarzuca dziennikarzom nakręcanie nieuzasadnionej spirali strachu i nadmierne epatowanie przestępstwami w kraju, który na tle innych państw europejskich jest wyjątkowo spokojnym w jego opinii miejscem do życia. W „Nocnym człowieku” czytamy: „W trudnych momentach media przedstawiały Norwegię jako miejsce o wiele niebezpieczniejsze, niż było naprawdę. Gwałtowne zainteresowanie przestępczością siłą rzeczy wpływało niekorzystnie na zachowanie obywateli. Ludzie stali się lękliwi, rzadziej wychodzili z domu i podejmowali nadzwyczajne środki ostrożności w obawie przed przemocą, której najprawdopodobniej nigdy nie doświadczą. Nie zachowując odpowiednich proporcji przy nagłaśnianiu przestępstw, media przyczyniły się do tego, że poczucie bezpieczeństwa Norwegów wyraźnie malało. Każdego roku w Norwegii popełniano około czterdziestu zabójstw. W kontekście międzynarodowym wskaźnik był tak niski, że sam w sobie świadczył o tym, że w Norwegii żyło się bezpiecznie. W większości spraw o zabójstwo ofiarę i sprawcę łączyła bliska więź. Były to morderstwa popełniane z zazdrości lub pod wpływem alkoholu, najczęściej na krewnych i przyjaciołach. Rzadko można było dopatrzyć się w nich elementów wskazujących na udział osób trzecich. Nie tworzyły jasnego wzorca, nie odsłaniały ważnych trendów i zwykle niewiele mówiły o polityce i rozwoju społecznym. Nie było w nich nic, co nadawałoby im taką rangę, żeby cała Norwegia musiała być na bieżąco informowana o wszystkich szczegółach”.

       

      Pamiętacie, jak ostatnio omawiając książki Åsne Seierstad (Jeden z nas, Dwie siostry) mówiłam, że Norweżce nie udało się rozwiązać zagadki rasizmu w Norwegii, coś co dużo lepiej udało się Szwedom z imigranckimi korzeniami: Tamasowi Gellertowi, który napisał reportaż o Szwedzie, którego potem naśladował Breivik, Göranowi Rosenbergowi opisującemu m.in. szwedzki antysemityzm w „Krótkim przystanku w drodze z Auschwitz” czy Elisabeth Åsbrink oddającej historię szwedzkiego nazisty Ingvara Kamprada, późniejszego założyciela IKEA. Chcecie zrozumieć norweski rasizm i problemy społeczeństwa wielokulturowego, sięgnijcie po „Nocnego człowieka”. U Horsta ten zły, to ten obcy. Tak jak w przekonaniu wielu antyimigrancko nastawionych Norwegów. Mamy tutaj Tommy’ego Duńczyka, który jest Norwegiem tylko w połowie. I chłopak i jego ojciec mają grubo za uszami. Horst opisuje go z wyraźną niechęcią, to człowiek „zimny i obojętny”. Mamy tutaj Azjatkę - ofiarę mafii narkotykowej. Mamy szlak przestępczy, który prowadzi prosto do Afganistanu. Gdy Norweg opisuje Wistinga, mam wrażenie, że pokazuje go tak, jak przeciętni Norwedzy widzą siebie i swój kraj: „zawsze miał szacunek dla człowieka. Dzięki temu był w stanie odrzucić własne uprzedzenia i wczuć się w położenie drugiej osoby, wejść w jej buty i to bez względu na to, czy chodziło o kłamcę czy mordercę”. W wymienionych przeze mnie książkach Seierstad, ale też w filmie Erika Poppe widać, że obcym nie żyje się najlepiej w Norwegii, że kwestia odrębności rodzi tam konflikty i uprzedzenia, że będąc obcym żyje się niejako w nieustającej konfrontacji i walce. A taki stan wywołuje poczucie niższości i może skończyć się albo przerostem ambicji jak u bohaterów „Jednego z nas”, albo ekstremizmem jak w przypadku „Dwóch sióstr”, które radykalizują się i finalnie uciekają do Państwa Islamskiego.

       

      Ani Seierstad nie miała odwagi napisania tego wprost, ani nie robi tego Horst, ale w przeciwieństwie do swojej koleżanki Norweg daje nam podłoże do zrozumienia rasizmu w jego kraju. I znowu „prosty” kryminał bije na głowę aż dwie książki non-fiction, które nie udźwignęły tego tematu.

       

      Horst ma też dużo lepszy wgląd w to co się dzieje w jego ojczyźnie. Lepiej od słynnej reportażystki oddaje tło społeczno-obyczajowe, pozwalając nam wczuć się w nastroje w kraju, w panujące powszechnie opinie. Jak życie pokazało – niekiedy błędne. Pisząc w 2009 w „Nocnym człowieku”, że „Policja do pewnego stopnia kontrolowała radykalne środowiska prawicowe i nie widziała w nich żadnego realnego zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego” Horst nie mógł przewidzieć, że dwa lata później atak Breivika zbierze żniwa w Oslo i na wyspie Utøya. Wtedy uważano, że dużo większe zagrożenie wzbudza radykalna lewica, a to jednak młodzieżówka lewicowej Partii Pracy stała się ofiarą ataku terrorysty. To właśnie przekonanie Norwegów, że wszystko mają pod kontrolą, stało się zalążkiem największej tragedii współczesnej Norwegii, która do dzisiaj nie rozumie, co właściwie wydarzyło się 22 lipca 2011 roku. Horst nie mógł też przewidzieć, że Seierstad krótko po wydarzeniach na wyspie Utøya napisze reportaż, w którym w dużej mierze winę za zaistniałą sytuację przerzuca na policję, jej niewydolność, braki organizacyjne. Norweg w „Nocnym człowieku” polemizuje z takim sposobem szukania winnego pisząc, analogicznie do sytuacji, gdy wybucha pożar, że „jeszcze tego samego wieczoru media szukają winnych i za to, że wybuchł pożar, że akcja gaśnicza została przeprowadzona nie dość sprawnie, że syreny alarmowe obrony cywilnej nie zadziałały, że pogorzelnicy nie otrzymali wystarczającej pomocy”.

       

      Widać też, że Jørn Lier Horst dużo odważniej rysuje postaci tzw. etniczych Norwegów, coś co powinno być domeną dobrego reportażu. Chyba jako jedyna osoba, która literacko podejmowała się tematu rasizmu, nie bał się pokazać Norwegów w złym świetle. Co więcej mówi też, chociaż implicite, że jego współrodacy są słabo wykształceni, że nadmiar pieniędzy pozbawił ich wielu cech, które wcześniej sprawiały, że Norwegowie byli społeczeństwem konsensusu, dobrosąsiedztwa, empatii. Te cechy zbudowały ich siłę, a ich brak współcześnie, według Horsta, powoduje rozpad więzi międzyludzkich, zagubienie, samotność. Jest początkiem końca kiedyś wspaniałego społeczeństwa. Jaskrawym przykładem takiej postaci jest Cato Dalen, który powie w jednym miejscu: „Od 1926 do 1939 Polska była faszystowską dyktaturą wojskową, w której Żydzi byli prześladowani. Wielu z nich uciekło. Między innymi stroniący od pracy, zagubiony i zgorzkniały żydowski chłopak, który nazywał się Herszel Grynszpan. Zaopiekowali się nim krewni mieszkający w Paryżu. Grynszpan stał się aktywnym członkiem żydowskiej organizacji bojowej, która w 1933 roku wypowiedziała wojnę Niemcom. 7 listopada 1938 wszedł do niemieckiej ambasady i zabił dyplomatę Ernsta vom Ratha, strzelając do niego pięć razy. W kolejnych dniach przebrani żydowscy prowokatorzy wszczęli zamieszki w wielu miejscach w Niemczech i Austrii. Dokonywali grabieży na swoich rodakach, w krótkim czasie doprowadzając do tego, że sytuacja wymknęła się spod kontroli władz. Noc kryształowa była żydowską operacją, która miała na celu oczernić Rzeszę Niemiecką na arenie międzynarodowej. Organizatorzy akcji odnieśli pełny sukces dzięki kontroli, jaką sprawowali nad mediami. To, że Żydzi mają w kieszeni media, sprawia, że również dzisiaj żydowskie kłamstwa są utrzymywane przy życiu”.

       

      Horst w przemyślany sposób, nie robiąc tego wprost, pokazuje nam, że to jak oceniamy sytuację jest po części kwestią naszej wiedzy, uprzedzeń, braku umiejętności analizy i samodzielnego wyciągania wniosków. Pisarz polemizuje w „Nocnym człowieku” z wieloma powszechnie panującymi w Norwegi opiniami. Jako były policjant, stawia znak równości pomiędzy zabójstwem honorowym, tak często piętnowanym w mediach a zabójstwem dokonanym przez przeciętnego Norwega, który tak naprawdę zabija z takich samym pobudek: „Kiedy Norweg zabija swoją żonę i dzieci” – pisze Horst – „a potem popełnia samobójstwo, o ile starczy mu odwagi, równie często chodzi o brak szacunku dla samego siebie, urażoną dumę, zazdrość lub poczucie wstydu. O to, by mieć ostatnie słowo, czyli inaczej o honor. W ciągu ostatnich dziesięciu lat ponad pięćdziesiąt Norweżek zostało zamordowanych przez swojego norweskiego męża, aktualnego lub byłego. Chociaż w naszym kraju nie obowiązuje kultura ani tradycja oparta na patriarchacie, zasada jest ta sama”.

       

      Wreszcie Horst ma odwagę, której zabrakło Seierstad zwłaszcza w „Dwóch siostrach”, żeby pokazać twarz radykalnego islamu. Pokazuje co tak naprawdę jest zagrożeniem i mówi niemal wprost, że to, co nam zagraża to nie religijność a fundamentalizm. Córka Wistinga, prowadząc dochodzenie dziennikarstwie w sprawie zamordowanej Azjatki, będzie miała okazję usłyszeć publiczną wypowiedź imama, który twierdzi, że „kobiety powinny być poddane autorytetowi mężczyzny. Niezamężna dziewczyna musiała być bezwzględnie posłuszna ojcu i swoim braciom, a mężatka – swojemu mężowi. Bóg uważał kobietę za element destrukcyjny w ustalonym porządku społecznym, ponieważ odciągała uwagę mężczyzny od Boga i Jego napomnień. Z tego powodu należało ją odseparować od mężczyzn i zabronić uczestniczenia w aktywnościach poza domem. Dzięki temu ograniczono ryzyko, że kobiety będą przeszkadzać mężczyznom w ich najważniejszym zadaniu: oddaniu się Bogu”.

       

      Widać też trzeźwe stanowisko byłego szefa wydziału śledczego do sposobu penalizacji niektórych przestępstw. W „Nocnym człowieku” Horst jednoznacznie opowiada się za zmienieniem polityki antynarkotykowej. Jako modelowe i sprawdzające się sposoby walki z mafią narkotykową, nielegalną sprzedażą narkotyków wskazuje model szwajcarski. Pisze, że skoro tygodniowe zapotrzebowanie na narkotyki w Norwegii wynosi ok. 100 mln koron, skoro szacuje się, że ok. 15 000 osób jest uzależnionych w takim stopniu np. od heroiny, że muszą ją regularnie przyjmować, żeby uniknąć zespołu abstynencyjnego, to musi się znaleźć ktoś, kto dostrzeże w tym intratny i szybki biznes. Biznes, którego ofiarą nie będą tylko osoby uzależnione od narkotyków.

       

      Zabawne jest to, że Horst w swoich zapędach proedukacyjnych trochę się zagalopował. Chcąc pokazać pracę śledczego i dochodzeniówki robi to tak skrupulatnie, że od dawna jego książki biją rekordy popularności w więziennych bibliotekach. Osadzeni uczą się na nich kuchni policyjnej pracy i sposobów na ukrywanie zbrodni. Jako, że Horst napisał też książkę non-fiction dla dzieci o technikach kryminalnych, można się spodziewać wzrostu bardziej wyrafinowanych zbrodni w Norwegii, która ma według Horsta jak widać trochę problemów do ogarnięcia.

       

      Coś czym Horst dodatkowo zbudził moją sympatię jest odejście od ugruntowanego w kryminale skandynawskim bohatera – policjanta, który niepowodzenia w życiu osobistym regularnie zapija. Wisting w „Nocnym człowieku” wreszcie jest normalnym policjantem, który dobrze dzieli profesjonalizm z oddaniem pracy. Jest rzetelny w sposób, który sprawia, że budzi respekt nie tracąc sympatii. I chociaż to właśnie bohater „Mordercy bez twarzy” Mankella stał się dla Horsta wzorem śledczego, jakim sam chciał być, to z pewnością chodziło mu o pewien etos pracy policyjnej, nie o jego osobiste przymioty. Ceni w Wallanderze szczególnie jego zaangażowanie i dociekliwość w rozwiązywaniu spraw.

       

      Ta powieść jest tak sprawnie napisana, że aż dziw bierze, że Horst został pisarzem przez przypadek. Jego prywatna historia pokazała, że czasem zamiast boksować się z życiem warto dać się ponieść fali przypadków. Ten też sprawił, że został policjantem. W wywiadzie dla „Polska Times” opowiedział, że pracując jako recepcjonista pewnego wieczoru odstawiając kubek z kawą pobrudził gazetę. Ślad po kubku podkreślił ogłoszenie o naborze do szkoły policyjnej. Szukano wówczas ludzi, którzy potrafią myśleć nieszablonowo. Dzisiaj były szef wydziału śledczego to jeden z najlepiej sprzedających się autorów norweskich kryminałów. Stał się tak popularny, że gmina, w której rozgrywa się akcja jego powieści stworzyła mapę wszystkich opisanych w nich zbrodni, niedługo tym szlakiem będzie można zwiedzać słynne dzięki Horstowi Larvik. Co roku dostaje kartki bożonarodzeniowe od Ministra Sprawiedliwości. Jest też cenionym dramatopisarzem, regularnie piszącym dla Teater Ibsen. W lutym 2018 stworzył własne wydawnictwo Capitana Forlag we współpracy z inwestorem Petterem Stordalen. Tak zakończył około piętnastoletnią współpracę z Gyldendal, wydawcą, który wydawał go od początku jego kariery pisarskiej, który był też - dodajmy - wydawcą wszystkich dzieł Ibsena. Niektórzy przypuszczają, że może to oznaczać większą komercjalizację powieści Horsta i dużo większy nacisk na działania marketingowe. Czy to przysłuży się pisarzowi dowiemy się jak wyda pierwszą powieść pod skrzydłami nowego wydawnictwa.

       

      Recenzja: Nocny człowiek - Jørn Lier Horst, Wydawnictwo Smak Słowa, Sopot 2018. Tytuł oryginału: Nattmannen (2009). Przekład z języka norweskiego: Milena Skoczko. ISBN 978-83-65731-53-1. Stron: 374. Edytor: Anna Świtajska. Redakcja i korekta: Anna Mackiewicz. Projekt graficzny i skład książki: Agnieszka Karmolińska. Projekt okładki: Agnieszka Karmolińska.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Smak Słowa

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Nocny człowiek - Jørn Lier Horst”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 19 sierpnia 2018 12:57
  • wtorek, 10 lipca 2018
    • Utøya, 22 lipca - Erik Poppe

      Wydarzenia z 2011 naprawdę postawiły Norwegię w stan zdumienia. Niepojętym wydawało się, żeby tak nieznaczący kraj mógł doświadczyć aktu terroryzmu a jeszcze mniej prawdopodobne, że mordercą okaże się etniczny Norweg. Ale stało się. A nastrój dezorientacji, mieszał się z szokiem i rozpaczą. Wnikliwie to, co powodowało Andersem Breivikiem próbowała rozgryźć Åsne Seierstad w „Jednym z nas”, ale wrażenie, że poniekąd szukała w życiorysie mordercy, zwłaszcza w niejednoznacznym dzieciństwie wytłumaczenia jego postawy, nie opuszcza do końca lektury. Reportaż, który miał odtworzyć wydarzenia z 2011 na wyspie Utøya, stał się wkrótce „bestsellerem o masakrze” co przylgnęło do Norweżki, jak niewygodna łatka i stało się wizytówką reportażystki, która już historią o księgarzu z Kabulu narobiła sobie problemów. Jej reportaż będący poszukiwaniem sposobu na zrozumienie całej sytuacji, która eskalowała tak brutalnie w ciągu jednego lipcowego dnia, podzielił odbiorców. Nie wszystkim podobał się fakt, że tam gdzie powinno się pochylić milcząco i ze współczuciem, ktoś zaczyna grzebać.

       

      Utoya_22_lipca

       

      Gdy więc Erik Poppe wpada na szalony pomysł realizacji fabuły o masakrze na wyspie Utøya, zaczyna więcej niż wrzeć. Naprawdę nie brakuje głosów, że kolejna osoba chce zrobić sobie dobrze na śmierci ofiar. Że kolejna osoba nie szanuje cierpienia bliskich zamordowanych. Pomysł, żeby zarabiać na ich śmierci wydaje się chory. Dylemat, jak nakręcić ten film, z pewnością nie opuszcza Norwega, który dwa lata przygotowuje się do realizacji swojego pomysłu, szukając dla niego odpowiedniego języka, środków i wreszcie ludzi.

       

      Eric Poppe wydaje się być człowiekiem stworzonym do opisania tej historii. Zaczynał przecież jako fotoreporter wojenny, pracował m.in. dla „Reutera”, zrobił doktorat z psychologii, gdzie badał jak subiektywny punkt widzenia w opowiadaniu wpływa na empatię, silniejszą identyfikację, większe zaangażowanie u odbiorcy. Wprawdzie bycie operatorem filmowym nie jest jego pierwszym wyborem zawodowym, ale było konsekwentną drogą człowieka, który całe życie zajmuje się zdjęciami. I wszędzie ze spektakularnym powodzeniem. Można powiedzieć, że wszystko, czego się dotknie zamienia w nagrody. Ma na swoim koncie Kodak Award, jest czterokrotnym zdobywcą Norwegian National Film Critics’ Award.

       

      W „Utøya, 22 lipca” następuje kumulacja doświadczenia, wiedzy filmowej, ale też emocji. Okazuje się, że film dla wszystkich będzie przeżyciem wymagającym wsparcia psychologicznego. Na planie nieustannie czuwają psychologowie, którzy zaopiekują się debiutującymi w roli aktorów młodymi ludźmi. Eric Poppe nie chce bowiem zawodowców. Od początku wiadomo, że to będzie inny film. Nie dokument, w żadnym razie nie komercyjne kino.

       

      Utoya_5_lat_po_ataku

       

      Mimo ogromnych nakładów sił, żeby uwiarygodnić wydarzenia, pokazać jak najwierniej emocjonalne napięcie, strach, poczucie dezorientacji i chaosu, jaki opanował wyspę po ataku terrorysty, czegoś drażniąco brakuje nam po wyjściu z kina. Właściwie można by powiedzieć, że Poppe tworzy filmową wersję reportażu Åsny Seierstad, z tą różnicą, że nie analizuje okiem kamery losu wybranych uczestników tylko tworzy jedną postać, zbudowaną z kilku. Kamera jest niemal przyklejona do dziewczyny, którą spotykamy na obozie młodzieżówki norweskiej, lewicowej Partii Pracy. Przyjeżdżają kolejni uczestnicy, Kaja jest najwyraźniej w leaderskiej grupie, jednocześnie opiekuje się młodszą siostrą, która w cieniu utalentowanej i przebojowej dziewczyny, próbuje zwrócić na siebie uwagę przybierając pozę buntowniczki. Trudność techniczna filmu polega na śledzeniu losu dziewczyny w jednym długim ujęciu, trwa ono dokładnie tyle ile atak na wyspie. Naturszczyki to specjalny zabieg, nie chodzi bowiem o gwiazdorską obsadę, która skupiłaby na sobie uwagę; na wyspie zginęły przypadkowe, nieznane szerzej osoby i takie też zagrają w filmie. Reżyser ze względów etycznych rezygnuje z kręcenia go na Utøi. Rezygnuje też z tego, czego nie zrobiła Seierstad; w jego filmie nigdzie nie pada nazwisko mordercy, a jego sylwetka ledwie migocze niewyraźnie w kilku scenach, gdzieś w tle.

       

      O ile jednak takie filmy jak „Pluton”, „Łowca jeleni”, „Czas apokalipsy” czy nawet komediowe „Good morning Wietnam” mówiły nam coś głębszego o wojnie, okrucieństwie i bezsensie zabijania w imię idei, cierpieniu ofiar, tutaj mamy do czynienia jedynie z drobiazgowo zbudowanym ujęciem, z precyzyjną narracją, ze świetną organizacją na planie. Po prostu z dobrą reżyserską robotą, od strony technicznej. Głębi zabrakło. Nie ma jej, chociaż historia, którą śledzimy wstrząsnęła całą Norwegią. Wyraźnie widać, że Norweg nie potrafi? Nie rozumie, co się stało 22 lipca 2011. Może Norwegom brakuje dystansu, żeby pojąć rasizm we własnym kraju? Może przemawia przez nich nieco wyrachowania i udają, że nie rozumieją dlaczego do 22 lipca w ogóle doszło? Bo ani Åsne Seierstad w „Jednym z nas” czy w „Dwóch siostrach”, ani Eric Poppe nie rozgryźli, co takiego drzemie w ich kraju, że wychował najsłynniejszego rasistę współczesnego świata.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Utøya, 22 lipca - Erik Poppe”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 lipca 2018 19:45

Kalendarz

Wrzesień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014