Recenzentka

Wpisy

  • czwartek, 19 października 2017
    • (Nie) wiem, na ile książek Cię stać

      Jestem za jawnością wysokości wynagrodzeń. Kraje nordyckie słynął z najwyższej jakości życia. To tu mieszkają ludzie, którzy swoje zadowolenie oceniają najbardziej pozytywnie. To kraje czystych rąk i jawnych procedur. Czasami dla nas w Polsce szokujących. Każdy może na stronie www.ratsit.se wygooglać znajomego ze Szwecji i sprawdzić, gdzie mieszka i z kim, ile ma lat, czy prowadzi firmę, jaką marką auta jeździ, i z którego roku, ile ma psów, czy jest żonaty i czy mieszka sam. Jeśli chce sprawdzić, jak w najbliższej okolicy kształtują się zarobki, stopa bezrobocia. Czy to okolica singli, czy emerytów, wystarczy wejść na hitta.se. Jeśli chce bardziej szczegółowo zaspokoić swoją ciekawość, wystarczy napisać do tamtejszego Urzędu Skarbowego - Skatteverket i poprosić o rozliczenie roczne znajomego. Zastanawiając się, skąd bierze się szczerość, która jest wartością narodową Szwedów, myślę, że właśnie stąd. Szwedzi nie mają okazji kłamać, bo większość informacji o nich jest jawna.

       

      More Money - Flickr - Beige Alert

       

      Zdjęcie: Autor: Michael Pereckas from Milwaukee, WI, USA (More Money) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], Wikimedia Commons

       

      ILE KSIĄŻEK KUPIŁAŚ?


      Pierwszym pytaniem, jakie słyszy się w pracy, to ile dostałaś? I zawsze pojawi się ktoś, kto stwierdzi, że jesteś więcej warta. Ktoś inny, kto doda, że się marnujesz za takie pieniądze. Znajdzie się i ten, kto dostał mniej i da Ci popalić z czystej zawiści. Kwestia wysokości wynagrodzeń jest najcięższym orężem do manipulowania pracownikami. Nic nie daje pracodawcy takiej władzy nad atmosferą w zespole, nad napięciem w pracy, jak wysokość wynagrodzeń. Powiem wręcz, że niesnaski urastające czasem do mobbingu biorą się właśnie z powodu niejasnej polityki płacowej. Nikt tak naprawdę nie wie, czy jest opłacany sprawiedliwie. Nikt nie wie, jaki pułap płacowy dzieli go od kolegi na stanowisku wyżej i czy warto starać się o awans. Nikt nie wie, jaka jest różnica pomiędzy wynagrodzeniem szeregowego pracownika a tego na stanowisku managerskim. Istnieją jedynie domysły, a te stają się źródłem konfliktów i frustracji.

       

      TU NIE ZAROBISZ NA KSIĄŻKI


      Tam, gdzie polityka płacowa jest tajna, tam jest największe pole popisu dla wszelkiego rodzaju kombinatorów. Takie firmy przyciągają kiepskiej jakości pracowników, którzy na swoją pozycję pracują wygryzając lepszych od siebie. Zawsze można zdemotywować dobrego pracownika popisując się swoim wynagrodzeniem. I tu są dwie szkoły. Są tacy, którzy zawsze sobie dopisują tysiąc lub kilka setek. Gdy pracujecie na tym samym stanowisku, w tym samym projekcie, prędzej czy później trafi Cię szlak, że dostajesz za tę orkę mniej. Druga szkoła, to narzekanie na niskie wynagrodzenia i znikomy awans finansowy. W obu przypadkach być może słuchasz kłamstw, ale nie wiesz, czy jesteś oszukiwany, bo niejawne wynagrodzenia pozwalają robić z Ciebie durnia.

       

      U NAS ZAROBISZ NA NOWOŚCI KSIĄŻKOWE


      Ostatnio rekrutowałam się przez agencję na stanowisko z językiem niemieckim do pewnej krakowskiej korporacji. Otrzymałam od agencji informację, że firma płaci 6 000 brutto oprócz standardowych benefitów. W tym samym czasie byłam już na etapie podejmowania ostatecznej decyzji w dwóch innych firmach. We wszystkich chodziło o tę samą pracę, więc kluczowe było, kto za nią płaci najwięcej. Nie tylko dzisiaj, na początek, ale też, jak będzie wyglądała polityka płacowa w przyszłości. Firma polecona przez agencję, na tym etapie rekrutacji nie chciała jeszcze zdradzić ile oferuje. A w pozostałych czekano na moją ostateczną decyzję. Musiałam wybrać w ciemno, ryzykując, że wybiorę źle, bo niestety w Polsce wysokość wynagrodzeń jest tajna.

       

      Niejawna wysokość zarobków i niejasna ścieżka awansu finansowego to praktyka firm, które nie kształtują polityki zatrudnieniowej, tylko funkcjonują na zasadzie obozów pracy. Chcą zatrudnić jak najtaniej, jak najwięcej pracowników, a gdy ich oczekiwania finansowe urosną wymienią ich na kolejne pokolenie niezorientowanych pracowników. W tym znaczeniu, takie nieperspektywiczne, nierozwojowe stanowiska pracy, tworzone są jedynie dla utrzymania procesów i nigdy nie będą wizytówką firm, które rzeczywiście stawiają na specjalistów, i rzeczywiście oferują rozwój. W takich miejscach pracy bardzo jasne jest co trzeba osiągnąć, żeby wspiąć się szczebel wyżej i jakie profity tam czekają. Nie ma nic bardziej motywującego jak świadomość celu. Marzenia nie biorą się z mglistego pojęcia o tym, co chcemy osiągnąć. To bardzo sprecyzowane oczekiwania. A dążenie do nich to motor napędowy ludzkości. Polacy krążą jak muchy we mgle i nie wiedzą, dokąd zmierzają. Pewnie dlatego są permanentnie niezadowoleni z życia i tak masowo uciekają do krajów nordyckich.

       

      ZMIEŃ PRACĘ TO ZAROBISZ NA KSIĄŻKI


      W rozwianiu wątpliwości nie pomaga zmienianie pracy, jeśli wysokość wynagrodzeń jest niejasna. Można zostać ściągniętym do firmy, która w dłuższej perspektywie okaże się dużo bardziej skąpa. Można też utknąć w jakimś miejscu bez świadomości, że się marnuje, i że gdzieś indziej jest lepiej. Ciągnięcie znajomych za język średnio się tu sprawdza. Można zostać podkręconym przez kogoś, kto wstydzi się swoich niskich zarobków, więc zmieni sobie brutto na netto. Można więc zasugerować się lepszą sytuacją i przekonać jak jest w rzeczywistości, gdy już będzie za późno.

       

      Ci najmniej uczciwi pracodawcy potrafią zaakceptować podczas negocjacji jedna kwotę i dać na umowie inną. Mniejszą o kilkaset złotych. Gdy się już rozwiązało umowę z poprzednim pracodawcą, do tego ma się na utrzymaniu dwójkę dzieci i kredyt do spłacenia, podpisuje się papiery, bierze robotę, przeklina pracodawcę, szuka kolejnej pracy, a potem zastanawia się, jak to wyjaśnić podczas rozmowy rekrutacyjnej, podczas której nie powinno się przecież źle mówić o poprzedniej firmie. Wolałabym, żeby wysokość wynagrodzeń była jasna. Po to, żeby nie szarpać sobie nerwów z powodu tak niejasnych sytuacji.

       

      ILE CHCESZ W PRZYSZŁOŚCI KUPOWAĆ KSIĄŻEK?


      Nie wiem, na ile książek będzie mnie stać, bo nie mam pojęcia jak wygląda polityka awansu finansowego w mojej firmie. Nigdy tego nie wiedziałam. Nie pomagają w tym hipotetyczne widełki płacowe w przypadku budżetówki, bo mają taką rozpiętość, że można wisieć na teoretycznie wyższym szczebelku, nie mając bladego pojęcia, że jest się za swoją pracę gorzej opłacanym. Można po jakimś czasie zapytać, czy jest szansa na awans i usłyszeć, że się zarabia najwięcej w zespole. Co wcale nie musi być prawdą. Szef wie, ile zarabiasz i może zrobić z tą informacją wszystko. Jeśli Cię lubi lub po prostu ceni, a ma dodatkowo okazję to wynagrodzić, będziesz wpadać w maksymalną wysokość premii. Będziesz poza strefą wpływów, utkniesz na niejasnym poziomie i nawet nie dowiesz się, ile Cię dzieli od lepiej. Nie wiedząc, czy będziesz mogła w tej firmie w przyszłości kupować więcej książek, nie wiesz tak naprawdę, czy jakość twojego życia się poprawi. Może już do końca życia będziesz skazany na przeterminowane „nowości” biblioteczne? Może do końca życia będziesz musiała żerować na łasce bardziej zasobnych znajomych? Nie słyszałam wprawdzie, żeby ktoś brał kredyt na zakup książek. Ale słyszałam wiele osób, które mówiły, że ich nie kupują, bo ich na nie nie stać. Słyszałam też takich, którzy usprawiedliwiali się, że książek nie kupują, bo wprawdzie teraz zarabiają więcej, ale nie wiedzą, co będzie potem. My w Polsce nie możemy planować przyszłości, bo ukryte informacje o zarobkach przekreślają szansę na racjonalne jej planowanie.

       

      NIE KUPUJĘ KSIĄŻEK, BO SZUKAM PRACY


      Szukanie pracy to godziny zmarnowane na przeglądanie ofert. To godziny przygotowywania dokumentów i ich wysyłki. To godziny poświęcone na trwające kolejne godziny procesy rekrutacyjne. To koszty dojazdów na spotkania w innych miastach. To czas, który poświęcamy na szukanie pracy, zamiast na czytanie książek. Gdybyśmy wiedzieli, co nas finansowo czeka w innym miejscu pracy, może nie zmienialibyśmy pracy tak często? Ostatnio koleżanka opuściła firmę, w której pracowałam, chwaląc się, że na dzień dobry dostała 100 zł brutto więcej zasadniczego. Tak, żyjemy w kraju, w którym tak znikoma podwyższa motywuje do szukania „lepszego” wynagrodzenia. Niedawno mi się pożaliła, że żałuje tej zmiany, bo podobno tam są kiepskie podwyżki. Podobno. No właśnie my nic nie wiemy o wynagrodzeniach, bo wynagrodzenia są najbardziej ukrywaną tajemnicą w firmach. Teraz już wiadomo dlaczego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 października 2017 13:07
  • środa, 18 października 2017
    • IKIGAI. Japońska sztuka szczęścia - Ken Mogi

      Po wpisaniu w Google frazy „The Little book of” wyskakuje cała seria książeczek na wszelkie tematy. Mogą dotyczyć wszystkiego, ale to nie znaczy, że są o niczym. Często ich autorami zostają popularni naukowcy, poczytni akademicy, a ich wyznacznikiem jest kompaktowa forma, bardzo przejrzysty język, proste ujęcie i atrakcyjny, wywołujący szum temat. Są wizualnie ładne i bardzo dobrze wpisują się w potrzeby społeczeństwa bombardowanego milionem informacji, dla których syntezy brakuje ludziom czasu, a niekiedy umiejętności. Najczęściej jednak funkcjonują jako wisienki na popliterackim torcie, dając ludziom to, na co jest największy popyt. Dla wielu osób stają się niezobowiązującym prezentem książkowym. Tak było z małą książeczką o hygge Meika Wikinga opublikowaną u nas pod tytułem „Hygge. Klucz do szczęścia”, z małą książeczką o lykke tegoż autora, u nas pod tytułem „Lykke. Po prostu szczęście” i tak też jest z małą książeczką o ikigai, u nas „IKIGAI. Japońska sztuka szczęścia”.

       

      Ikigai_Japonska_Sztuka_Szczscia_Ken_Mogi

       

      Nie da się w tych książkach zaczytać, bo są zbyt kompaktowe i często zbyt obrazkowe. Tak mocno rozbijają się po marginesach, że urastają do setki, bywa, że do dwóch setek stron. Zazwyczaj da się je skonsumować podczas niezbyt długiej podróży tramwajem czy w jeden wieczór. Każda jednak z serii tych książek ma spektakularne premiery, dużo publikacji na blogach i w magazynach lifestylowych i długie medialne dyskusje. To takie książki, o których miło i ciekawie rozmawia się w telewizji śniadaniowej. Przebijają się też do poważniejszych mediów, które pochylają się nad kolejnym fenomenem pożerającym czas milionów czytelników na świecie. Choćby chodziło o ich półgodzinne zaangażowanie.

       

      Ikigai jest kolejnym zjawiskiem, wokół którego wydawcy budują czytelnicze napięcie po tym, jak całą naszą uwagę skupili wokół hygge. Przebija się na równi z mindfulness, ciekawe czy zostanie pokonane przez duńskie lykke i szwedzkie lagom? Co to nam mówi o nas i o tak zwanym masowym czytaniu? Skoro szukamy książek o szczęściu odmienianym przez wszystkie narodowości, podpatrujemy minimalistyczną skandynawską receptę na życie, poszukujemy uważności, chcemy żyć spokojniej i dłużej, to może znudził nam się już wyścig szczurów i zamiast ciężkiej pracy marzymy o dobrym życiu? Nie trzeba głębokich badań, żeby odpowiedzieć, że ogarnął nas szał szczęścia.

       

      Ikigai. Japońska sztuka szczęścia” niczym w tym peletonie się nie wyróżnia. Napisał ją Japończyk Ken Mogi, wychowany w Tokio, podróżujący po świecie jeden z najpopularniejszych przedstawicieli japońskiej nauki. To nie tylko doceniony neurobiolog, ale też jeden z najczęściej zapraszanych mówców na konferencje TED. Z rozwianymi włosami, nieco przypomina Einsteina. Nie da się go przeoczyć w tłumie.

       

      Ken Mogi przekonuje, że każdy bez względu na talent, poziom życia, zasobność portfela może w prosty sposób osiągnąć szczęście. Japończykom pomaga w tym ikigai. Opowiada o najsłynniejszym mistrzu sushi Jiro Ono, japońskich rzemieślnikach, zawodnikach sumo, emerytach, którzy chcą pracować, japońskiej whisky i uprawach perfekcyjnych owoców. Nauka płynąca z tych dywagacji jest prosta; wszyscy ci, którzy znaleźli sens, w tym co robią, znaleźli też ukojenie.

       

      Rodzina właściciela Sukiyabashi Jiro, nagrodzonej trzema gwiazdkami Michelin, ledwie wiązała koniec z końcem. 92 letni dzisiaj Ono musiał, więc już w szkole podstawowej pracować. Znalazł zatrudnienie w restauracji. Otwarcie własnej potraktował jako formę przeżycia. Sushi – czytamy - narodziło się w okresie Edo, w XVII w., na ulicy, sprzedawane na straganach. A żeby je przygotowywać wystarczy podstawowe wyposażenie. Ale Ono znalazł w tej wymagającej wiele monotonnych, drobnych i czasochłonnych czynności sztuce – pasję. Włożył w nią nie tylko talent, pracował z determinacją, uporem, ciężko i niestrudzenie, zgłębiając techniki kulinarne, dążąc do osiągnięcia najwyższej jakości. Poświęcił się robieniu sushi. Dzisiaj jest autorem wielu wynalazków, udoskonaleń przekazywanych sobie przez szefów kuchni. A na kulinarnej mapie jego mały, tokijski bar jest mekką smakoszy.

       

      Z małej książeczki Mogi wyłania się Japonia fascynatów, którzy niemal mistycznym kultem otaczają każdą najdrobniejszą czynność. Można być tylko dostawcą łososia lub najbardziej docenianym znawcą łososia, u którego ryby zamawiają szefowie najlepszych restauracji, łącznie z Jiro. Sztuka specjalizacji jest tylko jednak drogą do ikigai, którego istotą staje się raczej dostrzeżenie satysfakcji i przyjemności w tym, co się robi. W tym znaczeniu ikigai nadaje sens z pozoru bezsensownym zajęciom. Wydaje się, że kwestia szczęścia jest związana z postrzeganiem go przez nas samych. Można utknąć w poczuciu niespełnienia i pielęgnować zniechęcenie w sobie lub zastanowić się, co nam tak naprawdę sprawia przyjemność, dążąc do zwielokrotnienia tego.

       

      Ken Mogi przywołuje hipotezę XIX – wiecznego angielskiego psychologa Francisa Galtona, którego zdaniem „ważne cechy określonej społeczności zapisują się w języku danej kultury, a im dany rys jest ważniejszy, tym bardziej jest prawdopodobne, że zostanie określony jednym słowem”. Dla Duńczyków jest nim hygge, dla Szwedów lagom, dla Japończyków ikigai, a dla Polaków „jakoś to będzie”. Najwyraźniej, w zgodzie na zdanie się na los, dostrzegam źródło naszego niepowodzenia, a co za tym idzie niezadowolenia z życia. W indeksach szczęścia z trudem przychodzi odnaleźć Polskę. Gdy my zaczynamy narzekać na pracę, męża, współpracowników, polityków, Japończycy zadają sobie pytanie „ co ma dla mnie największą wartość” Co sprawia mi przyjemność? I poświęcają temu cały swój czas.

       

      Tak, Jiro Ono, przekuł trudną sytuację życiową na znaną na świecie restaurację. Tak, zawodnicy sumo, którym brakuje talentu odnajdują się na stanowisku pomocnika mistrza. Tak dostawca łososia, codziennie wstając o drugiej w nocy odnajduje szczęście w wyszukiwaniu najlepszych sztuk ryb na targu. Tak główny blender Suntory codziennie na lunch je zupę z makaronem udon, żeby nie zaburzyć sobie smaku. Poczucie szczęścia według Mogi nie zasadza się w tym, co robimy, a tym, jak do tego podchodzimy. Jiro Ono, jak pisze, początkowo w ogóle nie był doceniany, ale miał głębokie przekonanie, że perfekcja i doskonałość, do jakiej zmierza ma sens. Dzisiaj nikt w to nie wątpi.

       

      Jak pokazuje Ken Mogi istotą ikigai jest też zachwyt nad czymś ulotnym. Ulotna jest sztuka kulinarna, kontrakt zawarty na targu czy satysfakcja z wyprodukowania idealnej whisky. Wyrobienie w sobie wrażliwości na piękno, doskonałość i kultywowanie go w sobie staje się więc siłą napędową ku szczęściu, na które składają się właśnie drobne doznania. Japończycy, jak pokazuje Mogi, potrafią wyhodować pachnący piżmem muskmelon, uchodzący za ukoronowanie doznać smakowych. Czas poświęcony na osiągnięcie dojrzałości owocu przeliczony na zawrotną kwotę ok. 200 dolarów za sztukę i kilka minut rozkosznej konsumpcji może nie znajdzie dużego grona odbiorców, ale Japończycy – to przecież mistrzowie zachwytu nad tym co przemijalne. Poświęcają czas, uwagę i wysiłek dla kreowania rzeczy, przedmiotów, miejsc, których uroda, czas wprawdzie szybko mija, ale przynosi nieporównywalne doznania. Rozkwitające wiosną kwiaty wiśni mają swoich wiernych kontestatorów. A świątynia Ise – cyklicznie rekonstruowana co 20 lat przez ostatnie 1200 lat cały przemysł, skupiony na hodowaniu odpowiednich drzew, które oddadzą piękno pierwotnej budowli. To kolekcjonowanie chwil ma ogromny związek z byciem tu i teraz, dodaje Mogi, pokazując jak wymyślone w przeszłości rytuały przetrwały do dzisiaj stając się źródłem ukojenia, przekuwając w praktyce to co obecnie nazywamy kwintesencją uważności. „Zanurzenie w teraźniejszości i czerpanie przyjemności z tu i teraz oraz troska o najdrobniejsze detale stanowią esencję japońskiej ceremonii picia herbaty”, wymyślonej przez mistrza Sen no Rikyū żyjącego w XVI w. w epoce Sengoku, kiedy to samurajscy wodzowie prowadzili ze sobą nieustanne walki. A więc w czasach, jak dodaje Mogi, dość stresujących.

       

      Z pewnością ciekawe dla rozważań o szczęściu będzie przypatrzenie się wpływowi religii. Mogi podkreśla, że kultura japońska oparta jest na wierze w „osiem milionów bogów”, co pozwala Japończykom dostrzegać przejawy boskości we wszystkim, co ich otacza. Jeśli wierzy się, że boskość jest w każdej rzeczy, to inaczej się je traktuje. Przejawia się to też tolerancją i brakiem religijnego zacietrzewienia, tak typowego dla wiary w jednego Boga. W wierze w jednego Boga, to on wyznacza, co jest dobre i złe, kto zostanie nagrodzony w życiu pozagrobowym. Shinto zamiast skupiać się na nagrodzie w życiu po śmierci, skupia się na życiu tu i teraz, „na związku człowieka z innymi elementami tworzącymi sieć życia”. Nacisk kładziony jest na doskonaleniu siebie i właściwe postępowanie. Ma to wpływ na to, jak Japończycy żyją, przenika to do ich kultury. Spójrzmy na sztuki walki, które zawsze zaczynają się i kończą ukłonem, zwycięzca po wygranej nie okazuje radości, a przegrany przyjmuje porażkę ze spokojem. To, jak podkreśla Mogi „dobry przykład czerpania przyjemności i satysfakcji z odpowiedniego postrzegania drobnych gestów w imię wyższego dobra”. Okazywanie sobie szacunku, otaczanie nim starszych, harmonijne relacje z innymi – to kwintesencja ikigai. Mogi powołuje się na wyniki eksperymentu naukowców z Massachusetts Institute of Technology, którzy udowodnili, że „wrażliwość społeczna jest czynnikiem decydującym o efektach pracy zespołowej. Ikigai każdego człowiek mającego harmonijne stosunki z innymi wyzwala pomysłowość podczas swobodnej wymiany myśli. Ceniąc i szanując cechy osobowości otaczających nas ludzi, dostrzegamy złoty trójkąt złożony z ikigai, przepływu i kreatywności”.

       

      Kończąc Mogi celnie zauważa kres pewnego systemu wartości skupionego tylko na garstce najważniejszych jednostek. Podkreśla, że zasady pracy narzucone przez korporacje nie prowadzą do szczęścia. Dodaje, że by cieszyć się pełnią szczęścia trzeba równowagi w życiu zawodowym i prywatnym. Generalnie powtarza, chociaż nieco innymi słowami, to co słyszeliśmy pod koniec XIX i na początku XX wieku. Wówczas jednak krzyczano: rewolucja! Dzisiaj mówi się: ikigai.

       

      Ikigai. Japońska sztuka szczęścia, Ken Mogi, Wielka Litera, Warszawa 2017. Przekład: Małgorzata Maruszkin. ISBN: 978-83-80322-07-3. Stron: 208. Cena: 34,90 zł. Tytuł oryginału: The little book of Ikigai. The secret Japanese way to live a happy and long life.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       Logo_Wielka_Litera

       

      KONKURS: Dla czytelników Recenzentki mam jeden egzemplarz książki. Wygra go osoba, która przekona mnie, że do niej powinna trafić „IKIGAI. Japońska sztuka szczęścia”. Na Wasze odpowiedzi czekam do piątku, 20 października, do godz. 09:00. Kontakt (do wyboru): mail, komentarz pod wpisem na blogu lub Facebooku, wiadomość przez Facebooka). Osobę z Krakowa poproszę o odbiór książki osobiście w wyznaczonym przeze mnie miejscu. Osobę spoza Krakowa poproszę o podanie adresu do wysyłki. Skontaktuję się wyłącznie ze zwycięzcą.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 18 października 2017 15:16
  • niedziela, 15 października 2017
    • Narodziny potęgi. Wszystkie podboje Bolesława Chrobrego - Michael Morys-Twarowski

      Bolesław Chrobry - urodzony zwycięzca. Imperator Słowian. Poskromił niepokornych wikingów, zdobywał niezdobyte twierdze. Ambitny strateg, który potrafił dobierać sobie sojuszników. Do tej pory nie doczekał się należytej uwagi i docenienia, na jakie zasłużył. „Narodziny potęgi. Wszystkie podboje Bolesława ChrobregoMichaela Morysa-Twarowskiego wypełnia tę lukę. Wyrosła na pasji książka jest dowodem na połączenie wiedzy z niespotykanym talentem opowiadania historii.

       

       

      A w historii Bolesława Chrobrego jest wszystko to, co składa się zazwyczaj na popularność bestsellerów: zbrodnie, ludzkie niegodziwości, mariaże, które zmieniały losy świata. Jest w niej odwaga, szalone porywy, gry polityczne na niewyobrażalną skalę. Jest obraz człowieka w rozpaczy i u szczytu sławy. Są wielkie i małe sprawy. Jest życie. Jest śmierć. Do opowiedzenia tego trzeba więcej niż oka do szczegółu, wyczucia w doborze faktów, umiejętności analizy i żonglowania pomiędzy domysłami. Trzeba czegoś więcej niż rzetelnego wykształcenia, chociaż dr Michael Morys-Twarowski to akurat absolwent prawa i amerykanistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie obronił doktorat z historii. Trzeba pasji szukania, oczytania, umiejętności docierania do źródeł, o których wszyscy zapomnieli, czytania na nowo. Trzeba sporo odwagi w tłumaczeniu faktów, ale też umiejętności balansowania pomiędzy hipotezami a reinterpretacją. Ale przede wszystkim trzeba mieć talent do opowiadania historii. Nie brakuje pisarzy, którzy ugruntowali sobie pozycję na rynku powieści historycznej lub właśnie na niego mocno wkraczają: Agata Stopa, Cecilia Randall, Elżbieta Cherezińska czy też świetnie bawią się historią: Jonas Jonasson i uczą nas życia wyciągając z niej niewygodne fakty: Majgull Axelsson. To czego nam w Polsce brakuje to historyków, którzy łącząc warsztat naukowy wznieśliby się ponad hermetyczny akademicki język i podobnie jak robi to Bergsveinn Birgisson dla filologów, rzucali nas na kolana sposobem pisania o historii.

       

      Michael Morys-Twarowski łączy intelektualne zacięcie Petera Englunda, siłę z jaką Szwed kreśli portrety postaci historycznych, sprawiając wrażenie obcowanie niemal z żywymi ludźmi. Ma też talent do perspektywy lokalnej, skupiania się na historii z punktu widzenia pojedynczego bohatera, wybranego społeczeństwa w stylu Hermana Lindqvista. Wybornie balansuje tymi atutami a jednocześnie świetnie bawi się popkulturą pozwalając sobie na porównania, przed którymi zazwyczaj zżymają się akademicy. Próbując wyjaśnić jak zmienili się przeciwnicy polityczni rosnącego w siłę Chrobrego pisze: „Gdy jesteś mały, masz małych wrogów, a dla wielkich twoja mowa jest jak brzęczenie much. Kiedy rośniesz w siłę, zaczynasz mieć większych wrogów. Idealnie pasuje tutaj porównanie do lig piłkarskich. Grając w klasie B podokręgu Skoczkowskiego, mierzysz się z Tempem Puńców albo Zrywem Bąków, grając w Lidze Mistrzów, stajesz naprzeciw piłkarzy Juventusu, Realu Madryt czy Bayernu Monachium”.

       

      Swoboda z jaką czyta się „Narodziny potęgi. Wszystkie podboje Bolesława Chrobrego” porównałabym do komentarzy i ulgi, jaka wybrzmiewała po otrzymaniu wiadomość o tegorocznym nobliście. Najczęściej powtarzano, że wreszcie Akademia zaproponowała pisarza na tyle przystępnego, że z pewnością będzie jednym z nielicznych czytanych dość powszechnie jeszcze przed werdyktem Komitetu Noblowskiego. I na tyle dobrego, że możemy ufać, że nie zmieni tego wrażenia w kolejnych propozycjach. A historia, zwłaszcza polska, naprawdę zasługuje na dobrego autora, który wyjdzie z hermetycznego naukowego grona i zaproponuje nowy styl pisania o naszej przeszłości.

       

      Z pewnością zaskakujące w podejściu Michaela Morysa-Twarowskiego jest zmienianie głównonurtowej perspektywy i rzucanie nowego światła na utrwalone już interpretowanie faktów. Zaskakujące o tyle, że nie są to kontrowersyjne tezy, które mają przyciągnąć czytelników, a poparte studiami świeże spojrzenie. Wystarczy przeanalizować bogatą bibliografię i precyzję wyjaśnień w przypisach. Polsce potrzebni są autorzy potrafiący wyjść poza martyrologiczną narrację, mówiący nowym językiem o starych sprawach. Odważni, ale też rzetelni tłumacze przeszłości. Tacy, którzy nie boją się głośno myśleć. Czy wśród mieszkańców bawarskiego miasteczka Schnaittenbach znajdują się potomkowie wojów Bolesława wziętych do niewoli w sierpniu 1003 roku? – pyta w jednym miejscu Michael Morys-Twarowski i wyjaśnia w innym: „Dostępu do Czech strzegła Miriquidui, co znaczyło Czarna Puszcza. Był to górzysty, ponury las o nazwie niczym z powieści J.R.R. Tolkiena. Zbieżność jest nieprzypadkowa, bo Miriquidui w języku angielskim zmieniło się w Mirkwood i w takiej wersji trafiło do uniwersum „Władcy Pierścieni (w polskim tłumaczeniach jako Mroczna Puszcza). W prawdziwej Czarnej Puszczy – w przeciwieństwie do Tolkienowskiej – nie było czarnych wiewiórek ani czarnych motyli, czekali za to wojowie Bolesława Chrobrego”. Takie pisanie nie tylko zaspokaja głód wiedzy, ale też pobudza ciekawość i wyobraźnię. W tym sensie wybierając taki styl Michael Morys-Twarowski pozostawia po sobie coś więcej niż wyjątkowy tekst popularnonaukowy. Wychowuje sobie czytelników, pokazując jaką frajdą jest zabawa historią.

       

      Narodziny potęgi. Wszystkie podboje Bolesława Chrobrego” nie są biografią pierwszego króla Polski, tylko jak tytuł wskazuje wycieczką po jego podbojach. 16 rozdziałów prowadzi nas od zdobycia Gniezna, przez podbój Krakowa, do historii, w której Bolesław Chrobry zasiada na tronie Karola Wielkiego. Chapeau bas dla autora za ogranie tego elementu historii! Widzimy Bolesława Chrobrego, gdy zdobywa Miśnię, Czechy, grabi Głomaczów, po raz drugi zajmuje Budziszyn, pokonuje Madziarów, niszczy Liubuszę, zabija Pieczyngów, walczy z imperatorem, zdobywa Kijów, spotyka i rzuca na kolana wikingów i podbija Prusy.

       

      Zamiast typowego dla pisania o historii skupiania się na szczegółowych, niemal dziennych datach, Michael Morys-Twarowski umiejscawia nas w czasie. Jeśli pada data, to wówczas, gdy staje się to wyraźnie niezbędne. Ważniejsze dla tego autora jest pokazywanie nam co działo się wcześniej, jak wydarzenia wpływały na rozwój wypadków. To pisanie zachęcające do myślenia, wyciągania wniosków i szukania powiązań pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami, decyzjami politycznymi. Czytając „Narodziny potęgi. Wszystkie podboje Bolesława Chrobrego” można nie tylko podglądnąć trudną sztukę tworzenia polityki, ale też się jej nauczyć, zwłaszcza tego, jak przedstawiać przegraną jako pozorne zwycięstwo, jak sprawnie rozwiązywać nierozwiązalne sprawy, jak układać się z zacietrzewionym wrogiem, jak wyciągać dla siebie zyski z kłótni i walk innych.

       

      Świetnie, potoczyście napisana książka. Bardzo dobrze ugruntowana wiedzą. Może Skandynawowie mają króla kryminału. My za to mamy króla literatury popularnonaukowej. Bardzo chciałabym, żeby autor pokusił się o rozszerzenie rozdziału o wikingach do rozmiarów książki. Są źródła, jest sporo materiału, opracowań. Są też czytelnicy, którzy czekają na taką książkę.


      Recenzja książki: „Narodziny potęgi. Wszystkie podboje Bolesława Chrobrego”, Michael Morys-Twarowski, Ciekawostki Historyczne.PL, Kraków 2017. Projekt okładki: Mariusz Banachowicz. Ilustracja na pierwszej stronie okładki: Kamil Piotr Jadczak. Opiekun serii: Kamil Janicki. Opirka redakcyjna: Natalia Gawron. Wybór ilustracji: Natalia Gawron. Konsultacja merytoryczna: Maksymilian Sas. Opracowanie map: Tomasz Babnis. Projekty map: Adam Pietrzyk. Opracowanie ilustracji: Katarzyna Leja. Adiustacja: Aleksandra Ptasznik. Korekta: Grażyna Rompel, Agnieszka Mańko. Indeks: Tomasz Babnis. Łamanie: Katarzyna Leja. ISBN 978-83-240-4230-2. Seria wydawnicza Ciekawostki Historyczne.PL. Wydanie I. Stron: 331. Cena: 39,90 zł.

       

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 15 października 2017 10:35

Kalendarz

Październik 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014