| < Luty 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29        
statystyka
poniedziałek, 13 lutego 2012

To przejmujący opis ponad trzydziestu lat z historii Azji Mao, Pol Pota, japońskiej jakuzy i Tamilskich Tygrysów, wielkich ruchów rewolucyjnych, wielkich rzezi.


Dobierając reportaże do tego zbioru Terzanii dokonał wyboru, dzięki któremu widzimy Azję w niezwykły sposób. Autor opowiada o krajach azjatyckich posługując się chronologią wydarzeń, począwszy od lat sześćdziesiątych, skupiając się do najważniejszych faktach, pokazując nam Chiny rządzone przez Mao, wyjazd Amerykanów z Sajgonu, wojnę w Kambodży, kończąc przejęciem Hongkongu przez Chiny w latach dziewięćdziesiątych. Posługując się dynamiką kolażu, opisuje w krótkich tekstach raz Japonię, innym razem Sri Lankę, wraca do Indii, żeby wyjechać do Chin. Próbując zrozumieć człowieka analizuje jego miejsce w społeczeństwie, które jest światem mafii, narkotykowego biznesu, wielkich idei na usługach wielkich organizacji terrorystycznych. Początkowe zdezorientowanie, przesyt informacji sprawia, że ta mozaika faktów wydaje się być chaotycznym zbiorem, który jednak zmienia się i dojrzewa wraz z jego autorem, początkowo chłopakiem kierującym się młodzieńczą ciekawością do Azji, jej odmiennością kulturową, następnie mężczyzną, który po pierwszym kontakcie z tym nowym światem nabiera wiedzy, którą z determinacją porządkuje i układa w całość, wreszcie dojrzałym i doświadczonym reporterem, który zetknął się z okrucieństwem niejednej wojny, niejednej naiwnej wiary w rewolucję, poznał smak i niesmak życia.  

Nie sposób czytając te teksty nie poddać się uczuciom, które ubezwłasnowolniają autora. Widać, jak Terzani przemienia się z niemal człowieka złamanego prawdą w poświęcającego się wybawiciela. Widać, jak okrucieństwo tego świata raz ochładza jego zmysł obserwacyjny do skalkulowanej na zimno analizy a innym razem zamienia go w zaangażowanego kontestatora, gotowego pójść w sam środek piekła. Gdy Terzani traci wiarę w Azję, jego reportaże nie zostawiają też cienia wiary w czytelniku. Przyznaję, że z łatwością dałam się zaangażować w nastrój niepokoju, zdumienia, czy oburzenia. Jest to nastrojowość ukryta w symbolicznych obrazach. Nie ma w nich drobiazgowego igrania ludzkimi uczuciami. Przeciwnie, autor ucieka się do opisów, które swoim niedopowiedzeniem przemawiają głębiej, bardziej przejmująco i wstrząsająco. Cenię go za tę siłę między słowami i za to napięcie emocjonalne, które drzemie między opisywanymi zdarzeniami. Odbieram takie pisanie, jako wyraz szacunku dla czytelnika. Takie pisarstwo przypomina mi rozmowę przyjaciół, którzy do zrozumienia się potrzebują kilku słów.


W tych reportażach udało się autorowi pokazać, jak w takich wielomilionowych społeczeństwach pojedynczy człowiek traci na znaczeniu. Jak jego miejsce zajmują rządzące się swoimi prawami światy na skrzyżowaniu polityki, religii, biznesu i przestępczości. Reportaże Terzaniego dotykają okrutną prawdą, która odziera rzeczywistość z romantycznych wyobrażeń i naiwnej nadziei na lepsze jutro. Azja jawi się tutaj jak wessana przez machinę nowoczesności złamana dyktaturą masa społeczna, którą w zależności od dekady przerabia się raz na mięso armatnie, innym razem na niewolniczą siłę roboczą, a jeszcze innym na ciemną masę na usługach ruchów religijnych.


Na koniec tej szokującej lekcji autor przeprowadza wywiad z dziedzicem fortuny Fiata Giovanni Aberto Agnellim a potem przenosi nas na włoską prowincję, cichą, spokojną, nieco leniwą, radosną. W ten zaskakujący sposób zestawia ze sobą dwa światy: świat kultury pracy niewolniczej, opartej na redukcji strat i maksymalizacji zysków i świat, w którym najważniejszy jest człowiek i jego prawo do afirmacji życia.


Tę książkę trzeba czytać. Polecam ją szczególnie osobom, które zachłysnęły się lub uległy polityce wielkich korporacji. Polecam ją osobom, które słuchają przedstawicieli rządów powtarzających, że musimy dłużej pracować, bo brakuje pieniędzy na nasze emerytury, bo dłużej żyjemy, choć powód jest inny – marnowanie publicznych pieniędzy przez owe rządy, polecam ją przedstawicielom sektora biznesu, którzy w ciągłym szukaniu dróg do osiągnięcia jeszcze większego zysku szykują nam azjatycki model pracy: pracy niewolniczej, w której pracować będziemy coraz dłużej, coraz więcej, w coraz gorszych warunkach za coraz mniejsze pieniądze. Azja tę społeczną reformę przeprowadziła za pomocą dyktatury, ale Terzani pokazuje, że Europa i reszta świata jak widać potrafi zrobić to samo korzystając z demokratycznych metod. Czy należy się zacząć bać? Po lekturze tych reportaży: tak.


Tiziano Terzani, W Azji., Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010. Przełożyła Joanna Wajs.


Anna Dutka


Tagi: literatura, książka włoska, reportaż włoski, reportażysta, recenzja, recenzje literatury, książki, literatury, literaturze, książek, lubię czytać, portal z książkami, portal z recenzjami, Włochy, włoscy pisarze, reportażyści, najlepszy światowy reportaż, reportażysta

Tagi: 1998
07:26, szwecja11
Link Komentarze (1) »
środa, 01 lutego 2012
Starożytna historia opowiedziana w tempie powieści przygodowej, budująca napięcie niczym w thrillerze politycznym, odwołująca się do sprawdzonych motywów powieści non-fiction, w którą autor w doskonałych proporcjach wplata wymyślone, lecz możliwe dialogi. To balansowanie na granicy historii i zmyślenia Posteguillo doprowadził do mistrzowskiej galanterii, wzmacniając efekt wprowadzeniem dodatkowych autentycznych postaci, których pojawianie się i znikanie raz, że dynamizuje akcję a dwa pozwala na ciekawe dygresje o życiu starożytnego świata, pokazując obyczajowość, tradycję i kulturę epoki. Ta książka z powodzeniem mogłaby być używana zamiennie z podręcznikiem do historii, bo w niebanalny, atrakcyjny sposób opowiada o dwóch najważniejszych wodzach starożytnego świata Scypionie Afrykańskim i Hannibalu i rozgrywających się za ich życia wydarzeniach.

Atutem tej książki jest jej wiarygodność. Nie tylko w samej historii, lecz również wątków pobocznych, które mają pokazać tło wydarzeń towarzyszących, oddać warunki, w których dorastali ci wielcy wodzowie, pokazać stosunki społeczne, zwyczaje i obyczaje. W powieści Posteguillo świat pulsuje wszystkimi zmysłami. Bez względu na to, czy autor zabiera czytelnika na przegląd wojska, do obozu tuż przed bitwą, czy na ulice Rzymu doskonale, niemal w sensualny sposób oddaje zmieniającą się scenerię. Gdy setki tratw i łódek przepływa z Afryki w stronę Europy przez cieśninę gibraltarską czuć narastające napięcie wśród żołnierzy i strach transportowanych zwierząt. Gdy wódz kartagiński zmuszony jest przedzierać się ze swoim wojskiem przez bagna, czytelnika przenika doskwierający chłód, wilgoć i unoszący się zapach mokradeł. Gdy konsulowie przechadzają się po rzymskich ulicach, słychać pokrzykiwanie przechodniów, lekkie ocieranie się rzemieni sandałów, ciepło letniego słońca.
Posteguillo nie tylko dobrze buduje napięcie i pozwala na zmysłowe rozsmakowanie się w powieściowym świecie, ma też tę umiejętność narratora, który potrafi tworzyć przemawiające do wyobraźni obrazy. Stąd czytelnik jest w stanie zobaczyć opowiadaną historię wraz z całą gamą towarzyszących jej dźwięków, zapachów, barw.

Tę powieść można też czytać, jak podręcznik pokazujący, jak żyć, żeby przeżyć godnie życie, co tak naprawdę tworzy legendę, na ile sukces jest kwestią przypadku, a na ile ciężkiej systematycznej pracy, jak tworzyć wielopokoleniową siłę rodów, jak wychowywać dzieci na przyszłych przywódców. Historia Hannibala i Scypiona Afrykańskiego to doskonała okazja do pokazania człowieka w chwili jego wielkości i upadku, w drodze do sukcesu i klęski. Posteguillo to bynajmniej nie autor moralizujący a raczej starożytny filozof, który zaprasza czytelników do odbycia pełnej przygód wycieczki historycznej, zobaczenia starożytnego świata oczami świadka, który dzięki sile narratora nagle znajduje się w samym epicentrum wydarzeń.

Santiago Posteguillo, Africanus. Syn Konsula., Wydawnictwo Esprit SC, Kraków 2011. Przełożyła Patrycja Zarawska.
Tagi: 2006
07:31, szwecja11 , Hiszpania
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 grudnia 2011
Zabawne wspomnienia syna o sławnym ojcu, z jednej strony pisarzu o światowej renomie z drugiej koneserze marcepanów i chałwy, który w ukryciu zajadał się słodkościami a żonie oświadczył się posyłając jej zamiast kwiatów tort. To książka, która pokazuje, że można mieć szczęśliwe dzieciństwo, jeśli trafi się na rodziców, którzy potrafią i kochać i wychowywać. W każdej przytaczanej przez Tomasza Lema anegdocie jest dużo ciepła i wdzięczności za wspaniałe dzieciństwo i możliwość czerpania garściami z wielkości ojca.

Ta lektura to też pełna ciepłego humory wycieczka historyczna do początków PRL, który dzięki swoistemu poczuciu humoru Stanisława Lema wygląda jak ciąg dalszy filmów Barei. Autor w niezwykły sposób pokazał, że na wielkość człowieka składa się tysiące drobnych rzeczy, wiele własnych wyborów, świadomość dążenia do celu, umiejętność ich stawiania a potem umiejętność twórczego ich rozwijania. Lem ojciec umiał cieszyć się życiem i przekazał tę radość na syna. Potrafił też dzielić się życiem, przygarniając zagubione psy, koty. Miał umiejętność obracania codzienności w anegdotę, bycia roztargnionym, gdy tego wymagał ciężar chwili, dzięki czemu z tym większą lekkością szedł dalej przez życie.

Ten koneser słodkości i radości życia pisał książki, które trudno byłoby nazwać słodkimi, czy zabawnymi. Wygląda na to, że zapewniając najbliższym najradośniejsze chwile, dla odmiany mroki i trudności kontestował między wierszami swojej twórczości, rozliczając się tam ze zmorą swoich czasów.  

Wiem teraz, że cenił Luisa Buñuela a sklepem, w którym zatracał się bez reszty był budowlany Bauhaus. W domenie nut był analfabetą. Gdy rozchorował się na cukrzycę , uznał, że „akt samobójstwa, polegający na zamknięciu się w gabinecie z pięciokilową puszką tureckiej chałwy, nie byłby wcale takim złym pomysłem.”.  Wiem, też, że sięgnę znowu do jego twórczości, która po lekturze tej książki nabrała dla mnie nowego znaczenia.

Tomasz Lem, Awantury na tle powszechnego ciążenia., Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009.

Tagi: współczesna polska literatura, polscy pisarze, polski pisarz, książki polskie, recenzja książki, recenzje książek, czytam, portal o książkach, z książkami, Polska.
Tagi: 2009
14:55, szwecja11 , Polska
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Smutna, pełna gorzkiej prawdy satyra fińskiej wsi, która równie dobrze może być uniwersalną opowieścią o nietolerancji i eskalacji zła, w której niczym w bajce zwycięża finalnie dobro.

Akcja tej książki jest dość prosta. Do wsi na północy Finlandii przyjeżdża mężczyzn, który kupuje podniszczony młyn, po szybkim remoncie z sukcesem zaczyna go prowadzić, dorabiając sobie również sprzedażą gontów. Ludzie we wsi cieszą się, bo mają taniego i solidnego dostawcę. Gunnar Huttunen jest jednak dla nich tajemniczym mężczyzną, który nie lubi za wiele mówić o sobie, ale plotki, które dotarły za nim aż do dalekiej Północy budzą poruszenie.  Ludzie puszczają jednak wszystko w niepamięć, bo ważniejsza jest dla nich wygoda z posiadania we wsi dobrego młynarza, który i zboże przemieli i tanie gonty sprzeda. Wszystko zaczyna się komplikować, gdy wyobraźnia młynarza daje o sobie znać. I tu zaczyna się pasmo wydarzeń, których finał zaskakuje bajkową poetyką.

Huttunen wzbudził we mnie dużo ciepła i zrozumienia. Jest krzepkim, prostym mężczyzną o wielkim sercu i niezwykłej wrażliwości. Wieczorami zbierają się wokół niego wiejskie dzieci, które z wypiekami na twarzy słuchają wymyślanych przez niego opowieści, które potrafi ubarwiać odgrywanymi scenkami, z zamiłowaniem, upodobaniem i niezwykłym talentem naśladując dźwięki i ruchy dzikich zwierząt. U Huttunena wzruszyła mnie też szczerość, z jaką reaguje na świat. Gdy niespodziewanie do jego młyna przyjeżdża instruktorka kółka ogrodniczego, zauroczony jej krzepką urodą musi schłodzić ogarniające go emocje szybkim zanurzeniem w lodowatej wodzie rzeki. Zachwycony jej „solidnymi udami i umięśnionymi łydkami (…) jej szeroką pupą zakrywającą całkowicie siedzenie roweru”, staje się zapalonym miłośnikiem ogrodnictwa, który z oddaniem poświęca się sadzonkom, wyczekując kontrolnych odwiedzin instruktorki w swoim przydomowym ogródku.  Gunnar nie potrafi nazwać swoich uczuć, nie potrafi rozmawiać o nich i tu przypomina mi bohatera granego przez Ryana Goslinga w „Lars and the Real Girl”, który bliskości z kobietą uczy się z kupioną w Internecie lalką ludzkich rozmiarów. Ten bohater miał jednak szczęście trafić na cudownych, otwartych ludzi, który dopingując go i okazując zrozumienie pomagają mu pozbyć się tego, co do tej pory uniemożliwiało mu zbliżenie się do kobiety. Huttunen mając tę samą wrażliwość trafia na mur niezrozumienia i nietolerancji. Jego życie z czasem zamieni się w pasmo nieszczęść.

Paasilinna w niezwykły sposób pokazuje narastające wokół Gunnara niezrozumienie, strach wiejskiej społeczności, wreszcie rozwijające się coraz bardziej przejawy niechęci. Spiętrzające się sytuacje wplątują Gunnara w spiralę nienawiści. W mieszkańcach wsi uzewnętrzniają się ich najgorsze cechy.   Autor pokazuje siłę systemu i jego kluczowych reprezentantów. Obserwujemy zachowanie przedstawiciela Kościoła, policji, służby zdrowia, władz samorządowych, banku. Nie nazywając problemu po imieniu autor zdaje się na wyczucie czytelnika, pokazując, jak ludzie reprezentujący system mogą zniszczyć jednostkę. Jednocześnie Paasilinna pokazuje, że  strażnicy systemu muszą kierować się zdrowym rozsądkiem, właśnie po to, żeby nie niszczyć w ludziach indywidualności.

Zachowanie młynarza zaczęto odczytywać, jako przejaw szaleństwa. Poszczególni mieszkańcy wsi wykorzystywali tę sytuację do ugrania czegoś dla siebie. Nagle wieś stała się sceną międzyludzkiej gry o władze, rację. Czasem grą o prawo do lenistwa, jak w przypadku kobiety, która podsłuchując rozmowę młynarza z instruktorką kółka ogrodniczego, po otwarciu drzwi, uderzona przez nie spada ze schodów i symulując paraliż całą winę za ten wypadek zrzuca na młynarza. Absurdalność dochodzi do szczytu, gdy sam młynarz przyjmując wyrok wsi, która uważa, że powinien leczyć się psychiatrycznie sam zgłasza się po poradę medyczną do wiejskiego lekarza. Ten racząc go sowicie alkoholem w trakcie rozmowy wpada w dygresje oddając się swojemu ulubionemu tematowi, jakim są polowania. Symulując własne przygody w lesie, podchodzenie zwierzyny, jej ucieczkę zaczyna zachowywać się tak jak młynarz opowiadający dzieciom bajki. Poruszony tym Huttunen widząc w nim bratnią duszę przechodzi do odgrywania zachowań jego ulubionych zwierząt. Lekarz odbiera jego zachowanie, jako zniewagę, próbę ośmieszenia go. I tak, przedstawiciel władzy podejmuje ostateczną decyzję, że młynarz rzeczywiście jest wariatem. W jednej ze scen pada znamienne stwierdzenie, że gdy bogaty człowiek, lub człowiek posiadający władzę zaczyna zachowywać się nieracjonalnie, ludzie mu potakują, nie dostrzegając nic zdrożnego w jego zachowaniu. A prosty młynarz nie miał za sobą siły urzędu, we wsi był nowy, i nie na tyle zamożny, żeby zapewnić sobie spokój.

Czy Huttunen wygrał? Nie chcę zdradzać, ale autor widać jest zwolennikiem teorii, która mówi, że zło się kołem toczy. I w świetle tej teorii, ci którzy dopuszczają się zła po stokroć zostaną ukarani.

Arto Paasilinna, Wyjący młynarz, Wydawnictwo PUNKT, Warszawa 2003. Z języka fińskiego przełożyła Bożena Kojro. (1981)

Tagi: literatura fińska, skandynawska, fińskie książki, fińscy pisarze, z Finlandii, recenzja książki, recenzje książek, czytam, portal, strona internetowa, www o książkach, z książkami, Finlandia, finlandzka literatura, finlandzki pisarz.

Tagi: 1981
13:33, szwecja11 , Finlandia
Link Komentarze (1) »
środa, 07 grudnia 2011
Ciekawy debiut na granicy szaleństwa. Głębski tak, jak Łysiak w „Liderze”, czy Miłoszewski w „Uwikłaniu” odkrywa skrywane, ciemne strony systemu, który niewinnych skazuje na potępienie, nie pozwalając prawdzie wyjść na światło dzienne, stając się zaułkiem ze ślepą uliczką dla uciekających przed mroczną tajemnicą. Na okładce książki czytamy, że to autentyczna historia, więc dreszcz emocji zaostrza się z każdą stroną. O ile nie przepadam za kryminałami, o tyle wciągnęła mnie ta niemal kryminalna historia, przez to, że ma i glejt prawdziwości i skrojona jest wprawnym, niepokornym i odważnym cięciem autora, przyjmując na siebie rolę Brudnego Harrego, który w imię prawdy idzie na literackie szranki z „Nimi”.

Akcja jest klaustrofobiczna, jak pokoik, w którym przebywają klienci sali, do której trafia młody absolwent psychiatrii, tropiący zagadki ludzkiego umysłu. Porywając się na największy eksperyment w swoim życiu przypominający spotkanie bohaterów „Lotu nad kukułczym gniazdem” w „Nagim lunchu”, którzy zafundowali sobie odlot, jak w „Wojnie polsko-ruskiej”. Głównego bohatera - Andrzeja Majera polubiłam od razu. Za entuzjazm. Za naukową pasję. Głębskiemu nie daruję żony Majera i Joli-sekretarki. Skąd u pisarzy taka potrzeba opisywania tępych kobiet i zołz? Akcja gęstnieje, ale czy się wyjaśnia? Czy zbliża mnie do prawdy? Ta niedwuznaczność to najmocniejsza strona tej książki. Bo nie wiem, czy nagle wpadam w narkotyczny odlot z Majerem, czy zbliżam się do rozwiązania jednej z największych zagadek medycyny, czy jedynie potwierdza się ułomność ludzkiej psychiki i wariuję razem z głównym bohaterem? Ostatnie strony to poetycko-narkotyczny majstersztyk no i jednak ostrzeżenie, że i zabawa zapałkami i innymi nieostrymi narzędziami to przysłowiowe igranie z ogniem i jak w tym przypadku z ciemniejszą stroną naszej psychiki, która wciąż pozostaje dla nas niewyjaśnionym.

Jacek Głębski, Kuracja, Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 1998

Tagi: współczesna polska literatura, polscy pisarze, polski pisarz, książki polskie, recenzja książki, recenzje książek, czytam, portal o książkach, z książkami.

Tagi: 1998
08:48, szwecja11 , Polska
Link Komentarze (2) »
wtorek, 06 grudnia 2011
Urzekająco ciepła próba zrozumienia trudnego losu wojennego pokolenia Niemców i przymusowych robotników, widziana i opowiedziana z perspektywy dziecka. Temat trudny i ciężki, pokazany oczami dziecka pozwolił na niebanalne pokazanie historii. Jak tu bowiem do jednego worka wrzucić i wyjaśnić, czym dla Polaków były przymusowe roboty, co to znaczy stracić dzieciństwo, młodość i zostać zmuszonym do niewolniczej pracy. Oleś-Owczarkowa poradziła sobie dość sprawnie dając tym samym popisowy pokaz umiejętności psychologicznych, bo czytając tę książkę można mieć odczucie, że to dorosły pochyla się nad swoim wewnętrznym dzieckiem i klaruje długo i cierpliwie, odpowiednio prostym językiem, czym jest trudne dzieciństwo, okrucieństwo wojny i strach o najbliższych.

Chylę czoło, że autorka nie pokusiła się o tkliwe wymuszacze łez. Wbrew pozorom więcej w tej książce jest momentów otuchy, ciepłego i pełnego zrozumienia spojrzenia na problem oczami tzw. obu zaangażowanych stron niż łzawych historii i świadectw okrucieństwa wojny. W książce spotykamy oczywiście też złych „bauerów”, którzy kijem i nadzorem pod bronią zaganiają do pracy pozyskanych bezpłatnych robotników, wykorzystują ich bez skrupułów, ale są też rodziny uczciwych Niemców, którzy jak się dowiadujemy wcale nie chcieli tej wojny a teraz próbują dostosować się do tych nowych okoliczności, które i dla nich często są związane ze strachem o najbliższych, którzy walczą na wojnie, troską o gospodarstwo, które zostaje na barkach samotnych kobiet.

Okazuje się, że nie tylko Ala – główna bohaterka traci swoje dzieciństwo, ale też córki bauera, który wyjeżdża w końcu na front i staje się mniej niż weekendowym ojcem, który od czasu do czasu, a wraz z końcem wojny coraz rzadziej odwiedza rodzinę. Wojna jest trudna nie tylko dla mamy Ali, zmuszonej do opuszczenia swojego rodzinnego domu i pracy u obcych. Niemki miały własne historie, tak jak żona bauera Langera, który na jedną z kolejnych przepustek przyjeżdża z radziecką sekretarką. Z rzeczy, które mnie prawdziwie bawiły to opisy rodziny Ali. Rodzina dziewczynki jest konserwatywną chłopską wielodzietną rodziną, w której matka pilnuje, żeby wszystko była jak Bóg przykazał. Według tego porządku „mężczyźni są stworzeni do polityki, a kobiety do kuchni i do roboty przy dzieciach”.

Ta książka nie sili się na wielkie wyzwanie literackie, nie ma w sobie potencjału tworzenia literackich nisz, czy przełamywania utartych szlaków, ale jest dobrą warsztatowo prozą i choćby dlatego z ciekawością poczekam na kolejną powieść autorki.

Teresa Oleś-Owczarkowa, Rauska., Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009.

Tagi: współczesna literatura polska, polskie pisarki, polska pisarka, książki polskie, recenzja książki, recenzje książek

Tagi: 2009
10:22, szwecja11 , Polska
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 listopada 2011
Ta książka to literackie studium losu kobiety, która była z mężczyzną, który „nigdy nie chciał dawać. Chciał tylko mieć. Wszystko i wszystkich”.

Są książki, których fabuła do tego stopnia mnie wciąga, że w trakcie czytania wchodzę w opisywany świat, wraz z jego dźwiękami, smakami, barwami. Czytając czuję się, jakbym była w kinie. Nie pamiętam nawet przewracania kolejnych stron. Właściwie tylko uporczywy głód, dzwonek do drzwi albo dźwięk telefonu wyrywa mnie z zaczytania. „Ta, którą nigdy nie byłam” jest właśnie taką książką. Co gorsza jest książką, która z jednej strony maksymalnie wciąga a z drugiej powoli uzależnia i angażuje.

Axelsson nie robi tego jednak z czytelniczką wprost. Nie zapowiada, że oddaje nam do rąk pewnego rodzaju pitawal małżeńskich przestępstw i grzeszków. Czytamy opowieść pewnej kobiety od jej dzieciństwa aż do czasów, kiedy jest u szczytu swojej kariery zawodowej. Z początku zwykła historia przeciętnej dziewczyny zamienia się w pewnego rodzaju ostrzeżenie.

 MaryMarie podąża bezwiednie drogą narzuconą przez wielopokoleniowe ubezwłasnowolnienie kobiet, oznaczające wrzucanie do jednego worka ich marzeń, zmuszanie do przyjmowania stereotypowych ról, których głównym motorem działania jest szukanie tego jedynego, co finalnie staje się też ich jedynym źródłem satysfakcji, chociaż na końcu też rozczarowaniem. MaryMarie należy do pokolenia Szwedek, które pozornie wychowywane są na dużo bardziej niezależne od swoich matek, lecz wciąż tkwią w rodzinnym schemacie, który jest dla nich emocjonalnym więzieniem. Ojciec MaryMarie nie wybiera na żonę niezależnej Szwedki a Polkę po traumie obozu w Auschwitz. Decyzje zapadające w rodzinie dziewczynki są napiętnowane silnym uporem ojca i słabą wolą matki.  Axelsson pokazuje symbolicznie skłonność mężczyzn do stawiania siebie w roli wybawiciela, wybierania kobiet słabszych emocjonalnie, których gorsze pochodzenie, wykształcenie uniezależnia je i skazuje na życie we wdzięczności. MaryMarie, która jest wystarczająco inteligentna i samodzielnie myśląca, mimo, że może osiągnąć wszystko o czym zamarzy a co socjaldemokratyczna Szwecja ułatwia również osobom spoza tzw. elit wybiera los kobiety uzależnionej od mitu mężczyzny, podobnie, jak jej matka uzależnia się od swojego męża. Dziewczyna wybiera tak jak wiele pokoleń przed nią przystojnego, elokwentnego Sverkera. Wciąż na niego czeka, śledząc jego kolejne gorące i krótkotrwałe romanse. Rozwija się, robi karierę czekając aż ją dostrzeże, doceni, pokocha. Ulega silnej pasji kobiecej, która skłania do uzależniania się od toksycznych mężczyzn, którzy kobietami pomiatają, wykorzystują, obdarzają złudzeniami, podsycają nikłymi nadziejami. Axelsson nie pozostawia tutaj żadnych złudzeń. Mówi: „Kobieta spotyka mężczyznę. Budzi się nadzieja. Mnożą marzenia. Rodzi się zawód. Kruszą iluzje. Płyną łzy”. MaryMarie jak wiele innych kobiet jest ślepa na doświadczenia poprzednich pokoleń, brnie w schemat, który bez względu na to, jaką decyzję podejmie i tak ją zniszczy. Staje się symboliczną kobietą w rękach symbolicznego mężczyzny egocentryka, patrzącego na świat z perspektywy czubka własnego penisa. Dla Sverkera świat to łóżkowe eldorado, tysiące prześcieradeł, w które owija tysiące kobiet. Jest wampirem energetycznym, który karmi się ich marzeniami o wielkiej miłości. Sverker nauczył się nietrudnego zresztą kodu skutecznego uwodziciela. Zdobywa pozycję, pieniądze, bierze sobie MaryMarie, która będzie dla niego przystankiem w drodze od jednej kochanki do drugiej, będzie emocjonalnym wsparciem, gdy przyjdzie rozczarowanie nową miłostką, znudzenie zbyt długim romansem, czy okazją dla rozładowania napięcia seksualnego, gdy zabraknie w danej chwili kochanki. MaryMarie godzi się na tę iluzję małżeńską, bo mimo, że Sverker był „kłamcą, klientem prostytutek, chronicznie niewiernym małżonkiem” był kimś, dla kogo MaryMarie chciała żyć: „owinęłabym się wokół niego jak anakonda i nie chciałabym puścić, wessałabym mu się w szyję, zamknęła w uścisku jego ramiona i nogi, trzymałabym go tak mocno, że nigdy by mnie nie zostawił.”

Akcja powieści jest tak zbudowana, że śledzimy dwie równolegle toczące się historie jednej kobiety. Stajemy się obserwatorkami dwóch alternatywnych opowieści, pokazujących, co by było w zależności od tego, jaką decyzję podjęłaby MaryMarie. Kluczowym wydarzeniem są odwiedziny Sverkera w burdelu, w którym uprawia seks z nieletnią imigrantką. W nieznanych okolicznościach zostaje wypchnięty przez okno i w konsekwencji wypadku skazany na życie w wózku, sparaliżowany od ramion w dół. Zaczynamy śledzić historię Mary, robiącej karierę minister, byłej redaktor naczelnej poczytnej gazety, która opiekuje się sparaliżowanym mężem, lecz w końcu media poznają okoliczności jego wypadku, a zamieszanie, które to wywołuje wydaje się grozić zniszczeniem kariery minister. Autorka pokazuje jak tragiczny jest niekiedy los kobiet, jak związanie się z niewłaściwym człowiekiem może zniszczyć im karierę i życie. Historią Mary przypomina historie znanych kobiet, jak choćby Hilary Clinton, której romans męża ze stażystką przekreślił jej szansę na prezydenturę. Przypomina historie kobiet, które publicznie zmuszone są stawiać czoło zdradom swoich mężów, upokarzane osobistymi pytaniami, które rozgrzebują rany małżeńskie. Media zaczynają dociekać, czy walka Mary z handlem ludźmi nie jest wyłącznie pokłosiem jej osobistych doświadczeń. Przy okazji jesteśmy świadkami życia rządu szwedzkiego od kuchni. Axelsson pokazując bezradność minister wobec problemów, z jakimi jej urząd powinien się uporać zabiera jednocześnie głos w debacie o sens działań wielkiej polityki, która przegrywa codzienną walkę o polepszanie świata. Walcząc z problemami trzeciego świata tak naprawdę Mary walczy z wiatrakami, biorąc udział w konferencjach, sympozjach, honorując różne uroczystości i mając świadomość, że podczas tych wszystkich spotkań, w czasie których debatuje się o ratowaniu biednych, ci biedni właśnie umierają z głodu na ulicy. Axelsson z typową dla Szwedek wrażliwością społeczną, pokazuje też podział świata, na tych którzy walczą o prawa kobiet i tych, którzy walczą o prawa mężczyzn do kobiet: „Watykan, ortodoksyjni muzułmanie i amerykańska prawica utworzyli zwarty mur (…). Byli gotowi zapłacić każdą cenę i poświęcić życie dowolnej liczby dzieci i kobiet, aby bronić władzy mężczyzn nad rozmnażaniem się”. Pozwala sobie też na zdanie, które mogłoby być manifestem wszystkich pokrzywdzonych kobiet: „Mam w sobie furię. Jestem absolutnie wściekła na mężczyzn, którzy roszczą sobie prawo do rządzenia kobietami. Moją wściekłością mogłabym zburzyć całe miasta, obedrzeć ze skóry pełnych pogardy kardynałów ze Stolicy Apostolskiej i muzułmańskich fundamentalistów, a potem poprzybijać ich skalpy do ściany, chciałabym ułożyć na mojej plaży stos z zadufanych w sobie skurwysynów różnej maści i własnoręcznie podłożyć pod nim ogień, chciałabym skopać na śmierć wszystkich facetów na całym świecie, którzy biją żony, oskalpować wszystkich alfonsów i powtykać zapałki pod paznokcie klientów prostytutek”.

W drugiej równolegle toczącej się historii poznajemy Marie, która po sześciu latach opuszcza więzienie za zabójstwo męża. Więzienie pełne kobiet, które siedzą tam za zabicie mężów, którzy się nad nimi znęcani, mężczyzn, którzy je wykorzystywali.  Z Marie w więzieniu odbywała karę prostytutka, która została wykorzystana w burdelu przez artystę, który kupuje od jej alfonsa zgodę na bardzo intymne i uwłaczające jej godności zdjęcia. Dziewczyna podczas wernisażu zaatakuje artystę, trafia do więzienia, w którym w końcu popełnia samobójstwo. Tego typu kobiety są wielokrotnie napiętnowane. Przez społeczeństwo, którego zmowa milczenia daje przyzwolenie na przemoc w rodzinie, zmuszając je do walki w samotności i odtrąceniu z codziennym poniżeniem, które co gorsza rozgrywa się w zaciszu czterech ścian domu. Takie kobiety, nie mogą liczyć na wsparcie, bo oczekuje się od nich życia w obłudzie, skazane na samotność przegrywają swoje marzenia, wreszcie własne życie. Gdy Marie wychodzi na wolność prześladuje ją przeszłość. Znamienne jest jej spotkanie z pastorem, który interesuje się stanem jej ducha tylko dlatego, że buduje postać mordercy w amatorskim teatrzyku, w którym dzięki przeżyciom Marie chce lepiej wypaść. Sytuacja Marie wydaje się być beznadziejna, opuszczona przez przyjaciół szuka drogi, do własnego wnętrza, drogi, która oznaczałaby wreszcie otuchę i spokój. Szukając wybawienia odnajduje go w sobie: „teraz będę miła dla siebie samej, naprawdę miła i naprawdę troskliwa”.

Majgull Axelsson, Ta, którą nigdy nie byłam., Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008. Przełożyła Katarzyna Tubylewicz. Tytuł oryginału: Den jag aldrig var. (2004)

Tagi: współczesna literatura szwedzka, skandynawska, autorki szwedzkie, skandynawskie, Szwecja, książki szwedzkie, skandynawskie.

Tagi: 2004
15:11, szwecja11 , Szwecja
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 listopada 2011
Ta inkrustowana słowem rzeczywistość przypomina mi perforowane magią przemijanie. Zaklęta w wielowarstwowej czasoprzestrzeni zostaję wprowadzona na salony historii rodziny autora, w których wśród gwaru rozmów dominuje subtelność wypowiedzi, szacunek dla słowa, w miłym dla ucha koncercie dźwięków porcelany, kruchych talerzyków, grawerowanych łyżeczek.

Dzięki tej książce uciekłam w świat niekończących się dyskusji o sztuce, filozofii, literaturze. Świat wiary w rozmowę, która przynosi radość, pobudza wyobraźnię, syci doskonałością. W magiczne oddalenie od szarej rzeczywistości ulicy, która rządzi się wielofunkcyjnym zastosowaniem słowa na „k”. Dehnel podarował mi świat, który przeminął, umarł, wraz z jego utracjuszami, których cieszyły spotkania z książką, muzyką, teatrem.

Mogłabym otworzyć „Lalę” na dowolnej stronie z komentarzem nie lubię a uwielbiam. Tak, uwielbiam to dobre słowo, choć wciąż niedoskonałe. Bo uwielbiam Dehnela, za to, że zanim coś napisze dobiera w tak misterny sposób słowa. Lubię go za to, że podobnie do ludzi Północy, którzy mają setki określeń na śnieg tak Dehnel ma setki sposobów opowiadania o jednej rzeczy. Przy okazji wystawy Lecha Majewskiego, która miała miejsce w Muzeum Narodowym w Krakowie tuż po projekcji filmu „Młyn i krzyż” przeczytałam gdzieś recenzję, że twórczość Majewskiego przypomina ogromny cyfrowy gobelin, zbudowany z wielowarstwowych przestrzeni, żywiołów przyrody i postaci ludzkich. Dehnel też tworzy takie literackie gobeliny zbudowane ze wspomnień, rodzinnych historii, dykteryjek, które rozgrywają się w domu dziadków w Oliwie, gdzieś na Kresach, w utraconym majątku rodzinnym, w pokoju dziadka, który wyjmuje z pudełka głęboko schowany sygnet rodzinny, przy stole u babci, która zwołuje gości na uroczysty obiad. Dehnel podobnie do Majewskiego w „Młynie i krzyżu” rozkłada na czynniki pierwsze rodzinę, to odchodząc w dygresjach to powracając do jej głównej bohaterki. Lala jest tak charyzmatyczną kobietą, że nawet gdy autor wydaje się przez moment o niej nie pamiętać, to ja przez cały czas widzę jej roześmiane oczy i czekam, na kolejną porcję o babci. Dehnel napisał, że pochodzi z rodziny, w której „kobiety były dumne, uparte i silne”. W każdym akapicie i każdym słowie czuję siłę tej kobiety. Ogromną determinację, żeby przeżyć życie i godnie i z upodobaniem do rzeczy pięknych.

Wzruszyło mnie bardzo odchodzenie babci. Jej zapominanie. Stawanie się bezradną. Ile czułości i szacunku jest w tym dawaniu z siebie, żeby uratować dla babci jeszcze jeden dzień. Sprawić jej i sobie z bycia z nią jeszcze jedną chwilę radości. Chciałabym, żeby mężczyźni i mieli i potrafili okazywać swoim najbliższym przywiązanie, oddanie, szacunek w tak ciepły, życzliwy i wzruszający sposób.

Jacek Dehnel, Lala., Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2006.
Tagi: 2006
14:56, szwecja11 , Polska
Link Komentarze (4) »
wtorek, 08 listopada 2011
Tulouse-Lautrec  odnalazłby w Parkkinen sprzymierzeńca w opowiadaniu o świecie kurtyzan, burdelmam, prostytutek z przedmieść Paryża. Podczas, gdy uwzniośla „przechodzone kobiety” robiąc z nich pierwsze damy czerwonej dzielnicy, Parkkinen oddaje hołd ludziom nie mieszczącym się w kanonie człowieka doskonałego: kobiecie z kośćmi jak guma, kobiecie o nogach niczym słoń, czy wreszcie braciom syjamskim ze wspólną wątrobą.

Uwielbiam takie podróże w czasie do mojego ukochanego XIX wieku, bo podobnie do bohaterów Midnight In Paris Woody Allena tęsknię do poprzedniej epoki. Parkkinen pokazuje jednak jej ciemniejsze strony, to czego lukr tkliwych wspomnień pokrywa tak grubą warstwą, że trudno spod niej dostrzec, że świat na przełomie XIX i XX wieku był światem czarno-białym, światem, w którym miało się jedną, z góry narzuconą urodzeniem drogę. I do tego świata, bez cienia zakłamania zaprasza Parkkinen. To trudna podróż, trudna, tak jak rozmowa w cztery oczy, gdzie ma się sobie powiedzieć całą i również tę bolesną prawdę. Głównymi bohaterami są bracia syjamscy, rubaszny, nie stroniący od alkoholu, kobieciarz Max i nieco mniej udany, nieśmiały, żyjący w cieniu brata Izaak. Matka chłopców oddaje na wieś do dziadków, bo tak nieudani synowie, nie mogą burzyć idylli mieszczańskiej rodziny. Dziwactwo chłopców stanie się wkrótce ich jedyną szansą na przeżycie. Najpierw ciotka sprzeda ich fotografowi, żeby za kilka otrzymanych monet kupić sobie wymarzony kapelusz. Potem przez całe życie kalectwo braci będzie ich kapitałem, źródłem utrzymania. Trafią do najróżniejszych cyrków, w których będą odgrywać przeróżne role, wystawiając swoje kalectwo na widok złaknionej odmienności widowni.

Chłopcy opuszczeni przez matkę, dla której widok synów był zbyt trudny do zniesienia, żeby darzyć dzieci miłością, trafią pod opiekuńcze skrzydła jeszcze dziwniejszych od siebie kobiet. Te odrzucone przez społeczeństwo kobiety – w ich obecności czują się normalnie. Świat kalek otwiera przez Maxem i Izaakiem drzwi do akceptacji. Wkrótce, to co jest pod drugiej stronie tego świata zaczyna budzić sprzeciw i obrzydzenie czytelniczki. Tak, jak fotograf, który robi interes na sprzedawaniu zdjęć osób niepełnosprawnych, właściciele cyrków, objazdowych aren, na których główne skrzypce grają wszelkiego rodzaju dwugłowe istoty, ludzie bez rąk, bez nóg.

W świecie Maxa i Izaaka czasem pojawiają się osoby przez społeczeństwo określane normalnymi, których świat wydaje się być jednak dużo mniej normalny od świata, w którym żyją bracia syjamscy. To świat Iris, młodej Rosjanki, którą prosto z ulicy bierze bogaty fiński przedsiębiorca, żeby z niej zrobić sobie ładną żonę. Kobieta przywykła do losu ulicznicy nie potrafi odnaleźć się w świecie przepychu. Okrywające ją futra, biżuteria nie potrafią zatuszować jej pochodzenia. Iris ciągnie podświadomie do świata Maxa i Izaaka, do świata, w którym była sobą, była akceptowana. Parkkinen odważnie podpuszcza Iris do walki. Kobieta nie zostanie gotową na wszystko kurą domową, czekającą wiernie na męża. Przeciwnie. Szasta pieniędzmi, zdradza męża, uwodzi innych mężczyzn, wreszcie gardzi swoim wybawicielem. Nie jest w stanie udźwignąć swojego losu. Gdy rozmawiałam o tej postaci ze znajomymi, u wszystkich wzbudzała niechęć. Według mnie jednak Parkkinen ją wybroniła, pokazując na jej przykładzie los dziewiętnastowiecznych kobiet: dam lub dziwek. W tym czasie Paryż stoi przed obrazem Olimpii i wyśmiewa artystę, który odważył się wprowadzić na salony nagą dziwkę. Nawet dobre urodzenie nie ratowało kobiet od złego losu, mogły jak Tonia Buddenbrook stracić majątek i część w oczach społeczeństwa swoich czasów, trafiając na łowcę posagów. Kobiety w tych czasach kupowało się albo jak Iris prosto z ulicy, dla kaprysu inwestując pieniądze dla ładnej kobiety, od której wymagało się wyłącznie, żeby leżała i pachniała lub handlowało się kobietami o pieniądze, jakie wraz z nimi wchodziły w inwentarz małżeński.

Ta książka nie należy do lekkich lektur, tym bardziej chylę czoło, bo jest debiutem. Będę z zainteresowaniem czekać na kolejną powieść Leeny Parkkinen.


Ty pierwszy, Max., Leena Parkkinen, Świat Książki, Warszawa 2011. Z fińskiego przełożył Sebastian Musielak.
Tagi: 2011
10:13, szwecja11 , Finlandia
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 07 listopada 2011
Nokturny są jak pieśń zgorzkniałego starca, który swoją życiową mądrością dzieli się z wsłuchanymi w jego opowieść gośćmi wieczoru, pozbawiając ich romantycznych złudzeń i niewinnych marzeń.

Ishiguro nie chce być piewcą ułudy, więc pisze o związkach odartych z magii, pozbawionych szczerości, które w szarej rzeczywistości robią wyłącznie wrażenie zapisu w księgach rachunkowych mistrza od oszukiwania się nawzajem w nadziei na zysk z cudzej naiwności, potrzeby bliskości, szczęścia. W tym gorzkim bilansie z ludzkich spotkań jest miejsce na teatralną ckliwość, która ma korzystniej wpłynąć na to okrutne rozliczenie. W świecie Nokturnów mężczyźni i kobiety niczym satelity krążą wokół siebie, zbliżając się na odległość dochodzących dźwięków muzyki, która raz cichnie, raz gubi się w śmiechu gości restauracji, raz odbija się echem o ściany palazzo. Ta muzyka to jedyna nić porozumienia, która subtelnie owija się wokół par, zakochanych, dawnych przyjaciół pozostawiając delikatne ślady na wspomnieniach, odciskając piętno w każdym słowie, które albo dodaje otuchy, albo rani.

W tym gorzkim świecie szuka się siebie jak partnerów biznesowych. Kobiety są piękne mimo upływającego czasu, przynajmniej dopóki stać je na zabiegi chirurgiczne, czy dodające im seksapilu suknie. Mężczyźni stają się zakładnikami sukcesu, szukają szans na jego przedłużenie w chirurgii plastycznej, wymianie żon na coraz młodsze modele. Ten świat nie jest pokerową partią, bo nie ma w nim elementu gry, którym rządzi przypadek. Kobiety z premedytacją szukają bogatych mężczyzn sukcesu, którzy zagwarantują im dostęp do kart kredytowych, drogich butików, nieograniczonego życia w przepychu i blasku sławy męża. Mężczyźni świadomie kupują sobie kobiety, które mają być przedłużeniem ich sławy, kolejnym trofeum podczas tourne życia.

Ludzie w Nokturnach raczej zdają się być instrumentami w rękach wybranego przez siebie przeznaczenia jak wiolonczelistka świadoma swojego talentu, która go nie rozwija ze strachu, że któryś z nieudolnych nauczycieli mógłby go zepsuć. Żyją bardziej dla spokoju, jaki gwarantuje sława i pieniądze, godzą się w swoim życiu z półśrodkami, z życiem w ułudzie, bez miłości za to na szczycie.

Ishiguru opisując kondycję współczesnego świata nie zostawia nam za wiele miejsca na złudzenia. Opisuje świat, w którym sukces odnoszą nie ci, którzy mają talent, a ci którzy mają dostęp do mediów, kontaktów, osób decyzyjnych. W tym świecie wzajemnej adoracji przeciętniacy promują przeciętniaków, a prawdziwe talenty schodzą niemal do slumsów codzienności. Przeciętny jazzman odbiera nagrodę dla najlepszego muzyka roku a utalentowany muzyk przygrywa gościom do kotleta. W świecie, którym rządzi pieniądz można sobie kupić wszystko, a kolejne pokolenia tego społeczeństwa nauczyły się tłumić w sobie niepokój i rozczarowanie z takiego pustego życia. Co gorsza w ludziach narasta frustracja, że ich sukces jest jeszcze niewystarczający, że mogliby żyć lepiej, za większe pieniądze, piętro wyżej w hierarchii bogactwa. Bohaterowie Nokturnów chcą być uznani przez jak największą liczbę osób za ludzi sukcesu, nie wystarczy ich osobista satysfakcja, nie wystarczy im życie na wysokim poziomie, muszą być w pierwszej lidze, tylko to się liczy, to daje im ciągłe poczucie niespełnienia, braku doskonałości, którymi zarażają innych, i napędzają do kolejnej pogoni samych siebie.

Nokturny to pełne gorzkiej prawdy opowiadania mędrca, który pokazuje cienie blasków życia.

Nokturny. Pięć opowiadań o muzyce i zmierzchu., Kazuo Ishiguro., Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz., Warszawa 2010. Z angielskiego przełożył Lech Jęczmyk. (2009)
Tagi: 2009
15:03, szwecja11 , Anglia
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9