Recenzentka

Wpisy

  • niedziela, 10 lutego 2019
    • Jednostka - Ninni Holmqvist - nieudana szwedzka dystopia o bezdzietnych

      Są kobiety, które nie chcą mieć dzieci. Czy to problem? Tak, dla części społeczeństwa kobieta, która mówi publicznie, że nie chce mieć dzieci jest problemem. Za prawie każdym razem, gdy któraś to mówi odzywają się matki Polki z odyseją do macierzyństwa, kościółkowe pańcie z informacją, że Boga nie mają w sercu, samozwańcze psycholożki, które twierdzą, że im się odmieni, siostry zbawienia, twierdzące, że swoje pokochają, bezpłodne kobiety z przekleństwami, no i matematycy od tykającego zegara. A te kobiety jak nie chciały, tak nie chcą mieć dzieci.

       

      Jednostka_ninni_holmqvist_recenzentka_blog

       

      JednostkaNinni Holmqvist (ur. 1958 w Lund) powinna je zainteresować. Oto w niewiadomej przyszłości klimat polityczny w Szwecji tak dalece się zaostrza, że w życie wchodzą ustawy mówiące, że bezdzietne kobiety po pięćdziesiątce i bezdzietni mężczyźni po sześćdziesiątce stają się: ZBĘDNI. Ich dalsze życie nie ma sensu, ponieważ wchodzą w wiek chorób, dolegliwości i zamiast służyć rozwojowi społeczeństwa stają się niepotrzebnym balastem i kosztem. Trzeba ich więc jakoś spożytkować, czemu służą specjalne jednostki, gdzie stają się surowcem do badań klinicznych, wszelkiego rodzaju testów naukowych, no i najważniejsze: są dawcami organów.

       

      Jednostki te są tak urządzone, żeby służyć zdrowiu i wygodzie zbędnych: nowocześnie wyposażone sale gimnastyczne, trenerzy, studia jogi. Bufet, gdzie można do woli komponować pożywne posiłki. Zdrowe łączy się tu z luksusowym i wygodnym, bo dla mieszkańców zbudowano pełną infrastrukturę z atrakcyjnymi pomieszczeniami mieszkalnymi i rekreacyjnymi, stałą letnią temperaturą, wiecznie kwitnącymi ogrodami. Jest tu teatr, kino i galeria. W zasadzie zaprojektowano tu niemal wyidealizowaną rzeczywistość, z komfortem dalece odbiegającym od standardów spoza jednostki, gdzie trzeba sobie radzić chociażby z nieprzyjazną mroźną nordycką pogodą. Do tego towarzystwo osób w tej samej sytuacji sprzyja poczuciu jedności. Główna bohaterka Dorrit trafiając do powieściowej jednostki, czuje się jak w empatycznym raju i powie: „Tutaj mogę być sobą, na każdym poziomie, całkowicie otwarcie, nie jestem odrzucana ani wyśmiewana, nie muszę się bać, że nikt nie potraktuje mnie poważnie. Byłam postrzegana jako dziwadło, jakieś UFO, kłopotliwe piąte koło u wozu, z którym ludzie nie wiedzieli co zrobić. Tutaj jestem jak wszyscy inni. Wtapiam się w grupę. Liczę się”. Trafiając tu - po początkowej apatii związanej ze świadomością, że idzie się na śmierć - można dać się ponieść entuzjazmowi. O ile nie trafi się do badań klinicznych, które wpływają negatywnie na osobowość, przetrawią mózg i zamieniają człowieka w roślinkę.

       

      Muszę się jednak zgodzić z vlogerką z „Czytam i piszę”, że początkowy potencjał, jaki buduje książka taką zapowiedzią, został kompletnie zaprzepaszczony. Podobnie do niej spodziewałam się awantury literackiej na poziomie Margaret Atwood, do której cytowany na okładce krytyk porównał powieść Szwedki. Natalia ze Szwecjobloga raczej wskazuje podobieństwa do „Never Let Me Go”. W duchu słynnej „Opowieści podręcznej” jest tu jedynie koncepcja. Świetna. Obrazoburcza. Genialna. I totalnie zmarnowana.

       

      Jeśli ktoś więc sądzi, że każdy może się nauczyć pisania, to przykład „Jednostki” polemizuje z tą tezą. A Ninni Holmqvist nie marnowała czasu. Skończyła kurs kreatywnego pisania w Skurups folkhögskola i Biskops-Arnö. Brała udział w wykładach na temat kreowania świata powieściowego na Uniwersytecie w Göteborgu. Może się przeedukowała, a może najzwyczajniej w świecie, pisarstwo to jednak coś więcej niż rzemiosło i nie u każdego kurs pisania kończy się szczęśliwie. Chociaż początek kariery Ninni Holmqvist – przynajmniej na papierze – robi imponujące wrażenie. A pisano o Szwedce w superlatywach, rozpływając się nad jej debiutem. Do tego uhonorowano ją nagrodą Ludvig Nordström w 2010 i nagrodą Sixten Heymans w 2016. Tu myślę, że może to kwestia błyskotliwego debiutu, z którego uszła para? Nie wiem. Książki debiutanckiej nie czytałam a pisarkę znam jedynie z przekładu „Jednostki”.

       

      Z życiorysu Ninni Holmqvist wynika, że długo nie wiedziała kim chce być i co chce robić w życiu. Normalnie by to rezonowało bogactwem doświadczeń a dla pisarza doświadczenia życiowe to jak superfood. Na stronie ff.författarcentrum.se czytam, że Szwedka była opiekunką osób starszych, pracowała w domu spokojnej starości, rozpoczęła edukację przedszkolną, którą po praktykach porzuciła, twierdząc, że nie widzi się w pracy z dziećmi. Potem odnalazła się w tłumaczeniu z angielskiego i duńskiego na szwedzki. W końcu przyszła chęć samodzielnego pisania, co przy światowej, niegasnącej fali zainteresowania literaturą nordycką, jest bardzo rozsądną decyzją. Dzisiaj pisarka oprócz pisania książek, uczy jak się je pisze. Można ją spotkać w roli nauczycielki w Skurups folkhögskola i w Skrivarakademien w Malmö (Akademia Pisania).

       

      Jednostka” zamiast przerażającej dystopii jest raczej historią o związkach, nieudanym życiu samotnej singielki, która wspomina trudny, pozamałżeński romans. Brakuje tutaj typowej dla dystopii grozy i niepokoju. Narracja poprowadzona została ciężką ręką. Autorka opisuje bardzo długo infrastrukturę jednostki, nie wymyśliła jednak żadnej intrygi, wydarzenia, które mogłoby wprowadzić tu więcej akcji i zawiesić na czymś nasze zainteresowanie. Innymi słowy to bardzo nudna książka. „Jednostka” napisana jest w pierwszej osobie i dominują tutaj gorzkie przemyślenia Dorrit i obrazy z jej nieudanego życia. W połowie powieść zmienia się w romans z namiętnym finałem. Napięcia jednak nigdy między akapitami tej powieści nie było.

       

      Do tego ta książka może być niezrozumiała dla czytelnika spoza krajów nordyckich. Żeby w pełni zrozumieć, do czego odnosi się Ninni Holmqvist trzeba by być na bieżąco ze szwedzkimi debatami, klimatem politycznym i tamtejszymi sprawami społecznymi. Warto byłoby powieść czytać równolegle z obejrzeniem choćby dokumentu Erika Gandiniego „Szwedzka teoria miłości”. Szwecja literalnie jest rajem dla matek, a dzieci mają tutaj niespotykane nigdzie indziej prawa, z których korzystają robiąc na przybyszach wrażenie nieokrzesanych dzikusów. Matki są hołubione i mają ogromnie bogatą ofertę opiekuńczą, spędzania czasu wolnego. Tradycją szwedzką jest organizowanie wszelkiego rodzaju kółek samopomocowych, stowarzyszanie się wokół tematów macierzyństwa. Niezależnie od problemu wychowawczego i wieku dziecka rodzice zawsze znajdą coś interesującego dla siebie. Gdy się dłużej w Szwecji żyje i nie ma się dzieci, wrażenie narastającego miniterroru wokół macierzyństwa rośnie. Szwedki nieustannie zachęca się do rodzenia. Matki bezceremonialnie karmią maluszki w miejscach publicznych, nikt się nie przejmuje gołymi tyłkami dzieci na plażach i basenach, śmierdzącymi pieluszkami w miejscach publicznych czy rozrabiającymi przedszkolakami. Wyjście do restauracji ze znajomymi może być przykrym doświadczeniem, jeśli tak się nieszczęśliwie złoży, że wpadnie tam na obiad również rodzina z małymi dziećmi. Piski, bieganie, rozchlapywanie jedzenia i wszystko przy stoickiej aprobacie Szwedów, którzy jedynie w duchu okazują złość.

       

      Ninni Holmqvist w „Jednostce” wchodzi w polemikę z tymi faktami, pokazując przerysowaną rzeczywistość, w której bezdzietnych dorosłych wręcz zsyła się w pewnym wieku na pewną śmierć. Szwedzi mogą tu odnaleźć szereg odniesień do swojej rzeczywistości i pośmiać się szczerze z udanego konceptu Szwecji superdzietnej. Ci którzy trafiają do jednostek to zazwyczaj intelektualiści, osoby oczytane, które wybrały rozwój osobisty i zawodowy od realizowania się w macierzyństwie. Kjell, który w jednostce opiekuje się biblioteką powie wręcz: „Ludzie, którzy czytają książki mają skłonność do tego, by stać się zbędnymi”.

       

      Kolejna sprawa, z którą polemizuje Ninni Holmqvist to emancypacja kobiet i feminizm. Matka Dorrit powtarzała jej przez całe życie, coś o czym mówi też dokument Gandiniego: „nie pozwólcie, żeby jakiś mężczyzna was utrzymywał, łożył na was finansowo, dominował intelektualnie czy emocjonalnie. Nie dajcie się złapać w tę pułapkę!”. A emocjonalne czy finansowe uzależnienie od kogoś jest największym tabu w Szwecji. Dorrit wybiera więc najchętniej otwarte i niezobowiązujące związki, zostaje kochanką, a w efekcie kobietą samotną. Tę kwestię szczególnie dobrze wyeksponował Gandini w „Szwedzkiej teorii miłości”.

       

      Łatwo ulec zauroczeniu feminizmem szwedzkim. To, co problematyzuje w swojej powieści Ninni Holmqvist kwestionuje jednak jego zdobycze. Obsesja na punkcie niezależności emocjonalnej i finansowej tworzy społeczeństwo egocentryków, którzy nie potrafią wchodzić w bliskie relacje; żyją chwilą a problemy rozwiązują rozwodami i kolejnymi związkami. Nastawienie na kompromis w związku wydaje się w Szwecji minimalne. Wszystko jest dobre dopóki trwa zabawa. Do tego dochodzi przerysowany stosunek do definicji kobiecości. Szwedki nie oczekują przepuszczania w drzwiach, ustępowania miejsca w autobusie, pomocy z ciężkimi pakunkami. I tu wchodzi w zdanie Ninni Holmqvist pokazując romans pomiędzy dwójką zbędnych, którzy kapitalnie odnajdują się w relacji, jaka poza jednostką zostałaby uznana za „łagodne naruszenie kobiecego miru” i zachowanie ocierające się o seksizm.

       

      Na koniec bierze Ninni Holmqvist pod lupę późne macierzyństwo, które często w Szwecji jest wyśmiewane i krytykowane. Czytamy więc w pewnym momencie: „Wiek może też być zaletą. Mam duże doświadczenie życiowe, znam siebie. Wyszalałam się wystarczająco, nie ma we mnie młodzieńczego egoizmu, nie jestem skoncentrowana tylko na sobie. Potrafię kochać, dbać o innych i być dla nich oparciem. Poza tym jestem zdrowa i silna, psychicznie i fizycznie. Niedawno się dowiedziałam, że mam kondycję jak dwudziestolatka”. Ta kwestia nieco zmienia perspektywę patrzenia na tę książkę. Bo ostatecznie chodzi bardziej o krytykę państwa, które stawia na młodość i dzietność, ale tylko osób w pewnym, akceptowalnym wieku. Do tego dochodzi opresyjność systemu, który organizuje społeczeństwo z niemal żelazną konsekwencją i tu Ninni Holmqvist mówi stop, podkreślając, że to pierwszy krok w kierunku państwa totalitarnego, gdzie ludzie służą jedynie państwowej maszynie, słupkom w statystykach i punktom wzrostu. Dobre chęci często są początkiem piekła i chyba coś na jego kształt gotują sobie Szwedki: samodzielne, niezależne finansowo, ale samotne i nieszczęśliwe.

       

      Podsumowując, muszę jednak szczerze odradzić zapoznawanie się z tą książką. Słabo napisaną, nudną i niejasną dla czytelnika polskiego.

       

      Recenzja: Jednostka, Ninni Holmqvist, Editio, Warszawa 2019. Przekład: Alicja Rosenau. Tytuł oryginału: Enhet (2006). ISBN 9788328345805 

       

      PS 1 KONKURS: Dla czytelników niezrażonych moją oceną mam jednak 1 egzemplarz książki. Wygra go osoba, która jako pierwsza w komentarzu pod tym wpisem wyrazi chęć otrzymania "Jednostki". Na komentarze czekam przez 24 godziny od opublikowania wpisu. Osobę z Krakowa poproszę o odbiór książki osobiście w wyznaczonym przeze mnie miejscu. Osobę spoza Krakowa proszę od razu o podanie adresu do wysyłki mailowo: amdutka [ @ ] wp.pl. Dane kontaktowe wykorzystam jednorazowo i wyłącznie do przesłania książki, następnie email z adresem zostanie skasowany. Jeżeli nikt się nie zgłosi w ciągu 24 godzin i w tym czasie nie otrzymam adresu do wysyłki, książka trafi do kolejnego konkursu.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 10 lutego 2019 10:40
  • środa, 06 lutego 2019
    • Daleko od Niflheimu - Majgull Axelsson

      O Szwecji Majgull Axelsson napisze: „martwy i słodki kraj”. O Nässjö, z którego pochodzi: „brzydki mały raj”. O jej debiutanckiej powieści „Daleko od Niflheimu” UNT powie: „prosta, naga i szczera”. W 1994 była rzeczniczka ministerstwa spraw zagranicznych porzuca język dyplomacji, żeby w obliczu paraliżu politycznego i gospodarczego, gdy już nikt nie miał wątpliwości, że Szwecja zbacza z kursu praworządności, sięgnąć po literaturę i opisać Szwedom ich kraj w soczewce ujawniającej wszystkie rysy i pęknięcia.

       

      Daleko_od_Niflheimu_Majgull_Axelsson_Recenzentka_blog

       

      Nässjö dla Majgull Axelsson jest tym, czym Kiruna dla Åsy Larsson czy Fjällbacka dla Camilli Läckberg. To jej miasto dzieciństwa. Jej korzenie. Jej przeszłość, która wrasta w człowieka dając mu potrzebny kokon bezpiecznej tożsamości, czegoś dokąd można się odwołać szukając odpowiedzi na pytanie, kimś się jest. Dla Majgull Axelsson wyrwanie z bezpiecznego i oswojonego świata do wielkomiejskiego - z perspektywy cichej prowincji - Sztokholmu stało się pęknięciem, którego ślad jest niemal znakiem rozpoznawczym pisarki. Dwoistość, dualizm. To tu w świecie niejasnych granic zasadza się tajemnica pisarstwa i myślę, że też sukcesu Szwedki.

       

      Majgull Axelsson pisze o nas. Wyrwanych z kręgów przyjaźni, pozbawionych miejsc związanych ze wspomnieniami. O wszystkich tych, którzy musieliśmy opuścić rodzinne strony: żeby dokończyć edukację, za pracą lub rodzicami, którzy z jakiś powodów musieli się przeprowadzić. W Szwecji patriotyzm lokalny, to kwestia tożsamości. Jestem z Nässjö, więc mówię tamtejszym dialektem. Więc wyrastam prosto z tamtejszego krajobrazu, a kultura życia, na długim oddechu, w tempie prowincjonalnego miasteczka określa moje priorytety.

       

      O ile w Polsce często słyszałam „chcę się stąd wyrwać” i często sama to powtarzałam patrząc tęsknym okiem na niesamowity z perspektywy Przemyśla Kraków, o tyle wśród moich szwedzkich przyjaciół raczej dominowała niechęć przed opuszczaniem ich wysp i wysepek, maleńkich portów, niewielkich miasteczek. Może to kwestia proporcji, bo nawet wielkomiejski Sztokholm jest tak naprawdę małym miastem. Może to kwestia komfortu, bo życie w niewielkiej szwedzkiej miejscowości będzie bardziej atrakcyjne dla Szweda, który ceni sobie kontakt z przyrodą, przebywanie na świeżym powietrzu, wyprawy na archipelag i wędrówki po lesie. A mapa, nawet dobrze zaprojektowanych miejskich ulic, nie daje wytchnienia, do którego przyzwyczajony jest Szwed wychowujący się prawie całe życie w kontakcie z naturą.

       

      Narzucony dualizm i rysa na tożsamości daje inną perspektywę do oceniania rzeczywistości. Majgull Axelsson ma doświadczenia, które przeobraziły się w swojego rodzaju hormon empatii, pracujący na dużo wyższych obrotach, niż u człowieka pozbawionego całej historii życiowej związanej z awansem społecznym, dorastania w społeczeństwie klasowym, które dopiero uczy się egalitarności. A podróż życiową, którą odbyła Szwedka urodzona w rodzinie robotniczej, której mama pracowała w fabryce butów a ojciec był zaangażowanym socjaldemokratą walczącym o folkhem – kraj, który będzie faktycznie domem dla ludzi bez względu na ich pochodzenie i wykształcenie była długa, ale też dość symptomatyczna dla zarysowującej się nowej, powojennej tożsamości szwedzkiej. Ze ścieżki kariery dziennikarskiej, którą Majgull zaczyna jako wolontariuszka w gazecie, zmieniając redakcje i ucząc się zawodu, trafia do ministerstwa spraw zagranicznych na stanowisko rzeczniczki prasowej.

       

      Zanim Majgull Axelsson zadebiutowała powieścią napisała reportaż o dzieciach ulicy, wcześniej jako dziennikarka parała się rynkiem pracy, problemami społecznymi i gospodarczymi. Ostrzyła pióro i szlifowała warsztat. Skończyła najlepszą szkołę dziennikarstwa – Poppius journalistskola, tę samą, której absolwentką jest jedna z najznamienitszych komentatorek szwedzkich, pisarka Lena Andersson (Bez opamiętania, 2013). Po latach podziękuje za ten okres w swoim życiu, którego największą wartością były zebrane obserwacje i szkoła porządnego researchu. A Majgull Axelsson akurat do tego przykłada ogromną wagę. Może dlatego jej powieściowy debiut „Daleko od Niflheimu” jest poniekąd echem jej książki reportażowej. Tu też pojawi się problematyka krajów trzeciego świata, dzieci ulicy, turystyka seksualna.

       

      O ile szwedzka literatura jest blisko ludzi, to twórczość Majgull Axelsson jest tuż pod skórą. Jest Szwecją przechodzącą się po historii własnych niedoskonałości, własnych błędów i porażek. Szwedka porzuciła język poprawności politycznej, który jest niemal mentalnością szwedzką. Literacko wychodzi w rejony, które są obce dla przeciętnego Szweda, który ceni sobie konsensus, łagodną dyskusję, unikanie konfliktów, co może stać się pułapką dla społeczeństwa, któremu trudno przychodzi nazywanie faktów po imieniu.

       

      Daleko od Niflheimu” ukaże się w Szwecji w 1994. Majgull Axelsson nie jest pierwszą osobą w kraju, która sięga po powieść, żeby oswoić lęki i nazwać problemy, które je wywołują. Klimat, jaki wówczas panuje w Szwecji można by porównać do obecnego u nas w Polsce. W 1986 został zabity premier Olaf Palme. Śledztwo w sprawie jego morderstwo ujawniło kolejne afery, a poczucie, że Szwecja zbacza ze ścieżki praworządności na długo nie opuszcza Szwedów. Do kraju przybywają setki uchodźców z Bliskiego Wschodu. Wybuchają kolejne afery, w które zaangażowane są tajne służby. Przez kraj przechodzi fala oburzenia, gdy okazuje się, że mieszkającym w Szwecji Kurdom i Palestyńczykom zakładano nielegalne podsłuchy. Płoną ośrodki dla uchodźców. Wali się gospodarka szwedzka, która nie radzi sobie z kryzysem bankowym i krachem na rynku nieruchomości. To wówczas Henning Mankell powołuje do życia 43 letniego komisarza Wallandera. To wówczas rodzi się w byłej dziennikarce, pisarka Majgull Axelsson. I od razu wiadomo, że to nie będzie literatura w duchu feel-good.

       

      Daleko od Niflheimu” zostanie w Szwecji doceniona nagrodą Moi Martinson. To literacka nagroda corocznie przyznawana przez Arbetarnas bildningsförbund (ABF) i Towarzystwo Moa vanner, osobie, która pisze w duchu imienniczki nagrody. Majgull Axelsson jest jej siódmą laureatką. Wśród jej zdobywców jest m.in. znana u nas z „Miłosnej wojny stulecia” Ebba Witt-Brattström (1991), pisarka i była członkini komitetu noblowskiego Kerstin Ekman (1993), której powieść „Oszustki” właśnie wydało wydawnictwo Czarna Owca, Agneta Pleijel (2015) czy Anna Jörgensdotter (2017).

       

      Główną bohaterką „Daleko od Niflheimu” jest Cecylia Lind. Kobieta wraca wspomnieniami do czasów dzieciństwa i dorastania, ale też do wydarzeń, które rozegrały się na Filipinach, gdzie pracowała w ambasadzie szwedzkiej. Napisałabym, że to wybitny debiut, ale jest raczej debiutem przyzwoitym. Bezsilność wynikająca z gotującej się w kraju atmosfery rezonuje na kartach tej książki. Majgull Axelsson próbuje na około 400 stronach pomieścić więcej, niż powieść jest w stanie udźwignąć. Ale to przymiot debiutantki, która dopiero wkracza na literackie salony. Z impetem, i z wkurwem na ustach.

       

      Szwedka przygląda się z perspektywy czasu małemu Nässjö zapowiadając, że odczarowywanie obrazu Szwecji, pławiącej się w poczuciu samozadowolenia, stanie się jej znakiem rozpoznawczym. Ta perspektywa wybrzmi aż do ostatniej jej powieści. Nässjö jak w soczewce pokazuje wszystkie szwedzkie niedoskonałości, porażki i problemy. Drzemiącą pod powierzchnią klasowość z niewidzialnym kodem postępowania. Wszyscy wiedzą, gdzie jest ich miejsce. Cecylia powie: „Zapomniałam, że w kawiarniach w Nässjö obowiązują rygorystyczne podziały klasowe. >Thimons<< był dla ludzi mojego pokroju, dla dziewcząt o gładkich lśniących włosach i chłopców z grzywkami i fajką. Dla takich jak Marita, dla dziewcząt z tapirem, na zdartych obcasach, i dla chłopców z brylantyną na włosach i smarem pod paznokciami była >Parkhyddan<<”. Majgull Axelsson ujawnia problemy, z którymi Szwedzi nie chcą się zmierzyć: pijaństwo. Cecylia wytknie Maricie, koleżance z dzieciństwa, że mają zdecydowanie różnych ojców: „Mój tata nie przesiaduje na klatkach schodowych i nie wrzeszczy. Mój tata nie pije”. Opowie, czym zajmują się Szwedzi uciekając z mroźnej Szwecji. W Manili mieszka „mnóstwo podstarzałych Szwedów o twarzach gąbczastych od alkoholu, którzy troskliwie pielęgnowali swoje marzenia z okresu dojrzewania”. Pokazuje też Majgull Axelsson pozorowane równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Cecylia w pracy odpowiada jedynie za sprawy konsularne, „takie babskie zajęcie w dyplomacji”. Mężczyźni zwracają się do kobiet z „żartobliwą bezczelnością”, bo jak dodaje Cecylia „Szwedzi rodzaju męskiego nie znają innego sposobu okazywania życzliwości”.

       

      Retrospektywy z czasów pracy dla ambasady na Filipinach posłużą jej do krytyki służb dyplomatycznych. Ich języka, pokazowych gestów i dobroczynności, która jest jedynie grą pozorów, uspokajaniem sumienia i hipokryzją. Widzi szwedzkość w powiększeniu, która ujawnia najdrobniejsze rysy. Szwedzi tworzą „wysepki, (…) cały archipelag, gdzie każdy garnął się do swoich”. Filipińczycy „byli zbyt złociści i zbyt skośnoocy, żeby mogli cokolwiek znaczyć; nadawali się na posługaczy, dostawców albo kochanki, można ich było pozyskać dla liberalizmu, luterańskiego Boga lub idei kółek samokształceniowych, ale sami w sobie nie stanowili żadnego obiektu zainteresowania”. To, co też będzie językiem prozy Axelsson to dychotomia biedy i bogactwa. „My, z bogatego świata, kupujemy sobie bezpieczny dystans, luz. Ale kiedy muśnie nas rzeczywistość i pieniądze nie są już w stanie zapewnić nam obrony, załamujemy się”, czytamy. Na wiele lat przed Maciejem Zarembą porusza Majgull Axelsson temat sterylizacji. Jeden z bohaterów powie: „Podobno nie było u nas pogromów. Gówno prawda. Były pogromy schludności i poczucia bezpieczeństwa. Nikt się nie cackał z trupami i grobami. Wystarczy obciąć cyganowi jaja, tak żeby tego nie zauważył, i wypruć flaki cygańskiej babie. Dla finansowego dobra gminy”.

       

      Osią wydarzeń w „Daleko od Niflheimu” jest pobyt w rodzinnym Nässjö, który wywołuje falę wspomnień nakładających się na wspomnienia z pracy Cecylii, której udało się uratować ucieczką przed wybuchem wulkanu. Kobieta poznaje tam cygana z jej rodzinnego miasta. Oboje połączy coś więcej niż misja dyplomatyczna i próba udzielenia Szwedowi pomocy w obliczu zagrożenia wybuchem Pinatubo. Praca pamięci służy zrozumieniu kwestii dyskryminacji rasowej i rasizmu w Szwecji. Widać ogromną chęć Majgull Axelsson wyartykułowania krzywd i problemów całego świata. Chęć powiedzenia w jednej powieści więcej niż jest w stanie ona pomieścić. Wrażenie chaosu rezonuje tu na plus. Taki jest świat. Pełen absurdów i sprzeczności. Hipokryzji i bezinteresownych aktów dobroci. Ostatni szlif, którego brakowało debiutowi Axelsson, pisarka poprawi w swojej drugiej powieści „Kwietniowej czarownicy”. Tej powieści, która będzie momentem zwrotnym w historii najważniejszej szwedzkiej nagrody literackiej Augustpriset. I momentem zwrotny w karierze samej Majgull Axelsson.

       

      Majgull_Axelsson

       

      PS 1 Majgull Axelsson w Polsce! Chciałabym Was serdecznie zaprosić na II edycję Nordic Talking Festival (wydarzenie na Facebooku, strona internetowa festiwalu, fanpage festiwalu), podczas której gościć będzie Majgull Axelsson. Spotkanie będzie tłumaczyć dr Natalia Kołaczek, autorka uhonorowanej nagrodą Magellana książki „I cóż, że o Szwecji” i poczytnego bloga Szwecjoblog. Miło mi też poinformować, że poprowadzę to spotkanie. Ogromne podziękowanie za wsparcie organizacji spotkania należą się nieodzownemu Svenska institutet.

       

      PS 2 Książkę pożyczyłam w Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej, ul. Rajska w Krakowie.

       

      Recenzja: Daleko od Niflheimu, Majgull Axelsson, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2003. I wydanie. Tytuł oryginału: Långt borta från Nifelheim (1994). Przełożyła: Halina Thylwe. Redakcja: Anna Brzezińska. Korekta: Magdalena Stajewska, Elżbieta Jaroszuk. Redakcja techniczna: Urszula Ziętek. Projekt graficzny serii: Zuzanna Lewandowska. ISBN 83-89291-52-5

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 06 lutego 2019 14:25
  • środa, 23 stycznia 2019
    • Lód i woda, woda i lód - Majgull Axelsson, czyli jak znaleźć sens w życiu

      Na feedzie facebookowym pojawiła mi się ostatnio reklama „Good Day” wydarzenia: „Zrób sobie dobry rok!”. Chodziło o wyzwanie w stylu slow. Zamiast bicia rekordów, złapanie oddechu w życiu. Skończyłam akurat powieść Majgull Axelsson „Lód i woda, woda i lód”. Czytało mi się ją źle, wolno i z uporem skandynawistki, która doczytuje nawet słabsze rzeczy, o ile są z Północy. Do maila z wyzwaniem dołączony został film autorki „Znajdź w życiu sens”, psycholożki Emily Esfahani Smith podczas jej wystąpienia TED2017. Już miałam pisać krytyczną recenzję powieści Szwedki, ale pomyślałam, że gdyby pominąć wydumaną historię, rozwleczoną fabułę i nieklejącą się akcję, to jej powieść bardzo dobrze literacko rozwija to, co w czasie kwadransa opisuje Emily Esfahani Smith odpowiadając na odwieczne pytanie: gdzie szukać szczęścia.

       

      Lod_i_woda_woda_i_lod_majgull_axelsson_sens_zycia_recenzentka

       

      SENS W ŻYCIU - PRZYNALEŻNOŚĆ


      Emily Esfahani Smith uważa, że dużo ważniejsze od szczęścia jest odnalezienie sensu życia. A na pytanie: jak? Daje cztery odpowiedzi. Najważniejsze jest według niej poczucie przynależność, która wypływa ze świadomości pełnej akceptacji nas, takimi jacy jesteśmy i doceniania innych. Pamiętacie tę scenę z „Dziennika Bridget Jones”, gdy Mark Darcy mówi:

       

      -Próbuję ci teraz powiedzieć dość nieudolnie, że tak naprawdę, pomimo pozorów, lubię cię bardzo.
      -Chociaż palę, piję, mam prostacką matkę i słowotok?
      -Tak. Bardzo cię lubię. Taką jaka jesteś.

       

      To: „Taką jaka jesteś” zamienia się w mantrę, którą Bridget fetyszyzuje niemal każdy dzień. Na taką jaka jest, ze wszystkimi wadami, zasługuje według Alexa bohaterka „Love, Rosie”. Coś w tym jest, że dopiero poznanie ludzi, dla których jesteśmy w porządku z całym bagażem naszych wad i zalet, wypełnia nas poczuciem szczęścia. Majgull Axelsson pokazuje deficyty takiej akceptacji. Powieściowa Susanne żyje w toksycznej przyjaźni z Ingalill, która skorzysta z każdej okazji, żeby zmiażdżyć ją swoimi negatywnymi uwagami. Dziewczyna dorastała w domu, w którym wyzwiska nadawały rytm dnia. Ingalill nieświadomie upodabnia się do własnego ojca nieustannie znęcającego się psychicznie nad matką. Jej karmą było poczucie wstydu i upokarzanie. Zamiast miłości dostała pakiet przytłaczających ją doświadczeń, przez które nie potrafi tworzyć normalnych relacji. Jest nieszczęśliwym dzieckiem, które staje się nieszczęśliwą nastolatką. Zna mechanizm upokorzeń. Wie jak celnie uderzyć słowem, żeby zmaksymalizować ból ofiary. Mama Susanne przejmuje opiekę nad synem swojej siostry. Kuzyn w życiu dziewczynki staje się rywalem w walce o uczucia matki, która całą siebie inwestuje w wychowywanie chłopca. Dziewczynka dorastająca w poczuciu bycia gorszą, nie zasługującą na uczucie matki będzie szukać w późniejszym życiu taniej akceptacji. Przyjaźń z Ingalill jest jej kwintesencją. Nieświadomie bierze na karby złośliwości koleżanki, o ile wciąż może ją nazywać przyjaciółką. W imię trudnej relacji przemilczy każdą negatywną uwagę pod swoim adresem. Nieświadomie hoduje w sobie kompleksy, którymi karmi ją Ingalill. Ale, gdy pojawi się na horyzoncie chociaż cień akceptacji, Susanne rzuci się w nowy związek, nieświadoma, że pada ofiarą dziewczyny, która poprzez przyjaźń z nią próbuje jedynie poznać Björna, przyszywanego brata Susanne. Znowu wyhodowany w dzieciństwie brak akceptacji prowadzi ją w fałszywą relację. Emily Esfahani Smith mówi, że poczucie przynależności, żeby nadać sens życiu musi wypływać z miłości. Złudne jest poczucie przynależności oparte na nienawiści do kogoś. Złudne jest poczucie przynależności oparte jedynie na wspólnych poglądach, wierze czy zainteresowaniach. A najbardziej złudne jest to wynikające z fałszywych pobudek. Dlatego Ingalill dołączając do młodzieżówki Narodowych Sił Wyzwoleńczych FNL znajdzie tam grupę, która da jej wsparcie, gdy będzie szydzić z Susanne. Będą zwartą grupą na placu przed szkołą, drwiąc z innych. Eva Salomonsson będzie żyła wyimaginowaną relacją z Björnem, pozwalając się traktować jak powietrze. A Björn dla dobra sprawy zawsze znajdzie racjonalne wytłumaczenie, żeby grać w zespole z ludźmi, którzy go szczerze nienawidzą.


      Wyjaśniając czym jest przynależność Emily Esfahani Smith zaznacza, że nie da się tworzyć trwałych i bliskich relacji, jeśli sprawiamy, że inni czują się bagatelizowani, niewidzialni i bezwartościowi. O tym też opowiada Majgull Axelsson w swojej powieści. Björn nie potrafi docenić matczynych uczuć Inez, ta z kolei odrzuca swojego męża Birgera. Wyciągnięte ręce ludzi, którzy bezinteresownie okazują serdeczność innym, często zawieszają się tu w próżni.


      SENS ŻYCIA – FLOW i CEL W ŻYCIU


      Ale nie tylko brak serdecznych więzi pozbawia życie sensu. Jest też nim brak celu i brak czegoś, co Emily Esfahani Smith nazywa przeżyciem transcendentalnym, rodzajem flow, które daje poczucie zatraty miejsca i czasu. Björn Hallgren potrafi zatracić się śpiewając. Celem Elsie jest ucieczka przed synem, który jest dla niej dowodem własnej naiwności i późniejszej porażki. Celem Evy Salomonsson będzie zdobycie za wszelką cenę Björna. Cele, które wynikają z niskich pobudek lub te, które nie pomagają innym, nie sprawią, że nasze życie nabierze sensu, podkreśla Emily Esfahani Smith. Nie znajdzie go Inez kochając przybranego syna bardziej niż rodzoną córkę. Nie znajdzie go Elsie uciekając przed więzami rodzinnymi. Nie znajdzie go Björn stając się członkiem boysbandu, który spełnia jedynie marketingowe oczekiwania działu sprzedaży.


      SENS ŻYCIA - STORYTELLING


      Ostatnią rzeczą, która nadaje życiu sens według Emily Esfahani Smith jest storytelling – sposób w jaki fabularyzujemy, opowiadamy swoje życie. Chodzi o to, jak o sobie myślimy i co mówimy o własnym życiu opowiadając o nim innym. Jaką też wersję własnego życia tworzymy nieustannie w myślach. Czy to przepełniona żalem historia straconych okazji? Czy historia człowieka świadomego siebie, który i zwycięstwa, i porażki przekuwa w motywujące kolejne kroki? Najlepiej widać to w postaci Susanne. Ta w duszy jest poetką, ale „przegraną poetką, kobietą, która ma za sobą kilka nieudanych projektów. (…) jest córką, która powinna zostać zgładzona zamiast swojego brata, żoną, która niecałe trzy miesiące po ślubie zostawiła męża, psycholożką, która nigdy nie odebrała swojego dyplomu, powieściopisarką, która spaliła swoją pierwszą powieść, mimo, że była dobra i wbrew temu, że była jedyną ważną książką, jaką kiedykolwiek napisała i zamiast której wyprodukowała ten bezwartościowy kryminał”. Björn Hallgren tak dalece relatywizuje swoje życie, że wpada w pułapkę życia w iluzji. Przybiera pozę na pokaz i odgrywa nieustannie narzuconą mu rolę. Męczy się z drugim sobą i poczuciem bezsensu jaki tworzy ta iluzja.


      Czy można powiedzieć, że ktoś w powieści Majgull Axelsson, znalazł sens, o którym opowiada Emily Esfahani Smith? Wydaje mi się, że to może być Ulrika i dzięki niej również Anders. I chociaż dzielą ich życiorysy a zwłaszcza historie małżeńskie, to potrafili się odnaleźć w największym życiowym tłumie. „Ulrika miała „dwoje rodziców, którzy pomagali jej i wspierali ją, cieszyli się nią każdego dnia w ciągu całego życia. Jest spokojna i radosna, odpowiedzialna i opiekuńcza. Szczęśliwa". Dzisiaj to badaczka z tytułem profesora, realizująca się i zawodowo i osobiście. Owdowiała kobieta ma dziewiętnastoletniego syna, który właśnie zaczął studiować medycynę. W naturalny dla siebie sposób wybierze sobie na kolejnego partnera mężczyznę, który da jej to, do czego od dziecka jest przyzwyczajona: bezinteresowną miłość. Majgull Axelsson zadaje kłam powszechnej tezie o przyciąganiu się przeciwieństw. Na szali emocji i potrzeb, to jednak inaczej funkcjonuje, niż w przysłowiach. Kapitałem Ulriki jest szczęśliwe dzieciństwo, dom, a więc dorastanie. Nie wchodzi w toksyczne relacje, bo nauczyła się żyć w ciepłych, bliskich i życzliwych związkach. I takich ludzi do siebie przyciąga.


      I Axelsson, i Emily Esfahani Smith chcą zmienić świat. Przewaga Smith nad Szwedką polega na tym, że przedstawiła nam ludzi, których trudne sytuacje wzmocniły i pozwoliły zmienić życie na lepsze. Sparaliżowany sportowiec - z jej wystąpienia - przyznaje, że dopiero wypadek otworzył mu oczy i pozwolił zrealizować się w roli, która nadała jego życiu sens. Nie da się zmienić świata odbierając człowiekowi nadzieję. A tę nam Axelsson tym razem odebrała. Brak szczęśliwego dzieciństwa czy brak wspierających rodziców może być właśnie tym trudnym doświadczeniem, które pozwoli człowiekowi znaleźć siłę i mądrość, żeby sobie poradzić w życiu. Bo jedni odnajdują sens w życiu, dzięki temu, co otrzymali, inni dzięki temu, co stracili. Choćby to było stracone dzieciństwo.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Lód i woda, woda i lód - Majgull Axelsson, czyli jak znaleźć sens w życiu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 23 stycznia 2019 14:20

Kalendarz

Luty 2019

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014