Recenzentka

Wpis

środa, 14 listopada 2018

Winni - duński film czarnym koniem Oscarów 2019?

Jest ich kilkoro. Spotkają się na studiach. Młodzi i zbuntowani. Nie zamierzają powtarzać tego, co już było. Nie będą się sprzedawać. I zrobią wszystko, żeby robić to, co chcą. Wspólnie właśnie zrobili film, który został oficjalnym duńskim kandydatem do Oscara.

 

Winni_dunski_film_Gustav_moller

 

Mieli na zrobienie tego filmu mało pieniędzy, zaledwie ok. pół miliona euro, więc kręcą tylko trzema kamerami. Mało czasu; film był kręcony 13 dni, chronologicznie, w ujęciach od 5 do 35 minut, które dopiero w postprodukcji poddano żmudnej obróbce. Dźwiękowiec przyznał, że zbudowanie oprawy dźwiękowej dla filmu zajęło więcej czasu niż zdjęcia do niego. Mieli mało przestrzeni. Kręcą więc w jednym miejscu; jest to dwupokojowe pomieszczenie dyspozytorni numeru alarmowego 112. Ograniczało ich wszystko, tym większy nacisk musieli położyć na kreatywność.

 

Zrobili więc najkrótsze 85 minut w historii filmu. Zbudowane na napięciu i suspensie. To duńskie kino, które świadomie wychodzi poza wszelkie ramy gatunkowe. A jednocześnie odwołuje się do tego, co w kinie gatunkowym najlepsze. Jest mocne. Jest emocjonalne. Jest nieprzewidywalne. Są tu elementy rasowego thrillera i podkręcone do wysokiego C napięcie. Są tu elementy kryminału z policjantem, który musi być szybszy od porywacza, jeśli chce uratować przed śmiercią ofiarę. Jest tu film psychologiczny z elementami dramatu człowieka, któremu wymyka się spod kontroli życie zawodowe i sypie to prywatne.

 

Pomysł na "Winnych" zrodził się z życia. Uwagę reżysera Gustava Möllera (ur. 1988) przyciągnął film na YouTube, który był zapisem prawdziwej rozmowy przyjmującego zgłoszenie pod numerem alarmowym od uprowadzonej kobiety, która udawała, że rozmawia ze swoim dzieckiem, żeby naprowadzić osobę, która odebrała telefon na jej ślad. Möller zorientował się, że od 20 minut z napięciem słucha dramatycznego przebiegu rozmowy, pracując cały czas wyobraźnią, która w całość składała chaotyczne informacje, zapisy dźwięków w tle, decyzje pracownika numeru alarmowego. Stwierdził, że chce zrobić taki właśnie niepowtarzalny film, gdzie najwięcej rozegra się w umyśle widzów. I każdy z nich wyjdzie z kina ze swoją wersją tego, co mu podpowiedziała wyobraźnia.

 

Zaczął research do filmu. W Danii pod numerem alarmowym pracują policjanci, co jak powiedział bardzo go zaskoczyło. Mierzą się tam z wyzwaniami, które odciskają się mocnym piętnem na psychice, która często nie wytrzymuje odpowiedzialności, napięcia i tempa, w jakim trzeba podejmować decyzje. Podczas rozmów spotkał oficera, który przyznał, że wykonuje tę pracę wbrew swojej woli. Wtedy zrozumiał, że znalazł bohatera filmu. Główna rola przypadła doświadczonemu i nagrodzonemu aktorowi. Jakob Cedergren (ur. 1973), urodził się w Lund, ale od szóstego roku życia mieszka w Danii. Znamy go z roli Daniela w „Zakochani widzą słonie” (2005) czy „Straszliwie szczęśliwi” (2008). Pozostałych aktorów wybrano oceniając jedynie ich głosy, bo tylko ich głosy grają w filmie.

 

Mając mały budżet, mało czasu i możliwości, trzeba było sposobu, żeby rozgrywający się dramat naprawdę wciągnął widzów i utrzymał ich napięcie do napisów końcowych. W rozmowie z Krzysztofem Kwiatkowskim dla „Wysokich Obcasów” Gustav Möller powie, że „musieli zadawać sobie więcej pytań i głębiej szukać odpowiedzi”. Rozpoczyna się kolejny research. Möller słucha podcastu „Serial” Julie Snyder i Sarah Koenig. Ogląda filmy, których akcja rozgrywa się w oszczędnej stylistyce, m.in. „12 gniewnych ludzi”, „Locke” Stevena Knighta. Ale najbardziej inspiruje go amerykańskie kino z lat 70. To wtedy robiło się filmy angażujące, realne i opowiadające o prawdziwych problemach w konwencji, która zachwycała tłumy.

 

Zabierają się do pracy. Większość z nich tyle co skończyła studia, ale już mają na swoim koncie sukcesy. Gustav Möller już jako nastolatek robi pierwsze filmy krótkometrażowe. W 2015 za „I mørke” - film dyplomowy, otrzyma The Next Nordic Generation Award. Producentka Lina Flint objęta jest prestiżowym programem Duńskiego Instytutu Filmowego New Danish Screen, tym samym w ramach, którego Milad Alami nakręcił ”Uwodziciela”, należy też do Nordisk Film’s unit for talent development SPRING. Jacob Lohman (ur. 1974) grał m.in. w „Wybawieniu” i „Kochanku królowej”.

 

W momencie, kiedy piszę ten artykuł „Winni” otrzymał nominację European Film Award w kategorii „Najlepszy europejski scenariusz” i „Najlepszy europejski aktor” dla Jakoba Cedergrena. Podczas Camerimage otrzymał nominację w Konkursie Debiutów Reżyserskich. Sundance opuścił z Nagrodą Publiczności dla „Najlepszego Dramatu Zagranicznego” i nominacją do Głównej Nagrody Jury w konkursie na najlepszy dramat zagraniczny. Ale to nie koniec. Podczas MFF w Salonikach „Winni” zdobywa nominację w konkursie głównym a MFF w Valladolid opuszcza z dwiema nagrodami: Nagrodą Indywidualną za najlepszy scenariusz i Nagrodą Specjalną „Nagroda Złotych Blogów”.

 

Ale to nie dla krytyków i festiwali robi swoje kino Szwed Gustav Möller. Powiedział, że chce łączyć a nie dzielić, że zależy mu na robieniu dobrego kina, które daje do myślenia, które wchodzi w obszary, w których najczęściej toczy się życie, tam, gdzie przecina się czarne z białym, dobre ze złym, dając niejednoznaczną i trudną do rozszyfrowania mieszkankę uczuć, emocji. Ale też przekonań, opinii, uprzedzeń i stereotypów. Życie dla niego jest ciekawe w warstwie nakreślonej grubą kreską niewiadomej. Tam, gdzie najtrudniej o jednoznaczną decyzję. Nie chce robić filmów wykluczających, wyłącznie dla osób przygotowanych do odbioru trudnych treści. Krytyków i elity. Przeciwnie, widzi dla siebie szansę na stworzenie autorskiego projektu, którego spoiwem będą najbliższe ludzkiej duszy sprawy pokazane w estetyce zapożyczonej z anturażu kina gatunkowego. Ale bez wyraźnych odwołań. Bo jak wielokrotnie podkreśla w wywiadach, jeśli wchodzi się w dany gatunek, to jednocześnie bierze się na barki ograniczenia i z góry założone oczekiwania widzów. A on nie tyle chce rozbijać od środka gatunki filmowe, co czerpać z nich, to co najlepsze, żeby połączyć ambitne z rozrywkowym.

 

Jacob Cedergren grający filmowego Asgera Holma, policjanta, który najwyraźniej wbrew swojej woli pracuje w dyspozytorni numeru alarmowego dostał więc trudną rolę. Film był kręcony w czasie rzeczywistym, praktycznie bez dubli. Kamera pracuje na bliskich zbliżeniach, widzimy drgające mu ze stresu ręce, napinające się mięśnie twarzy, wzrok wbity w głuchą ciszę telefonu. 75 godzin nagranego materiału okrojono do 85 minut, wycinając wszystko, co niepotrzebnie zakłóciłoby osobisty odbiór obrazu. Nie znamy przeszłości policjanta, którego poznajemy pod koniec dnia pracy. Odbiera kilka ostatnich rozmów od jakiś imprezowiczów, narkomana, kobiety, która pijana przewróciła się na rowerze, mężczyzny, który został okradziony przez prostytutkę. Przełomowe będzie zgłoszenie kobiety, która ucieka się do podstępu i udaje, że dzwoni do córeczki, w rzeczywistości została uprowadzona. Asger, który najwyraźniej najlepiej czuje się w akcji, wyraźnie angażuje się w sprawę, na tyle, żeby zostać długo po skończonym dyżurze. W miarę rozwoju fabuły budujemy sobie wyobrażenie o Asgerze i rozwoju wypadków operując jak się okazuje sporymi uproszczeniami. W tym miejscu najbardziej zostajemy wciągnięciu w rozważania nad życiem, nad tym, co w nim jest ważne. Lojalnością, miłością, przyjaźnią, poświęceniem. Reżyser z premedytacją tak okroił zdjęcia. Chciał wpuścić nas w ciemny zaułek i pokazać jak łatwo sięgamy po uprzedzenia i stereotypy. Jak szybko szufladkujemy ludzi. Tworząc niemal miniaturowy, oszczędny, po skandynawsku minimalistyczny obraz, osiąga najwięcej. Łapie nas w pułapkę intensywnej pracy myśli, zaskakuje wywracając nasze przekonania do góry nogami. Pokazuje, że nic w życiu nie jest czarno-białe. Bardzo duże podobieństwo pod tym względem widzę ze „Znikasz” Petera Schønau Foga. Ale przyznaję, że dopiero w filmie Möllera osiągnęłam ten rodzaj zaskoczenia, że niemal wstałam zdezorientowana zwrotem, jaki funduje w jednej z kulminacyjnych scen.

 

Podoba mi się to, że ekipa „Winnych” nie poszła na łatwiznę, pakując film w gotowy i łatwy do sprzedania nordic noir. Reżyser zresztą podkreślił w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”, że od takiej estetyki woli pracę na archetypach: ofiary, porywacza, bohatera, zbuntowanego policjanta. Bardziej interesuje go rozgryzanie człowieka i szukanie pełnowymiarowych, niejednoznacznych postaci. Myślę, że to dobry czas dla kina i nas widzów. Wchodzimy w nową erę filmu, tzw. półki środka. Kino skandynawskie się zmienia. Odchodzi w historię Dogma i trudny język Bergmana. Do głosu dochodzi pokolenie wyrosłe na metajęzyku mediów, które świetnie czuje puls codzienności. Jej intensywność i napięcia. I wkracza w nią odważnie, na własnych warunkach. To najciekawsze kino, na Północy, moim zdaniem wychodzi właśnie z duńskiej szkoły. Świetny „Uwodziciel”, doskonałe „Znikasz” i teraz wyśmienity „Winni” potwierdza tę tezę.

 

PS Film zawdzięczamy nieodzownemu Gutek Film. „Winnych” obejrzałam w moim ulubionym Kinie pod Baranami. Polecam Wam ich kartę Klubu Przyjaciół Kina, dzięki której kupuję bilety w dużo niższych cenach.

 

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
recenzentka.blox.pl
Czas publikacji:
środa, 14 listopada 2018 15:27

Trackback

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014