Recenzentka

Wpis

wtorek, 10 lipca 2018

Utøya, 22 lipca - Erik Poppe

Wydarzenia z 2011 naprawdę postawiły Norwegię w stan zdumienia. Niepojętym wydawało się, żeby tak nieznaczący kraj mógł doświadczyć aktu terroryzmu a jeszcze mniej prawdopodobne, że mordercą okaże się etniczny Norweg. Ale stało się. A nastrój dezorientacji, mieszał się z szokiem i rozpaczą. Wnikliwie to, co powodowało Andersem Breivikiem próbowała rozgryźć Åsne Seierstad w „Jednym z nas”, ale wrażenie, że poniekąd szukała w życiorysie mordercy, zwłaszcza w niejednoznacznym dzieciństwie wytłumaczenia jego postawy, nie opuszcza do końca lektury. Reportaż, który miał odtworzyć wydarzenia z 2011 na wyspie Utøya, stał się wkrótce „bestsellerem o masakrze” co przylgnęło do Norweżki, jak niewygodna łatka i stało się wizytówką reportażystki, która już historią o księgarzu z Kabulu narobiła sobie problemów. Jej reportaż będący poszukiwaniem sposobu na zrozumienie całej sytuacji, która eskalowała tak brutalnie w ciągu jednego lipcowego dnia, podzielił odbiorców. Nie wszystkim podobał się fakt, że tam gdzie powinno się pochylić milcząco i ze współczuciem, ktoś zaczyna grzebać.

 

Utoya_22_lipca

 

Gdy więc Erik Poppe wpada na szalony pomysł realizacji fabuły o masakrze na wyspie Utøya, zaczyna więcej niż wrzeć. Naprawdę nie brakuje głosów, że kolejna osoba chce zrobić sobie dobrze na śmierci ofiar. Że kolejna osoba nie szanuje cierpienia bliskich zamordowanych. Pomysł, żeby zarabiać na ich śmierci wydaje się chory. Dylemat, jak nakręcić ten film, z pewnością nie opuszcza Norwega, który dwa lata przygotowuje się do realizacji swojego pomysłu, szukając dla niego odpowiedniego języka, środków i wreszcie ludzi.

 

Eric Poppe wydaje się być człowiekiem stworzonym do opisania tej historii. Zaczynał przecież jako fotoreporter wojenny, pracował m.in. dla „Reutera”, zrobił doktorat z psychologii, gdzie badał jak subiektywny punkt widzenia w opowiadaniu wpływa na empatię, silniejszą identyfikację, większe zaangażowanie u odbiorcy. Wprawdzie bycie operatorem filmowym nie jest jego pierwszym wyborem zawodowym, ale było konsekwentną drogą człowieka, który całe życie zajmuje się zdjęciami. I wszędzie ze spektakularnym powodzeniem. Można powiedzieć, że wszystko, czego się dotknie zamienia w nagrody. Ma na swoim koncie Kodak Award, jest czterokrotnym zdobywcą Norwegian National Film Critics’ Award.

 

W „Utøya, 22 lipca” następuje kumulacja doświadczenia, wiedzy filmowej, ale też emocji. Okazuje się, że film dla wszystkich będzie przeżyciem wymagającym wsparcia psychologicznego. Na planie nieustannie czuwają psychologowie, którzy zaopiekują się debiutującymi w roli aktorów młodymi ludźmi. Eric Poppe nie chce bowiem zawodowców. Od początku wiadomo, że to będzie inny film. Nie dokument, w żadnym razie nie komercyjne kino.

 

Utoya_5_lat_po_ataku

 

Mimo ogromnych nakładów sił, żeby uwiarygodnić wydarzenia, pokazać jak najwierniej emocjonalne napięcie, strach, poczucie dezorientacji i chaosu, jaki opanował wyspę po ataku terrorysty, czegoś drażniąco brakuje nam po wyjściu z kina. Właściwie można by powiedzieć, że Poppe tworzy filmową wersję reportażu Åsny Seierstad, z tą różnicą, że nie analizuje okiem kamery losu wybranych uczestników tylko tworzy jedną postać, zbudowaną z kilku. Kamera jest niemal przyklejona do dziewczyny, którą spotykamy na obozie młodzieżówki norweskiej, lewicowej Partii Pracy. Przyjeżdżają kolejni uczestnicy, Kaja jest najwyraźniej w leaderskiej grupie, jednocześnie opiekuje się młodszą siostrą, która w cieniu utalentowanej i przebojowej dziewczyny, próbuje zwrócić na siebie uwagę przybierając pozę buntowniczki. Trudność techniczna filmu polega na śledzeniu losu dziewczyny w jednym długim ujęciu, trwa ono dokładnie tyle ile atak na wyspie. Naturszczyki to specjalny zabieg, nie chodzi bowiem o gwiazdorską obsadę, która skupiłaby na sobie uwagę; na wyspie zginęły przypadkowe, nieznane szerzej osoby i takie też zagrają w filmie. Reżyser ze względów etycznych rezygnuje z kręcenia go na Utøi. Rezygnuje też z tego, czego nie zrobiła Seierstad; w jego filmie nigdzie nie pada nazwisko mordercy, a jego sylwetka ledwie migocze niewyraźnie w kilku scenach, gdzieś w tle.

 

O ile jednak takie filmy jak „Pluton”, „Łowca jeleni”, „Czas apokalipsy” czy nawet komediowe „Good morning Wietnam” mówiły nam coś głębszego o wojnie, okrucieństwie i bezsensie zabijania w imię idei, cierpieniu ofiar, tutaj mamy do czynienia jedynie z drobiazgowo zbudowanym ujęciem, z precyzyjną narracją, ze świetną organizacją na planie. Po prostu z dobrą reżyserską robotą, od strony technicznej. Głębi zabrakło. Nie ma jej, chociaż historia, którą śledzimy wstrząsnęła całą Norwegią. Wyraźnie widać, że Norweg nie potrafi? Nie rozumie, co się stało 22 lipca 2011. Może Norwegom brakuje dystansu, żeby pojąć rasizm we własnym kraju? Może przemawia przez nich nieco wyrachowania i udają, że nie rozumieją dlaczego do 22 lipca w ogóle doszło? Bo ani Åsne Seierstad w „Jednym z nas” czy w „Dwóch siostrach”, ani Eric Poppe nie rozgryźli, co takiego drzemie w ich kraju, że wychował najsłynniejszego rasistę współczesnego świata.

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
recenzentka.blox.pl
Czas publikacji:
wtorek, 10 lipca 2018 19:45

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • orfeus82 napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/11 02:43:25:

    A ja wciąż czytam "Drogę na północ". Wkrótce recenzja na moim blogu :)

  • recenzentka.blox.pl napisał(a) komentarz datowany na 2018/07/11 09:31:38:

    "Droga na Północ" to najlepsza rzecz, jaką do tej pory czytałam o Norwegii. Chętnie przeczytałam przetłumaczone tam fragmenty książek w całości. Zwłaszcza syna, Nansena. Czekam na Twoją recenzję

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014