Recenzentka

Wpis

czwartek, 12 kwietnia 2018

Smak prawdy - Hanna Lindberg

Na początku chciałam napisać, że napięcie uciekło z tej książki. Poszło sobie, a raczej śmignęło z powrotem do Szwecji. Kończąc ją wiedziałam, że nie dotarło nawet do brzegu jej akapitów. Nie odpaliło nawet z pasów startowych. Pogrążyło się w wyobraźni człowieka, który wymyślił okładkowe hasło: „intrygujący, zaskakujący i przewrotny”.

 

Smak_prawdy_Hanna_Lindberg

 

Słyszałam o giełdach, na których wydawcy licytują prawa do książek, których nigdy nie czytali. Warunki takiego pozyskiwania tytułów narzuca im od razu konieczność publikacji również książek nienapisanych. Prawo staje się pętlą u szyi, zwłaszcza gdy autorowi drgnie ręka i zamiast nowego „Millennium” tworzy w nurcie narracyjnej pustki. Nie czytałam debiutanckiej powieści Hanny Lindberg, więc nie ocenię nadziei, jakie mógł mieć potencjalny wydawca biorąc się za przekład „Smaku prawdy”.

 

Nic, totalnie nic w tej książce nie pociąga. Narracja przypomina upartego osła, który za żadne skarby nie chce ruszyć z miejsca. Zwroty są równie prawdopodobne jak to, że piszę ten tekst w gorącym uścisku z Woody Allenem. Ludzie pojawiają się tu bez większego uzasadnienia. Nie wiadomo, skąd u diabła wiedzą, gdzie są poszczególni bohaterowie i co robią. Podejrzewałam nawet, że to może jakiś paranormalny kryminał, stąd ta galeria wyrastających znikąd postaci.

 

I dziw bierze, że reporterka jednej z największych szwedzkich popołudniówek „Aftonbladet” i podobno wzięta felietonistka „Metra” tak nużąco opowiada historię. Dziennikarze zazwyczaj mają coś więcej od lekkiej ręki do płynności tekstu. Mają wrażliwość do szczegółu, wyjątkowość składania ludzkich historii w przejmujące narracje. Stąd sukces chociażby Stiega Larssona czy Majgull Axelsson. To się przecież rozwija i precyzuje z kolejnym tekstem. Ale pewnie niektórzy zatrzymują się w pisaniu tam, skąd odpalił pewnego dnia Maciej Zaremba Bielawski uświadomiwszy sobie, że dobry reportaż nie tylko opowiada, co pokazuje życie. I akurat ta cecha cudownie pasuje do kryminału. Nie da się opowiedzieć wartkiej akcji bez kreowania obrazów w wyobraźni. Hanna Lindberg tego nie potrafi. Potrafi za to rozkminiać, gadać, mękolić i tworzyć narracyjne pociągi donikąd. I sunie niczym osobówka po zakrętach, mieląc po drodze monotonne widoki.

 

Jedyna rzecz, która jej wyszła to pomysł na powieść. Która ze wszech miar powinna się udać. Oto dziennikarka specjalizująca się w branży gastronomicznej wymyśla kulinarne trio szefów kuchni. Podczas gali wręczenia nagrody kucharza roku pada strzał. Ginie znienawidzona krytyczna kulinarna. Do akcji wkracza dziennikarka (alter ego Lindberg?), która wraz z nią tworzyła niezależny portal informacyjny. Jest tu miejsce i na intrygę i na milion domysłów, na galerię zawistnych ludzi z branży. Jest tu cały plac św. Piotra na narracyjne sztuczki, podchody i ucieczki. Temat szalenie popularny i chwytliwy. Niezliczona obecnie liczba kulinarnych show królujących w tv, szefowie kuchni w nowej roli celebrytów. Księgarskie półki uginające się od autorskich książek gwiazd pichcenia, blogowych bogów kuchni, restauracyjnych guru. Niekończące się festiwale kulinarne i obsesja mówienia o jedzeniu, robienia filmów o branży: „Julie & Julia” czy choćby Bradley Cooper w „Ugotowanym”. „Smak prawdy” naprawdę powinien się genialnie sprzedać. I sądzę, że tak to zadziałało. Ktoś w ciemno, po zapoznaniu się ze streszczeniem kupił tu prawa.

 

Hanna Lindberg mogła nawet zapoznać się z teorią pisania kryminałów czy w ogóle sztuczkami narracyjnymi. Wykorzystuje model, który nazwałabym wręcz szkołą szwedzką. Mamy trzy przeplatające się wątki narracyjne: główny, gdzie szaleje dziennikarka Solveig Karolina Berg, 28 l., „zameldowana na Hornsgatan 104, Södermalm, niezamężna, bezdzietna, blond włosy”. To tutaj toczy się śledztwo. Solveig doszukuje się w restauracyjnej strzelaninie, która zabija jej przełożoną drugiego dna. Vanja Stridh tuż przed śmiercią powie jej coś, co naprowadzi dziewczynę na trop, który z niezrozumiałych powodów lekceważy policja. Drugi wątek opowiada o niejakim Lennie Lee. Lindberg wprowadza tę postać dla mieszania w fabule, która jednak z wydarzenia na wydarzenie traci na wiarygodności i przenosi się w rejony wydumanych i odrealnionych. Poziom wiarygodności i prawdy psychologicznej sięga tu kondygnacji ujemnych. Nie trzeba być mistrzem psychologii czy guru relacji interpersonalnych, żeby kreować pełnokrwiste postaci. Tu naprawdę przydaje się umiejętność obserwacji i ściągania z życia. Ale Lindberg ma ambicje wymyślać i daje plamę na całej linii. Nie do wiary, jak spaprała w tym temacie. A ostatni wątek to gwóźdź do jej literackiej trumny. Czytamy coś w rodzaju pamiętnika, jego autora poznamy na końcu. Skandynawowie mają tendencję do załatwiania różnego rodzaju problemów społecznych w swoich powieściach. I chwała im za to. Jednym to się udało tworząc nowy podgatunek kryminalny, inni to naśladują. Nieudolnie, męcząco i nudnie. Najlepszym dowodem jest „Smak prawdy”.

 

Taki model konstruowania tekstu w naturalny sposób daje przestrzeń dla budowania napięcia. Wystarczy jeden wątek zatrzymać na nierozstrzygniętym wydarzeniu. Rozpocząć nowy i kontynuować do kulminacyjnej sceny, którą przerywa kolejny wątek. I tak rozbudzając zainteresowanie tworzy się naturalne napięcie. Hanna Lindberg nie poznała jednak definicji napięcia. Brak sprawności autorki jest porażający. Mimo, że sięga po sprawdzone narzędzie, nie jest w stanie nawet wydusić z niego odrobiny emocji.

 

Zastanawiając się, czy jest w tej powieści, coś wartego polecenia zatrzymuję się nad mapą Sztokholmu. O ile jest go sporo w książce, to Lindberg zachowuje się jak pracownicy informacji MPK. Znowu zamiast rozbudzać wyobraźnię bawi się w wyliczanki. Buster Hansson mieszka na osiedlu Atlas przy Sankt Eriksplan. Lennie patrząc na miasto widzi „Riddarfjärden, Västerbron i całą drogę do Mälarhöjden i Gröndal”. Solveig i Dan Irén „przysiedli na ławce pod pomnikiem pisarza Augusta Strindberga w Tegnérlunden, małym parku na wzniesieniu, który wyznaczał granicę między dzielnicami Vasastan i Norrmalm”. To jest kryminał, więc nie oczekuję, że Lindberg wyjdzie w miasto jak Michał Cichy, ale niechby dała nam miasto, które żyje. Niech w nim pokaże cokolwiek oprócz instalowania miejscówek na siatce topograficznej.

 

Hanna Lindberg ma sporo literackich problemów, a ten największy ma z pisaniem kryminałów.

 

Recenzja: Hanna LindbergSmak prawdy”, Edipresse Książki, Warszawa 2018. Ze szwedzkiego przełożyła: Agata Teperek. Tytuł oryginału: STHLM Grotesque. Redakcja: Agnieszka Jeż. Korekta: Ita Turowicz, Ewdokia Cydejko. Projekt okładki i stron tytułowych: Krzysztof Rychter. Skład i łamanie: Typo. ISBN 978-83-8117-316-2. Stron: 368.

 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję: Edipresse Książki.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
recenzentka.blox.pl
Czas publikacji:
czwartek, 12 kwietnia 2018 11:58

Trackback

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014