Recenzentka

Wpis

czwartek, 16 listopada 2017

Spektrum - Leonidy - Duńska powieść fantasy dla nerdów

Leonidy” Dunki Nanny Foss to powieść fantasy dla nerdów. Andrzej Sapkowski w „Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini” proponując typologię literatury fantasy wymienia odmianę, którą określa „Jednorożcem w ogrodzie”. W historiach mieszczących się w tej kategorii bohater powinien doświadczać niezwykłych wydarzeń w życiu codziennym. Takie rzeczy działy się w „Czarownicach z Eastwick” Johna Updike’a, w cyklu o Harrym Potterze J.K Rowling, w „Domie Wiedźmy ze Wzgórza” Mirosławy Sędzikowskiej i w „Leonidach” otwierających serię „Spektrum”.

 Leonidy_Spektrum_Nanna_Foss

 

Jestem w stanie zrozumieć ciepłe przyjęcie „Leonidów”, bo to taka książka, która spodoba się i nastolatkom i ich rodzicom, którzy po fali zainteresowania „Zmierzchem” chyba jednak odetchną z ulgą. Połączenie mody na Skandynawię, duńskie tło, świat magii procentuje tu w lekkiej formie, która pomimo słabych miejsc będzie przyjaznym wejściem w świat literatury, na zasadach czytelnika, który wyrósł z serii o Harrym Potterze i nie dorósł jeszcze do dorosłego czytania.

 

Nanna Foss to pisarka wyraźnie pod wpływem Rowling. Emi jest prześladowana przez kolegę ze szkoły. Trudno będzie jej uciec przed agresywnym chłopakiem, dla którego pastwienie się nad słabszymi jest treścią życia. Dziewczyna niezbyt dobrze czuje się we własnym domu, którego unika, najchętniej nocując u swoich przyjaciół. Podobnie do Rowling Foss jest dobrą obserwatorką rzeczywistości. Seria o Harrym ma wszyty w treść komentarz pod adresem surowych, rządzących się swoim prawem elitarnych szkół z internatem. W „Leonidach” równie dobrze odbija się rzeczywistość duńskiej szkoły, w której dominuje mobbing, przemocowe zachowania rówieśników, prześladowanie nadwrażliwców. Patrząc na historię literatury można dostrzec pewną tendencję. Kilka dekad temu próbowała ujarzmić zmory dzieciństwa, a los dziecka był przedmiotem więcej niż literackiej zadumy. Lekarstwem na upiory dziecięcej codzienności były ucieczki w magię, przekraczanie granic świata. Literatura świetnie nadąża za rzeczywistością i jednocześnie jest świadectwem jej niemocy. I wówczas i teraz. Mary Poppins, Pożyczalscy i wszystkie te zaczarowane ołówki i koraliki pomagały zmierzyć się z dzieciństwem w świecie, w którym nie respektowano jeszcze zbytnio praw dziecka, chociaż jak przewidziała Ellen Key wtedy zaczęto się nimi wreszcie interesować. Dzisiaj żyjemy w erze, w której na straży dziecka stoi cały przemysł pomocy społecznej, nikt jednak nie zareagował na podobną skalę wobec problemów młodzieży, dla której próg wejścia w dorosłość drastycznie się zmienił, a pozostawiona sama sobie wikła się w przerastające je sytuacje.

 

Nanna Foss, sama niedawno była nastolatką, więc lepiej niż dobrze zna problemy trawiące duńską szkołę. Rzecz w tym, że to o czym pisała Rowling a teraz Dunka jest eskalującym problemem, niemal znakiem rozpoznawczym współczesnej cywilizacji. Obie pisarki piszą o poczuciu wyobcowania w szkolnej masie, samotności w tłumie, o dorosłych, którzy nie są w stanie sprostać zadaniu bycia rodzicem, wychowawcą. Zdziwienie, że te problemy mogą też dotykać Duńczyków może jednak narastać w miarę poznawania wszystkich tak u nas ostatnio popularnych publikacji pod patronatem hygge. I męczy pytanie, gdzie podziała się empatyczna duńska młodzież edukowana przecież już w przedszkolach w szacunku dla drugiego człowieka, co nam tak przekonująco klarowały Jessica Alexander i Iben Sandahl w „Duńskim przepisie na szczęście. Najskuteczniejszej filozofii wychowania”.

 

Znakiem rozpoznawczym skandynawskiej literatury jest mocna krytyka społeczeństwa i w podobny dialog między czytelnikiem a światem bardzo dobrze wpisuje się Foss, której nie brakuje czułości w opisywaniu nastolatków. Emi, jak wiele innym dziewczynom przed nią, trudno jest się pogodzić z fazami dojrzewania. Łamiące się w dziewczynie poczucie niedowartościowania z powodu niedoskonałości fizycznych, które punktuje w sobie z matematyczną precyzją, artystyczna dusza, nieśmiałość składają się w efekcie na zakompleksioną dziewczynę, która chowa się w najdalszych kątach klasy, unika zwracania na siebie uwagi i czerwieni się z byle powodu. Bolączki wieku dorastania, brak akceptacji siebie, próby odnajdywania się w relacjach z innymi, budowanie przyjaźni, pierwsze zakochania i boksowanie się z życiem to motywy wypełniające boczne tory „Leonidów”. Na tyle jednak wyraziście, żeby pozostawić po sobie zachęcający do refleksji ślad.

 

Z pewnością największym atutem „Leonidów” jest mocowanie się ze stereotypami. Emi i jej przyjaciele uważają się za nerdów. Wszyscy wyjątkowo uzdolnieni, zafascynowani nauką, wyraźnie wyróżniający się poziomem wiedzy od reszty. Nie mają jednak typowych dla nerdów cech, w jakie ubierają ich zwłaszcza amerykańskie seriale. To nie są dziwolągi z kółka naukowego. Chociaż z pewnością żyją na przekór mainstreamowi, unikają domówek, na których pije się do nieprzytomności; zamiast analizowania tekstów zespołów popowych czytają książki. Mają pasje i ciekawość świata. Do tego Foss wprowadza bohatera z niepełnosprawnością, robi to subtelnie, z czułością i poczuciem humoru. Pokazuje, że można się różnić i jednocześnie fantastycznie wyróżniać, bez patosu nieszczęścia i poczucia przegrania, utraty czegoś w życiu.

 

Tym, co nieco słabiej wyszło Foss to elementy fantasy. Nie sprostała trudnemu zadaniu opisania świata magii, która niespodziewanie wkracza w życie Emi i jej przyjaciół. Panują tutaj miejscami chaos i nieco męczące dłużyzny, które mocno odbijają się na spadku napięcia. Można wręcz odnieść wrażenie, że autorka sama nie wie, dokąd prowadzi ją historia i mocno improwizuje, zostawiając sobie otwarte wszystkie możliwe furtki. Chyba zabrakło tutaj kartki papieru i ołówka, co mocno uporządkowałoby niektóre sceny i zdecydowania w odrzucani niepotrzebnych ustępów. W pewnym momencie zabrakło też uzasadnienia dla działania bohaterów, którym Foss wyraźnie nie postawiła celu, do którego mogliby zmierzać. Więc plączą się po fabule. A gdy jego cień się pojawia, historia rozłazi się po akapitach i ciężko zrozumieć dokąd zmierza. Nie do końca też Foss radzi sobie z portretowaniem bohaterów, nie brak tutaj tendencji do ich przerysowywania. Kolejne tomy serii powinny się tak kończyć, żeby fanów opanowywała histeria w oczekiwaniu na dalsze części. Nanna Foss nie zostawiła nas w tego typu napięciu. Należy więc jedynie mieć nadzieję, że popracuje nad fabułą w drugim tomie, który miał już premierę duńską i jak się domyślam trafi też do czytelników polskich.

 

Debiut Nanny Foss nie jest pojawieniem się w literaturze na miarę wspominanej już tutaj Rowling. „Leonidy” bardziej przypominają miejscami draft scenariusza niż powieść. Na 538 stronach jest przecież sporo miejsca na przygodę, fabularne twisty, zabawy napięciem. Nad tym jeszcze Nanna Foss musi popracować.

 

Recenzja książki: „Leonidy”, I tom „Spektrum”, Nanna Foss, Wydawnictwo Driada, Luboń 2016. Przekład z języka duńskiego: Bogusława Sochańska. Tytuł oryginału: Spektrum #1: Leoniderne (2014). Projekt okładki: Danielle Finster. Redakcja i korekta: Marianna Świętoszek. ISBN: 978-83-945-990-1-0. Stron: 538.

 

W przygotowaniu tego tekstu korzystałam z: „Słownik nowych gatunków i zjawisk literackich” Paulina Potrykus-Woźniak, Wydawnictwo Szkolne PWN, ParkEdukacja, Bielsko-Biała 2010.

 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

Wydawnictwo Driada

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
recenzentka.blox.pl
Czas publikacji:
czwartek, 16 listopada 2017 18:02

Trackback

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014