Recenzentka

Wpis

niedziela, 26 listopada 2017

Jak zawsze - Zygmunt Miłoszewski

Zygmunt Miłoszewski jak zawsze zaskakuje. Mistrz suspensu opuszcza strefę kryminalnego mroku na rzecz historii niemal romantycznej. Fundamentalnemu pytaniu jak żyć, żeby być szczęśliwym, dodaje literackiej pikanterii, prowadząc nas przez opowieść o Ludwiku i Grażynie, małżeństwie z pięćdziesięcioletnim stażem, które budzi się pewnego razu w dniu, w którym po raz pierwszy kochali się ze sobą. Czy wiedząc, jak ułożyło się im życie, będą chcieli ponownie przeżyć je razem?

 

Jak_zawsze_Zygmunt_Miloszewski

 

Czytam tę powieść w wersji przed korektą, z przekreślonymi mazakiem zdaniami. Trudno jest się publicznie wypowiadać o czymś, co może ulec diametralnej zmianie. Być może skrytykuję rzecz, która wypadnie z finalnej wersji. Może ocenię, że czegoś brakuje, co zostanie ostatecznie dopisane. Spróbuję jakoś wybrnąć z tej dość kuriozalnej sytuacji, zastanawiając się jednocześnie, dlaczego Wydawcy w ten sposób strzelają sobie w stopy.

 

Historia Ludwika i Grażyny i wpisanie ich życiorysu w rozważania „co by było gdyby” jest pomysłem, który doskonale sprzedają amerykańskie komedie romantyczne. A przyznaję, że jestem ich fanką, tyle, że w przeciwieństwie do Moniki Sznajderman, która chadza na nie do kina, a w domu lubi oglądać ambitne filmy, ja mam przeciwnie. Scenariusz, który proponuje Zygmunt Miłoszewski znajdziemy w „Family Man”, gdzie obłędnie bogaty, rozpuszczony przez los bohater grany przez Nicolasa Cage’a budzi się w alternatywnej wersji swojego życia, które spędza z kobietą, którą zostawił wieki temu dla kariery w brytyjskim City. Podobna historia przytrafi się Connorowi Meadowi granemu przez Matthew McConaughey’ego w „Duchach moich byłych”; on też dostanie szansę na zakochanie się po raz drugi w swojej miłości z dzieciństwa. W „Czasie na miłość” Richarda Curtisa pytanie o sens życia powraca tyle razy, aż filmowy Tim wreszcie zrozumie, że zamiast naprawiać to, co się zepsuło wystarczy żyć tak, jak by się chciało.

 

Ciekawa więc byłam, co z pomysłem tak często powielanym w popkulturze zrobi Miłoszewski, słynący przecież z wywracania gatunkowych reguł i nietrzymania się schematów. Co złośliwcy i zazdrośnicy odbierają jako „warsztatową partaninę”. A ci, dla których literatura to pole gatunkowej walki, ring dla wybrańców i wygrana buntowników określają talentem pisarskim. Miłoszewski to jeden z nielicznych współczesnych pisarzy sprzedających się w oczytanej i wybrednej, chadzającej elitarnymi ścieżkami Francji. Doceniony przez snobistycznych żabojadów i na nieustannej fali krytyki panów z Agory, dość dobrze radził sobie z uporem, z jakim go nie trawią, pisząc po prostu dobre książki.

 

Albo tym razem napisał rzecz słabszą, albo taka jest wersja przed korektą, którą czytam. Z jednej strony rozpoznaję literackie tropy, którymi Miłoszewski chadzał wcześniej ("Gniew", "Bezcenny"). Znaleźć tu można podteksty do współczesnej sytuacji politycznej, chociaż nie tak dosłowne jak poprzednio. Łączenie skandynawskiego drylu literackiego, przypatrywanie się społeczeństwu z perspektywy jego trupów w szafie, dobieranie się do tabu i prowokowanie wzmożonych dyskusji to efekt pisania i literackie logo Miłoszewskiego. Są pisarze jednej książki, którą piszą nieustannie na nowo. I są pisarze stylu. Miłoszewski wyrobił w sobie literackiego drapieżnika, który wadzi się ze współczesnością, szamocze czytelnicze dusze i gardzi pisarską uległością. Jest niepokorny w podręcznikowy sposób, na co stać jedynie ludzi niezależnych, a niezależność jest pochodną talentu, którym nie trzeba kupczyć dla wyżebranego sukcesu. Niebezpieczeństwo takiego komfortu pisania może skończyć się uległością wobec gwiazdy, a te lubią wybuchać i znikać. Niestety „Jak zawsze” przypomina mi nieudane eksperymenty kulinarne Karola Okrasy, który bierze się za obwarzanka i robi z niego bagietkę, która smakuje jak chałka.

 

Nikt mnie nie przekona, że zabawy gatunkowe, które porwały tu Miłoszewskiego, dobiły do jakiegoś sensownego portu. Grażyna i Ludwik trafiają nie tylko do przeszłości, ale też do jej alternatywnej wersji. Do tego w tej rzeczywistości dzieją się rzeczy mocno przypominające perypetie z „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood i kilka rodem z „Forresta Gumpa” czy „Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął”. Mam wrażenie, że w jednej książce spotkały się pomysły na co najmniej trzy powieści i uniesienie tylu rzeczy w jednym, po prostu się nie sprawdziło. To książka pełna niedosytów i przesytów. Za dużo jest tu wtrętów, powiedzmy sentymentalno-wspomnieniowych, o tym, jak było kiedyś, w czasach młodości Ludwika i Grażyny. Za mało pracy nad tekstem. Zwrotnica, na której miał skręcić chyba jednak nie została odpalona i tekst pędzi, na pewno szybciej od naszego Pendolino, i może dlatego za oknem to tu, to tam rozmywa krajobraz gęsta fabularna mgła. Domyślam się, że uciekając od kryminału pisarz celuje w magiczne miejsce określane literaturą środka. Ale tam, jeśli tworzy się takie literackie hybrydy, to one mają uzasadnienie. Tu zastanawiam się, jak można było tak spaprać coś, co i wzrusza i grzmoci sumienie i bawi.

 

Bo chociaż konstrukcyjnie powieść nie daje rady, to historia Ludwika i Grażyny jest silna, tak, jak mocny strzał prosto w twarz. Budzi z zaspania, przeciera wpatrzone w jeden punkt oczy. To emocjonalny tekst, który gotuje uczucia. I takie poprzeczki stawia się prozie gatunkowej, która spełnia zupełnie inne zadania niż pisanie pod najtęższe literackie nagrody. Literaturze popularnej dobrze robi, jeśli ma bata na emocje. A Miłoszewski sztukę dobierania się do nich opanował wybitnie dobrze. Dodatkowo robi coś, o czym mówi Adam, jedna z postaci „Jak zawsze”, „obniża próg wejścia w literaturę, bez jej spłycania” i tak, zgadzam się dalej z Adamem „to zabieg wymagający mądrości i wielkiego talentu”. Ale i mądrość i talent są potrzebne do trzymania kursu. Tu Miłoszewski zbacza, tak jak w swoim czasie Woody Allen, który wypuścił się z terenów dobrze opanowanych i zaczął robić kino ambitne. Mało kto pamięta i wraca do jego dużo bardziej skomplikowanych niż reszta „Wnętrz” czy „Września”, ale każdy wie, że Woody Allen nawet jeśli robi słabszy film, to wciąż na wysokim poziomie. Taki jest Miłoszewski.

 

W przeciwieństwie do poradników, które z założenia mają nam podać gotową receptę na życie, „Jak zawsze” oddaje jego nieoczywistości i nieskończoność opcji, którym ulegamy raz impulsywnie, innym razem rozsądnie, i jak widzimy, ani żaden poryw, ani przemyślany plan nie gwarantuje mety z fanfarami. Wydaje się, że samo bycie w drodze, przeżywanie jej, doprawianie własnymi pragnieniami, rozpuszczanie w żalach, tasowanie w nowych układach jest esencją bycia. Wsłuchując się we wszystkie pytania jakie stawiają sobie Ludwik i Grażyna, wahamy się razem z nimi, w którą stronę puścić się na żywioł, można ulec ich pasji i sięgnąć po marzenia wcześniej zakopane głęboko na przyszłość. Gdy więc oboje siedzą z ok. 80+/- na karku i oceniają przeszłość, dywagując, czego w niej było w nadmiarze, a co przegapili, spisujemy w tyle głowy własny rachunek. A, gdy oboje wracają do punktu, w którym zaczęła się ich historia i mierzą się z całą szalą nowych możliwości inaczej patrzymy na nasze tu i teraz.

 

Miłoszewski potwierdza się też tutaj jako wytrawny obserwator rzeczywistości. Dostrzegł pewien trend, który nazywam kursem na seniorów. Zagęściło się i w kinie, i w literaturze od krzepkich staruszków, refleksyjnych staruszek, małżeństw ze stażem, które próbują odzyskać utracony ogień („Dwoje do poprawki”), rozwodników, którzy ze sobą romansują („To skomplikowane”), seksu po menopauzie i andropauzie („Lepiej późno niż wcale”), romansów w Bollywood w tle („Drugi Hotel Marigold”), uczuć na emeryturze („Przeprowadzka”). Popkultura pokazuje, że seks nie kończy się po urodzeniu dziecka, miłość nie wypala na starość, a pożądanie to kleszcze, które spajają kruche łącza życia i da się nad nim zapanować, chociażby Viagrą i kompletem bielizny, ukrywającym upływ czasu. „Jak zawsze” to bardzo podniecająca powieść, a Miłoszewski udowodnił jeszcze jedną rzecz, otóż potrafi pisać o seksie. W dodatku o seksie niemal równolatków, którzy mają około osiemdziesiątkę na karku.

 

Do tego Zygmunt Miłoszewski bardzo dobrze czyta, analizuje i trawestuje prozę gatunkową. Zna fabularne tricki, rozumie chemię tekstu i powody, dla których się od niego uzależniamy. Tam, gdzie trzeba operuje schematem, kompiluje stereotypy i tworzy mapę neurotycznych uzależnień, którym oddajemy się bez względu na tła historyczne, epoki. Patrzymy w „Jak zawsze” na siebie w odmiennej scenografii historycznej i widzimy jak ulegamy tym samym destrukcyjnym decyzjom. W tym sensie oddaje Miłoszewski obraz Polski i Polaków, tonących na innym statku, jakby nie potrafili obrać wreszcie właściwego kursu. Ale z drugiej strony to pisarz zbyt inteligentny na odtwórcze naśladownictwo, stąd nieustanne u niego przekraczanie granic, dopisywanie kolejnych szczebli do pisarskiej drabiny gatunkowej, na której od lat ściga się sam z sobą. Ambicje mogą jednak zawieść, czego dowodem jest „Jak zawsze”. Tym razem przekombinowana powieść. Wciąż jednak najlepszego pisarza literatury popularnej w Polsce. Który wciąż trzyma wysoki poziom.

 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

Logo_W.A.B.4

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
recenzentka.blox.pl
Czas publikacji:
niedziela, 26 listopada 2017 11:39

Trackback

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014