Recenzentka

Wpisy

  • niedziela, 26 listopada 2017
    • Jak zawsze - Zygmunt Miłoszewski

      Zygmunt Miłoszewski jak zawsze zaskakuje. Mistrz suspensu opuszcza strefę kryminalnego mroku na rzecz historii niemal romantycznej. Fundamentalnemu pytaniu jak żyć, żeby być szczęśliwym, dodaje literackiej pikanterii, prowadząc nas przez opowieść o Ludwiku i Grażynie, małżeństwie z pięćdziesięcioletnim stażem, które budzi się pewnego razu w dniu, w którym po raz pierwszy kochali się ze sobą. Czy wiedząc, jak ułożyło się im życie, będą chcieli ponownie przeżyć je razem?

       

      Jak_zawsze_Zygmunt_Miloszewski

       

      Czytam tę powieść w wersji przed korektą, z przekreślonymi mazakiem zdaniami. Trudno jest się publicznie wypowiadać o czymś, co może ulec diametralnej zmianie. Być może skrytykuję rzecz, która wypadnie z finalnej wersji. Może ocenię, że czegoś brakuje, co zostanie ostatecznie dopisane. Spróbuję jakoś wybrnąć z tej dość kuriozalnej sytuacji, zastanawiając się jednocześnie, dlaczego Wydawcy w ten sposób strzelają sobie w stopy.

       

      Historia Ludwika i Grażyny i wpisanie ich życiorysu w rozważania „co by było gdyby” jest pomysłem, który doskonale sprzedają amerykańskie komedie romantyczne. A przyznaję, że jestem ich fanką, tyle, że w przeciwieństwie do Moniki Sznajderman, która chadza na nie do kina, a w domu lubi oglądać ambitne filmy, ja mam przeciwnie. Scenariusz, który proponuje Zygmunt Miłoszewski znajdziemy w „Family Man”, gdzie obłędnie bogaty, rozpuszczony przez los bohater grany przez Nicolasa Cage’a budzi się w alternatywnej wersji swojego życia, które spędza z kobietą, którą zostawił wieki temu dla kariery w brytyjskim City. Podobna historia przytrafi się Connorowi Meadowi granemu przez Matthew McConaughey’ego w „Duchach moich byłych”; on też dostanie szansę na zakochanie się po raz drugi w swojej miłości z dzieciństwa. W „Czasie na miłość” Richarda Curtisa pytanie o sens życia powraca tyle razy, aż filmowy Tim wreszcie zrozumie, że zamiast naprawiać to, co się zepsuło wystarczy żyć tak, jak by się chciało.

       

      Ciekawa więc byłam, co z pomysłem tak często powielanym w popkulturze zrobi Miłoszewski, słynący przecież z wywracania gatunkowych reguł i nietrzymania się schematów. Co złośliwcy i zazdrośnicy odbierają jako „warsztatową partaninę”. A ci, dla których literatura to pole gatunkowej walki, ring dla wybrańców i wygrana buntowników określają talentem pisarskim. Miłoszewski to jeden z nielicznych współczesnych pisarzy sprzedających się w oczytanej i wybrednej, chadzającej elitarnymi ścieżkami Francji. Doceniony przez snobistycznych żabojadów i na nieustannej fali krytyki panów z Agory, dość dobrze radził sobie z uporem, z jakim go nie trawią, pisząc po prostu dobre książki.

       

      Albo tym razem napisał rzecz słabszą, albo taka jest wersja przed korektą, którą czytam. Z jednej strony rozpoznaję literackie tropy, którymi Miłoszewski chadzał wcześniej ("Gniew", "Bezcenny"). Znaleźć tu można podteksty do współczesnej sytuacji politycznej, chociaż nie tak dosłowne jak poprzednio. Łączenie skandynawskiego drylu literackiego, przypatrywanie się społeczeństwu z perspektywy jego trupów w szafie, dobieranie się do tabu i prowokowanie wzmożonych dyskusji to efekt pisania i literackie logo Miłoszewskiego. Są pisarze jednej książki, którą piszą nieustannie na nowo. I są pisarze stylu. Miłoszewski wyrobił w sobie literackiego drapieżnika, który wadzi się ze współczesnością, szamocze czytelnicze dusze i gardzi pisarską uległością. Jest niepokorny w podręcznikowy sposób, na co stać jedynie ludzi niezależnych, a niezależność jest pochodną talentu, którym nie trzeba kupczyć dla wyżebranego sukcesu. Niebezpieczeństwo takiego komfortu pisania może skończyć się uległością wobec gwiazdy, a te lubią wybuchać i znikać. Niestety „Jak zawsze” przypomina mi nieudane eksperymenty kulinarne Karola Okrasy, który bierze się za obwarzanka i robi z niego bagietkę, która smakuje jak chałka.

       

      Nikt mnie nie przekona, że zabawy gatunkowe, które porwały tu Miłoszewskiego, dobiły do jakiegoś sensownego portu. Grażyna i Ludwik trafiają nie tylko do przeszłości, ale też do jej alternatywnej wersji. Do tego w tej rzeczywistości dzieją się rzeczy mocno przypominające perypetie z „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood i kilka rodem z „Forresta Gumpa” czy „Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął”. Mam wrażenie, że w jednej książce spotkały się pomysły na co najmniej trzy powieści i uniesienie tylu rzeczy w jednym, po prostu się nie sprawdziło. To książka pełna niedosytów i przesytów. Za dużo jest tu wtrętów, powiedzmy sentymentalno-wspomnieniowych, o tym, jak było kiedyś, w czasach młodości Ludwika i Grażyny. Za mało pracy nad tekstem. Zwrotnica, na której miał skręcić chyba jednak nie została odpalona i tekst pędzi, na pewno szybciej od naszego Pendolino, i może dlatego za oknem to tu, to tam rozmywa krajobraz gęsta fabularna mgła. Domyślam się, że uciekając od kryminału pisarz celuje w magiczne miejsce określane literaturą środka. Ale tam, jeśli tworzy się takie literackie hybrydy, to one mają uzasadnienie. Tu zastanawiam się, jak można było tak spaprać coś, co i wzrusza i grzmoci sumienie i bawi.

       

      Bo chociaż konstrukcyjnie powieść nie daje rady, to historia Ludwika i Grażyny jest silna, tak, jak mocny strzał prosto w twarz. Budzi z zaspania, przeciera wpatrzone w jeden punkt oczy. To emocjonalny tekst, który gotuje uczucia. I takie poprzeczki stawia się prozie gatunkowej, która spełnia zupełnie inne zadania niż pisanie pod najtęższe literackie nagrody. Literaturze popularnej dobrze robi, jeśli ma bata na emocje. A Miłoszewski sztukę dobierania się do nich opanował wybitnie dobrze. Dodatkowo robi coś, o czym mówi Adam, jedna z postaci „Jak zawsze”, „obniża próg wejścia w literaturę, bez jej spłycania” i tak, zgadzam się dalej z Adamem „to zabieg wymagający mądrości i wielkiego talentu”. Ale i mądrość i talent są potrzebne do trzymania kursu. Tu Miłoszewski zbacza, tak jak w swoim czasie Woody Allen, który wypuścił się z terenów dobrze opanowanych i zaczął robić kino ambitne. Mało kto pamięta i wraca do jego dużo bardziej skomplikowanych niż reszta „Wnętrz” czy „Września”, ale każdy wie, że Woody Allen nawet jeśli robi słabszy film, to wciąż na wysokim poziomie. Taki jest Miłoszewski.

       

      W przeciwieństwie do poradników, które z założenia mają nam podać gotową receptę na życie, „Jak zawsze” oddaje jego nieoczywistości i nieskończoność opcji, którym ulegamy raz impulsywnie, innym razem rozsądnie, i jak widzimy, ani żaden poryw, ani przemyślany plan nie gwarantuje mety z fanfarami. Wydaje się, że samo bycie w drodze, przeżywanie jej, doprawianie własnymi pragnieniami, rozpuszczanie w żalach, tasowanie w nowych układach jest esencją bycia. Wsłuchując się we wszystkie pytania jakie stawiają sobie Ludwik i Grażyna, wahamy się razem z nimi, w którą stronę puścić się na żywioł, można ulec ich pasji i sięgnąć po marzenia wcześniej zakopane głęboko na przyszłość. Gdy więc oboje siedzą z ok. 80+/- na karku i oceniają przeszłość, dywagując, czego w niej było w nadmiarze, a co przegapili, spisujemy w tyle głowy własny rachunek. A, gdy oboje wracają do punktu, w którym zaczęła się ich historia i mierzą się z całą szalą nowych możliwości inaczej patrzymy na nasze tu i teraz.

       

      Miłoszewski potwierdza się też tutaj jako wytrawny obserwator rzeczywistości. Dostrzegł pewien trend, który nazywam kursem na seniorów. Zagęściło się i w kinie, i w literaturze od krzepkich staruszków, refleksyjnych staruszek, małżeństw ze stażem, które próbują odzyskać utracony ogień („Dwoje do poprawki”), rozwodników, którzy ze sobą romansują („To skomplikowane”), seksu po menopauzie i andropauzie („Lepiej późno niż wcale”), romansów w Bollywood w tle („Drugi Hotel Marigold”), uczuć na emeryturze („Przeprowadzka”). Popkultura pokazuje, że seks nie kończy się po urodzeniu dziecka, miłość nie wypala na starość, a pożądanie to kleszcze, które spajają kruche łącza życia i da się nad nim zapanować, chociażby Viagrą i kompletem bielizny, ukrywającym upływ czasu. „Jak zawsze” to bardzo podniecająca powieść, a Miłoszewski udowodnił jeszcze jedną rzecz, otóż potrafi pisać o seksie. W dodatku o seksie niemal równolatków, którzy mają około osiemdziesiątkę na karku.

       

      Do tego Zygmunt Miłoszewski bardzo dobrze czyta, analizuje i trawestuje prozę gatunkową. Zna fabularne tricki, rozumie chemię tekstu i powody, dla których się od niego uzależniamy. Tam, gdzie trzeba operuje schematem, kompiluje stereotypy i tworzy mapę neurotycznych uzależnień, którym oddajemy się bez względu na tła historyczne, epoki. Patrzymy w „Jak zawsze” na siebie w odmiennej scenografii historycznej i widzimy jak ulegamy tym samym destrukcyjnym decyzjom. W tym sensie oddaje Miłoszewski obraz Polski i Polaków, tonących na innym statku, jakby nie potrafili obrać wreszcie właściwego kursu. Ale z drugiej strony to pisarz zbyt inteligentny na odtwórcze naśladownictwo, stąd nieustanne u niego przekraczanie granic, dopisywanie kolejnych szczebli do pisarskiej drabiny gatunkowej, na której od lat ściga się sam z sobą. Ambicje mogą jednak zawieść, czego dowodem jest „Jak zawsze”. Tym razem przekombinowana powieść. Wciąż jednak najlepszego pisarza literatury popularnej w Polsce. Który wciąż trzyma wysoki poziom.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

      Logo_W.A.B.4

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      niedziela, 26 listopada 2017 11:39
  • czwartek, 16 listopada 2017
    • Spektrum - Leonidy - Duńska powieść fantasy dla nerdów

      Leonidy” Dunki Nanny Foss to powieść fantasy dla nerdów. Andrzej Sapkowski w „Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini” proponując typologię literatury fantasy wymienia odmianę, którą określa „Jednorożcem w ogrodzie”. W historiach mieszczących się w tej kategorii bohater powinien doświadczać niezwykłych wydarzeń w życiu codziennym. Takie rzeczy działy się w „Czarownicach z Eastwick” Johna Updike’a, w cyklu o Harrym Potterze J.K Rowling, w „Domie Wiedźmy ze Wzgórza” Mirosławy Sędzikowskiej i w „Leonidach” otwierających serię „Spektrum”.

       Leonidy_Spektrum_Nanna_Foss

       

      Jestem w stanie zrozumieć ciepłe przyjęcie „Leonidów”, bo to taka książka, która spodoba się i nastolatkom i ich rodzicom, którzy po fali zainteresowania „Zmierzchem” chyba jednak odetchną z ulgą. Połączenie mody na Skandynawię, duńskie tło, świat magii procentuje tu w lekkiej formie, która pomimo słabych miejsc będzie przyjaznym wejściem w świat literatury, na zasadach czytelnika, który wyrósł z serii o Harrym Potterze i nie dorósł jeszcze do dorosłego czytania.

       

      Nanna Foss to pisarka wyraźnie pod wpływem Rowling. Emi jest prześladowana przez kolegę ze szkoły. Trudno będzie jej uciec przed agresywnym chłopakiem, dla którego pastwienie się nad słabszymi jest treścią życia. Dziewczyna niezbyt dobrze czuje się we własnym domu, którego unika, najchętniej nocując u swoich przyjaciół. Podobnie do Rowling Foss jest dobrą obserwatorką rzeczywistości. Seria o Harrym ma wszyty w treść komentarz pod adresem surowych, rządzących się swoim prawem elitarnych szkół z internatem. W „Leonidach” równie dobrze odbija się rzeczywistość duńskiej szkoły, w której dominuje mobbing, przemocowe zachowania rówieśników, prześladowanie nadwrażliwców. Patrząc na historię literatury można dostrzec pewną tendencję. Kilka dekad temu próbowała ujarzmić zmory dzieciństwa, a los dziecka był przedmiotem więcej niż literackiej zadumy. Lekarstwem na upiory dziecięcej codzienności były ucieczki w magię, przekraczanie granic świata. Literatura świetnie nadąża za rzeczywistością i jednocześnie jest świadectwem jej niemocy. I wówczas i teraz. Mary Poppins, Pożyczalscy i wszystkie te zaczarowane ołówki i koraliki pomagały zmierzyć się z dzieciństwem w świecie, w którym nie respektowano jeszcze zbytnio praw dziecka, chociaż jak przewidziała Ellen Key wtedy zaczęto się nimi wreszcie interesować. Dzisiaj żyjemy w erze, w której na straży dziecka stoi cały przemysł pomocy społecznej, nikt jednak nie zareagował na podobną skalę wobec problemów młodzieży, dla której próg wejścia w dorosłość drastycznie się zmienił, a pozostawiona sama sobie wikła się w przerastające je sytuacje.

       

      Nanna Foss, sama niedawno była nastolatką, więc lepiej niż dobrze zna problemy trawiące duńską szkołę. Rzecz w tym, że to o czym pisała Rowling a teraz Dunka jest eskalującym problemem, niemal znakiem rozpoznawczym współczesnej cywilizacji. Obie pisarki piszą o poczuciu wyobcowania w szkolnej masie, samotności w tłumie, o dorosłych, którzy nie są w stanie sprostać zadaniu bycia rodzicem, wychowawcą. Zdziwienie, że te problemy mogą też dotykać Duńczyków może jednak narastać w miarę poznawania wszystkich tak u nas ostatnio popularnych publikacji pod patronatem hygge. I męczy pytanie, gdzie podziała się empatyczna duńska młodzież edukowana przecież już w przedszkolach w szacunku dla drugiego człowieka, co nam tak przekonująco klarowały Jessica Alexander i Iben Sandahl w „Duńskim przepisie na szczęście. Najskuteczniejszej filozofii wychowania”.

       

      Znakiem rozpoznawczym skandynawskiej literatury jest mocna krytyka społeczeństwa i w podobny dialog między czytelnikiem a światem bardzo dobrze wpisuje się Foss, której nie brakuje czułości w opisywaniu nastolatków. Emi, jak wiele innym dziewczynom przed nią, trudno jest się pogodzić z fazami dojrzewania. Łamiące się w dziewczynie poczucie niedowartościowania z powodu niedoskonałości fizycznych, które punktuje w sobie z matematyczną precyzją, artystyczna dusza, nieśmiałość składają się w efekcie na zakompleksioną dziewczynę, która chowa się w najdalszych kątach klasy, unika zwracania na siebie uwagi i czerwieni się z byle powodu. Bolączki wieku dorastania, brak akceptacji siebie, próby odnajdywania się w relacjach z innymi, budowanie przyjaźni, pierwsze zakochania i boksowanie się z życiem to motywy wypełniające boczne tory „Leonidów”. Na tyle jednak wyraziście, żeby pozostawić po sobie zachęcający do refleksji ślad.

       

      Z pewnością największym atutem „Leonidów” jest mocowanie się ze stereotypami. Emi i jej przyjaciele uważają się za nerdów. Wszyscy wyjątkowo uzdolnieni, zafascynowani nauką, wyraźnie wyróżniający się poziomem wiedzy od reszty. Nie mają jednak typowych dla nerdów cech, w jakie ubierają ich zwłaszcza amerykańskie seriale. To nie są dziwolągi z kółka naukowego. Chociaż z pewnością żyją na przekór mainstreamowi, unikają domówek, na których pije się do nieprzytomności; zamiast analizowania tekstów zespołów popowych czytają książki. Mają pasje i ciekawość świata. Do tego Foss wprowadza bohatera z niepełnosprawnością, robi to subtelnie, z czułością i poczuciem humoru. Pokazuje, że można się różnić i jednocześnie fantastycznie wyróżniać, bez patosu nieszczęścia i poczucia przegrania, utraty czegoś w życiu.

       

      Tym, co nieco słabiej wyszło Foss to elementy fantasy. Nie sprostała trudnemu zadaniu opisania świata magii, która niespodziewanie wkracza w życie Emi i jej przyjaciół. Panują tutaj miejscami chaos i nieco męczące dłużyzny, które mocno odbijają się na spadku napięcia. Można wręcz odnieść wrażenie, że autorka sama nie wie, dokąd prowadzi ją historia i mocno improwizuje, zostawiając sobie otwarte wszystkie możliwe furtki. Chyba zabrakło tutaj kartki papieru i ołówka, co mocno uporządkowałoby niektóre sceny i zdecydowania w odrzucani niepotrzebnych ustępów. W pewnym momencie zabrakło też uzasadnienia dla działania bohaterów, którym Foss wyraźnie nie postawiła celu, do którego mogliby zmierzać. Więc plączą się po fabule. A gdy jego cień się pojawia, historia rozłazi się po akapitach i ciężko zrozumieć dokąd zmierza. Nie do końca też Foss radzi sobie z portretowaniem bohaterów, nie brak tutaj tendencji do ich przerysowywania. Kolejne tomy serii powinny się tak kończyć, żeby fanów opanowywała histeria w oczekiwaniu na dalsze części. Nanna Foss nie zostawiła nas w tego typu napięciu. Należy więc jedynie mieć nadzieję, że popracuje nad fabułą w drugim tomie, który miał już premierę duńską i jak się domyślam trafi też do czytelników polskich.

       

      Debiut Nanny Foss nie jest pojawieniem się w literaturze na miarę wspominanej już tutaj Rowling. „Leonidy” bardziej przypominają miejscami draft scenariusza niż powieść. Na 538 stronach jest przecież sporo miejsca na przygodę, fabularne twisty, zabawy napięciem. Nad tym jeszcze Nanna Foss musi popracować.

       

      Recenzja książki: „Leonidy”, I tom „Spektrum”, Nanna Foss, Wydawnictwo Driada, Luboń 2016. Przekład z języka duńskiego: Bogusława Sochańska. Tytuł oryginału: Spektrum #1: Leoniderne (2014). Projekt okładki: Danielle Finster. Redakcja i korekta: Marianna Świętoszek. ISBN: 978-83-945-990-1-0. Stron: 538.

       

      W przygotowaniu tego tekstu korzystałam z: „Słownik nowych gatunków i zjawisk literackich” Paulina Potrykus-Woźniak, Wydawnictwo Szkolne PWN, ParkEdukacja, Bielsko-Biała 2010.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

      Wydawnictwo Driada

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 listopada 2017 18:02
  • sobota, 04 listopada 2017
    • Dom Astrid Lindgren w Näs

      Nad Ramskulla Näs ktoś zaciągnął rolety. Gapię się w stalowoniebieskie niebo. A dzisiaj jadę przecież do domu Astrid Lindgren. Micha znowu wybiera się na partyjkę tenisa do Vimmerby, więc znowu mnie podrzuci. Wyglądamy jak raperzy w teledyskach z początku lat 90. Micha w ortalionowym dresie pali skręconego naprędce papierosa, zmarszczki wyostrzają mu się na twarzy w głębokie rozwidlenia; droga wylotowa z gospodarstwa tłucze nami na prawo i lewo. Brakuje tylko pieska z kiwającą się główką do kompletu.

       

      Astrid_Lindgren_wejscie_do_muzeum1

       

       

      Astrid_Lindgren_wejcie_do_muzeum

       

      Astrid_Lindgren_Drzewo_Lemoniadowe

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Astrid Lindgrens Näs otulone jest grubym pasem zieleni. Podchodzę do rozłożystego wiązu, który zagra potem u Pippi dąb - słynne „lemoniadowe drzewo” (sockerdricksträdet). Stoi przed nim grupa turystów z Niemiec. Nagle wszyscy kierują aparaty w jedną stronę i oślepią ptaki, które wzbijają się wysoko z krzykiem. Podchodzę bliżej, dramatycznie malejąc. Czy drzewo może chorować na reumatyzm? Zgrubienia układają się w bolesny wzór z wykręconych we wszystkie strony sęków, narośli. To wokół niego biegała z rodzeństwem mała Astrid. W tle słychać pisk bawiących się w berka dzieci. Odwracam się szybko, ale na równo wystrzyżonym trawniku stoją jedynie niemieccy emeryci na objazdówce po Szwecji. Huśtawka buja się wysoko, chociaż nikt na niej nie siedzi.

       

      Astrid_Lindgren_Nas_ogrod

       

      Astrid_Lindgren_muzeum_zewnatrz_ksiega

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Tu nie chodzi tylko o pamięć o Astrid, chociaż każdy zaułek czy wystający konar zapisał w sobie całe jej dzieciństwo. Wciąż mimo turystycznego stempla, Näs nosi w sobie urok małego, smålandzkiego gospodarstwa. Dzisiaj wchłoniętego przez Vimmerby. Ale subtelnie. Wszyte w specjalnie zaprojektowany ogród oddycha w podobny sposób jak niegdyś. Lubię zwiedzać ogrody i do tej pory największe wrażenie zrobiły na mnie te pekińskie i szanghajskie z lustrami w altankach, w których we wrześniową noc odbija się według Chińczyków najpiękniejsza tarcza księżyca. Ale jest coś charakterystycznego, co składa się na ogród szwedzki. Widać, że najważniejsze jest tu światło i rozmieszczenie ścieżek tak, żeby dawały największą ekspozycję na słońce. I chęć pokazania skrawka nienaruszonej przyrody. To ogród zaledwie muśnięty architektonicznym planem. Jakby ktoś wszedł na pole upstrzone kępami kwiatów, krzewów i nieco je uporządkował. I przy okazji zaopiekował się mieszkającymi po sąsiedzku zwierzętami. I chociaż ule, które tu stoją to dzieło człowieka, ale też służą opowieści o Astrid, która walczyła przecież o dobrostan zwierząt. Ogród potrzebuje pszczół. A pszczoły ogrodów. Szwedzi nie byliby też sobą, gdyby nie elementy artystyczne: pomniki i instalacje. One też wpisują się delikatnie w krajobraz. Pozostawiają komentarz do życia Astrid i wciągają w dialog, którego efektem staje się zaduma nad życiem. Ujmuje mnie zwłaszcza „De sju önskekrusen” Amerykanina Patricka Dougherty’ego. Z karteczkami gęsto zawieszonymi na każdym skrawku przestrzeni dużych plecionych konstrukcji. Każdy może wejść do ich wnętrza i zostawić własne życzenie, marzenie. Większość z nich to prośby o zdrowie, szczęście i miłość.

       Astrid_Lindgren_De_sju_onskekrusen

       

      Astrid_Lindgren_De_sjo_onskekrusen_srodek

       

      Zdjęcie: „De sju önskekrusen”, dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Dołączam do grupy szwedzkojęzycznej. Omijam cały autokar krzykliwych Niemców. Ich grupa wygląda, jakby ktoś otworzył kartonik z gęstym budyniem, który powoli, ale systematycznie zalewa sklepik muzealny jednolitą masą. Mężczyźni w drucianych, złotych oprawkach. Kobiety w pikowanych kurtkach. Widać, że mają narzucone dynamiczne tempo zwiedzania, nerwowo przemieszczają się pomiędzy półkami, stołami z książkami i wieszakami. Zaliczają zakupy. Niemcy, co obserwuję za każdym razem, są rozrzutni podczas podróży, ale nigdy w temacie jedzenia. Albert, którego odwiedziłam kiedyś w Alzacji wytłumaczył mi z powagą, że wszyscy na czymś oszczędzają. – My, Niemcy, na jedzeniu. Jedna para po kilku godzinach decyduje się na skromny obiad, dzielą się połową zamówionej porcji.

       

      Gdy przyglądam się Niemcom przy kasach hojnie rozstających się ze swoimi emeryturami, coś mnie kłuje boleśnie na wspomnienie moich osiedlowych sąsiadów. Pani Helenki, która próbuje zachować godność oddając butelki do skupu, Pana Aleksandra, którego spotykam często siedzącego na ławce i wpatrzonego gdzieś w niewidoczny horyzont, który niedawno przesłonił mu betonowo-szklany biurowiec Ch2M. Nigdy nie byli na wycieczce w Szwecji i nigdy nie przyznali, że ich na takie szaleństwo nie stać. Ludzie naprawdę ubodzy nie używają takich słów.

       

      Astrid_Lingren_w_sklepie_muzealnym

       

      Astrid_Lindgren_sklapik_muzealny

       

      Astrid_Lindgren_sklepik_muzealny_z_ksiazkami

       

      Zdjęcie: Sklepik muzealny, dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      A sklepik muzealny jest zaprojektowany do wyciągania z ludzi pieniędzy. Przytulne wnęki zachęcają, żeby tam się rozłożyć z książką. Każda okładka krzyczy – weź mnie do ręki. Wieczorem, gdy jemy kolację Micha nie opanuje zdziwienia, że wykupiłam też oprowadzanie z przewodnikiem. A bez niego nie wejdzie się do środka domu, żeby zobaczyć, gdzie Astrid z rodzeństwem bawiła się w łapanego, gdzie walczyli na poduszki, gdzie Astrid oparzyła się otwierając drzwiczki pieca. Malutkie przestrzenie, niemal tak mikroskopijne jak domki z Lego. Wszystko w drewnie, schludnie i praktycznie. Przewodniczka otwiera przed nami kolejny rozdział z życia małej Astrid, wiążąc fakty z jej życia z fragmentami z książek. Opisała całe swoje życie, miejscami niewiele tak naprawdę zmieniając. Między kuchnią, wąziutkim przedpokoikiem i niewielkimi izbami jest miniprzestrzeń; opowieść przewodniczki wypełnia ją po brzegi sprawiając wrażenie wyprawy w czasie. Wyłania się z niej kochający dom, w którym było dużo miłości i czułości. I przede wszystkim śmiechu i zabawy. Przewodniczka przeprasza, że nie wolno robić zdjęć, można jednak kupić pocztówki z wnętrzami domu w sklepiku.

       

      Astrid_Lindgren_dom_rodzinny

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Zanim zaczęliśmy zwiedzanie domu Astrid Lindgren weszłam na chwilę do muzeum. Pamiętajcie, żeby wziąć ze stołu przed drzwiami, w cenie biletu, audioprzewodnik. Polecam wejść tu zanim przestrzeń opanują turyści. Nie ma nic milszego niż usiąść w półmroku na ławce dla olbrzymów i patrząc na drzewko kwitnącej wiśni posłuchać początku opowieści o rodzinie Astrid. Przejść się jeszcze pustymi korytarzami. Pobyć tam z własnymi myślami. Szwedzkie muzea kochają zwiedzających i z wzajemnością. Jest tu trochę dobrego naśladownictwa. Wielkie ścienne gabloty przypominają te z nowojorskiego Museum of Natural History, a trójwymiarowość takiej ekspozycji najważniejszych wydarzeń czy najbardziej symbolicznych dla Astrid, sprawia, że chce się przekroczyć granicę tych dwóch światów jak grana przez Mię Farrow bohaterka „Purpurowej Róży z Kairu”.

       

      Astrid_Lindgren_W_stodole

       

      Astrid_Lindgren_upadek

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Scenariusz zwiedzania oddaje płynnie etapy życia Astrid. Od historii jej rodziców. Sporo zdjęć archiwalnych i smaczków, jak choćby maszynopis, z odręcznym rysunkiem Pippi, takiej jak ją sobie wyobrażała Astrid. I filmy, na których widać walczącą nieustannie o innych pisarkę. Pamiętajcie, żeby włączyć napisy, do wyboru niemieckie lub angielskie, bo filmy mają narrację szwedzkojęzyczną. Jeśli ktoś jeszcze nie pokochał Lindgren, to z pewnością wyjdzie stąd oczarowany jej siłą, determinacją i wolą walki o dobro dzieci, zwierząt, wszystkich wykluczonych. To Szwecja jeszcze z innej epoki, gdy ten prawdziwy Folkhemmet dochodził do punktu zwrotnego.

       

      Astrid_Lindgren_maszynopis_Pippi

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Szwedzi potrafią opowiadać o swoich bohaterach narodowych i potrafią czarować szwedzkością. Bez patosu i z prawem do pokazywania człowieka w chwilach słabości. Wszystko tutaj mocno gra na emocjach. Jestem przekonana, że można stąd wyjść z zapałem do zmieniania świata na lepsze. Z poczuciem, że chce się zostawić po sobie coś wartościowego. Coś dobrego. Wykorzystano tutaj też techniki, z których czerpie kino i teatr. Mroczne przejście tunelem z tapetą naśladującą rzędy książek i głos z taśmy czytający najpopularniejsze fragmenty. Wielka skrzynia, kilkakrotnie większa od człowieka ze szparami między deskami, aż prosi się, żeby zaglądnąć do wnętrza, które ma przerazić, wzbudzić niepokój i strach przed czymś złym. Kręcąca się na środku niemal do sufitu spiralna piramidka książek przypomina, że to o nie najbardziej w tym wszystkim chodzi. I gdzieniegdzie postać Astrid. Zawsze w ujęciach łamiących stereotyp statecznej starszej pani. Wysoko na drzewie, na trybunach wzywająca do zmiany, opowiadająca ze śmiechem na komentarz ministra finansów, którego karierę diametralnie odwróci. Najczęściej w otoczeniu dzieci i książek. Przypomina mi pod wieloma względami naszą Szymborską. Obie żyły cicho jeśli chodzi o życie prywatne, którego odpryski przyszło nam poznać po ich śmierci. Obie postanowiły dużo się śmiać. Obie zrobiły, co mogły, żeby pomagać innym. Myślę, że gdyby były sąsiadkami zostałyby przyjaciółkami. Wnętrze muzeum otwarte jest dla wszystkich, nie ma takiej niepełnosprawności, która mogłaby przeszkodzić w zapoznaniu się z ekspozycją. Schody pojawią się dopiero na zewnątrz. Ale tam panuje początek XX wieku.

       

      Astrid_Lindgren_muzeum_przejscie_przez_tunel_z_cytatow

       

      Astrid_Lindgren_muzeum_wnetrze

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      W dawnych gospodarczych pomieszczeniach zaaranżowano osobne wystawy. Wspinamy się po niemal pionowych schodach na przestronne poddasze. Dzieciaki szaleją i wskakują na stojące tam zabawki po małej Astrid i jej rodzeństwie. Szwedzcy rodzice nie reagują, cudzoziemcy wpadają w panikę, że coś popsują. Jeden z małych Svensonów uderza w bek, bo rodzice już chcą wyjść. Zostaje sam, chwilę jeszcze ryczy, w końcu obrażony idzie za zupełnie nieprzejmującymi się jego atakiem buntu rodzicami. W historycznych miejscach nie brakuje nowoczesnych dodatków: wielkich plazm z kręcącymi się w kółko filmami dokumentalnymi. Wygodnych ławeczek do zatrzymania się na chwilę.

       

      Astrid_Lindgren_wnetrze_muzeum_gora

       

      Astrid_Lindgren_muzeum_gora_siostra_przy_maszynie_do_pisania

       

      Astrid_Lindgren_siostra_w_kuchni

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Na zgłodniałych czeka przytulne bistro. Gdyby nie lekki chłód skusiłabym się na obiad na zewnątrz. Próbowania tutejszych klopsików niestety odradzam. Mięso jest za bardzo wysuszone, zamiast dżemu, kalafior. Bufet, który wchodzi w cenę obiadu jest raczej skromny w porównaniu np. z tym w Astrid Lindgrens Värld. Po obiedzie idę pospacerować po ogrodzie. Osoby, które kupią bilet wstępu do muzeum mogą się poczęstować w ogrodowej kawiarence bezpłatną kawą lub herbatą i mają tu kilka ciekawych zestawów herbat do wybory i w dowolnej ilości. Na deser próbuję tutejszych lodów, które prawdziwych smakoszy pozostawią w szoku cukrowym. To zdecydowanie najgorsze lody świata. Śmieję się, że rekompensatą jest fakt, że serwuje je chłopak o imieniu Viking, co od razu przywołuje wspomnienia naszego lektora od szwedzkiego i pewnego upalnego lata na skånskiej prowincji. Ale o tym opowiem innym razem.

       

      Astrid_Lindgren_Klopsiki_szwedzkie

       

      Astrid_Lindgren_Lody_z_herbat_w_parku

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Koszty:
      Wstęp dla 1 osoby dorosłej do muzeum Astrid Lindgren – 170 koron (74 zł)
      Wstęp i oprowadzanie po domu Astrid Lindgren – 1 osoba dorosła – 95 koron (41 zł).
      Lody w kawiarence, 3 gałki – 42 korony (18 zł)
      Obiad: szwedzkie klopsiki (köttbullar) z kalafiorem cała porcja - 110 koron (48 zł)
      Bilet autobusowy Vimmerby - Ramskulla Näs: 37 koron (16 zł)
      RAZEM: 454 korony = 197 zł.

       

      Cała podróż: Część nr 4, Część nr 3, Część nr 2, Część nr 1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Dom Astrid Lindgren w Näs”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      sobota, 04 listopada 2017 10:59

Kalendarz

Grudzień 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014