Recenzentka

Wpisy

  • piątek, 23 lutego 2018
    • Książka na całe życie

      Z czytaniem jest jak ze starym małżeństwem, które opanowało sztukę bycia razem i wciąż, mimo upływu lat, siadając rano przy stole cieszy się powtarzanym rytuałem poranka. Napisano przecież już wszystko i chociaż wciąż ktoś próbuje to opowiedzieć na nowo, czytamy tak naprawdę, nieustannie te same historie. Umówmy się: jeśli czytasz całe życie, naprawdę niewiele cię jest w stanie zaskoczyć. A jednak są książki, dla których chcesz zerwać noc. Jednak wciąż czytasz. Mijają kolejne lata, a ty nieustannie cieszysz się na następny wieczór z książką.

       

      Well books are love, aren't they

       

      Zdjęcie: Autor: GPA666 (Praca własna) [CC BY-SA 4.0 (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)], Wikimedia Commons

       

      Pewnego dnia zaczęłam szukać książki idealnej. Słyszałam opowieści o doskonałym połączeniu. O napięciu, które dawało radość z ponownego otwierania tej samej książki i wracania do niej. Mój nauczyciel szwedzkiego czytał tak „Wojnę i pokój”. Twierdził, że zmienia się każdego dnia, więc inaczej odbiera tę książkę za każdym razem. Siedzieliśmy u niego w pokoju na Śliskiej. Za chwilę miał wpaść cały nasz rok, a on mi pokazywał regał z książkami, które przywiózł ze Szwecji. Powiedział, że nie chce czytać nic nowego, tylko wrócić do starych lektur. Bo to jak powrót do życia, które minęło. I że chce zobaczyć, co i jak się w nim zmieniło. Co wyczyta z nich dzisiaj. Ale tę jedną książkę czytał nieustannie. Kończył i zaczynał od nowa. Wówczas wydawało mi się to stratą czasu.


      Ale zaczęłam szukać własnego egzemplarza. Chciałam mieć na półce zaczytaną książkę z milionem plam, pozaginanymi rogami, brudnymi grzbietami. Książkę, którą trzymałam w ważnych chwilach życia. Taką, która byłaby elementem historii opowiadanej znajomym. Którą pakowałabym do pudeł przeprowadzając się z mieszkania do mieszkania. Taką, którą chciałabym mieć ze sobą w każdej podróży. Tylko, że żadna nigdy nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Kupowałam nowości, wchodziłam na najwyższe szczeble drabin w antykwariatach. Co niedzielę odwiedzałam skład tanich książek na Grodzkiej. Miałam ulubione miejscówki w każdym odwiedzanym miejscu, od Haga w Göteborgu, przez pchli targ w Vimmerby czy antykwariaty na Piotrkowskiej. Ale wciąż nie mogłam znaleźć TEJ książki. I nieustannie wydawało mi się, że ją przegapiam. A czas mijał.


      Pewnego dnia postanowiłam przestać szukać i zaczęłam się cieszyć samym faktem czytania. Pozwalałam znajomym, żeby mi podrzucali rzeczy, które lubili. Pożyczałam książki od koleżanki w pracy. Kupowałam te, które mi rekomendowali księgarze. Czekałam na telefon z antykwariatu, że przyszły nowości i dawałam się skusić na coś. Byłam jak w transie. Nie pamiętałam treści, myliły mi się tytuły. Moimi kreskami, które wciągałam były grzbiety książek na regałach. Pewnego dnia odkryłam u siebie w domowej biblioteczce kilka zdublowanych tytułów. Kupowałam książki, ale nie nadążałam z ich czytaniem. Więc po co?


      I wtedy znowu sobie przypomniałam, że chciałabym poczuć jak to jest, gdy ma się jednak taką książkę, która jest na tyle szczególna, na tyle wyjątkowa, że zostaje z człowiekiem na całe życie. Po prostu chciałam zrozumieć to, co wtedy na Śliskiej opowiadał mi Viking, tłumacząc, czym dla niego jest ten zaczytany egzemplarz „Wojny i pokoju”.


      Szukając naczytałam się sporo kiepskich rzeczy. Bo wydawało mi się, że tylko tak docenię tę książkę, do której wciąż, chociaż krętymi ścieżkami, zmierzałam. I coś w tym jest. Musisz spróbować wszystkiego. Zatoczyć koło, zamroczyć się wagonową literaturą, wypuścić w mroczne klimaty. Pogrążyć, upaść. I wreszcie zrozumieć, czego się szuka. Na pytanie, czy znalazłam: odpowiadam tak. Mam tę książkę. I zrozumiałam, co wtedy próbował mi wytłumaczyć Viking.


      Powiedział, że z idealną książką jest jak z osobą, z którą decydujesz się spędzić całe życie. Każda biblioteka jest pełna innych tytułów, każda księgarnia kusi nowymi. Każdego dnia ukazuje się kilkadziesiąt nowych książek. Możesz podróżować po świecie i czytać w innych językach. Ale zostajesz wierny tej szczególnej książce. Nie dlatego, że jest lepiej napisana. Bo można na wiele sposobów pisać świetnie. Nie dlatego, że ma akcję pełną napięcia, bo nie da się czytać tej samej książki w kółko z takim samym oczekiwaniem, jak przy pierwszym czytaniu. I nie dlatego, że ma jakąś wyjątkową historię, bo naprawdę w literaturze ich nie brakuje. Po prostu pewnego dnia ta książka zostaje z tobą a składa się na to wiele, może częściowo nawet irracjonalnych powodów. Ale już zawsze będziesz do niej wracał. Zawsze będziesz chciał czytać ją na nowo. Będziesz sprawdzał każdego roku, czy dzisiaj odczytasz ją inaczej. Będziesz znajdywał zdania, których nie zapamiętałeś poprzednim razem. Zatrzymasz się na stronie, która nigdy wcześniej nie przykuła twojej uwagi. Będziesz czuł, że w pewien sposób ta książka częściowo zmienia się razem z tobą, a częściowo pozostaje tą samą książką, którą czytałeś po raz pierwszy. I za to właśnie ją pokochasz.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      piątek, 23 lutego 2018 18:30
  • sobota, 17 lutego 2018
    • Ameryka po nordycku. W poszukiwaniu lepszego życia - Anu Partanen

      Wśród argumentów, dlaczego w Polsce nigdy nie będzie tak dobrze jak w krajach nordyckich na ogół powtarza się: lata niszczących zależności politycznych, komunizm, niekorzystne położenie na mapie świata, dziedziczona bieda, brak naturalnych złóż, druga wojna światowa. Niektórzy wrzucają do tego wora jeszcze potop szwedzki - okres, po którym Polska już nigdy nie wróciła do wcześniejszej świetności ograbiona na skalę, której nie przebili nawet Niemcy w czasie okupacji. Trudno dyskutować z faktem, że nie mamy norweskiej ropy, szwedzkich złóż żelaza i intratnych kontraktów, na których Szwedzi dorobili się w czasie obu wojen światowych. Trudno nie zaprzeczyć, że Duńczycy płacą wysokie podatki. Tak długo powtarzano nam te argumenty, że niejedna osoba w nie uwierzyła. Tylko, że wszystkie te argumenty diabli biorą w konfrontacji z Finlandią.

       

      Ameryka_po_nordycku_w_poszukiwaniu_lepszego_zycia_anu_partanen

       

      Oto mamy kraj, który do początków XX wieku był rządzony na przemian przez Szwedów i Rosjan. Przez tych ostatnich okrutnie okrojony. Spadkiem po tym okresie jest szwedzki, który wciąż jest drugim urzędowym językiem Finów, którzy niepodległość wywalczyli sobie zaledwie rok wcześniej od Polski. Jedna piąta ludności zaangażowała się w walkę z Sowietami, zginęło w niej 93 tys. osób z 3, 7 mln, a liczba tych którzy zaangażowali się w walkę z komunizmem porównywalna jest do ofiar Amerykanów w wojnie w Korei i Wietnamie. Finowie mają na koncie bratobójczą wojnę i lata potężnej biedy. A jednak dzisiaj to liderzy wszelkich rankingów. Skoro im się udało, to dlaczego nie Polsce?

       

      Wydaje mi się, że Polska lubi jednorazowe, efekciarskie akcje. Lubi zrywy narodowe i wszelkiego rodzaju wojenki. Po prostu lubimy być w stanie wrzenia i nieustannego zatargu. Może brakuje nam tego, co przerobili Finowie: otwartej, bratobójczej wojny, żeby ten bieg ku przepaści zakończyć?

       

      Książka Finki Anu PartanenAmeryka po nordycku. W poszukiwaniu lepszego życia” jest jak wielki esej – dyskusja ze sceptykami. Ubiera go Partanen w przyzwoitą publicystyczną frazę. Efekt jest uderzający. Miażdżące fakty, mądrze przeanalizowane analogie, porównania, którym nie sposób zaprzeczyć. Wreszcie ciążka praca redaktorska, która tutaj funduje nam rzecz do czytania na wiele sposobów. To może być gotowiec dla społeczników, ściąga dla polityków, materiał, który może służyć dyskusjom. Wreszcie po prostu bardzo dobrze napisana rzecz o państwie opiekuńczym w stylu nordyckim i wolnorynkowej Ameryce.

       

      „Chcecie amerykańskiego snu, jedźcie do Finlandii” – tak w 2012 powie przywódca brytyjskich laburzystów Ed Miliband. Ale to nie wtedy oczy całego świata zwrócą się w stronę małego kraju na północy Europy. Symptomy fińskiego fenomenu zaczęły do nas docierać już wcześniej. Chociaż gdy w 2000 fińscy piętnastolatkowie zdeklasowali pozostałych uczniów w testach PISA porównujących umiejętności w zakresie czytania, matematyki i nauk ścisłych można było sądzić, że to fart lub przypadek. Po ponad dekadzie prowadzenia w wynikach tych testów nikt już nie śmiał kwestionować fińskiego cudu. Tak dawał o sobie znać naród, któremu w osiągnięciu sukcesu nie przeszkadzała przeszłość, położenie geograficzne, bieda i brak złóż naturalnych. Anu Partanen już od początku, od pierwszych stron buduje napięcie, pokazując, że cuda to robota dla bogów, bo organizowanie życia społeczeństwa, to po prostu długa, żmudna i konsekwentna praca rozłożona na pokolenia. Jak ją rozplanować i których błędów unikać dobrze pokazują argumenty wynikające z porównania polityk państw nordyckich i szalejącego kapitalizmu w wersji amerykańskiej.

       

      Te same argumenty w kółko powtarzają sceptycy, podkreślając, dlaczego u nas nie może być tak dobrze jak u północnych sąsiadów. A zatem w osiągnięciu nordyckiej jakości życia przeszkadza nam jednak coś innego niż brak norweskiej ropy, szwedzkich rud żelaza i zysków, jakie przyniosły im obie wojny światowe. I to nie wysokie duńskie podatki są gwarantem skandynawskiego luksusu. Wprawdzie nawet kłamstwo powtarzane w kółko nie stanie się prawdą, ale sporo osób w nie uwierzy. Tak jak my, Polacy, że Polska nigdy nie będzie szczęśliwą skandynawską oazą. Książka Partanen rozprawia się z tego typu mitami. Jej osią jest podważenie tezy, że kraje skandynawskie to utopijne wizje państw opiekuńczych, które duszą wysokie podatki, migracja zasiłkowa i lenistwo wygodnego społeczeństwa. Mając za sobą doświadczenie związane z przeprowadzką z Finlandii do USA udowadnia Partanen, że amerykański sen zamienił się w koszmar. Jej książka w śmiały, obrazoburczy i wyjątkowo merytoryczny sposób - punkt po punkcie - zbija argumenty niedowiarków pokazując, że to właśnie prospołeczna nordycka polityka jest gwarantem godnego życia. Że nieprawdą są wysokie koszty takiej polityki ponoszone przez społeczeństwo. Wreszcie dla nas Polaków, to wyjątkowo ciekawa lekcja. Możemy sobie tłumaczyć na różne sposoby sukces nordycki, ale jak wytłumaczyć, że kraj o tak porównywalnej z naszą przeszłości, sytuacji, dzisiaj jest liderem innowacyjności, zwycięzcą w rankingach na najlepsze miejsce do życia, pionierem najlepszych rozwiązań oświatowych?

       

      Anu Partanen wyjechała do Stanów za partnerem. Ślub z nim i konieczność zaczynania wszystkiego od nowa w innym kraju stało się w jej przypadku przyspieszonym kursem survivalowym. Z perspektywy Finki żyjącej w państwie zorganizowanym dla wspierania mieszkańców w codzienności, amerykańska rzeczywistość to codzienny koszmar. Partanen napisała, że z żyjącej wygodnie przedstawicielki klasy średniej, po przyjeździe do Stanów stała nie znerwicowanym, zdesperowanym wrakiem, którego treścią życia jest nieustanna walka. Przyznaję, że czytając jej słowa, zastanawiałam się nad polskim piekłem i trudem życia w naszym kraju, który przecież od dawna jest na kursie, który kiedyś obrała Ameryka, i który dzisiaj dusi jej i nasze społeczeństwo.

       

      Partanen buduje swoją książkę w dobry sposób. Zakłada, że po drugiej stronie ma przeciwnika z góry uprzedzonego, ze stereotypowymi przekonaniem na temat idei państwa opiekuńczego i fenomenu krajów nordyckich. Zakłada też, że musi się zmierzyć z taką postawą uderzając mocno, a więc twardymi faktami. Przygotowana jest przednio. Dzieli książkę na części, z których każda jest rozprawą z jednym z wielkich mitów na temat życia i sukcesu państw nordyckich. Wybiera te z pozoru najtrudniejsze do obalenia i stawia naprzeciw siebie dane, liczby i historię, która mówi sama za siebie. Wybiera tematy najlepiej definiujące, to co kojarzymy z dobrym życiem: praca, stosunek do rodziny, sytuacja bezrobotnych, pomoc społeczna, opieka nad osobami dorosłymi, wsparcie dla przedsiębiorców, opieka zdrowotna.

       

      Gdy kilka lat temu Lars Trägårdh i historyk Henrik Berggren sformułowali „szwedzką teorię miłości”, nie sądzili jak bardzo zostanie ona wypaczona w filmie Gandiniego. Postawili oni tezę, że „autentyczna miłość i przyjaźń są możliwe tylko pomiędzy jednostkami niezależnymi i równymi”. Tam, gdzie pojawia się element zależności, w grę wchodzi też nieszczerość i poczucie zobowiązania. Świetnie pokazuje to reklama ING, w której Agata Kulesza tłumaczy synkowi, dlaczego sytuacja tatusia, który siedzi w kieszeni babci jest tak trudna. Jeśli więc kobieta jest niepracującą żoną, która musi tłumaczyć się z każdego wydatku mężowi, student mieszka z rodzicami, małżeństwo spłaca kredyt mieszkaniowy dzięki wsparciu teściów, młodzi rodzice muszą korzystać w opiece nad dziećmi z pomocy dziadków – to pojawia się rodzaj zależności, w którą wpisana jest konieczność tolerowania rzeczy, zachowań, czasem trudnych do zaakceptowania. Zlikwidowanie tego typu zależności stało się podstawą nordyckiej polityki prospołecznej, która dąży do takiego organizowania życia, żeby już na starcie przestało ono być biegiem przez przeszkody.

       

      Anu Partanen pokazuje konsekwencję, z jaką w krajach nordyckich rządy wzięły na siebie rolę organizatora ułatwiającego ludziom życie. Odwołuje się do teorii Trägårdha i Berggrena przypominając nieustannie i punktując głęboki sens ich myślenia o idei równości wolności. Gdy w Finlandii dla przykładu rodzi się dziecko, rodzice otrzymują od państwa do wyboru: wyprawkę lub jej pieniężny ekwiwalent. To podstawowy zestaw ubranek i rzeczy pierwszej potrzeby. Wszystko to, co na starcie w rodzicielstwie jest niezbędne. Rodzice zamiast martwić się o koszty łóżeczka dla dziecka dostają je w prezencie od rządu. W przeciwieństwie do krajów takich jak USA czy Polska, w których rodziny w takiej sytuacji pozostawione są same sobie, częstym elementem takiego wsparcia jest urządzanie baby shower czy przekazywanie sobie z pokolenia na pokolenie ubranek i zabawek. I w takich państwach, to jak będzie wyglądał start niemowlaka w życie, zależy od zamożności krewnych i znajomych rodziców. Zmienienie tego trendu, który stygmatyzuje najbiedniejszych stało się podstawą nordyckiej polityki prospołecznej. Niemal każdy jej aspekt polega na wyrównywaniu szans. Nie na papierze lub w deklaracjach, ale właśnie w takich „drobnych” gestach.

       

      Bez babci ani rusz – tak można by określić politykę prorodzinną w Polsce. W krajach nordyckich priorytetem stało się zbudowanie tylu przedszkoli i żłobków i tak wygodnie zlokalizowanych, żeby każde dziecko znalazło w nich miejsce. Problem opieki nad dzieckiem rozwiązuje się samoczynnie, do tego koszty z tym związane są niewielkie i do poniesienia przez każdego. Standardem jest też, że placówki tego typu prowadzą działalność na takim samym poziomie bez względu na to, czy dziecko mieszka w dużym mieście, czy w wiosce za kołem podbiegunowym.

       

      Największymi właścicielami nieruchomości w Europie (no może oprócz Kościoła katolickiego) są rządy krajów skandynawskich, które budują mieszkania z niskimi czynszami. W Szwecji ustawia się w kolejce i po odstaniu swojego każdy otrzymuje klucze do własnego M2. Nikt tam nie musi zaciągać kredytów na całe życie. A osiemnaście lat to często naprawdę start w dorosłe życie, już nie tylko na papierze, ale po prostu na własnym.

       

      Tym, co najbardziej uderzyło Partanen po przeprowadzce do USA to drapieżny i bezwzględny rynek pracy rządzony przez wszechmocnych pracodawców. Zmuszona do szybkiego zaadaptowania się w tak odmiennych od fińskich warunkach, zrozumiała, co oznacza przywilej mieszkania w kraju, który za cel postawił sobie zapewnienie wszystkim równego startu w życiu.

       

      Szczęśliwi ludzie lepiej pracują, tak uważają pracodawcy w krajach nordyckich, którzy unikają nadgodzin, pilnują, żeby pracownicy wykorzystywali przysługujące im urlopy. Bo wypoczęty człowiek to bardziej efektywny pracownik. Pracodawcy wychodzą z założenia, że w dłuższej perspektywie bardziej opłaca się inwestować w wolny czas pracowników, co wpływa pozytywnie na ich zdrowie, kondycję, wreszcie zaangażowanie w miejscu pracy. Wreszcie wolny czas, to przecież czas, który można spędzić z rodziną, a to jak układają się relacje w życiu osobistym przekłada się przecież na zadowolenie w pracy. Jeszcze rok temu pracowałam w polskiej filii szwedzkiego banku. Jego pracownicy mieli prawo do pięciu dziesięciominutowych przerw na kawę oraz do godzinnego lunchu. Oczywiście był to czas wliczony w godziny pracy i nikt nie musiał dłużej w niej zostawać. Gdy pewnego dnia firma zapytała, co pracownicy chcielibyśmy w niej zmienić, odpowiedzieli, że chcieliby mieć osiem dziesięciominutowych przerw na kawę. W Szwecji. Bo w polskim oddziale panowały polskie warunki, czyli piętnastominutowa przerwa na obiad i to wszystko. Partanen w takim miejscu pokazuje pewnego rodzaju zacietrzewienie społeczeństw nordyckich, które nie pozwalały się traktować poniżej pewnej godności i tak długo walczyły o lepsze warunki życia aż je osiągnęły. Nic nie przebije siły nordyckich związków zawodowych, praw pracowniczych i ogólnego trendu, żeby te warunki jeszcze polepszać. Pisałam już o coraz powszechniejszych planach wprowadzania sześciogodzinnego dnia pracy. Jest to więc trend, którym ku lepszemu idą społeczeństwa nordyckie, a Partanen wylicza koszty takiego kursu, które jak widać, są dużo mniejsze od kosztów przeciętnego Amerykanina. Można je też przyłożyć do sytuacji Polaka a takie porównanie naprawdę może niejednemu odebrać chęć życia. Specjalnie nie będę tutaj przywoływać liczb, wysokości podatków, kosztów np. opieki zdrowotnej, składek pracowniczych. Sami sięgnijcie po tę książkę, żeby się zdumieć, jak błędnie sądzimy, że nie stać nas na państwo opiekuńcze.

       

      A w konsekwencji po porostu na dobre i wygodne życie. Partanen ułatwia zrozumienie tego. Pokazuje jak wysiłek włożony w zabezpieczenie ludziom bytu na wysokim poziomie przekłada się na ich poczucie bezpieczeństwa, w konsekwencji większą skłonność do ryzyka, rozwijania własnych zainteresowań i życia z pasją. Co idzie w parze z rozwojem przedsiębiorczości. To właśnie kraje skandynawskie są liderami innowacyjności, to właśnie na Północy najłatwiej i najszybciej jest założyć firmę i jak pokazuje Partanen korzystają z tego wszyscy: firmy, którym łatwiej prowadzić swoją działalność, pracownicy, uwolnieni od zależności od pracodawcy i państwo, w którym kwitnie przedsiębiorczość przynosząca napływające potem do budżetu podatki, które służą wszystkim. „W Finlandii” – pisze Partanen – „mamy silną, prostolinijną kulturę pracy, z ambicjami i parciem ku jakości”. Jej słowa można odnieść do wszystkich państw nordyckich. A efekty takiego myślenia? Rovio i Angry Birds, IKEA i H&M, Spotify i Skype, Volvo, Ericsson, Tetra Pak, Lego, Carlsberg, Maersk, Nokia, Supercell, Mojang – wydawca Minecraft (odkupionego przez Microsoft w 2014), Acne Studios, Marimekko, Linux, bazy danych MySQL. I wiele, wiele innych, rozpoznawalnych na całym świecie marek. Polityka prospołeczna, co udało się udowodnić Partanen jest jak perpetuum mobile; zasila się pochodnymi rozwiązań, które uwalniają ludzi od strachu o przyszłość, od życia na kredycie, od zależności od pomocy rodziny. Wreszcie od dziedziczonej biedy.

       

      Jak zauważyła Partanen, w krajach takich jak USA start w życiu jest bezpośrednią konsekwencją dobrego urodzenia. Państwa, które stawiają na taką politykę, muszą w końcu polec pod naporem jej obciążeń. Mamy wybór i musimy podjąć współcześnie decyzję, czy stawiamy na działania dające wszystkim szansę na rozwój, czy tworzymy kastowe społeczeństwa, w których garstka ludzi żyje kosztem milionów? Markę, którą nazywamy państwem opiekuńczym tworzy, jak podkreśla Partanen: „dbanie o to, aby rodziny składały się z silnych i niezależnych jednostek, funkcjonujących dobrze jako zespół, aby pracownicy byli zdrowi, dobrze wykształceni, a przy tym nie zanadto uzależnieni od pracodawców, aby infrastruktura była najwyższej klasy, instytucje transparentne, system sprawiedliwości działał w interesie publicznym, korupcja pozostawała na niskim poziomie, technologia była powszechnie dostępna, handel wolny, a przepisy rozsądne”.

       

      Przeczytajcie „Amerykę po nordycku. W poszukiwaniu lepszego życia”, żeby zrozumieć, jak bardzo jesteśmy oszukiwani przez polityków, którzy wmawiają nam, że nie stać nas na szczęśliwe, bezpieczne i wygodne życie. Przeczytajcie tę książkę, żeby zrozumieć jakie koszty ponosimy odbierając sobie prawo do godności. Przeczytajcie ją, żeby podjąć decyzję, gdzie warto żyć. I żeby na czas albo spakować walizki i wyemigrować na Północ, albo wyegzekwować od naszych polityków zmianę kursu na państwo opiekuńcze w modelu nordyckim.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Ameryka po nordycku. W poszukiwaniu lepszego życia - Anu Partanen”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      sobota, 17 lutego 2018 17:43
  • sobota, 20 stycznia 2018
    • Światło, którego nie widać - Anthony Doerr

      Kilka rzeczy zaintrygowało mnie w „Świetle, którego nie widać”: Saint-Malo, miasto, którego umocnień nie złamali wikingowie, propaganda nazistowska mówiąca o rychłym zdobyciu Svalbardu i chłopcy o nordyckim wyglądzie. Do tego bardzo osobista dedykacja: „w dzieleniu Radości wielki sens! Aby niemożliwe stawało się Możliwe! Z miłością”. A na końcu Pulitzer w 2015. I jeszcze wyjątkowo dobrze napisane polecenie okładkowe, które kończy zapowiedź, że jeden z bohaterów powieści „rozwiąże także zagadkę z czasów dzieciństwa i przeżyje najważniejsze chwile swojego życia”.

       

      Swiatlo_ktorego_nie_widac_anthony_doerr

       

       

      Anthony Doerr pisał tę powieść dziesięć lat. To czuć. Nie poddająca się żadnym potknięciom, płynąca swobodnym nurtem fraza. Jednolita, zwarta. Nigdzie nie ulega emocjom, nigdzie nie daje się zwieść błędnym instynktom. Po prostu płynie z opowieścią. Od punktu do punktu. Gdybym jednak miała to przymierzyć do zainteresowania, do napięcia, które trzyma człowieka przy książce do jej końca, to takie pisanie uderza w inne struny. Jeśli nurt jest równy, nie zmieniają go żadne narracyjne burze, to uwaga zaczyna się inaczej koncentrować na historii. Już nie jej dynamika, ale wewnętrzny układ zaczyna intrygować. Nie to, co rozkłada wydarzeniami opowieść na czynniki pierwsze, ale delikatniejsze wahnięcia w postaciach, ich emocjonalna topografia. Pytanie, czy dźwigając powieść na tak trudnej konstrukcji, Doerr odnosi sukces?

       

      Nagrody i to rangi Pulitzera mają być podpowiedzią, że tak. Ja nie jestem do końca przekonana. Wystudzona narracja pozostawiała mnie w chłodnym oczekiwaniu na piękną opowieść. Doerr niby układa dobrze puzzle. Drapuje obrazy, ale w sztuce opowiadania jest gdzieś pomiędzy dobrym opowiadaczem a mistrzem pokazywania. Gdy nakreśla sytuacje trochę robi to, jak technik układający narzędzia na stole, daje wskazówki niemal jak w instrukcji obsługi. Na prawo to, w lewo od czegoś stoi tamto i w tym stylu. Nie spotkałam się jeszcze z takim pisaniem, co oczywiście umiejscawia Doerra w ciekawym miejscu prób literackich. Rzecz w tym jednak, że nie wybrnął z oczekiwanym rezultatem ani w sztuce obrazowania, ani opowiadania.

       

      Mam też taką konkluzję, że i światem literatury zaczynają rządzić podobne reguły, co show-biznesem, gdzie agenci są w stanie wykreować gwiazdę z każdego. Chciałoby się oczekiwać, że nagrody literackie będą trzymać fason i staną się filarem, na którym da się oprzeć zaufanie czytelnika. Sięgając po coś nagrodzonego liczymy na zaoszczędzenie czasu na nietrafione decyzje. Ale i do branży książkowej docierają psujące ją wpływy. Dodatkowo mam wrażenie, że w świecie anglosaskim poziom oczekiwań wobec literatury się lekko mówiąc degeneruje. Za mało czasami trzeba tam dać z siebie, żeby rozbłysnąć w zachwycie krytyki. Odejście po 38 latach z „New York Timesa” Michiko Kakutani odbieram jako koniec pewnej wielkiej epoki. Jej „nieustraszone i autorytatywne” dziennikarstwo dawało nadzieję literaturze.

       

      Ale co z historią w „Świetle, którego nie widać”, która jeśli nie liczy na akcję, narracyjne twisty, powinna przecież mieć chociaż to coś? Tu też oklasków nie będzie. Mamy małego Wernera Pfenniga, Niemca wychowywanego w domu dziecka i Marie-Laure, Francuzkę, która jako kilkulatka traci wzrok. Równolegle toczą się ich losy a my oczywiście nieustannie się zastanawiamy kiedy i jak ich historie się połączą. Oczekiwanie narasta, bo Doerr zostawia pewne tropy, że takie spotkanie stanie się możliwe. Choćby ten, że Werner zna świetnie francuski. Oboje dorastają. W ich życie wkracza wielka historia, która zostawia wokół nich coraz gęstsze ślady. Na poziomie rozkładu książki na czynniki pierwsze widać jak zmagał się z nią pisarz, który chciał napisać wielką powieść, ale nie zdecydował się w pełni o czym. Anthony Doerr nie jest alchemikiem duszy, to co ludzkie jest mu nieco obce. Pisanie o zmaganiach sumienia nie jest jego mocną stroną, a książka potrzebuje chociaż jednego mocnego atutu, żeby się wybronić. Więc, gdzie go szukać?

       

      Atutem powieści i myślę, że też tym, co wpłynęło na przyznanie jej Pulitzera jest pewien wysiłek, żeby nadać jej intelektualny sznyt. Doerr wplata fakty, informacje, które sprawiają, że to już nie tylko opowieść o losach dwóch anonimowych osobach, ale też powieść, z której można się czegoś nauczyć. Czytamy o zasadach mechaniki Heinricha Hertza, słynnych szkołach Heissmeyera, o Narodowo-Politycznym Zakładzie Wychowawczym przygotowującym m.in. kadry Wermachtu, o Berlinie – „stolicy nauki, siedzibie Führera, mieście, gdzie pracowali Einstein, Staudinger, Bayer. Gdzieś na tych ulicach wynaleziono plastik, odkryto promieniowanie rentgenowskie, sformułowano teorię dryfu kontynentów”. Co więcej to powieść antywojenna, dobrze wpisująca się w burzę współczesnych dyskusji, nieustającego zagrożenia terrorystycznego, udająca się w te obszary zadumy nad nią, na które można sobie pozwalać dopiero teraz – kilka pokoleń po jej dramatycznych wydarzeniach. Druga wojna światowa, staje się tutaj metaforą wojny. Czegoś co zmienia nieodwracalnie tkankę świata, relacji ludzkich. Czegoś co dzieli. Czasu, gdy nie ma miejsca na zastanawianie się nad godnością. Ale też czasu na wielkie kariery, szybkie awanse, osobiste i gospodarcze w skali państw.

       

      Wojna jak pokazuje historia w „Świetle, którego nie widać” daje szansę. Skorzysta z niej niejednej z bohaterów tej powieści. Dla jednych stanie się w ogóle jedyną nadzieją na lepsze życie. Anthony Doerr próbuje usprawiedliwiać Niemców, a takie próby nie przechodzą bez krytyki w krajach tak dotkliwie dotkniętych okupacją jak Polska. Nie przekonuje mnie kreślenie obrazu nędzy w Niemczech lat trzydziestych, jako usprawiedliwienia dla masowego przyzwolenia na działania okupacyjne, usprawiedliwiania marszu na wschód, który tak dobrze robił w kraju, który niedawno jeszcze brodził w okrutnej biedzie. Próby przełożenia mechaniki wojny na jej dodatkowe skutki, w postaci awansu cywilizacyjnego. Jestem absolutną przeciwniczką retoryki w stylu odcinania historii Niemiec od nazizmu i mówienia o Niemcach i nazistach. Wierzę, że Hitler miał przeciwników. Rozdmuchiwanie pojedynczych historii, jakby to one były dźwignią tego co się działo w społeczeństwie niemieckim w czasie wojny, bardzo źle wpływa na jej rozumienie dzisiaj przez pokolenia, które nie mają już nawet żyjących dziadków – świadków wojny. Tego typu powieści są kroplami, które tworzą potem rzeki. Właśnie takimi drobnymi zabiegami wpływa się na zmianę postrzegania historii, w tym przypadku rozkładu sympatii i antypatii wobec ofiar i tyranów.

       

      Ta powieść wydaje mi się nieuczciwa. W tym sensie, że Doerr dokłada wielu starań, żeby przypodobać się czytelnikowi. Wprowadza elementy bardzo dobrze przyjęte wcześniej przez kino, które sprawiają, że obraz wojny u niego łagodnieje, wyciąga go z szarości. Historia Marie-Laure przypomina nieco historię Amelii, rozgrywa się w wyraźnie odczuwalnym lekko surrealistycznym duchu znanym z filmów Jean-Pierre Jeuneta. Ojciec dziewczynki buduje miniatury dzielnicy, w której oboje mieszkają, żeby nauczyć ją poruszania się po niej. Pokazuje córce jak odmierzając odległości, zapamiętując dźwięki, zapachy odnaleźć drogę nawet w najgorszych okolicznościach. Uroczy portret zakochanego w córce ojca, z nieustającą troską dbającego o jej bezpieczeństwo, roztopi niejedną osobę szukającą wytchnienia od ponurej rzeczywistości. Zakusy konspiracyjne w stylu „Allo Allo” to kolejny rozmiękczający dramaturgię chwyt. Opcja na popkulturę trafia tu na motyw ograny wcześniej przez Paulo Coelho w „Alchemiku”. Spoiwem, które nieco dramatyzuje tę letnią narrację jest drogocenny kamień, którego pośrednim „opiekunem” staje się ojciec Marie-Laure. Intryga zbudowana wokół diamentu nieustannie sprawiała, że myślałam o słynnym skarbie z „Alchemika”. I w tym sensie „Światło, którego nie widać” to właśnie „Alchemik” z wyższej półki.

       

      Egzemplarz, który czytam przeszedł przez wiele rąk. Zmęczony, o mocno naruszonej strukturze, świadczy, że niejedna osoba doczytała go do końca. To zawsze nadzieja na coś wciągającego i dobrego. Czytałam „Światło, którego nie widać” z nadzieją, która nie została jednak zaspokojona.

       

      Recenzja: „Światło, którego nie widać”, Anthony Doerr, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2015. Przełożył: Tomasz Wyżyński. Tytuł oryginału: All The Light We Cannot See (2014). Redakcja: Mirosław Grabowski. Korekta: Ewa Jastrun, Jolanta Ogonowska. Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska. Wydanie I. ISBN 978-83-8015-072-0. Stron: 636

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Światło, którego nie widać - Anthony Doerr”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      sobota, 20 stycznia 2018 11:26

Kalendarz

Luty 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014