Recenzentka

Wpisy

  • środa, 20 czerwca 2018
    • Thelma - Joachim Trier

      Dla osób, które nie tylko się zaznajomiły, co zafascynowały kinem Joachima Triera przyjęcie „Thelmy” może budzić pewne opory. Przeskok gatunkowy jest taki jak między Zolą a Márquezem. Realista nagle sięga po fantastykę w tonacji noire, opowiadając bajkę, która niczym krwiste historie braci Grimm strasząc ujawnia mroczną prawdę. Amerykanie zaklasyfikowali film Triera jako horror story, fairy tale i superhero movie. Czy jednak słusznie?

       

       

      Wraz z „Thelmą” dokonałam kolejnego kinowego odkrycia po cyklu psychologicznym: „Spotkania Filozoficzne” w Kinie pod Baranami. Spotkania mają akademicki sznyt a to dzięki prowadzącej, dr hab. Joannie Hańderek z Instytutu Filozofii UJ, specjalistki od filozofii kultury i współczesnej filozofii z mocnym naciskiem na postkolonializm, globalizację, gender i multikulturalizm. Jej zainteresowania naukowe i obecność pozauczelniana w roli redaktorki racjonalista.tv, członkini Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów i blogerki genialnie pasowała do dyskusji o najnowszym filmie Joachima Triera. „Thelma” zgarnia kolejne nagrody. W 2017 dostała Nagrodę Norweskich Krytyków Filmowych, a Eili Harboe za tytułową główną rolę została uhonorowana nagrodą dla najlepszej aktorki w Mar del Plata Film Festival 2017 i wyróżnieniem podczas Berlinale w kategorii „Młodzi, obiecujący aktorzy europejscy”. Ale, jak prowokacyjnie otworzyła dyskusję Joanna Hańderek, nasuwa się pytanie, czy mamy faktycznie do czynienia z dziełem genialnym czy zostaliśmy jedynie nabici w przysłowiową butelkę?

       

      A problem pojawia się już przy pytaniu, o co właściwie w tym filmie chodzi? Sam Joachim Trier dając nam wolność interpretacyjną, w wywiadach mówi, że chciał zrobić film o młodej kobiecie szukającej drogi do samej siebie, odkrywającej własną tożsamość i walczącej o autonomię dla siebie. I zrobił to, tyle, że bawiąc się kinem, zapożyczeniami i miksując gatunki. Postać kobiecą wybrał z zamysłem, bo jak powiedział sporo już zrobiono filmów o homoseksualizmie mężczyzn; „Thelma” ma być skandynawskim wyłomem w nurcie, który rządzi naszą wyobraźnią od głośnego i dla wielu kontrowersyjnego „Życia Adeli” Abdellatifa Kechiche. Thelmę poznajemy jako kilkulatkę. Długie, bergmanowskie, posuwiste ramię kamery prowadzi nas obok pary: ojca i kilkulatki. Idą środkiem skutego lodem jeziora, zatrzymują się, żeby przez chwilę obserwować przepływającą pod ich stopami rybę. Wymowne spojrzenie ojca na córkę. Wchodzą w głąb lasu, najwyraźniej wybrali się na polowanie. Ojciec dostrzega w oddali jelenia, ale wypaloną do strzału broń nagle kieruje w stronę głowy dziewczynki. Niepokojące dlaczego? i oczekiwanie na rozstrzygający strzał nadają ton całemu filmowi.

       

      I już w tym miejscu Trier nas kupuje. Tyle, że niespełnioną obietnicą. Zarysowuje się nam wizja mrocznego thrillera, który jednak stylizowany jest na kino z ambicjami. Zawieszone na skraju zdania pytanie o to, czy to faktycznie dobre kino, czy tylko dobry chwyt, wydawało mi się trudne do rozstrzygnięcia, aż do ostatniego wydania dwójkowej „Czytelni”. Z dylematu uwolnił mnie Piotr Kofta. Omawiając „Innych ludzi” zasugerował, że niektórym książkom trzeba nieco odpuścić. I o ile ostatnia Masłowska językowo jest kolejnym zimowym wejściem na K2, to fabularnie i pod kątem diagnozy społeczno-obyczajowej dałaby się streścić w kilku zdaniach i nie wnosi nic więcej niż wiele krążących po magazynach artykułów o współczesnej kondycji Polaków. I w tym miejscu Piotr Kofta powiedział coś, co bardzo dobrze sprawdzi się w przypadku „Thelmy”: czasami trzeba trzymać w ryzach własne oczekiwania i przypominać sobie nieustannie, że nie mogą być zbyt wygórowane.

       

      Do „Thelmy” podchodzę więc na luzie. W sumie, gdyby film rozebrać z warstwy grozy, zostaje zwykła opowieść o stawaniu się kobietą. Tytułowa Thelma jest dzieckiem, dla którego rodzice tracą zainteresowanie tuż po narodzinach syna. W dziewczynce narasta poczucie odrzucenia. Trier pokazuje, że dorastanie do kobiecości to droga przez odrzucenia, stanie w cieniu, nieustanne zabieganie o uwagę i uczucia. Wiem, że narzucam tej interpretacji genderowy skafander, ale odpuśćmy sobie uprzedzenia i spójrzmy na filmową historię właśnie takim filtrem.

       

      Mamy tutaj dziewczynę mocno trzymaną w ryzach przez rodziców, którzy dyscyplinują ją podsycaną żarliwością religijną. Thelma ma być skromna, cicha i posłuszna. Rodzice kontrolują jej życie, a nieustanne telefony to tylko jeden z wielu sposobów wkraczania w nie. Gdy Thelma pierwszy raz zabiera głos i wyraża własną opinię usłyszy jedno z praw Jante; nie powinna sobie wyobrażać, że jest lepsza od innych. Ojciec, wspierany przez potakującą matkę, przywróci dziewczynie odpowiednie proporcje myślenia o sobie. Thelma idzie przez życie na krótkiej smyczy. Czy się z niej urwie?

       

      Trier rozwija wiele tropów genderowych. Zacznijmy od PNES, czyli psychogennych napadów rzekomo padaczkowych, które pojawiają się u Thelmy, w filmie ciekawie zilustrowane zdjęciami z przeszłości obrazującymi dowody kobiecej histerii. I tak z mozaikowych informacji wyłania się obraz kobiecości, czegoś na kształt niezrozumiałego procesu, trudnej biologii, seksualności, którą trzeba poskramiać, przekroczeń, do których już od czasu Ewy bardziej skłonna była kobieta. Wiele jest tu symboli kojarzonych z kobietą i kobiecością, począwszy od greckiej litery theta, ryby, wielu elementów horyzontalnych jak jezioro skute lodem, ziemia czy po prostu woda.

       

      Obraz kobiety w filmie Triera to na wskroś obraz skandynawski. Trudno mówić czy bardziej norweski czy duński. Wprawdzie Trier urodził się w Kopenhadze, ale dorastał w Norwegii. Jego ojciec jest Duńczykiem. Ukończył duński European Film College. Jest kimś kto wyrósł w tyglu nordyckim, gdzie elementy feminizmu były silne. Do tego jego matka też jest filmowcem i zrobiła kilka filmów o emancypacji kobiet w Afryce. Kreując postać Thelmy wydaje mi się, że przeobraża symbolicznie faustowską Małgorzatę w rejony kojarzone z kobiecością Amazonek, które „dusiły swoich nowo narodzonych synów, jak Danaidy i kobiety z wyspy Lemnos zabijające swych mężów”*.

       

      Wreszcie Trier odwraca wątek erotyczny. Symbolicznym Akteonem, którego zachwyci kąpiąca się Diana, będzie Anja, grana przez Kayę Wilkins, znaną jako Okay Kaya, wokalistka norwesko-amerykańska, którą Trier namówił do pracy przy filmie. Bawi się też Norweg wątkiem kusicielki. Syreny w Odysei czy rusałka Renu Lorelei czarowały śpiewem. Thelma ma supermoc, którą możemy kojarzyć z magią czarownic lub nadprzyrodzonymi umiejętnościami bohaterów komiksowych. I podobnie do swoich poprzedników skorzysta z nich, żeby uwieść ukochaną.

       

      Przy „Thelmie” naprawdę można bez końca bawić się w odczytania i szukać kolejnych symboli. I to dlatego w czasie naszej kinowej dyskusji padały zarzuty, że nadmiar odbiera filmowi finezję. Że bardziej udaje niż jest przedsięwzięciem ambitnym. Bo wprawdzie symbolika w filmie jest bogata, ale zbyt oczywista. Równie oczywiste i łatwe do rozpoznania są zapożyczenia. Jest tu suspens rozsadzany od wewnątrz na zasadzie kontrastu, nieoczekiwanych połączeń, ale też hitchcockowskich chwytów. To nie tylko kwestia miejscówek, które grają w filmie: Oslo, Göteborga, Trollhättan i Kiruny, ale przede wszystkim elementów wykadrowanych w krajobrazie dla podsycenia nastroju grozy. Drzewa szumią niepokojąco, z niezrozumiałych powodów ptaki rozbijają się o szyby okien czytelni uniwersyteckiej, wąż pełznie blisko zabudowań osiedla mieszkaniowego, wielka konstrukcja u sufitu w operze w Oslo grozi zawaleniem, nagle tafla wody w basenie zamienia się w niemożliwy do przebicia sufit. Przestrzeń w filmie Triera kurczy się, zaciska i dusi. Do tego wrażenie, że w najbliższym otoczeniu nie ma miejsca, które dawałoby stuprocentowe poczucie bezpieczeństwa uruchamia odpowiedni poziom kortyzolu, aplikowanego tutaj jak kroplówka podtrzymująca życie choremu.

       

      Odpowiedź na pytanie, czy Amerykanie słusznie rozpoznali gatunkowe tropy w „Thelmie”, pomogłaby zinterpretować film. Ale mamy tu do czynienia raczej z hybrydą gatunkową. To film odczytań otwartych, bez kropki na końcu. Najbliżej mu jednak do bajki, co sam w wywiadzie dla Interii podkreśli Trier, mówiąc, że taka konstrukcja pozwoliła mu „pokazać coś bardzo ludzkiego, z czym możemy się utożsamiać, tyle że za pośrednictwem zjawisk nadprzyrodzonych”. To właśnie wydaje mi się siłą filmu, który przekonuje do siebie kolejnych jurorów. Realizm przecinają tu sceny, co do których, do końca nie mamy pewności, czy są snem, czy jawą. Niepokój podkreślany muzyką, chłód szerokiego kadrowania, zdjęcia z lotu ptaka, gdy kamera zawiesza się wysoko, sprawiają, że trudniej dostrzec szczegół, a percepcja zaciera się. Nordyckie plenery zaczynają przypominać Metropolis i Gotham City, tyle, że w filmie Triera nie wiemy, kto jest tym złym.

       

      Czy zatem iść czy nie iść na film Triera? Iść, ale jak sugeruje Piotr Kofta trzymając w ryzach zbyt wygórowane oczekiwania. Zachwycić się muzyką, stroną estetyczną filmu, fabułą i wybaczyć nadmiar, może zbyt oczywistej gry w symbole i zabawy kinem.

       

      Źródła: * Władysław Kopaliński „Słownik symboli“, Wiedza Powszechna, Warszawa 1990, The Verge

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Thelma - Joachim Trier”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      środa, 20 czerwca 2018 14:01
  • czwartek, 07 czerwca 2018
    • Jak wytresować smoka? - fragment książki do pobrania

      Niejeden rodzic marzy, żeby wychować dziecko na śmiałego i dzielnego wikinga. Teraz nic prostszego. Właśnie do księgarń trafia praktyczny instruktaż w wersji książkowej. Przypomnijmy, bo pamięć może być krótka, chociaż tych tytułów nie sposób zapomnieć! „Jak wytresować smoka” i „Jak zostać piratem” Cressidy Cowell to ziejące humorem i pełne akcji książki, które zainspirowały twórców filmów i serialu „Jak wytresować smoka”. A teraz rodzicom pomogą w trudnej roli wychowawczej.

       

       

      Najbardziej smocza seria tego lata już za chwilę zagości w księgarniach, aby porwać młodych czytelników w wir przygód znanych z wielkiego ekranu. Możliwość poznania zawartych w książkach oryginalnych przygód jeźdźców smoków jest tym bardziej kusząca, że Halibut Straszliwa Czkawka Trzeci wraz ze swoją załogą powróci w chwale do kin za kilka miesięcy. Śmiało można więc już zacierać smocze łapy…yyy… ręce i zabierać się za poznawanie całej historii. Trzeba być przecież na bieżąco, coby się skutecznie bronić przed nowymi przeciwnikami! Od czego więc smocza przygoda się zaczęła i co tak naprawdę się odsmoczyło?

      Jak wytresowac smoka
      Przypomnijmy:


      Każdy początkujący wiking, a za takiego uważa się Halibut Straszliwa Czkawka Trzeci (dla przyjaciół po prostu Czkawka), musi stawić czoła śmiertelnie groźnemu smokowi, by dowieść swej nieprzeciętnej odwagi... Ale nasz Czkawka, Czkawunia nie ma najmniejszej ochoty czegokolwiek udowadniać, bo jednak smok ma szpony jak ostre brzytwy, a paszczę przeogromną – i do tego zieje ogniem! No cóż zrobić? Czkawka będzie jednak musiał coś wymyślić, by po swojemu poskromić smoka. Głowę ma mniejszą niż smoczydło, ale nie od parady! W grę wchodzą honor, laur zdobywcy, no i przede wszystkim ujście z życiem…Ale, co najlepsze, okazuje się, że wytresowanie smoka to dopiero początek – Czkawkę czeka jeszcze starcie z Zieloną Śmiercią oraz spotkanie oko w oko ze Srogobrodym Upiorem, największym piratem, jaki kiedykolwiek siał terror na Wyspach Wewnętrznych. Ach, nie ma ten Czkawka lekko! Ale czkawka ma to do siebie, że łatwo nie daje za wygraną, więc proszę, trzymajmy wspólnie za niego kciuki!

      Jak wytresowac smoka 2

      Fragment książki do pobrania: tutaj

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Jak wytresować smoka? - fragment książki do pobrania”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 07 czerwca 2018 12:46
  • czwartek, 17 maja 2018
    • Dwie siostry - Åsne Seierstad

      Od czasu „Księgarza z Kabulu” Åsne Seierstad bardzo się zmieniła. Zarzuty, że wykorzystała gościnność afgańskiej rodziny, żeby napisać ich kosztem książkę a potem fatum bestsellera o masakrze mocno daje o sobie znać w „Dwóch siostrach”. Seierstad zaczęła się bać. Seierstad zrobiła się letnia jak wystudzona kawa i tak samo smakuje. Opowiadała o strachu już w rozmowie w "Skavlan". Wraz z ciążą uświadomiła sobie odpowiedzialność, już nie tylko za siebie, ale też za drugiego człowieka. Strach, który oswoiła na trudnych misjach, wrócił. Seierstad wyraźnie bała się wziąć opisaną tutaj historię w mocny reporterski uścisk. Ale dlaczego?

       

      Dwie_siostry_Asne_Seierstad

       

      Pomysł, żeby zastanowić się nad pobudkami, dla których norweska młodzież radykalizuje się i podejmuje decyzję o przyłączeniu się do Państwa Islamskiego trafił tutaj na taką sobie realizację. Jest to rzecz o tyle dziwna, że Seierstad przyzwyczaiła nas, że pisze na wysokim C. To nie kwestia braku źródeł, których jest tu sporo, podobnie jak rozmów, których nie szczędzi czy znajomości tematu. Przecież wcześniejsze, które poruszała przygotowały ją do podjęcia się tego wyzwania. Rzecz ciekawa, że ogrom pracy słabo daje o sobie znać. Może historie dziewiętnastoletniej Ayan i szesnastoletniej Leili nie miały jednak takiego potencjału jak zakładano? Co się stało, że słynna Norweżka napisała tak w sumie nijaką książkę?

       

      Bez obaw, nie do końca. Coś jej jednak wyszło. Pokazała, że droga do radykalizacji to długi proces rozłożony w czasie. W życiu sióstr pojawia się muzułmańska organizacja młodzieżowa hołdująca islamskiemu purytanizmowi. Ktoś tworzy na Facebooku stronę „Islam Net”. W tle odradza się salafizm i idea naśladowania życia trzech pierwszych pokoleń muzułmanów po proroku Mahomecie. Wśród niektórych norweskich muzułmanów narasta poczucie niższości, świadomość życia na marginesie społeczeństwa, które ani nie chce, ani nie próbuje ich zrozumieć. Brak akceptacji i poczucie odrzucenia skłania do szukania głębszych i silniejszych relacji we własnym kręgu, który się zamyka. Radykalizacji towarzyszy neoreligijność i rzucanie wyzwań norweskim wartościom. Świat się polaryzuje na halal i haram. W tle słychać nośne hasła Osamy bin Ladena. Refren dżihadystów przechodzi w czyny. Wybucha wojna na miarę XXI wieku. Równie niepojęta jak Matrix. Tunezyjskie seksbojowniczki jadą do Syrii, „żeby tam zaoferować swoje młode ciała wygłodniałym rebeliantom, a wracają stamtąd z brzuchami pełnymi dżihadystycznych niemowląt”. Zbiorowe gwałty na syryjskich kobietach zostają dopuszczone fatwą. Nie brakuje chętnych do wyjazdu do Syrii i tworzenia nowego, idealnego Państwa Islamskiego.

       

      I w tym miejscu wkracza Åsne Seierstad z historią sióstr rozpisaną na 500 stron. Miałam jednak wielokrotnie wrażenie znużenia i rozwlekłości, która nie przekładała się na sens tak długiego pisania. Teoretycznie ma to być reportaż literacki, ale wrażenie, że Åsne Seierstad straciła całą literacką parę przy pisaniu „Księgarza z Kabulu” nie opuszcza mnie do ostatniej strony. W tamtej książce była tajemnica, dociekliwość, młodzieńcza ciekawość. Ten koktajl emocji wybrzmiał w całości. Nie opuścił jej przy Breiviku. „Dwie siostry” robią wrażenie suchego pisarskiego projektu. To od początku rzecz wrzucona w ramy rozsądnej i rzeczowej pracy. Co pozbawiło ją wewnętrznego nerwu. Ciekawa jestem, czy podzielicie moje wrażenie, że autorka musiała sama się nudzić opisując tę historię? Ja się nudziłam.

       

      A przecież czytanie o dwóch Norweżkach somalijskiego pochodzenia, które przeżywają zwyczajne życie nastolatek, imprezują, biegają po galeriach, podkochują się w kolegach i nagle stają się orędowniczkami szariatu, zakrywają twarze, uczą się arabskiego i myślą o ucieczce do Syrii i przyłączeniu się do Państwa Islamskiego jest niemal gotowcem na thriller.

       

      Rzecz w tym, że Åsne Seierstad nie potrafiła z historii sióstr wydobyć esencji, która tak chwyta za gardła w przypadku Breivika. Brakuje też Seierstad pomysłu na udźwignięcie w jednej książce historii dwóch sióstr z niewielkiej miejscowości w Akershus, zarysu historii Państwa Islamskiego i pokazania tła społeczno-obyczajowego współczesnej Norwegii. O tej ostatniej praktycznie nic się nie dowiadujemy. Więc to bardziej książka dla czytelnika norweskiego, który lokalnie dopowie sobie to, czego nam brakuje. Historia Państwa Islamskiego rozkłada się tutaj nierównomiernie i raczej ma charakter mglistej powłoki narzuconej na tekst Seierstad.

       

      To zdecydowanie jej najsłabsza rzecz z trójki wspomnianych, które dość nierówno się rozkładają w portfolio Norweżki, co też trochę zdradza, że nie ma ona tak rozpoznawalnego i wyrobionego stylu jak w przypadku wielkiego Kapuścińskiego, do którego najbliżej jej w „Księgarzu z Kabulu”. Co więcej w „Dwóch siostrach” bardzo daje o sobie znać nacisk, żeby nikogo nie urazić co wygładza książkę do poziomu znanego z relacji dyplomatycznych. Gdybym szukała wśród reportażystów ambasadora poprawności politycznej Åsne Seierstad zdobyłaby „Dwoma siostrami” palmę pierwszeństwa.

       

      A taka nagroda odbiera reportażyście nie tylko charyzmę, ale po prostu wiarygodność. Nie przekonuje mnie Åsne Seierstad ani w całości, ani w szczególe. Weźmy użycie w tekście fragmentów z Messengera i esemesów. Chciałabym, żeby u autorki jej rangi naturalizacja tekstu miała swoje przesłanki i odpowiedni zakres. Chciałabym, żeby docenieni autorzy nie opuszczali się i nie publikowali tekstów tak słabo przemyślanych i niepotrzebnie rozbuchanych.

       

      Chciałabym, żeby ta książka była zwyczajnie w świecie lepiej zredagowana i bardziej zadziornie napisana. Żeby nie działo się tak, że peany uderzają w autorkę w ramach pokłosia poprzednich sukcesów. Temat dwóch sióstr został zmarnowany. A chodzi przecież o rodzinę z imigranckimi korzeniami, do tego somalijską, a to jest ta grupa, która najmocniej zakorzeniła się w Norwegii i mogłaby dać wyraziste tło historii sióstr. Czy Seierstad nie umiała wczuć się w tę społeczność? Starsza Ayan miała ambicje polityczne, chciała zostać dyplomatą i pracować w ONZ, walczyć z niesprawiedliwością i ubóstwem. Inteligentna i zaangażowana i dodajmy bardzo oczytana. Kto w jej wieku z takim zaparciem czyta Knuta Hamsuna, Ibsena? Mogła zostać pierwszą osobą z wyższym wykształceniem w rodzinie. Czego bała się Seierstad i czego nie napisała? Co sprawia, że w „Dwóch siostrach” tak niewiele jej się udało? Braki w tej książce układają się w ciekawszą rzecz od lektury samych „Dwóch sióstr

       

      Tym razem Åsne Seierstad nie odrobiła porządnie lekcji. Podsuwa nam pewne odpowiedzi, ale zabrakło jej czasu i pomysłu, żeby się rzetelnie nad tym tematem pochylić. Wyszła książka miejscami powierzchowna. Na pewno gruba. Nieuporządkowana. Po prostu taka sobie. Już w „Księgarzu z Kabulu” Åsne Seierstad pokazała, że potrafi nałożyć burkę, pojechać do Kabulu, zamieszkać w afgańskiej rodzinie i opisać świat islamu. Ale z punktu widzenia kobiety Zachodu. Wciąż nią jest. I o ile Breivika rozgryzła, to świat mniejszości w jej własnym kraju nadal jest dla niej obcy i niezrozumiały. I nie zbliżyła się do niego nawet na odległość łokcia.

       

      Dwie siostry”, Åsne Seierstad, W.A.B., Warszawa 2018. Przełożyła: Iwona Zimnicka. Tytuł oryginału: To søstre (2016). Redakcja: Zofia Sawicka. Konsultacja arabistyczna: Hanna Jankowska. Korekta: Karolina Wąsowska, Beata Wójcik. ISBN 978-83-280-5317-5. Stron: 509.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję: W.A.B.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Dwie siostry - Åsne Seierstad”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 17 maja 2018 14:25

Kalendarz

Czerwiec 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014