Recenzentka

Wpis

piątek, 28 kwietnia 2017

Ile hygge jest w Hygge, czyli gdzie zjeść smacznie w Poznaniu?

Ile wspólnego z atmosferą przytulności i miłym, błogim spędzaniem czasu mają polskie restauracje, które tak chętnie podpinają się pod duńskie hygge? Gdzie zjeść w Poznaniu smaczny, ale niedrogi obiad? Gdzie kupić najlepsze rogale świętomarcińskie? Czyli trochę praktycznych wskazówek, jak nie umrzeć z głodu w Poznaniu i poczytać bezpłatnie o Skandynawii.

 

Ludwiku_do_Rondla_Poznan

 

Na zdjęciu: Ludwiku do Rondla, Poznań

 

Zjedzenie czegokolwiek w sobotę przed 9:00 rano w Poznaniu graniczy z cudem. Nad miastem wisi jeszcze cisza, którą przerywają stłumione, pojedyncze głosy tych, dla których niekończąca się noc zamieniła się we wczesny poranek. Cisza i pustka w ogródkach wokół stolików, na które spadają ześlizgujące się z zamkniętych parasoli lekkie krople rosy. Przed sklepem z pieczywem stoją niecierpliwie dwie kobiety. Sięgną po klamkę niemal w tym samym momencie, co trzask przekręcanego w drzwiach klucza. Można wejść do spożywczaka, ale kto ma ochotę na klecenie jedzenia na kolanie? Jeśli, więc planujesz przyjazd do Poznania w sobotę rano, przygotuj sobie kanapki na drogę. Lubię w czasie podróży zakosztować w lokalnej kuchni. Szukam rodzinnych restauracyjek, miejsc z klimatem i smacznym miejscowym jedzeniem. Dlatego chcę Ci polecić zejście z poznańskiego Rynku w wąską uliczkę Woźną. Pod numerem 2/3 jest przytulny rodzinny lokal „Ludwiku do Rondla”, mnie zachęcił reklamą połączenia kuchni polskiej i żydowskiej, klimatycznym wystrojem i obietnicą lunchu za 22 zł pomiędzy 13:00 a 17:00.

 

Urocze, kompaktowe wnętrze z kilkoma raptem stolikami, zaskakuje obecną tu obsługą, której zazwyczaj nie ma w tak małych lokalach i toaletą, z której często rezygnuje się na tak niewielkiej powierzchni. Miałam szczęście zająć ostatni dwuosobowy stolik. Większość miejsc była zarezerwowana dla gości urodzinowych, przy większym stole od strony okna siedziała grupa Polaków ze znajomymi z zagranicy i dwójka niemieckojęzycznych turystów przy stoliku obok mnie. Na ścianie rozpisane menu, dwa zestawy, które można dowolnie pomieszać i do wyboru lampka wina lub ciastko na deser. Zamawiam rosół, wieprzowinę, kaszę z buraczkami, a na koniec sernik. Decyduję się też dodatkowo na herbatę (6 zł) z konfiturą (1 zł). Wszystko gustownie podane i smakuje wybornie. Słodycz buraczków bardzo dobrze wydobywa się spod cierpkiego smaku jabłka. Mięso idealnie rozpływa się w sosie, a kasza jest, tak jak powinna, sypka. Może porcje nie oszałamiają wielkością, ale wychodzę najedzona. I zaskoczona faktem, że nie policzono mi za konfiturę, na co zwracam uwagę kelnerce, która oznajmia, że to na koszt firmy.

 

Rogale_swietomarcinskie_poznan_piskorska

 

Na zdjęciu: Cukiernia Hanny Piskorskiej, Poznań

 

Teraz pora na rogale świętomarcińskie. Jest prawie 16:00 i wygląda na to, że kupienie poznańskich wypieków o tej porze w sobotę graniczy z cudem. Sprawdziłam wcześniej rankingi i koniecznie chcę spróbować polecanych rogali w Hotelu Rzymskim. Okazuje się, że serwują je jedynie w listopadzie. W cukierni, w okolicy Hotelu, rogale już wyprzedano. Naprawdę w ostatniej chwili docieram do Cukierni Hanny Piskorskiej na Paderewskiego 11, którą łatwo przegapić. Ukryta pod arkadą w ogóle nie rzuca się w oczy. W zeszłorocznym rankingu „Gazety Wyborczej” zajęła 5 miejsce. Wprawdzie rogale kupuje się na sztuki, ale płaci za wagę (1kg = 36 zł). 4 sztuki ważą prawie kilo. Są pyszne i nie potrafię sobie wyobrazić miejsca numer 1.

 

Hygge_Poznan

 

Na zdjęciu: Hygge, Poznań

 

Na deser docieram do poznańskiej Hygge, malutkiej restauracyjki na ul. Kanałowej 15. To jeden z wielu polskich lokali powstałych na fali popularności duńskiego hygge. Z definicji to powinno być przytulne miejsce oferujące atmosferę leniuchowania i błogiego wypoczynku w magicznej atmosferze. Znalezienie poznańskiej Hygge na mapie okazało się na tyle trudne, że przez chwilę sądziłam, że to wina skali mapy. Okolica, w której jest lokal raczej nie będzie po drodze turystom. Z dojazdem też nie jest najlepiej, chociaż w okolicy zatrzymuje się tramwaj. Innymi słowy trzeba się nieco natrudzić, żeby dotrzeć na Kanałową 15.

 Hygge_poznan_risengrod1

 

Na zdjęciu: risengrød 

 

Z zewnątrz lokal uderza minimalistyczną stylistyką. Malutkie pomieszczenie to dwie salki. Do jednej wchodzi się bezpośrednio z zewnątrz. To tu jest bar. Druga jest z tyłu, połączona wąskim korytarzykiem, przez który przechodząc, mija się toaletę. Lokal rzeczywiście przypomina wnętrza ze skandynawskich katalogów. Postanawiam przycupnąć tutaj i zaczekać na kierowcę z BlaBlaCar, z którym wracam do Łodzi. Spodziewałam się skandynawskiego menu, ale jedynie duński bożonarodzeniowy deser risengrød (11 zł) przypomina tutaj północne klimaty. Zamawiam go i od razu przesiadam się. Niestety każdorazowe otwarcie drzwi to mocne uderzenie, chłodnego kwietniowego powietrza, które skutecznie oziębia w mig pomieszczenie. Naprawdę czekam na ciepły ryż na mleku. Deser robi wrażenie, ale smakowo rozczarowuje. Bardzo słabo dosłodzony, Nie widzę też kleksa z masła. Do tego ktoś za barem przyjmuje przez telefon zamówienie, krzycząc niemiłosiernie w słuchawkę. Dziecko, z którym przyszli do lokalu rodzice, zachowuje się ciszej od obsługi. Na miejscu jest mała półeczka z książkami o Skandynawii, za co wielki plus. Ale lampka na stoliku chyba jest atrapą. Pytam kelnera, czy da się ją podłączyć. Zmienia żarówkę i już zatapiam się w „I cóż, że o Szwecji” Natalii Kołaczek. Przeżuwam ciepłą, ale bez smaku papkę, walczę z lodowatymi podmuchami wiatru i zagłuszającą wyliczanką ciast pani przyjmującej zamówienia świąteczne. Naprawdę cieszę się, gdy dzwoni kierowca i oferuje, że podjedzie po mnie pod Hygge. W którym niestety hygge jest wyłącznie w nazwie lokalu.

 

O tym co wspólnego ma Muzeum Literackie Henryka Sienkiewicza w Poznaniu ze Szwecją, czyli przyjazd do Poznania - piszę tutaj.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
recenzentka.blox.pl
Czas publikacji:
piątek, 28 kwietnia 2017 19:33

Trackback

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014