Recenzentka

Wpisy

  • czwartek, 16 listopada 2017
    • Spektrum - Leonidy - Duńska powieść fantasy dla nerdów

      Leonidy” Dunki Nanny Foss to powieść fantasy dla nerdów. Andrzej Sapkowski w „Rękopisie znalezionym w smoczej jaskini” proponując typologię literatury fantasy wymienia odmianę, którą określa „Jednorożcem w ogrodzie”. W historiach mieszczących się w tej kategorii bohater powinien doświadczać niezwykłych wydarzeń w życiu codziennym. Takie rzeczy działy się w „Czarownicach z Eastwick” Johna Updike’a, w cyklu o Harrym Potterze J.K Rowling, w „Domie Wiedźmy ze Wzgórza” Mirosławy Sędzikowskiej i w „Leonidach” otwierających serię „Spektrum”.

       Leonidy_Spektrum_Nanna_Foss

       

      Jestem w stanie zrozumieć ciepłe przyjęcie „Leonidów”, bo to taka książka, która spodoba się i nastolatkom i ich rodzicom, którzy po fali zainteresowania „Zmierzchem” chyba jednak odetchną z ulgą. Połączenie mody na Skandynawię, duńskie tło, świat magii procentuje tu w lekkiej formie, która pomimo słabych miejsc będzie przyjaznym wejściem w świat literatury, na zasadach czytelnika, który wyrósł z serii o Harrym Potterze i nie dorósł jeszcze do dorosłego czytania.

       

      Nanna Foss to pisarka wyraźnie pod wpływem Rowling. Emi jest prześladowana przez kolegę ze szkoły. Trudno będzie jej uciec przed agresywnym chłopakiem, dla którego pastwienie się nad słabszymi jest treścią życia. Dziewczyna niezbyt dobrze czuje się we własnym domu, którego unika, najchętniej nocując u swoich przyjaciół. Podobnie do Rowling Foss jest dobrą obserwatorką rzeczywistości. Seria o Harrym ma wszyty w treść komentarz pod adresem surowych, rządzących się swoim prawem elitarnych szkół z internatem. W „Leonidach” równie dobrze odbija się rzeczywistość duńskiej szkoły, w której dominuje mobbing, przemocowe zachowania rówieśników, prześladowanie nadwrażliwców. Patrząc na historię literatury można dostrzec pewną tendencję. Kilka dekad temu próbowała ujarzmić zmory dzieciństwa, a los dziecka był przedmiotem więcej niż literackiej zadumy. Lekarstwem na upiory dziecięcej codzienności były ucieczki w magię, przekraczanie granic świata. Literatura świetnie nadąża za rzeczywistością i jednocześnie jest świadectwem jej niemocy. I wówczas i teraz. Mary Poppins, Pożyczalscy i wszystkie te zaczarowane ołówki i koraliki pomagały zmierzyć się z dzieciństwem w świecie, w którym nie respektowano jeszcze zbytnio praw dziecka, chociaż jak przewidziała Ellen Key wtedy zaczęto się nimi wreszcie interesować. Dzisiaj żyjemy w erze, w której na straży dziecka stoi cały przemysł pomocy społecznej, nikt jednak nie zareagował na podobną skalę wobec problemów młodzieży, dla której próg wejścia w dorosłość drastycznie się zmienił, a pozostawiona sama sobie wikła się w przerastające je sytuacje.

       

      Nanna Foss, sama niedawno była nastolatką, więc lepiej niż dobrze zna problemy trawiące duńską szkołę. Rzecz w tym, że to o czym pisała Rowling a teraz Dunka jest eskalującym problemem, niemal znakiem rozpoznawczym współczesnej cywilizacji. Obie pisarki piszą o poczuciu wyobcowania w szkolnej masie, samotności w tumie, o dorosłych, którzy nie są w stanie sprostać zadaniu bycia rodzicem, wychowawcą. Zdziwienie, że te problemy mogą też dotykać Duńczyków może jednak narastać w miarę poznawania wszystkich tak u nas ostatnio popularnych publikacji pod patronatem hygge. I męczy pytanie, gdzie podziała się empatyczna duńska młodzież edukowana przecież już w przedszkolach w szacunku dla drugiego człowieka, co nam tak przekonująco klarowały Jessica Alexander i Iben Sandahl w „Duńskim przepisie na szczęście. Najskuteczniejszej filozofii wychowania”.

       

      Znakiem rozpoznawczym skandynawskiej literatury jest mocna krytyka społeczeństwa i w podobny dialog między czytelnikiem a światem bardzo dobrze wpisuje się Foss, której nie brakuje czułości w opisywaniu nastolatków. Emi, jak wiele innym dziewczynom przed nią, trudno jest się pogodzić z fazami dojrzewania. Łamiące się w dziewczynie poczucie niedowartościowania z powodu niedoskonałości fizycznych, które punktuje w sobie z matematyczną precyzją, artystyczna dusza, nieśmiałość składają się w efekcie na zakompleksioną dziewczynę, która chowa się w najdalszych kątach klasy, unika zwracania na siebie uwagi i czerwieni się z byle powodu. Bolączki wieku dorastania, brak akceptacji siebie, próby odnajdywanie się w relacjach z innymi, budowanie przyjaźni, pierwsze zakochania i boksowanie się z życiem to motywy wypełniające boczne tory „Leonidów”. Na tyle jednak wyraziście, żeby pozostawić po sobie zachęcający do refleksji ślad.

       

      Z pewnością największym atutem „Leonidów” jest mocowanie się ze stereotypami. Emi i jej przyjaciele uważają się za nerdów. Wszyscy wyjątkowo uzdolnieni, zafascynowani nauką, wyraźnie wyróżniający się poziomem wiedzy od reszty. Nie mają jednak typowych dla nerdów cech, w jakie ubierają ich zwłaszcza amerykańskie seriale. To nie są dziwolągi z kółka naukowego. Chociaż z pewnością żyją na przekór mainstreamowi, unikają domówek, na których pije się do nieprzytomności; zamiast analizowania tekstów zespołów popowych czytają książki. Mają pasje i ciekawość świata. Do tego Nass wprowadza bohatera z niepełnosprawnością, robi to subtelnie, z czułością i poczuciem humoru. Pokazuje, że można się różnić i jednocześnie fantastycznie wyróżniać, bez patosu nieszczęścia i poczucia przegrania, utraty czegoś w życiu.

       

      Tym, co nieco słabiej wyszło Foss to elementy fantasy. Nie sprostała trudnemu zadaniu opisania świata magii, która niespodziewanie wkracza w życie Emi i jej przyjaciół. Panują tutaj miejscami chaos i nieco męczące dłużyzny, które mocno odbijają się na spadku napięcia. Można wręcz odnieść wrażenie, że autorka sama nie wie, dokąd prowadzi ją historia i mocno improwizuje, zostawiając sobie otwarte wszystkie możliwe furtki. Chyba zabrakło tutaj kartki papieru i ołówka, co mocno uporządkowałoby niektóre sceny i zdecydowania w odrzucani niepotrzebnych ustępów. W pewnym momencie zabrakło też uzasadnienia dla działania bohaterów, którym Foss wyraźnie nie postawiła celu, do którego mogliby zmierzać. Więc plączą się po fabule. A gdy jego cień się pojawia, historia rozłazi się po akapitach i ciężko zrozumieć dokąd zmierza. Nie do końca też Foss radzi sobie z portretowaniem bohaterów, nie brak tutaj tendencji do ich przerysowywania. Kolejne tomy serii powinny się tak kończyć, żeby fanów opanowywała histeria w oczekiwaniu na dalsze części. Nanna Foss nie zostawiła nas w tego typu napięciu. Należy więc jedynie mieć nadzieję, że popracuje nad fabułą w drugim tomie, który miał już premierę duńską i jak się domyślam trafi też do czytelników polskich.

       

      Debiut Nanny Foss nie jest pojawieniem się w literaturze na miarę wspominanej już tutaj Rowling. „Leonidy” bardziej przypominają miejscami draft scenariusza niż powieść. Na 538 stronach jest przecież sporo miejsca na przygodę, fabularne twisty, zabawy napięciem. Nad tym jeszcze Nanna Fass musi popracować.

       

      Recenzja książki: „Leonidy”, I tom „Spektrum”, Nanna Foss, Wydawnictwo Driada, Luboń 2016. Przekład z języka duńskiego: Bogusława Sochańska. Tytuł oryginału: Spektrum #1: Leoniderne (2014). Projekt okładki: Danielle Finster. Redakcja i korekta: Marianna Świętoszek. ISBN: 978-83-945-990-1-0. Stron: 538.

       

      W przygotowaniu tego tekstu korzystałam z: „Słownik nowych gatunków i zjawisk literackich” Paulina Potrykus-Woźniak, Wydawnictwo Szkolne PWN, ParkEdukacja, Bielsko-Biała 2010.

       

      Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

      Wydawnictwo Driada

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 16 listopada 2017 18:02
  • sobota, 04 listopada 2017
    • Dom Astrid Lindgren w Näs

      Nad Ramskulla Näs ktoś zaciągnął rolety. Gapię się w stalowoniebieskie niebo. A dzisiaj jadę przecież do domu Astrid Lindgren. Micha znowu wybiera się na partyjkę tenisa do Vimmerby, więc znowu mnie podrzuci. Wyglądamy jak raperzy w teledyskach z początku lat 90. Micha w ortalionowym dresie pali skręconego naprędce papierosa, zmarszczki wyostrzają mu się na twarzy w głębokie rozwidlenia; droga wylotowa z gospodarstwa tłucze nami na prawo i lewo. Brakuje tylko pieska z kiwającą się główką do kompletu.

       

      Astrid_Lindgren_wejscie_do_muzeum1

       

       

      Astrid_Lindgren_wejcie_do_muzeum

       

      Astrid_Lindgren_Drzewo_Lemoniadowe

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Astrid Lindgrens Näs otulone jest grubym pasem zieleni. Podchodzę do rozłożystego wiązu, który zagra potem u Pippi dąb - słynne „lemoniadowe drzewo” (sockerdricksträdet). Stoi przed nim grupa turystów z Niemiec. Nagle wszyscy kierują aparaty w jedną stronę i oślepią ptaki, które wzbijają się wysoko z krzykiem. Podchodzę bliżej, dramatycznie malejąc. Czy drzewo może chorować na reumatyzm? Zgrubienia układają się w bolesny wzór z wykręconych we wszystkie strony sęków, narośli. To wokół niego biegała z rodzeństwem mała Astrid. W tle słychać pisk bawiących się w berka dzieci. Odwracam się szybko, ale na równo wystrzyżonym trawniku stoją jedynie niemieccy emeryci na objazdówce po Szwecji. Huśtawka buja się wysoko, chociaż nikt na niej nie siedzi.

       

      Astrid_Lindgren_Nas_ogrod

       

      Astrid_Lindgren_muzeum_zewnatrz_ksiega

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Tu nie chodzi tylko o pamięć o Astrid, chociaż każdy zaułek czy wystający konar zapisał w sobie całe jej dzieciństwo. Wciąż mimo turystycznego stempla, Näs nosi w sobie urok małego, smålandzkiego gospodarstwa. Dzisiaj wchłoniętego przez Vimmerby. Ale subtelnie. Wszyte w specjalnie zaprojektowany ogród oddycha w podobny sposób jak niegdyś. Lubię zwiedzać ogrody i do tej pory największe wrażenie zrobiły na mnie te pekińskie i szanghajskie z lustrami w altankach, w których we wrześniową noc odbija się według Chińczyków najpiękniejsza tarcza księżyca. Ale jest coś charakterystycznego, co składa się na ogród szwedzki. Widać, że najważniejsze jest tu światło i rozmieszczenie ścieżek tak, żeby dawały największą ekspozycję na słońce. I chęć pokazania skrawka nienaruszonej przyrody. To ogród zaledwie muśnięty architektonicznym planem. Jakby ktoś wszedł na pole upstrzone kępami kwiatów, krzewów i nieco je uporządkował. I przy okazji zaopiekował się mieszkającymi po sąsiedzku zwierzętami. I chociaż ule, które tu stoją to dzieło człowieka, ale też służą opowieści o Astrid, która walczyła przecież o dobrostan zwierząt. Ogród potrzebuje pszczół. A pszczoły ogrodów. Szwedzi nie byliby też sobą, gdyby nie elementy artystyczne: pomniki i instalacje. One też wpisują się delikatnie w krajobraz. Pozostawiają komentarz do życia Astrid i wciągają w dialog, którego efektem staje się zaduma nad życiem. Ujmuje mnie zwłaszcza „De sju önskekrusen” Amerykanina Patricka Dougherty’ego. Z karteczkami gęsto zawieszonymi na każdym skrawku przestrzeni dużych plecionych konstrukcji. Każdy może wejść do ich wnętrza i zostawić własne życzenie, marzenie. Większość z nich to prośby o zdrowie, szczęście i miłość.

       Astrid_Lindgren_De_sju_onskekrusen

       

      Astrid_Lindgren_De_sjo_onskekrusen_srodek

       

      Zdjęcie: „De sju önskekrusen”, dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Dołączam do grupy szwedzkojęzycznej. Omijam cały autokar krzykliwych Niemców. Ich grupa wygląda, jakby ktoś otworzył kartonik z gęstym budyniem, który powoli, ale systematycznie zalewa sklepik muzealny jednolitą masą. Mężczyźni w drucianych, złotych oprawkach. Kobiety w pikowanych kurtkach. Widać, że mają narzucone dynamiczne tempo zwiedzania, nerwowo przemieszczają się pomiędzy półkami, stołami z książkami i wieszakami. Zaliczają zakupy. Niemcy, co obserwuję za każdym razem, są rozrzutni podczas podróży, ale nigdy w temacie jedzenia. Albert, którego odwiedziłam kiedyś w Alzacji wytłumaczył mi z powagą, że wszyscy na czymś oszczędzają. – My, Niemcy, na jedzeniu. Jedna para po kilku godzinach decyduje się na skromny obiad, dzielą się połową zamówionej porcji.

       

      Gdy przyglądam się Niemcom przy kasach hojnie rozstających się ze swoimi emeryturami, coś mnie kłuje boleśnie na wspomnienie moich osiedlowych sąsiadów. Pani Helenki, która próbuje zachować godność oddając butelki do skupu, Pana Aleksandra, którego spotykam często siedzącego na ławce i wpatrzonego gdzieś w niewidoczny horyzont, który niedawno przesłonił mu betonowo-szklany biurowiec Ch2M. Nigdy nie byli na wycieczce w Szwecji i nigdy nie przyznali, że ich na takie szaleństwo nie stać. Ludzie naprawdę ubodzy nie używają takich słów.

       

      Astrid_Lingren_w_sklepie_muzealnym

       

      Astrid_Lindgren_sklapik_muzealny

       

      Astrid_Lindgren_sklepik_muzealny_z_ksiazkami

       

      Zdjęcie: Sklepik muzealny, dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      A sklepik muzealny jest zaprojektowany do wyciągania z ludzi pieniędzy. Przytulne wnęki zachęcają, żeby tam się rozłożyć z książką. Każda okładka krzyczy – weź mnie do ręki. Wieczorem, gdy jemy kolację Micha nie opanuje zdziwienia, że wykupiłam też oprowadzanie z przewodnikiem. A bez niego nie wejdzie się do środka domu, żeby zobaczyć, gdzie Astrid z rodzeństwem bawiła się w łapanego, gdzie walczyli na poduszki, gdzie Astrid oparzyła się otwierając drzwiczki pieca. Malutkie przestrzenie, niemal tak mikroskopijne jak domki z Lego. Wszystko w drewnie, schludnie i praktycznie. Przewodniczka otwiera przed nami kolejny rozdział z życia małej Astrid, wiążąc fakty z jej życia z fragmentami z książek. Opisała całe swoje życie, miejscami niewiele tak naprawdę zmieniając. Między kuchnią, wąziutkim przedpokoikiem i niewielkimi izbami jest miniprzestrzeń; opowieść przewodniczki wypełnia ją po brzegi sprawiając wrażenie wyprawy w czasie. Wyłania się z niej kochający dom, w którym było dużo miłości i czułości. I przede wszystkim śmiechu i zabawy. Przewodniczka przeprasza, że nie wolno robić zdjęć, można jednak kupić pocztówki z wnętrzami domu w sklepiku.

       

      Astrid_Lindgren_dom_rodzinny

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Zanim zaczęliśmy zwiedzanie domu Astrid Lindgren weszłam na chwilę do muzeum. Pamiętajcie, żeby wziąć ze stołu przed drzwiami, w cenie biletu, audioprzewodnik. Polecam wejść tu zanim przestrzeń opanują turyści. Nie ma nic milszego niż usiąść w półmroku na ławce dla olbrzymów i patrząc na drzewko kwitnącej wiśni posłuchać początku opowieści o rodzinie Astrid. Przejść się jeszcze pustymi korytarzami. Pobyć tam z własnymi myślami. Szwedzkie muzea kochają zwiedzających i z wzajemnością. Jest tu trochę dobrego naśladownictwa. Wielkie ścienne gabloty przypominają te z nowojorskiego Museum of Natural History, a trójwymiarowość takiej ekspozycji najważniejszych wydarzeń czy najbardziej symbolicznych dla Astrid, sprawia, że chce się przekroczyć granicę tych dwóch światów jak grana przez Mię Farrow bohaterka „Purpurowej Róży z Kairu”.

       

      Astrid_Lindgren_W_stodole

       

      Astrid_Lindgren_upadek

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Scenariusz zwiedzania oddaje płynnie etapy życia Astrid. Od historii jej rodziców. Sporo zdjęć archiwalnych i smaczków, jak choćby maszynopis, z odręcznym rysunkiem Pippi, takiej jak ją sobie wyobrażała Astrid. I filmy, na których widać walczącą nieustannie o innych pisarkę. Pamiętajcie, żeby włączyć napisy, do wyboru niemieckie lub angielskie, bo filmy mają narrację szwedzkojęzyczną. Jeśli ktoś jeszcze nie pokochał Lindgren, to z pewnością wyjdzie stąd oczarowany jej siłą, determinacją i wolą walki o dobro dzieci, zwierząt, wszystkich wykluczonych. To Szwecja jeszcze z innej epoki, gdy ten prawdziwy Folkhemmet dochodził do punktu zwrotnego.

       

      Astrid_Lindgren_maszynopis_Pippi

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Szwedzi potrafią opowiadać o swoich bohaterach narodowych i potrafią czarować szwedzkością. Bez patosu i z prawem do pokazywania człowieka w chwilach słabości. Wszystko tutaj mocno gra na emocjach. Jestem przekonana, że można stąd wyjść z zapałem do zmieniania świata na lepsze. Z poczuciem, że chce się zostawić po sobie coś wartościowego. Coś dobrego. Wykorzystano tutaj też techniki, z których czerpie kino i teatr. Mroczne przejście tunelem z tapetą naśladującą rzędy książek i głos z taśmy czytający najpopularniejsze fragmenty. Wielka skrzynia, kilkakrotnie większa od człowieka ze szparami między deskami, aż prosi się, żeby zaglądnąć do wnętrza, które ma przerazić, wzbudzić niepokój i strach przed czymś złym. Kręcąca się na środku niemal do sufitu spiralna piramidka książek przypomina, że to o nie najbardziej w tym wszystkim chodzi. I gdzieniegdzie postać Astrid. Zawsze w ujęciach łamiących stereotyp statecznej starszej pani. Wysoko na drzewie, na trybunach wzywająca do zmiany, opowiadająca ze śmiechem na komentarz ministra finansów, którego karierę diametralnie odwróci. Najczęściej w otoczeniu dzieci i książek. Przypomina mi pod wieloma względami naszą Szymborską. Obie żyły cicho jeśli chodzi o życie prywatne, którego odpryski przyszło nam poznać po ich śmierci. Obie postanowiły dużo się śmiać. Obie zrobiły, co mogły, żeby pomagać innym. Myślę, że gdyby były sąsiadkami zostałyby przyjaciółkami. Wnętrze muzeum otwarte jest dla wszystkich, nie ma takiej niepełnosprawności, która mogłaby przeszkodzić w zapoznaniu się z ekspozycją. Schody pojawią się dopiero na zewnątrz. Ale tam panuje początek XX wieku.

       

      Astrid_Lindgren_muzeum_przejscie_przez_tunel_z_cytatow

       

      Astrid_Lindgren_muzeum_wnetrze

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      W dawnych gospodarczych pomieszczeniach zaaranżowano osobne wystawy. Wspinamy się po niemal pionowych schodach na przestronne poddasze. Dzieciaki szaleją i wskakują na stojące tam zabawki po małej Astrid i jej rodzeństwie. Szwedzcy rodzice nie reagują, cudzoziemcy wpadają w panikę, że coś popsują. Jeden z małych Svensonów uderza w bek, bo rodzice już chcą wyjść. Zostaje sam, chwilę jeszcze ryczy, w końcu obrażony idzie za zupełnie nieprzejmującymi się jego atakiem buntu rodzicami. W historycznych miejscach nie brakuje nowoczesnych dodatków: wielkich plazm z kręcącymi się w kółko filmami dokumentalnymi. Wygodnych ławeczek do zatrzymania się na chwilę.

       

      Astrid_Lindgren_wnetrze_muzeum_gora

       

      Astrid_Lindgren_muzeum_gora_siostra_przy_maszynie_do_pisania

       

      Astrid_Lindgren_siostra_w_kuchni

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Na zgłodniałych czeka przytulne bistro. Gdyby nie lekki chłód skusiłabym się na obiad na zewnątrz. Próbowania tutejszych klopsików niestety odradzam. Mięso jest za bardzo wysuszone, zamiast dżemu, kalafior. Bufet, który wchodzi w cenę obiadu jest raczej skromny w porównaniu np. z tym w Astrid Lindgrens Värld. Po obiedzie idę pospacerować po ogrodzie. Osoby, które kupią bilet wstępu do muzeum mogą się poczęstować w ogrodowej kawiarence bezpłatną kawą lub herbatą i mają tu kilka ciekawych zestawów herbat do wybory i w dowolnej ilości. Na deser próbuję tutejszych lodów, które prawdziwych smakoszy pozostawią w szoku cukrowym. To zdecydowanie najgorsze lody świata. Śmieję się, że rekompensatą jest fakt, że serwuje je chłopak o imieniu Viking, co od razu przywołuje wspomnienia naszego lektora od szwedzkiego i pewnego upalnego lata na skånskiej prowincji. Ale o tym opowiem innym razem.

       

      Astrid_Lindgren_Klopsiki_szwedzkie

       

      Astrid_Lindgren_Lody_z_herbat_w_parku

       

      Zdjęcie: Dom Astrid Lindgrens w Näs

       

      Koszty:
      Wstęp dla 1 osoby dorosłej do muzeum Astrid Lindgren – 170 koron (74 zł)
      Wstęp i oprowadzanie po domu Astrid Lindgren – 1 osoba dorosła – 95 koron (41 zł).
      Lody w kawiarence, 3 gałki – 42 korony (18 zł)
      Obiad: szwedzkie klopsiki (köttbullar) z kalafiorem cała porcja - 110 koron (48 zł)
      Bilet autobusowy Vimmerby - Ramskulla Näs: 37 koron (16 zł)
      RAZEM: 454 korony = 197 zł.

       

      Cała podróż: Część nr 4, Część nr 3, Część nr 2, Część nr 1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      sobota, 04 listopada 2017 10:59
  • czwartek, 19 października 2017
    • (Nie) wiem, na ile książek Cię stać

      Jestem za jawnością wysokości wynagrodzeń. Kraje nordyckie słynął z najwyższej jakości życia. To tu mieszkają ludzie, którzy swoje zadowolenie oceniają najbardziej pozytywnie. To kraje czystych rąk i jawnych procedur. Czasami dla nas w Polsce szokujących. Każdy może na stronie www.ratsit.se wygooglać znajomego ze Szwecji i sprawdzić, gdzie mieszka i z kim, ile ma lat, czy prowadzi firmę, jaką marką auta jeździ, i z którego roku, ile ma psów, czy jest żonaty i czy mieszka sam. Jeśli chce sprawdzić, jak w najbliższej okolicy kształtują się zarobki, stopa bezrobocia. Czy to okolica singli, czy emerytów, wystarczy wejść na hitta.se. Jeśli chce bardziej szczegółowo zaspokoić swoją ciekawość, wystarczy napisać do tamtejszego Urzędu Skarbowego - Skatteverket i poprosić o rozliczenie roczne znajomego. Zastanawiając się, skąd bierze się szczerość, która jest wartością narodową Szwedów, myślę, że właśnie stąd. Szwedzi nie mają okazji kłamać, bo większość informacji o nich jest jawna.

       

      More Money - Flickr - Beige Alert

       

      Zdjęcie: Autor: Michael Pereckas from Milwaukee, WI, USA (More Money) [CC BY 2.0 (http://creativecommons.org/licenses/by/2.0)], Wikimedia Commons

       

      ILE KSIĄŻEK KUPIŁAŚ?


      Pierwszym pytaniem, jakie słyszy się w pracy, to ile dostałaś? I zawsze pojawi się ktoś, kto stwierdzi, że jesteś więcej warta. Ktoś inny, kto doda, że się marnujesz za takie pieniądze. Znajdzie się i ten, kto dostał mniej i da Ci popalić z czystej zawiści. Kwestia wysokości wynagrodzeń jest najcięższym orężem do manipulowania pracownikami. Nic nie daje pracodawcy takiej władzy nad atmosferą w zespole, nad napięciem w pracy, jak wysokość wynagrodzeń. Powiem wręcz, że niesnaski urastające czasem do mobbingu biorą się właśnie z powodu niejasnej polityki płacowej. Nikt tak naprawdę nie wie, czy jest opłacany sprawiedliwie. Nikt nie wie, jaki pułap płacowy dzieli go od kolegi na stanowisku wyżej i czy warto starać się o awans. Nikt nie wie, jaka jest różnica pomiędzy wynagrodzeniem szeregowego pracownika a tego na stanowisku managerskim. Istnieją jedynie domysły, a te stają się źródłem konfliktów i frustracji.

       

      TU NIE ZAROBISZ NA KSIĄŻKI


      Tam, gdzie polityka płacowa jest tajna, tam jest największe pole popisu dla wszelkiego rodzaju kombinatorów. Takie firmy przyciągają kiepskiej jakości pracowników, którzy na swoją pozycję pracują wygryzając lepszych od siebie. Zawsze można zdemotywować dobrego pracownika popisując się swoim wynagrodzeniem. I tu są dwie szkoły. Są tacy, którzy zawsze sobie dopisują tysiąc lub kilka setek. Gdy pracujecie na tym samym stanowisku, w tym samym projekcie, prędzej czy później trafi Cię szlak, że dostajesz za tę orkę mniej. Druga szkoła, to narzekanie na niskie wynagrodzenia i znikomy awans finansowy. W obu przypadkach być może słuchasz kłamstw, ale nie wiesz, czy jesteś oszukiwany, bo niejawne wynagrodzenia pozwalają robić z Ciebie durnia.

       

      U NAS ZAROBISZ NA NOWOŚCI KSIĄŻKOWE


      Ostatnio rekrutowałam się przez agencję na stanowisko z językiem niemieckim do pewnej krakowskiej korporacji. Otrzymałam od agencji informację, że firma płaci 6 000 brutto oprócz standardowych benefitów. W tym samym czasie byłam już na etapie podejmowania ostatecznej decyzji w dwóch innych firmach. We wszystkich chodziło o tę samą pracę, więc kluczowe było, kto za nią płaci najwięcej. Nie tylko dzisiaj, na początek, ale też, jak będzie wyglądała polityka płacowa w przyszłości. Firma polecona przez agencję, na tym etapie rekrutacji nie chciała jeszcze zdradzić ile oferuje. A w pozostałych czekano na moją ostateczną decyzję. Musiałam wybrać w ciemno, ryzykując, że wybiorę źle, bo niestety w Polsce wysokość wynagrodzeń jest tajna.

       

      Niejawna wysokość zarobków i niejasna ścieżka awansu finansowego to praktyka firm, które nie kształtują polityki zatrudnieniowej, tylko funkcjonują na zasadzie obozów pracy. Chcą zatrudnić jak najtaniej, jak najwięcej pracowników, a gdy ich oczekiwania finansowe urosną wymienią ich na kolejne pokolenie niezorientowanych pracowników. W tym znaczeniu, takie nieperspektywiczne, nierozwojowe stanowiska pracy, tworzone są jedynie dla utrzymania procesów i nigdy nie będą wizytówką firm, które rzeczywiście stawiają na specjalistów, i rzeczywiście oferują rozwój. W takich miejscach pracy bardzo jasne jest co trzeba osiągnąć, żeby wspiąć się szczebel wyżej i jakie profity tam czekają. Nie ma nic bardziej motywującego jak świadomość celu. Marzenia nie biorą się z mglistego pojęcia o tym, co chcemy osiągnąć. To bardzo sprecyzowane oczekiwania. A dążenie do nich to motor napędowy ludzkości. Polacy krążą jak muchy we mgle i nie wiedzą, dokąd zmierzają. Pewnie dlatego są permanentnie niezadowoleni z życia i tak masowo uciekają do krajów nordyckich.

       

      ZMIEŃ PRACĘ TO ZAROBISZ NA KSIĄŻKI


      W rozwianiu wątpliwości nie pomaga zmienianie pracy, jeśli wysokość wynagrodzeń jest niejasna. Można zostać ściągniętym do firmy, która w dłuższej perspektywie okaże się dużo bardziej skąpa. Można też utknąć w jakimś miejscu bez świadomości, że się marnuje, i że gdzieś indziej jest lepiej. Ciągnięcie znajomych za język średnio się tu sprawdza. Można zostać podkręconym przez kogoś, kto wstydzi się swoich niskich zarobków, więc zmieni sobie brutto na netto. Można więc zasugerować się lepszą sytuacją i przekonać jak jest w rzeczywistości, gdy już będzie za późno.

       

      Ci najmniej uczciwi pracodawcy potrafią zaakceptować podczas negocjacji jedną kwotę i dać na umowie inną. Mniejszą o kilkaset złotych. Gdy się już rozwiązało umowę z poprzednim pracodawcą, do tego ma się na utrzymaniu dwójkę dzieci i kredyt do spłacenia, podpisuje się papiery, bierze robotę, przeklina pracodawcę, szuka kolejnej pracy, a potem zastanawia się, jak to wyjaśnić podczas rozmowy rekrutacyjnej, podczas której nie powinno się przecież źle mówić o poprzedniej firmie. Wolałabym, żeby wysokość wynagrodzeń była jasna. Po to, żeby nie szarpać sobie nerwów z powodu tak niejasnych sytuacji.

       

      ILE CHCESZ W PRZYSZŁOŚCI KUPOWAĆ KSIĄŻEK?


      Nie wiem, na ile książek będzie mnie stać, bo nie mam pojęcia jak wygląda polityka awansu finansowego w mojej firmie. Nigdy tego nie wiedziałam. Nie pomagają w tym hipotetyczne widełki płacowe w przypadku budżetówki, bo mają taką rozpiętość, że można wisieć na teoretycznie wyższym szczebelku, nie mając bladego pojęcia, że jest się za swoją pracę gorzej opłacanym. Można po jakimś czasie zapytać, czy jest szansa na awans i usłyszeć, że się zarabia najwięcej w zespole. Co wcale nie musi być prawdą. Szef wie, ile zarabiasz i może zrobić z tą informacją wszystko. Jeśli Cię lubi lub po prostu ceni, a ma dodatkowo okazję to wynagrodzić, będziesz wpadać w maksymalną wysokość premii. Będziesz poza strefą wpływów, utkniesz na niejasnym poziomie i nawet nie dowiesz się, ile Cię dzieli od lepiej. Nie wiedząc, czy będziesz mogła w tej firmie w przyszłości kupować więcej książek, nie wiesz tak naprawdę, czy jakość twojego życia się poprawi. Może już do końca życia będziesz skazany na przeterminowane „nowości” biblioteczne? Może do końca życia będziesz musiała żerować na łasce bardziej zasobnych znajomych? Nie słyszałam wprawdzie, żeby ktoś brał kredyt na zakup książek. Ale słyszałam wiele osób, które mówiły, że ich nie kupują, bo ich na nie nie stać. Słyszałam też takich, którzy usprawiedliwiali się, że książek nie kupują, bo wprawdzie teraz zarabiają więcej, ale nie wiedzą, co będzie potem. My w Polsce nie możemy planować przyszłości, bo ukryte informacje o zarobkach przekreślają szansę na racjonalne jej planowanie.

       

      NIE KUPUJĘ KSIĄŻEK, BO SZUKAM PRACY


      Szukanie pracy to godziny zmarnowane na przeglądanie ofert. To godziny przygotowywania dokumentów i ich wysyłki. To godziny poświęcone na trwające kolejne godziny procesy rekrutacyjne. To koszty dojazdów na spotkania w innych miastach. To czas, który poświęcamy na szukanie pracy, zamiast na czytanie książek. Gdybyśmy wiedzieli, co nas finansowo czeka w innym miejscu pracy, może nie zmienialibyśmy pracy tak często? Ostatnio koleżanka opuściła firmę, w której pracowałam, chwaląc się, że na dzień dobry dostała 100 zł brutto więcej zasadniczego. Tak, żyjemy w kraju, w którym tak znikoma podwyżka motywuje do szukania „lepszego” wynagrodzenia. Niedawno mi się pożaliła, że żałuje tej zmiany, bo podobno tam są kiepskie podwyżki. Podobno. No właśnie my nic nie wiemy o wynagrodzeniach, bo wynagrodzenia są najbardziej ukrywaną tajemnicą w firmach. Teraz już wiadomo dlaczego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „(Nie) wiem, na ile książek Cię stać”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      recenzentka.blox.pl
      Czas publikacji:
      czwartek, 19 października 2017 13:07

Kalendarz

Listopad 2017

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014