Recenzentka

Wpis

wtorek, 13 września 2016

Grząskie piaski, Henning Mankell, czyli jak żyć według mistrza szwedzkiego kryminału

Mistrz szwedzkiego kryminału wchodzi w buty Kurta Wallandera i ścigając się ze śmiercią próbuje rozwikłać zagadkę życia. Swojego i życia człowieka na Ziemi. Oto Henning Mankell bez retuszu; odkrywający siebie z umiarem typowym dla Szweda, dla którego wszystko jest najważniejsze, poza nim samym. Jeśli więc żyć, to jak? 

 

Grzskie_piaski_Henning_Mankell1

 

Grząskie piaski zapamiętane zostaną, jako testament literacki – manifest Mankella. Osobliwy i wyjątkowy głos pisarza, który bardzo świadomie odmierza ostatnie godziny życia. Wraca do przeszłości po refleksję i zadumę nad światem. Konstatuje jego przemijalność; wychwytuje chwile istotne dla wyostrzenia prawdy o otaczającej nas rzeczywistości. Chce koniecznie powiedzieć nam coś ważnego, dokończyć to, na co już nie znalazł miejsca w swoich książkach; coś co potrzebował poddać głębszemu namysłowi, ująć w ramy dosłowności, która jest konieczna, gdy rzeczy wymagają nazwania ich po imieniu. Powie, że pisanie oznacza dla niego „zaglądanie w najciemniejsze kąty i oświetlanie latarką tych miejsc, które inni starają się ukryć”. Podobnie będzie z jego autobiograficzną książką. Pojawi się tu uczucie dyskomfortu, tak naturalne dla rozmowy na trudne i niewygodne tematy. Henning Mankell przenosi nas z oswojonego poziomu kryminalnej rozrywki na półkę dedykowaną zadumie. Wypuszczając się na filozoficzno-etyczne rozważania chce jeszcze raz użyć swojej popularności, żeby uderzyć w sumienia czytelników.

 

Jeśli ktoś szuka książki o pasji życia, to chyba najlepiej oddaje ją człowiek świadomie przeżywający każdy dodatkowy, podarowany niejako dzień. Wspomnienia układają się w Grząskich piaskach w przemyślany scenariusz, w którym praca pamięci służy zgłębieniu zagadki i udzieleniu odpowiedzi na pytanie, jak żyć. Myślowy skrót i z premedytacją wyselekcjonowane prywatne informacje przenoszą nas z punktu do punktu, a na linii czasu powstaje osobliwy wzór: bez zawahań, wyraźnie nakreślony, jakby świadomość odpowiedzi wyostrzała się ze strony na stronę. Henning Mankell staje się tutaj mędrcem, dla którego literacka przestrzeń jeszcze raz posłuży ważnej sprawie.

 

Prywatne miesza się publicznym, jakby z premedytacją Mankell chce podkreślić, że nie ma decyzji bez związku na rzeczywistość. Że każdym swoim krokiem coś w niej poruszamy, coś odciskamy, coś przesuwamy na mapie dnia. „Mój kraj jest zbudowany na imigracji i emigracji. Wszyscy skądś przybyliśmy lub wyjechaliśmy i potem powracaliśmy. Moi przodkowie pochodzili z Francji i z Niemiec”, napisze odnosząc się do bieżących spraw, z którymi świat nie potrafi sobie poradzić. „Z matką spotkałem się dopiero, kiedy skończyłem piętnaście lat”, powie i doda, że „zrobiła to, co zwykle robią mężczyźni – zostawiła nas”. A za chwilę przedłoży argumenty przemawiające za większą obecnością kobiet w polityce, podkreślając niesprawiedliwość świata, w którym „mężczyźni mają władzę, a kobiety odpowiedzialność”. Wspomnienia z prowincji Härjedalen, z długimi i mroźnymi zimami, gdzie dorastał, przeplata Mankell z opowieścią o Gustawie Fredriku Hjortbergu, jednym z uczniów Linneusza i uczestnikiem co najmniej trzech wypraw do Chin ze szwedzką Kompanią Wschodnioindyjską. Wspomnienia z Zambii, gdzie mieszkał przez część lat osiemdziesiątych przeplatają się z historią o wyprawie Thora Heyerdahla na legendarnej tratwie „Kon-Tiki” między wyspami Oceanu Spokojnego a wybrzeżem Ameryki Południowej, gdzie Norweg zaobserwował niezliczone ilości śmieci unoszących się na morzu. Opowiada Mankell o ludziach próbujących wyrwać się z koszmaru nędzy i wojny, usiłujących dostać się do bogatej Europy, o ich życiu pozbawionym radości, żeby za chwilę wrócić do 1972 roku, pokazać się nago i oddać zimno, jakie poczuł w stopy stojąc zdumiony odpowiedzią od wydawcy, który zdecydował się opublikować jego pierwszą powieść. Henning Mankell ucieka od siebie i pewnie niejeden czytelnik poczuje, że jego ciekawość pisarzem nie została zaspokojona. Ale migawki z życia prywatnego, choć tak skąpo serwowane, wiele mówią. To nie przypadek nimi rządzi, a rozmyśle rozplanowanie tej autobiograficznej historii.

 

Zafundował sobie Mankell wyjątkowo trudne dojrzewanie. Czuć w nim ogromną potrzebę wolności i równie dużą świadomość, jak ją osiągnąć. Rezygnuje z filologii klasycznej w Wyższej Szkole Powszechnej w Borås, bo nie widzi sensu w narzucanej edukacji; woli własną ścieżkę, własne wybory. Książki, które dźwiga ze sobą w najdalsze zakątki świata podpowiadają mu tropy, którymi eksploruje rzeczywistość. Bierze garściami od innych pisarzy, od Hemingwaya nauczył się nie patrzeć wstecz, przeć na przód. „Moim nauczycielem byłem ja sam oraz ludzie mijający mnie na ulicach, spiesznie zbiegający schodami do metra”, napisze w jednym miejscu. A ma wyjątkowe szczęście do ludzi. Pozna właściciela hotelu, Francuza, który w swoim czasie studiował filozofię w Paryżu z Michelem Foucaultem. Miał okazję przyglądać się pracy Dario Fo i jego żony Franki Rame i założonej przez nich trupie teatralnej La Comune. W latach sześćdziesiątych pracuje na czarno w małym warsztacie renowacji klarnetów i saksofonów. To tam nauczy się, że w życiu trzeba dokonywać wyborów. Zmieniają się kontynenty, kraje. Zmienia się świat. „Dorastałem w epoce kartonu, ale z czasem zastąpiła ją era plastiku”, powie. Zmienia się Mankell. Gdy zaczyna pisać, wie już, że ma raka. To tu zaczyna się opowieść, która kończy się w miejscu fundamentalnych reguł, tego co esencjonalne. Tego, dla czego warto żyć.

 

I pisze Mankell o odkrywaniu własnej tożsamości. O tym dziwnym przekraczaniu granicy samoświadomości. Pokazuje nam człowieka współczesnego w swojej bezrefleksyjnej działalności. Jego samotność, bezradność i rosnące tempo życia. Obnaża nas w brutalny sposób. Pokazuje prawdę, od której się zasadniczo odwracamy. Pokazuje ludzi w pogoni za pieniądzem, zachłystujących się bogactwem, skupionym na jego pomnażaniu, tracących sens życia. Ludzi w cyklu niszczenia, siebie i natury, coraz bardziej bezbronnej w morderczej walce o przetrwanie. A w nieustannym cyklu narodzin i śmierci rodzi się refleksja, że najważniejsza jest nadzieja. „Musimy nieustannie dbać o to, by nadzieja była w nas silniejsza od rezygnacji. Tam, gdzie umiera nadzieja, kończy się życie”, powie. Ale ważna jest też radość, bo „odebranie człowiekowi radości życia jest niczym amputowanie jego duszy”. Ważna jest również zdolność zadawania pytań, bo jak wyjaśni Mankell, to „czyni nas ludźmi”. A być może najważniejsza jest miłość, zakończy mistrz mrocznych historii ze Szwecji. Zaskakując. Bo przewrotnie radość jest tym, co najmocniej wybrzmiewa z tej smutnej książki.

 

Recenzja: Grząskie piaski, Henning Mankell, Grupa Wydawnicza Foksal, Warszawa 2015. Przełożyła: Ewa Wojciechowska. Tytuł oryginału: Kvicksand (2014). Wydanie I. Redakcja: Jan Koźbiel. Korekta: Małgorzata Denys, Magdalena Marciniak, Dorota Nowak. Adiustacja: Karolina Wąsowska, Marta Radziwonka. Projekt okładki i strona tytułowych: Krzysztof Rychter. ISBN 978-83-280-2688-9. Stron 318.

 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję:

 

Logo_W.A.B.3

 

Nie chcesz przegapić kolejnego wpisu?  Dołącz do 1546 osób i zamów bezpłatny newsletter lub polub fanpage Recenzentka.blox.pl. Post wydał Ci się wartościowy? Podziel się nim i go udostępnij! Masz własne zdanie? Wyraź je w komentarzu.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
recenzentka.blox.pl
Czas publikacji:
wtorek, 13 września 2016 19:16

Trackback

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014