Recenzentka

Wpis

wtorek, 02 lutego 2016

Angole - Ewa Winnicka

Ile razy może się zdarzyć, że bohaterka reportażu staje się rok później reportażystką? W 2014 ukazują się „AngoleEwy Winnickiej tuż po świetnie przyjętych Londyńczykach. Jedną z bohaterek jej reportażu jest wówczas czterdziestojednoletnia Ola. Opowie Winnickiej o swoim trudnym związku, który rozsypał się w Londynie. Ola była wykładowczynią, związała się ze swoim studentem. Koniec stypendium na University College London pociągnął ich na dno drabiny społecznej; wylądowali w domu wynajmowanym z kolejnymi pięcioma osobami, spali na materacu. Ola dostała kolejne stypendium, zaczęła pracować w gazecie, straciła jednak ten etat, potem próbowała stanąć na nogi jako freelancerka. Latała na UJ z wykładami. Jej mąż nie poradził sobie z sytuacją, zaczął pić, w końcu wyjechał za pracą do Afganistanu. Wówczas Ola spotkała kobietę, która powiedziała jej o pracy w Belfaście. I tak anonimowa Ola z reportażu Ewy Winnickiej rok później zadebiutowała w Czarnym jako Aleksandra Łojek książką Belfast. 99 ścian pokoju. W Winnickiej znalazła życzliwą promotorkę jej talentu i jak pisze w podziękowaniach swojego reportażu, kogoś na miarę agenta literackiego, kto pomógł przeforsować jej pomysł u świetnego wydawcy. Jeśli więc ktoś lubi książki z happy endem to chyba większego nie można sobie wyobrazić.

 

Angole_Ewa_Winnicka4

 

Ale jeśli ktoś sądzi, że „Angole” to pogodny reportaż o Polakach na Wyspach, srodze się zawiedzie. Dziesięć lat po wejściu Polski do Unii Europejskiej przyszedł czas na podsumowanie naszej obecności w jej granicach. Nie dla wszystkich obecność Polaków jest pożądanym znakiem zmian. Hojność europejska okazała się mieć narodowe twarze i Polaków długo trzymano na smyczy ograniczeń, oddalając nasze szanse na pełne korzystanie z praw i przywilejów unijnych. Reportaż Ewy Winnickiej przyszedł jako reakcja na pełne zjadliwości artykuły w prasie brytyjskiej straszącej najazdem Polaków na Wyspy Brytyjskie. Ironizując niepokój wybrzmiewający z apokaliptycznych wizji reportażystka wchodzi w retoryczne buty nazywając swoich bohaterów „kolonizatorami” i sprawdza, ile prawdy jest w strachu przed Polakami.

 

34 osoby opowiadające swoje historie to wielogłos układający się w polifoniczną książkę reporterską. Mistrzynią tego typu pisania jak dotąd jest Swietłana Aleksijewicz. Ale to zabieg mocno naznaczony ryzykiem. Teoretycznie można zaufać, że osoba inteligentna wybroni się i jej opowieść spisana z nagrania wybrzmi równie erudycyjnie i frapująco. Nie zawsze tak jest. Podczas pracy nad tekstem szlifuje się wszelkie ubytki, stosując często metody drastyczne. Przecież wywiad publikowany to często zupełnie inna wersja, tempo, a nawet chronologia ustnego zapisu. Mówiąc zapominamy o różnego rodzaju „przerywaczach”, wtrętach, których nigdy nie używa się w tekście pisanym. Są też osoby, błyskotliwe na papierze, zupełnie nie radzące sobie podczas rozmów na żywo. Wszelkie przerwane wątki, niedokończone zdania łatwo przepracować stylistycznie i wygładzić. Papier wbrew pozorom nie znosi wielu rzeczy, które łatwo uchodzą i przechodzą w rozmowie na żywo. Pułapek takiego polifonicznego pisania jest więcej. To wyłącznie autor przepisujący słowa decyduje ile ich zachowa, gdzie szlif będzie mocniejszy, gdzie chropowatość bardziej rzucająca się w oczy. I gdyby wskazać dwa najbardziej skrajne, rzucające się w oczy historie w „Angolach”, to będzie otwierający zbiór „Jak wynalazłem kółko” i „Zanurzony”, który jako jedyny robi wrażenie nie rozmowy, a właśnie tekstu napisanego przez rozmówcę i włożonego do książki.

 

Czy należy uwierzyć Ewie Winnickiej? Porównajmy książkę autobiograficzną Jacka Wąsowicza z jego imigranckich perypetii w Londynie z reportażami w „Angolach”. Wpisana w nie przelotność, ledwie zahaczenie w cudzym życiu, urwana i niedokończona historia to rzeczy najbardziej odróżniające się od „Przystanku Londyn”. Gdyby Ewa Winnicka spotkała Wąsowicza w połowie londyńskiego życia inaczej wyglądałby bilans jego pobytu na Wyspach. Czy można z tych epizodycznych historii wyciągać wnioski? Czy mamy prawo do oceny z takiej perspektywy?

 

Angole” są książką, która łatwo uwodzi; bardzo dobrze skrojona na współczesność. Około 60 stron zajmują zdjęcia. Gdyby przeliczyć ile jest bitego tekstu, to wychodzi ok. 6,5 strony na jedną osobę. To wpływa na przyjemność czytania. Historie niosą się szybko, dynamicznie. Każdy reportaż ma swój język, surowość takiej narracji przybliża bohaterów. Wpisana w te głosy różnorodność sprawia wrażenie, że dotykamy tematu wszechstronnie. Że docieramy do sedna problemu. Czy jednak na pewno? W ostatnim numerze „Tygodnika Powszechnego” (nr 5/2016) Andrzej Stasiuk pisze, że jakiś czas temu odwiedziło go dwóch młodych norweskich dziennikarzy, którzy jechali z północy na południe i za zadanie mieli opisać nasz kraj. U Stasiuka bawili dwa dni, a drugiego jeden z nich stwierdził, że w Polsce dzieje się tyle, ile u nich przez rok. Czy taka podróż z przystankiem u Stasiuka da owym dziennikarzom głębszy wgląd w jądro polskości? I jak bardzo polską sytuację na Wyspach oddadzą rozmowy w „Angolach” osoby, która bawi tam krótko i w przelocie?

 

Ewa Winnicka broni się najpierw sposobem, w jaki dociera do swoich rozmówców. Na antenie TOK FM anonsuje nową książkę prosząc o kontakt z Polakami w Wielkiej Brytanii. Na miejscu rozmówca odsyła ją do kolejnego rozmówcy. Czasem zadziała przypadek, innym razem znajomi znajomych. Reportażystka daje się nieść strumieniowi ludzkich losów, dzięki czemu dociera w miejsca wcześniej nieopisane. Rozmawia w sposób kompulsywny szukając kolejnych osób. Wreszcie pozwala im na opowiedzenie siebie po swojemu. Bez cenzury, czasem anonimowo. Od dwudziestolatka do mężczyzny pięćdziesięcioczteroletniego. 12 kobiet i 22 mężczyzn.

 

Głębsza analiza przynosi kilka refleksji. Ci, którzy wyjeżdżają na Wyspy z zawodem i znajomością języka, zwłaszcza przenoszeni do Wielkiej Brytanii w ramach awansu zawodowego, o ile mają lepszą sytuację, to nie zawsze obecną oceniają w kategoriach wygranej. Londyn okazuje się kotłem z problemami obcymi Warszawie. Maciek (41 l.) świeżo awansowany dyrektor w PricewaterhouseCoopers z trwogą konstatuje zamieszki i plądrowanie angielskiej ulicy w 2011. Szybko w oczy rzuca się wyraźna kastowość społeczeństwa na dobrze urodzonych absolwentów najbardziej prestiżowych boarding schools i reszty. Dla Rafała (20 l.) pobyt w takiej szkole okaże się piekłem doświadczania upokorzeń i nieustanne przypominanie mu, że jako cudzoziemiec nigdy nie wejdzie do brytyjskich elit. „Obcokrajowcy oraz Anglicy, którzy nie kończą podobnej szkoły, należą do podspołeczeństwa”, powie w jednym miejscu i doda, że dla angielskich dziewczyn jako cudzoziemiec był niewidzialny, podobnie jak Anglicy z niższej klasy. Ci najbardziej nastawieni na dopasowanie się, jednocześnie świetnie wykształceni i inwestujący w bezbłędną znajomość języka mogą otrzeć się o „klasowe stado” autochtonów korporacji w City. Romek (41 l) szybko zapoznał się z kodem kulturowym w biznesie doradczym i szybko go sobie przyswoił. Mimo równych szans za karierę płacą drenażem sił, właściwie w nieustannym tyglu pracy. Jak powie Romek pięćdziesięciolatkowie w jego branży przechodzą na emerytury ustępując miejsca młodym, a statystycznie po 5 latach na emeryturze umierają, bo jak wyjaśnia „wykańcza ich bezproduktywność”, „dlatego na kursie managing out psychologowie radzą, czym się można zająć, mając czas i pieniądze. Okazuje się, że to nie jest takie łatwe”.

 

Ogromna presja produktywności, wyśrubowana praca na akord zbiera żniwa przede wszystkich u tych najbardziej bezbronnych: bez znajomości języka i swoich praw, ledwie zarabiających na płacenie bieżących wydatków. Walka Basi (38 l.) z siecią hoteli Hilton pokazuje nierówną i niemal zawsze przegraną walkę z gigantami. Bożena (56 l.) mechaniczną pracę przy taśmie i pobyt w Wielkiej Brytanii przypłaci półrocznym leczeniem psychiatrycznym. Ciągłe zmiany na rynku pracy wzmacniają wrażenie tymczasowości i niepewności ich sytuacji. Do tego dochodzi szok kulturowy i poczucie wyobcowania w kulturze nastawionej na kostyczność relacji społecznych. O przyjaźń i bliskość na Wyspach trudno. Miki (39 l.) mimo stanowiska zarządzającego w londyńskim City przez cztery lata nie została przez nikogo zaproszona do domu. Unikający bezpośredniej konfrontacji, zamknięci w sobie i zdystansowani Angole okazują się trudnymi współpracownikami. Życie tych, którzy trafili na sam dół drabiny społecznej przypomina przedpola piekła. Marcin (43 l.) w Polsce specjalista w branży reklamowej wylądował w sortowni śmieci. „Janek pracuje od dziesięciu lat i ma sześćset pięćdziesiąt funtów na miesiąc. Wystarcza mu na fajki, wódkę i pokój z innymi pikerami, wynajmowany w śmieciowym zaułku Dartford. Nie wystarcza natomiast na powrót do Polski. Nie wiem, czy o tym myśli, bo dziesięć lat temu wyszedł z więzienia i naprawdę nic na niego nie czeka. Zostanie do śmierci w sortowni. Będzie w końcu polskim Anglikiem”. W większości przypadków żyją w poczuciu bycia w zaułku, z którego nie ma możliwości wyjścia. Prace w nienormowanym czasie, przedłużające się dniówki, wyśrubowane godzinowo tygodnie sprawiają, że tkwią w miejscu. Nie są w stanie polepszyć swojej sytuacji, bo brakuje im czasu i sił na inwestycję w siebie. Wiele osób nawet przed rodziną nie przyznaje się, że zaledwie zarabiają na bieżące wydatki. Marek (35 l.) pracujący w podbelfaskiej fabryce mięsa powie wręcz, że „nie wierzy w asymilację. Jakim cudem człowiek wydrenowany w fabryce ma pójść na lekcję angielskiego? Może się zmusić przez tydzień, góra dwa. Potem się nie zmusi”.

 

Deklarowany w mediach brytyjskich strach przed inwazją Polaków wydaje się w świetle reportaży Ewy Winnickiej wyrażony na wyrost. To Polacy częściej padają ofiarą nieuczciwych pracodawców, nierównych szans na rynku pracy. Raczej trafiają tam, skąd Brytyjczycy uciekają. Uderza nasza polskość: wąsatych pracowników polskiej firmy budowlanej najpierw trzeba ogolić, ludzi nauczyć kultury i odmiennego kodu, którego ofiarą padają Polacy nieprzyzwyczajeni do szanowania kobiet, osoby wiecznie narzekające, obarczające swoimi problemami otoczenie. Na pytanie więc, czy możemy wierzyć autorce „Angoli” odpowiadam, że tak, bo zadała sobie trud, żeby ze swoimi rozmówcami przejść się po całej drabinie społecznej pokazując lenistwo Brytyjczyków chętniej korzystających z benefitów pomocy społecznej niż zdezorientowani i nieznający swoich praw Polacy. Wyławiając historię o pracowniku korporacji przyłapanym na obsikiwaniu bram londyńskiego City, co jak huczą brytyjskie media jest domeną Polaków. Nie stroniąc od żałosnego oblicza brytyjskich elit i polskich imigrantów aspirujących do ich kręgów. I jak zwykle okazuje się, że chociaż pewne motywy się powtarzają, pokusa, żeby przekuć je w stereotypy jest ogromna, to jednak na końcu pozostaje człowiek ze swoją otwartością. Jedna osoba po wejściu do brytyjskiego autobusu stwierdzi „wszędzie, kurwa, kolorowi, kurwa”, inna zakocha się w Jamajczyku ze świadomością, że taki związek musiały w Polsce walczyć z uprzedzeniami.

 

Angole” otrzymały nominację do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki 2014 roku. Książka zdobyła Gryfię – Nagrodę Literacką dla Autorki.

 

PS Błędy: str. 237 „w zależności o poglądów Irlandia”

 

Recenzja Angole, Ewa Winnicka, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014. Projekt okładki: Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka. Projekt typograficzny: Robert Oleś / d2d.pl. Redakcja: Tomasz Zając. Korekta: Anna Brynkus-Weber / d2d.pl, Alicja Listwan /d2d.pl. Redakcja techniczna i skład: Robert Oleś /d2d.pl. ISBN 978-83-7536-836-9. Twarda okładka. Cena 44,90. Stron: 299. Książka zawiera zdjęcia.

 

Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów bezpłatny newsletter i polub Fanpage

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
recenzentka.blox.pl
Czas publikacji:
wtorek, 02 lutego 2016 14:07

Trackback

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014