Recenzentka

Wpis

środa, 18 listopada 2015

10 powodów, dla których Szwedzi chodzą do bibliotek, a Polacy do kościoła

Szwedzka miejscowość Nacka ma 98 tys. mieszkańców, a jej biblioteki półtora miliona odwiedzin i 600 tys. wypożyczeń rocznie. Średnio w ciągu roku Polak wypożycza ok. 3 książek, Szwed ok. 6. Przysłuchując się rozmówcom, z którymi Katarzyna Tubylewicz przeprowadziła wywiady do książki „Szwecja czyta. Polska czyta” można odnieść wrażenie, że osoby zajmujące się w Szwecji promocją czytelnictwa, pracownicy instytucji okołoliterackich, w tym bibliotek to jakiś osobny gatunek człowieka. Pasja, przekonanie o pewnego rodzaju misji, ogromna odpowiedzialność, kreatywność i skromność to główne cechy, jakie od razu narzucają się po tych wywiadach. I przekonanie, że dla każdego dobrego pomysłu znajdzie się i miejsce, i środki do jego realizacji. Mając w instytucjach kultury takich ludzi, i mając takie podejście do promocji czytelnictwa, nie dziwi rozmach z jakim Szwedzi czytają.

 

 

Analfabetyzm

Katti Hoflin, szefowa sztokholmskich bibliotek, ale też pisarka i dramatopisarka powie, że książka od zawsze była dla niej „partnerem do rozmowy i drogowskazem” i doda, że „potrzebuje literatury, żeby zrozumieć siebie i świat”, bo „literatura może otworzyć drzwi do nieznanego”. Wspomni o tym też Ann-Marie Skarp, współzałożycielka wydawnictwa Piratförlaget, mówiąc, że dobra literatura „poszerza perspektywę i umożliwia nam doświadczanie czegoś, czego nie znamy”, a Stefan Ingvarsson, tłumacz literatury polskiej i krytyk literacki doda, że „literatura jest naszą współczesną mitologią, opowieścią o nas samych, o innych”. Zastanawiając się, skąd różnice w poziomie czytelnictwa w Szwecji i Polsce Maja Chacińska nie ma wątpliwości, że problemem jest zbyt późno podjęta w Polsce walka z analfabetyzmem. W krajach nordyckich już od XVII wieku, od czasu ugruntowania się protestantyzmu, szerzono umiejętność czytania, wymagając od wszystkich wiernych znajomości Biblii i katechizmu. Czytały wszystkie warstwy społeczne, podczas gdy w Polsce było to zajęcie elitarne, powszechne głównie wśród duchowieństwa i bardziej znamienitej szlachty. Szwedzcy chłopi już wówczas czytali interesując się dzięki temu sprawami kraju, z którymi mogli być na bieżąco. Polscy chłopi musieli poczekać na strukturalną walkę z analfabetyzmem na koniec II wojny światowej. Kościół szwedzki był aktywnym partnerem promocji czytelnictwa i to nie tylko w sferze życzeń, bo już w 1686 w prawie kościelnym umieszczono zapis o dążeniu do powszechnej umiejętności czytania. Wprawdzie dopiero w 1842 wprowadzono w Szwecji obowiązek szkolny dla wszystkich dzieci powyżej siódmego roku życia, ale już od 1723 weszło w życie prawo zobowiązujące rodziców do pilnowania, żeby dzieci umiały czytać. W połowie XIX wieku w Szwecji wskaźnik umiejętności czytania wynosił 87%, w krajach katolickich, w których zniechęcano do czytania w obawie przed niewłaściwą interpretacją Biblii ok. 20-30%. Powszechna umiejętność czytania w Szwecji sprawiała, że mieszkańcy kraju byli od zawsze bardziej otwarci na innego rodzaju filozofie i idee, mieli szersze horyzonty, większą ciekawość świata. Byli dużo bardziej tolerancyjni. W Polsce z tego samego powodu panowała niechęć do zmiany i nowości; strach przed obcym. Wrogi, pełen zajadłości sposób podejścia w Polsce do fali uchodźców uciekających przed brutalną polityką Państwa Islamskiego jest konsekwencją jakiś 200 lat zapóźnienia Polski w upowszechnianiu czytania.

 

 

Jednorazowe spektakularne wydarzenia


Szwedzi organizując wydarzenia literackie przekształcają je w trwałe wartości, a nie jednorazowe spektakularne imprezy. Z pokorą podchodzą do nowych pomysłów i jeśli nie mają pewności, jak coś powinno zostać zrealizowano, przygotowują pilotażową wersję, na której uczą się najlepiej dopasować pomysł do potrzeb lokalnej społeczności. Bo najważniejszy jest odbiorca wydarzenia i to on ze swoimi potrzebami jest najczęstszym przedmiotem dyskusji. Ubiegając się o dofinansowanie na realizację literackich imprez Szwedzi myślą o ich znaczeniu dla popularyzacji czytelnictwa, zasięgu i wydźwięku. Ważne jest czy będzie to wydarzenie z sensem urozmaicające ofertę kulturalną danego miejsca. W Polsce panuje chaos i wrażenie, że owszem sporo się dzieje, ale nikt nad tym nie panuje. Z jednej strony walczy się o uwagę czytelnika, z drugiej bardzo często w tym samym czasie organizuje się kilka wydarzeń literackich. Do absurdu dochodzi w Krakowie, gdy w jednym terminie są Międzynarodowe Targi Książki, Festiwal Conrada i gala Nagrody Poetyckiej im. Wisławy Szymborskiej. O ile jednak te wydarzenia mają swoją stałą publiczność, o tyle problem pojawia się w przypadku jednorazowych spotkań, nie wiadomo po co i dla kogo organizowanych. Większość takich wydarzeń zieje pustkami i normą jest obecność na nich pisarza, moderatora i ich znajomych, rzadkością obecność czytelników. Dla przykładu 19 listopada (czwartek) o 18:00 Muzeum PRL-u organizuje spotkanie z Krzysztofem Tomasikiem wokół jego książki „Demony seksu” a Ambasada Krakowian o 19:00 kolejne spotkanie z serii Cook&Book. Podobnie 24 listopada (wtorek) o 19:00 są jednocześnie dwa świetne spotkania. Jedno w Księgarni Bonobo z Maciejem Zborowskim wokół jego książki „Na północ. Szwecja znana i nieznana” a drugie z Aleksandrą Łojek promującej „Belfast. 99 ścian pokoju”. Chciałabym pójść na oba, ale w Krakowie nie ma żadnej koordynacji imprez literackich, bo Krakowskie Biuro Festiwalowe jest zajęte tworzeniem raportów ze statystykami, które pokażą jakie jest fajne.

 

 

Dublowanie oferty

Przedsięwzięcia literackie realizowane w Szwecji wynikają z sygnalizowanych wcześniej potrzeb. Mają ten sens, że wyraźnie wzbogacają i urozmaicają istniejącą ofertę, bo najważniejszą kwestią w Szwecji jest różnorodność głosów i oddanie wszechstronności literatury. Jeśli organizuje się np. spotkania autorskie to w odróżniających się cyklach: np. spotkania z pisarzami, którzy opowiadają o literaturze klasycznej, spotkania z debiutantami, spotkania wokół książki dla dzieci itd. Podczas, gdy w Polsce mnoży się dublujące się ze sobą w jednym mieście imprezy, Szwedzi stawiają na jakość i konsolidację sił i środków finansowych. Lepiej zrobić jeden porządny festiwal, niż kilka powtarzających tę samą ideę, bo to marnuje czas i pieniądze. Dobrymi polskimi przykładami jak specjalizować rynek ofert kulturalnych jest Międzynarodowy Festiwal Kryminału i Międzynarodowy Festiwal Opowiadania, oba we Wrocławiu czy Festiwal Miłosza w Krakowie poświęcony poezji. I kolejna ważna rzecz, jeśli coś się sprawdziło w jednym miejscu, to warto to powtórzyć w drugim. Szwedzi uczą się od siebie nawzajem, ale też podglądają najlepsze rozwiązania funkcjonujące w innych częściach świata. Zastanawiają się nad tym, w jakiej formie adaptować je w warunkach szwedzkich, tak, żeby osiągnąć optymalny efekt. Dzięki temu nie powtarzają błędów, które w naturalny sposób towarzyszą pionierskim przedsięwzięciom. Gdy Ingemar Fasth, bibliotekarz i szef literacki sztokholmskiego Kulturhuset-Stadsteatern wymyślał w 1998 kultową Międzynarodową Scenę Pisarzy, nie przypuszczał pewnie, że odniesie ona taki sukces, że podobna, wzorowana na jego pomyśle powstanie w Malmö, Göteborgu, Umeå, a nawet w Kopenhadze. Skorzystał wówczas z unijnych środków, które przyszły wraz z pieniędzmi na Europejską Stolicę Kultury. I potrafił je mądrze zagospodarować.

 

 

Festiwal dla kasy

 

Wywołana wpisem facebookowym Kai Malanowskiej dyskusja ujawniła kulisy życia literackiego w Polsce. Wiemy, że zaledwie garstka pisarzy żyje wyłącznie z pisania, reszta oddaje się wszelkiego rodzaju fuchom okołoliterackim i jednym ze źródeł zarobków pisarzy jest udział np. w festiwalach, spotkaniach autorskich, panelach dyskusyjnych. Przyglądając się problemowi zatrudnienia pisarzy i życiu literackiemu w Polsce nie trudno nie postawić sobie pytania: na ile wydarzenia literackie są robione po to, żeby zarobili ich organizatorzy i zapraszani przez nich goście, a na ile mają one służyć nam uczestnikom tych wydarzeń.

Puste statystyki

Przyglądając się niektórym literackim przedsięwzięciom można odnieść wrażenie, że część z nich dobrze wygląda wyłącznie na papierze. W Krakowie przy Wojewódzkiej Bibliotece Publicznej działa Lotna Czytelnia i raz widziałam ten rower z przyczepką na Plantach i był to dziwny widok. Bibliotekarz ciężko pedałujący z takim smutkiem na twarzy, jaki widać u ludzi w godzinie rozpaczy. Nikt na niego nie zwracał uwagi a on sam robił wrażenie człowieka odrabiającego pańszczyznę, który jak najszybciej chce stamtąd uciec. Przypuszczam, że sama inicjatywa pięknie wygląda w sprawozdaniach, dobrze zaprezentuje władze biblioteki, bo przecież nie o efekt chodzi, a o papier, który przyjmie wszystko. Pasmo dla blogerów podczas tegorocznego Festiwalu Conrada, które dumnie anonsowała podczas konferencji otwierającej Festiwal, dyrektor KBF, Izabela Helbin okazało się w większości pustą wydmuszką. Biblioteki chwalą się dostępem do internetu. Zapraszam do filii nr 3 Podgórskiej Biblioteki Publicznej na ul. Komandosów 1. Dość dziwnie zinterpretowano tam hasło „pokonywanie barier” w dostępie do internetu, bo właśnie na „pokonywaniu barier” spędza się tam czas przy komputerze. PR, spektakularne zaprezentowanie się w statystykach i broszurach informacyjnych, to najważniejsze narzędzia osiągania sukcesu. Podczas krakowskich Międzynarodowych Targów Książki i niewątpliwie podczas spotkania z Wiesławem Myśliwskim na Festiwalu Conrada chodziło o imponującą liczbę uczestników, a to jak oni spędzili czas, w jakich warunkach, to już trzeciorzędna sprawa. Organizatorzy życia kulturalnego przekuwają sukces na twarde dane. A ja pytam, gdzie w tych danych jest zwykły człowiek? Czy on się jeszcze liczy? 

 

 

Elitaryzm

Powtarzającą się kwestią, do której nieustannie odwoływali się rozmówcy Katarzyny Tubylewicz to demokracja. Dla każdego w Szwecji oczywistym jest, że dostęp do literatury jest prawem każdego mieszkańca, a obowiązkiem władz jego realizacja i zwiększanie oferty dla wszystkich bez względu na pochodzenie, płeć, wykształcenie. I jak słusznie zauważyła Katti Hoflin, to dlatego szwedzka minister kultury Alice Bah Kuhnke odpowiada również za sprawy demokracji. Bo sprawą demokracji jest to, czy w danym kraju każdy w jednakowym stopniu ma szansę na kontakt z kulturą. Im dłużej przyglądam się życiu literackiemu w Polsce, tym silniejsze mam przekonanie, że imprezy literackie w pierwszej kolejności organizuje się dla organizatorów, potem dla ich gości, w następnej kolejności dla władz, potem dla ich znajomych, a na szarym końcu dla nas, zwykłych miłośników literatury. Pamiętam jak Międzynarodowe Centrum Kultury w Krakowie organizowało spotkanie z Joanną Bator, Olgą Tokarczuk i Ziemowitem Szczerkiem. Zaraz po podaniu na stronie internetowej informacji o wejściówkach na wydarzenie przyszłam do MCK, ale po to, żeby dowiedzieć się, że już ich nie ma. Gdy wchodziłam na galę Nagrody Conrada uderzył mnie komentarz jednej pani, która czekając na wejście na salę powiedziała: kolejna impreza dla wybranych. I rzeczywiście tradycją jest organizowanie wydarzeń, podczas których pula zaproszeń idzie do wybrańców, na których czekają najlepsze, zarezerwowane miejsca. O tym, jaki to komfort siedzieć na miejscu dla wybranych mogłam się przekonać podczas tegorocznej gali wręczenia Nagrody Conrada, siedząc w drugim rzędzie niemal na wyciągnięcie ręki od przemawiającego Jonathana Franzena. I proszę mi wierzyć, że z tej perspektywy lepiej i słychać, i widać. Gdy należy się do grona stale uprzywilejowanych można łatwo stracić perspektywę i żyć w złudnym przekonaniu, że wydarzenia literackie są tak dobrze organizowane, że tylko opór społeczeństwa sprawia, że nie biorą w nich udziału. A ja myślę, że nie biorą w nich udziału osoby dla których zabrakło miejsca, bo nie są w puli uprzywilejowanych, nie biorą w nich udziału osoby starsze, dla których dużym wysiłkiem jest stanie przez dłuższy czas, nie biorą w nich udziału osoby poruszające się na wózku, które nie wdrapią się po schodach do pomieszczeń w Pałacu pod Baranami, nie biorą w nich udziału osoby niesłyszące, bo nikt nie tłumaczy wydarzeń na język migowy, nie biorą w nich udziału osoby niedowidzące, bo nikt nie dba o oznaczenie dostępu do pomieszczeń i instytucji w języku Braille’a (wyjątek Arteteka), nie biorą w nich udziału osoby niewychodzące z domu, bo mało kto tworzy archiwum spotkań z nagranymi filmami lub podcastami, nie korzystają z nich właściciele psów, bo tylko nieliczne miejsca są przyjazne dla ludzi ze zwierzętami (np. Pauza in Garden), nie bierze w nich udziału tzw. trudna młodzież, bo nie kieruje się do niej wydarzeń literackich. W odczuciu Stefana Ingvarssona „w Polsce silne są elitaryzm i przekonanie, że istnienie ciemnych mas to jakieś prawo przyrody, że tak zawsze było i będzie, że to normalne w każdym społeczeństwie”. W Szwecji, jak dodaje „nie ma takiej perspektywy”.

 

 

Przekonywanie przekonanych

Szwedzi, jak czytam w „Szwecja czyta. Polska czyta” nieustannie zastanawiają się, jak zwiększyć szansę na dotarcie do jak największej liczby czytelników, zwłaszcza tych, którzy z różnych powodów czytają mało lub w ogóle. W Polsce mnoży się ofertę wydarzeń kulturalnych skierowaną do osób czytających i na przekonywaniu przekonanych skupia się uwaga władz.  W 1948 w Borås wymyślono bibliotekę na kółkach. Takie biblioteczne autobusy bardzo intensywnie jeździły po szwedzkich drogach w latach 50. i 60. XX wieku. W 1983, szczytowym roku ich popularności, było ich aż 123. Ingemar Fasth opowiedział, że odwiedzały te części miast, gdzie było dużo dzieci i emerytów i były kapitalnym pomysłem na przełamanie oporu przed biblioteką wśród tych, którzy jej do tej pory nie odwiedzali. I chociaż współcześnie po Szwecji jeździ już tylko jeden minibus, który odwiedza przedszkola, to wciąż funkcjonuje łódź biblioteczna, czyli pływająca biblioteka, która pojawiła się po raz pierwszy w 1953 i pływa pomiędzy wyspami Archipelagu Sztokholmskiego wiosną i jesienią, zatrzymując się w każdym porcie na około godzinę, a oferuje ok. 3 000 tytułów. Z inicjatywy Katti Hoflin powstała nowatorska biblioteka TioTretton dla młodych osób w wieku 10-13 lat, bo okazało się, że osoby w tym wieku są za małe na korzystanie z bibliotek dla dorosłych, ale już zbyt duże, żeby korzystać z tych samych bibliotek, co dzieci. Od kilku lat realizowany jest projekt, w którym osadzeni w więzieniu rodzice nagrywają bajki dla swoich dzieci. W Szwecji współpracuje się z trenerami sportowymi, którzy mogą stać się czytającym wzorem dla dorastających nieczytających chłopców. W 2015 Kulturrådet, szwedzka instytucja państwowa zajmująca się implementacją narodowej polityki kulturalnej zainaugurował specjalny projekt skierowany do imigrantów, którzy będą dostawać książkę na start. W ramach projektu odwiedzane będą dzielnice wykluczenia i rodzice dzieci w wieku 6 miesięcy, 18 miesięcy i 3 lat, którzy otrzymają książki i informację o tym, jak ważne jest czytanie dzieciom. Niezależnie od tego w większości szwedzkich bibliotek znajdują się półki z książkami w językach narodowych.

Biblioteka zapchajdziura

Jak powiedziała Eva-Maria Häusner, bibliotekarka zatrudniona w Bibliotece Królewskiej, w centrum każdej miejscowości czy osiedla w Szwecji jest biblioteka. O tym, że biblioteki są kluczowe potwierdzi też Anders Bodegård, tłumacz literatury polskiej i francuskiej, przypominając, że
w Szwecji ogromne znaczenie ma ustawa o bibliotekach, która „zobowiązuje każdą gminę między innymi do posiadania biblioteki, w której musi być też dział literatury dziecięcej”. I rzeczywiście w Szwecji biblioteki są wszędzie w najmniejszych miasteczkach i we wszystkich dzielnicach miast. O ile w Krakowie rzeczywiście pod tym względem nie jest źle, bo w promieniu kwadransa na rowerze mam dostęp do co najmniej kilku bibliotek, problem w tym, że to w większości straszne i smutne miejsca. Oczywiście sytuacja w skali kraju zmienia się i jest wiele spektakularnych – pojedynczych – tego przykładów. Niestety większość wygląda źle. Półka z nowościami w Podgórskiej Bibliotece Publicznej na ul. Powroźniczej 2 to obraz nędzy i rozpaczy. W filii nr 8 Śródmiejskiej Biblioteki Publicznej na ul. Krakowskiej 29 trwa nieustanna walka z grzybem, którego biblioteka odziedziczyła przeprowadzając się tam w zeszłym roku. Ani tam, ani w filii na ul. Komandosów 1, ani w filii nr 7 Śródmiejskiej Biblioteki Publicznej przy al. 29 Listopada 59 czytelnik nie może skorzystać z toalety, więc czytelnia funkcjonuje tam wyłącznie na papierze, no chyba, że ktoś ma pęcherz z gumy. Na Powroźniczej dodatkowo zimą hula wiatr, latem organizowana jest sauna. Przy al. 29 Listopada 59 jest tak głośno od ruchu samochodowego, że nie słychać własnych myśli i zastanawiam się, jak można w takim miejscu w ogóle pracować. Nie mówiąc o barierze architektonicznej w postaci morza schodów prowadzących do wielu bibliotek.

 



Biblioteki zniechęcają do czytania

Katti Hoflin podkreśla jednak, że nie zawsze ważne jest ładne i nowoczesne pomieszczenie biblioteki, tylko uzmysłowienie sobie, że to „człowiek jest w bibliotece ważniejszy od książki”. Zapisując się niedawno do filii nr 3 Krowoderskiej Biblioteki Publicznej na ul. Komorowskiego 11 byłam świadkiem takiej sceny. Dziewczynka w wieku szkolnym wymienia tytuł książki i pyta, czy dostanie ją w tej bibliotece. Bibliotekarka odsyła ją do regału. Dziewczynka wraca z książką, ale po to, żeby dowiedzieć się, że nie może jej wypożyczyć, bo nie jest zapisana do biblioteki. Na co odpowiada, że jest uczennicą i wymienia nazwę szkoły, ale pani bibliotekarka na to nie reaguje. Dziewczyna zaskoczona, w końcu niepewnie odkłada książkę i wychodzi. Ani ta dziewczynka, ani ja nie dowiedziałam się, co ona powinna zrobić, żeby zapisać się do biblioteki. Przypuszczam, że już tam nie wróci. Pytanie, czy tylko tam, czy w ogóle zniechęci się do chodzenia do biblioteki? Duńska firma konsultingowa Copenhagen Economics przeprowadziła analizę, z której wynika, że „biblioteki rocznie zwiększają PKB Danii w przybliżeniu o dwa miliardy duńskich koron”. Jak to możliwe? Bardzo prosto. Dzięki bibliotekom dzieci rozwijają język, potem osiągają lepsze wyniki w szkole, co pozwala im zdobyć lepsze wykształcenie. W konsekwencji więcej zarabiają, czyli mogą więcej konsumować. A korzysta na tym duńska gospodarka. Biblioteka jest więc, jak podkreśli Katti Hoflin społecznym biznesem i inwestycją w przyszłość. I jak doda „biblioteka powinna być oazą, o której ludzie myślą: To jest moje miejsce”. Dziewczyna z powyższej historii z pewnością nie może tego powiedzieć.

 

Najważniejszy jest dyrektor biblioteki

Katti Hoflin powiedziała, że zatrudniając ludzi w bibliotekach przywiązuje ogromną rolę do tego, żeby pracownicy czuli się wolni i mogli rozwijać swoją kreatywność, podkreśli, jak ważne jest, żeby lubili swoją pracę i czuli się w niej bezpieczni. Najcenniejszy pracownik to według niej człowiek wrażliwy na potrzeby czytelników, osoba, z którą chce się mieć kontakt. Anders Söderbäck, pracownik Biblioteki Uniwersytetu Sztokholmskiego i członek Szwedzkiego Stowarzyszenia Bibliotekarzy zwróci uwagę, że ze względu na niskie wynagrodzenia bibliotekarzy do tego zawodu raczej trafiają w Szwecji ludzie pochodzący z tak zwanych dobrych domów, dzieci akademików,  zabezpieczone finansowo, a nie osoby w trakcie awansu społecznego, które najczęściej, jak powie, wybierają zawód lekarza, prawnika lub inżyniera. I w pełni zgodzę się, że nawet w najgorszym miejscu odpowiedni człowiek stworzy atmosferę przyjazną czytaniu. Bardzo lubię erudycyjne, pasjonujące rozmowy o literaturze z panem pracującym w czytelni naukowej w Podgórskiej Bibliotece Publicznej na Powroźniczej. Z radością czekam na spotkanie z Małgorzatą Małek, bibliotekarką z filii nr 2 w Nowej Hucie na os. Teatralnym 25. Małgosię poznałam podczas trekkingów po Małopolsce i uderzyła mnie pasja, z jaką opowiadała o swojej pracy i o książkach. Zawsze z przyjemnością jadę do filii nr 7 Śródmiejskiej Biblioteki Publicznej przy al. 29 Listopada 59. Zachęcam do odwiedzenia filii nr 20 Podgórskiej Biblioteki Publicznej na ul. Borsuczej 12, gdzie jedna z pań bibliotekarek zaraża swoim entuzjazmem do czytania walcząc jak lwica o zakup nowości. Bibliotekarki, bo większość pracowników bibliotek to jednak kobiety, pracują jak przy taśmie produkcyjnej, w ruchomych godzinach czasu, wiele bibliotek jest otwartych od 9:00-19:00 i w trudnych warunkach: w grzybie, w chłodzie zimą, w saunie latem, przy głośnych alejach, za niegodziwe pieniądze. Dobrze w bibliotekach zarabiają ich dyrektorzy. Dobrze zarabiają i mają najwyraźniej mało pracy, skoro ciągle spotykam dyrektora Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej biegającego z siatkami po Karmelickiej.

 

 

Na podstawie i z inspiracji książką „Szwecja czyta. Polska czyta”, pod redakcją Katarzyny Tubylewicz i Agaty Diduszko-Zyglewskiej, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015. Wydanie I. Stron: 318. Redaktor prowadzący: Patryk Walaszkowski. Redakcja językowa i korekta: Magdalena Jankowska. Współpraca redakcyjna: Dominika Górska. Projekt okładki: Łukasz Pyrka. Opracowanie zdjęć: Paweł Wójcik i tessera.org.pl. Układ typograficzny. Skład i łamanie: Marcin Hernas i tessera.org.pl.  ISBN 978-83-64682-62-9.

 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Krytyki Politycznej.Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów newsletter i polub Fanpage

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
recenzentka.blox.pl
Czas publikacji:
środa, 18 listopada 2015 13:09

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość Books and Babies napisał(a) z *.internetdsl.tpnet.pl komentarz datowany na 2015/11/18 14:30:06:

    Aniu, jak zwykle masz świetny, merytoryczny wpis. Kiedyś wypożyczałam z biblioteki namiętnie, bez względu na wszelkie bariery. Od kiedy zarabiam, z przyjemnością wydaję pieniądze na książki, do biblioteki zaglądam rzadko. Za rzadko. W moim bliskim otoczeniu są wspaniałe biblioteki, które tętnią życie, ciągle coś się dzieje, ludzie wypożyczają. Ale są i takie, w których hula wiatr. Dużo chyba zależy od "bibliotekarza - menedżera". W Rzeszowie biblioteka pedagogiczna latem robi letnią czytelnię nad Wisłokiem. Chmurki, parasolki, leżaki i regały z książkami. Ludzi mało, ale atmosfera świetna. Nawet prowadziłam tam publiczną debatę o czytaniu;-) Pozdrawiam Cię!

  • Gość xyz napisał(a) z 193.193.81.* komentarz datowany na 2015/11/18 16:41:02:

    A w tekście "ani w filii nr 13 Śródmiejskiej Biblioteki Publicznej przy al. 29 Listopada 59 czytelnik nie może skorzystać z toalety" chodziło o filię 13 czy o filię przy al. 29 Listopada, bo to 2 różne ;)

  • recenzentka.blox.pl napisał(a) komentarz datowany na 2015/11/19 11:25:45:

    @Books and Babies

    Moim zdaniem dużo zależy od polityki państwa i samorządu, bo to tam decydują się losy bibliotek. Kierownicy bibliotek zagospodarowują to, co mają. Inna sprawa, że skoro organizacje pozarządowe potrafią za darmo, po prostu non-profit tak wiele ciekawych inicjatyw rozwijać, to pytanie ciśnie się, dlaczego nie robią tego biblioteki? Według mnie odpowiedź jest prosta: bibliotekarze nie mają czasu, bo służą za taśmę do przyjmowania i wydawania książek, a jeśli chcemy, żeby biblioteki tętniły życiem to musimy zatrudnić w nich więcej ludzi i za godziwe pieniądze. Kasia, dokładnie chodzi o atmosferę, poruszające rozmowy o książkach, a nie o statystyki...

  • recenzentka.blox.pl napisał(a) komentarz datowany na 2015/11/19 11:28:16:

    @Gość: xyz Oczywiście chodzi o tę przy al. 29 Listopada i poprawiłam. Bardzo dziękuję za czujne oko! :-)

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014