Recenzentka

Wpis

wtorek, 16 czerwca 2015

Cyklon - Andrzej Muszyński

Birma rozpada się w „Cyklonie” jak upuszczona szklanka z gorącym cukrem, który zastyga, na zawsze zamykając okruszki szkła; obiecuje słodycz, której nie da się posmakować bez narażenia się na zranienie. Birma „kraj, który przoduje w produkcji opium i liczbie zgonów spowodowanych ukąszeniami węży, w którym trzech na czterech mieszkańców nie ma światła”, drugi po Afganistanie producent heroiny. Birma, kraj targany monsunami, „deszczami zmieszanymi z nieskończonością”, lawinami błotnymi, które każdego roku zbierają żniwa. Birma, kraj przechodzący z rąk do rąk; podbijany, okupowany, wyzwalany. Kraj, w którym generałowie „dokonali cudu, o jakim śnią ekonomiści – pożenili kapitalizm z socjalizmem, a z ich związku narodził się faszystowski Disneyland dla tyranów”. Rewolucja, junta, terroryści, wojna religijna. Etniczny tygiel ponad stu narodowości, religijny patchwork.

 


Andrzej Muszyński jest pierwszym stypendystą Fundacji „Herodot” im. Ryszarda Kapuścińskiego, laureatem konkursu na najlepsze opowiadanie Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania we Wrocławiu, autorem „Miedzy” (2013), zbioru opowiadań nominowanych do Nagrody Literackiej Gdynia. To składa się na certyfikat jakości, opiniotwórcze zaświadczenie, że krytyka literacka wystawia mu kredyt zaufania, docenia i rozpieszcza. Czy potrafi równie mocno wodzić czytelników? W magazynie Znak („Pod pozorem”, nr 714/2014), Andrzej Muszyński przyznał, że w zasadzie do dwudziestego roku życia w ogóle nie znał wielkiego miasta, dla niego całe wieki „obce terytorium zaczynało się już za wygonem”. Napisał wówczas też, że lubi wieś, jest ze wsi, myśli wsią”. Gdy dostał wreszcie pozwolenie na wjazd od władz Birmy, skierował się w stronę Indii. Napisał, że nie mógłby tam zostać na stałe, bo „przestrzeń wywiera tam na człowieka zbyt dużą presję”.

Historia Birmy nie jest zbyt często obecnym tematem w polskich mediach, więc o jej dramatycznych losach dowiadujemy się niewiele i od czasu do czasu. Nieco zainteresowania wniósł Luc Besson przedstawiając w „Lady” (2011) losy więzionej w areszcie domowym Aung San Suu Kyi, opozycjonistki, laureatki Pokojowej Nagrody Nobla i jednocześnie córki zamordowanego premiera Birmy Aung Sana, który zapewnił krajowi niezależność od Imperium Brytyjskiego. Film nie silił się na artystyczne wyrafinowanie, a jednocześnie nie spełniał kryteriów kina rozrywkowego, żeby porwać i zachwycić tłumy, czy krytyków. Jak będzie z książką Andrzeja Muszyńskiego?

Fragmenty „Cyklonu” były już wcześniej publikowane w nieco zmienionej wersji i z poprzednich doświadczeń literackich wnioskuję, że pokusa, żeby w zwartej formie opublikować teksty rozproszone może niestety książce zrobić źle. Tak się stało z Tańczącymi niedźwiedziami Witolda Szabłowskiego, które nie miały potencjału na duży reportaż z Bułgarii, więc poupychano tam wcześniejsze teksty autora i sprzedano całość jako reportaże z transformacji. Fakt, że „Cyklon” jest po części przeredagowaną propozycją wcześniej publikowanych tekstów niestety widać w nierównej narracji. I to jest rzecz, która nieco odbiera przyjemność czytania. Kolejna to zabieg polegający na łączeniu narracji ze współczesności z historiami z przeszłości. Podobnie robi Sven Lindqvist w Wytępić całe to bydło, gdzie śledzimy jego osobiste relacje z historią kolonializmu, ale potrafi zestawiać je tak mocno, że na zawsze pamięta się poruszające sceny. Andrzejowi Muszyńskiemu w niewielu przypadkach udało się uzyskać podobny efekt. To, co się udało Szwedowi wynika z faktu, że pisał z zamysłem wydania spójnej książki. To się udało też Witoldowi Szabłowskiemu w Zabójcy z miasta moreli. O ile jednak Szabłowski pewne sprawy domyka w obrębie jednego tekstu, to u Muszyńskiego te same wątki rozłażą się bez większego znaczenia dla całości po kilku, a my widzimy jak krzywym miejscami ściegiem autor szyje na siłę fragmenty różnych historii.

Siłą Andrzeja Muszyńskiego jest sposób patrzenia na świat i język, którym go opisuje.  To człowiek, który idąc, zagląda nawet pod buty. Porównania, metafory, którymi mierzy się z opisem rzeczywistości są świetne; miejscami przeraźliwie dobre. Poezja pięknie kokosząca się w reportażu: śmieci „błyszczą nocą jak kostki cukru”, „tory przypominają tu zabliźnione szwy”, „poranne światło jak snajper mierzyło w każdy szczegół”, „spod parapetów spływają strumyki, jakby oknom rozmazał się makijaż”, „pomarszczone ściany wyglądały jak w ubojni”. Środki artystyczne, po które sięga Muszyński to wyrafinowana gra słów. Jej nadmiar osłabia jednak efekt całości. Język przestaje przykuwać, a historia Birmy rozmywa się w nadmiarze poezji. Stare wygi reportażu powtarzają, że nadmiar przymiotników źle robi reportażowi. Chyba zgodzimy się, że nie tylko przymiotników.

Andrzej Muszyński w Birmie bywał, czasem dłużej, ale tam nie mieszkał. Nie zasmakował codzienności wydarzeń, problemów. Przebywał tam na zasadzie gościa. Nie zetknął się z codziennością rozłożoną w latach, więc jego opowieść o Birmie zasadniczo różni się od opowieści Ilony Wiśniewskiej o Spitsbergenie, który autorka pomieszkuje właśnie od lat. I wydaje mi się, że w przyszłości szczytem reporterskiej narracji będą opowieści ludzi żyjących i mieszkających latami w jednym miejscu. Nie można robić autorowi „Cyklonu” zarzutu, że zamiast mieszkać, odwiedzał Birmę, bo tak robi większość reportażystów. Z jakości takiego bycia tam wyrasta jednak odmienna treść opowiadanych wydarzeń. Andrzej Muszyński pisze jak człowiek przytłoczony informacjami, detalami, szczegółami. Pisze zachłannie rozkładając przestrzeń, którą przemierza na nanosekundy. Chce rozpisać wszystko i widać, że boi się, że przegapi coś ważnego, więc pisze krok po kroku. Zamienia się w detalistę, który przejście pustą ulicą zamienia w wydarzenie. I tak w moim odczuciu zachowuje się człowiek, który gdzieś bywa na chwilę, którego uwagę przejmuje wszystko to, z czym za chwilę będzie się musiał pożegnać. Nieco inaczej rozkłada się uwaga mieszkańca danego miejsca, oswojonego z jego codziennością, wchodzącego w niuanse rzeczywistości.

Dr Paulina Małochleb napisała zachwycona po przeczytaniu jego „Miedzy”, że Andrzej Muszyński ma „fantastyczną umiejętność podglądania świata”. I tak jest. Problem w tym, że pisząc o wsi, z której wyrósł niesie nam historię przeżartą właśnie przez życie. Tu w Birmie chyba padł jednak ofiarą zachwytu, a potem szczegółu. Nie wiem, w czym jest problem, czy w tym, że rozmawiał tam z ludźmi za pośrednictwem tłumacza, czy z niewłaściwymi, a może zabrakło czasu na głębsze rozmowy? Czytając „Cyklon”, czuję się, jakby ktoś pokazywał mi Birmę, słyszę głosy tego kraju, ale go nie czuję. To źle, jeśli reportaż o demoralizacji władzy, o krwawej historii polityki partykularnych interesów, o kolonializmie, torturach, nie porusza. Widzę Birmę w poetyckich obrazach, słyszę w głosie pisarza, ale serce bije mi równymi uderzeniami, które zachwyciłyby każdego kardiologa. A powinno się wyrywać, zastygać, szarpać, dusić.

Moją uwagę w „Cyklonie” przykuła historia o Ericu, niezbyt zamożnym mieszkańcu Imperium Brytyjskiego, który dzięki stypendium kończy elitarny Eton, potem zostanie urzędnikiem w Birmie, którą opisze z ogromną empatią i tak szczerze, że długo nie może znaleźć wydawcy w Anglii. W końcu go znajduje, ale i tak woli publikować pod pseudonimem, najbardziej podoba mu się George Orwell, bo Orwell „to rzeka w Suffolk, nad którą uwielbiał spacerować”. To prawdopodobnie w Birmie Orwell zobaczył torturę polegającą na wrzuceniu więźnia do dołu z wygłodzonymi szczurami, którą opisał w „Roku 1984”. W tym opisie osiągnął Muszyński finezję zaskoczenia, lapidarności i spełnienia stawianych mu oczekiwań. Edmund Leach, którego Muszyński cytuje w książce powiedział, „że nie należy szukać na siłę uniwersalnej opowieści o przeszłości, bo to rozbieżności między nimi mówią o nas najwięcej”. Jeśli nie zachwyciłam się Birmą Muszyńskiego, to pewnie dlatego, że filtruje jej historię z poziomu władzy, przemocy i wojska, a wydaje mi się, że ten język narracji reporterskiej już się powoli wyczerpuje, że ciekawszą perspektywę oddaje relacja człowieka gdzieś z boku, uwikłanego i próbującego żyć w tej codzienności, nie z wyboru, a z konieczności. Chciałabym, żeby Andrzej Muszyński następnym razem, gdy pojedzie do Birmy spróbował zmienić perspektywę, podobnie jak to zrobiła Åsne Seierstad w „Księgarzu z Kabulu”. Pamiętając skąd przybywa spróbował wejść w cudzą skórę i niechby, chociaż napisał jak to jest być mężczyzną w Birmie dzisiaj.

Recenzja książki Cyklon, Andrzej Muszyński, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2015. Opieka redakcyjna: Łukasz Najder. Redakcja: Magdalena Budzińska. Korekty: Andrzej Piotr Lesiakowski / d2d.pl, Małgorzata Tabaszewska / d2d.pl. Redakcja techniczna: Robert Oleś / d2d.pl. Projekt okładki: Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka. ISBN 978-83-8049-102-1. Stron: 253. Data premiery: 17 czerwca 2015.

 

PS Jeden z czytelników podrzucił mi link do tekstu dr Michała Lubiny, pracownika w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, który dokonał rzetelnej i merytorycznej oceny "Cyklonu", wyłapując niestety 40 błędów merytorycznych! Jego ocena Birmy w ujęciu Andrzeja Muszyńskiego jest do przeczytania na portalu www.polska-azja.pl .

 

PS Dyskusja wokół Cyklonu trwa. Jest gorąca i emocjonująca. Na portalu www.polska-azja.pl przeczytacie odpowiedź Andrzeja Muszyńskiego na zarzuty dr Michała Lubiny i replikę dr Lubiny.

 

PS Książka 25 czerwca 2015 r., godz. 21:00 – 22:00 będzie walczyć o tytuł „Książka Miesiąca” w programie Koło Kultury Radia Kraków. Recenzentka wystąpi tam gościnnie w roli jurora.

 

 

Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów newsletter i polub Fanpage

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
recenzentka.blox.pl
Czas publikacji:
wtorek, 16 czerwca 2015 13:36

Trackback

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014