Recenzentka

Wpis

sobota, 11 kwietnia 2015

Białe. Zimna wyspa Spitsbergen - Ilona Wiśniewska

Największym zaskoczeniem po lekturze Białe. Zimna wyspa Spitsbergen jest to, że tam jest zwyczajne, codzienne, normalne życie. No prawie normalne, jeśli weźmie się pod uwagę skalę temperatur, noce polarne i dostęp do reszty świata. Ilona Wiśniewska mieszka na Spitsbergenie i pracuje w tamtejszym archiwum. A ta książka to dowód na to, że marzenia się spełniają tym, którzy je realizują.

 

Jeśli kiedykolwiek marzyliście jednak o Północy, to nie czytajcie tej książki. Nie czytajcie jej, bo nie opanujecie już melancholii i rozdzierającej potrzeby zanurzenia się w ciszę „przerywaną odgłosami odłamujących się kawałków z nieodległego lodowca Nordenskiöld, ciszę, która odbija się od nieruchomej wody”. Nie czytajcie tej książki, bo zaczniecie wpatrywać się w nieodległy horyzont, marząc, żeby był niekończącą się bielą kilku warstw śniegu. Nie bierzcie do ręki tej książki, bo nie opuści was dźwięk mruczącej zorzy polarnej, która zamieni was w zombie, nienasycone, wiecznie głodne tej dziwnej, poruszającej się poświaty.

Ilona Wiśniewska zabiera nas na Spitsbergen codzienny, pokazując rzeczywistość upajająco oderwaną od chaosu naszej codzienności. Świat wyrwany ze szponów szumu informacyjnego, kotłowaniny codziennych spraw, wiecznej pogoni, szarpania się z ułomnościami życia. Pokazała wyspę, która wiele daje, a tym, którzy jej nie szanują lub bagatelizują jej siłę, potrafi wszystko odebrać. Przedziwne miejsce, które przyciąga ludzi z całego świata; czterdzieści cztery narodowości, a największą mniejszością są Tajowie. Mieszka tam też kilku Polaków. Ilona Wiśniewska opowie ich historię. Opowie historię wyspy, która daje wytchnienie od świata. Opowie historię miejsca, w którym można być sobą. Opowie, co to za uczucie, gdy przychodzi twoja pierwsza w życiu noc polarna, wyspa zaszywa się w ciemności i wysysa z ludzi resztki energii, której nie uwalnia przez kilka miesięcy światło poranka. Wreszcie opowie o końcu świata poniewieranym mrozem, śniegiem, skutym lodem, który rozgrzewa nadzieję wszystkich tych życiowych rozbitków, zaczynających tam wszystko jeszcze raz.

Białe. Zimna wyspa Spitsbergen została zgłoszone do 6. edycji Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za reportaż literacki i z niezrozumiałych dla mnie względów zupełnie pominięta przez jury, które nie potrafiło dostrzec piękna opowiadania o miejscu, w którym nieważne są nagrody, wyróżnienia, nominacje. Miejscu, w którym człowiek uczy się człowieczeństwa w osobny sposób. Trudny i bezkompromisowy. Może jednak faktycznie nie czas i miejsce na takie historie w Polsce. Jesteśmy na tym etapie zachłyśnięcia radością posiadania, że widmo dobrowolnego wyzbycia się wszystkich atrybutów zamożności, może się okazać narracją przedwczesną dla nas. Od nowobogackiej elity do Spitsbergenu jest długa droga, chociaż i na Spitsbergenie można pokazać, na co człowieka stać. Niemniej jednak to właśnie takie reportaże powinny dostawać nagrodę Kapuścińskiego. Nie wycieczki reporterskie, podczas których coś się reporterowi obije o uszy, coś mu opowie przewodnik, coś wytłumaczy tubylec. Nagrodę Kapuścińskiego powinny dostawać książki reporterskie przeżyte, szyte nierównym ściegiem historii i życia. Książki wyrastające z miejsca, zmieniające się wraz z ludźmi, którzy to miejsce opisują. Piękne historie, które tak subtelnie, niedramatycznie, a jednak uderzająco opowiadają o nas ludziach i naszym człowieczeństwie.

Wbrew pozorom to właśnie tam na Spitsbergenie najbardziej uderza chęć wyzwolenia się od cywilizacyjnego zgiełku z pazernością świata. Z jednej strony Spitsbergen przyciąga uciekinierów, marzycieli. Rzucają świetne posady, żeby zacząć wszystko od nowa. Wyzbywają się prestiżu, stanowisk, ale też wstydu, żeby zakasać rękawy i czasami po raz pierwszy w życiu pracować fizycznie. Tu można odmienić swój los. Górnik bez powołania i nauczycielka gry na pianinie zostają najbardziej znaną parą fotografów w historii Spitsbergenu. On Norweg, ona Austriaczka; Herta i Leif Grøndal. To miejsce, gdzie trzeba umieć przetrwać. Nie poradzisz sobie, to zginiesz. A zginąć można na setki sposobów: zamarznąć na mrozie, paść łupem niedźwiedzi polarnych, utonąć, dać się pogruchotać napierającym blokom lodowców. To przyroda wyznacza tutaj granice; człowiek może je jedynie naginać. Buduje, więc domy, całe osady; eksploatuje złoża natury. Wreszcie tworzy substytuty porzuconego życia: pizzerię na Spitsbergenie, bar sushi, Dark Season Blues – „najbardziej północne święto miłośników bluesa”, Polarjazz, basen, siłownię, lotnisko. Zdobycze cywilizacyjne przecinają się z żywiołem przyrody. Raz jedno, innym razem drugie wygrywa. Phillips rozświetla domy białymi lampami, które mają podczas nocy polarnej ułatwić wstawanie. Widziałam takie lampy w swoim czasie w Luleå, potwierdzam – pomagają. Opuszczone kopalnie zamieniają osady w miasta duchów. Powstaje podstawówka, gimnazjum. To, że na Spitsbergenie wszędzie można dojechać zaprzęgami psimi, które omijają szerokim łukiem skutery śnieżne nikogo nie dziwi. Dziwi jednak fakt, że są tam taksówki, a ludzie poruszają się autami, które można bezpiecznie zostawić z kluczykami w stacyjce. No może za wyjątkiem weekendów, kiedy popici mieszkańcy wyspy wracają z dyskoteki i może zdarzyć się tak, że na rauszcie pomylą sobie auto albo pożyczą, żeby zaoszczędzić na taksówce. Największym dla mnie zaskoczeniem okazała się cena „hyttor”, czyli skandynawskich domków letniskowych, które potrafią tutaj dojść do dwóch - trzech milionów koron, a mimo to znaleźć nabywców. Jak pisze jednak Ilona Wiśniewska „hytta to styl życia i stan umysłu, rytuał, kawa i koniak” dla każdego Norwega, a to oni administrują wyspą, ale też dla każdego Skandynawa.

Spitsbergen to jedno z tych miejsc, gdzie w najbardziej uderzający sposób łączy się żywioł natury z wynalazkami cywilizacji. Z jednej strony osady są atakowane przez wścibskie niedźwiedzie polarne, a wychodząc z domu dobrze jest mieć przy sobie broń, zwłaszcza zapuszczając się dalej od osiedli. Przedszkola organizują dla dzieci polowania na renifery, które ojcowie oprawiają na oczach maluchów. „Kupę robi się do papierowej torebki, którą następnie toaleta będzie spalać przez kilka godzin”, bo na wyspie nie ma potrzebnych bakterii do poradzenia sobie z odchodami, a liczba mieszkańców rośnie siedem razy szybciej niż w samej Norwegii. Do tego wyspa stała się atrakcyjnym celem wypadów turystycznych. Ilona Wiśniewska przygląda się jej oczami przybysza, nabiera dystansu, który przychodzi po latach zamieszkiwania tutaj. W pewnym momencie staje się tutejsza, z wszystkim tym, co wpisuje się w nastrój bycia stąd. Gdy więc opisuje grupy turystyczne na kilka godzin przybijające statkami do brzegów Spitsbergenu, eksplorujące według schematu kawałek lądu, człowiek zaczyna rozumieć różnicę pomiędzy: być, mieszkać, przeżyć i zrozumieć, a przyjechać, zobaczyć i odjechać. Ubrani w takie same puchowe kurtki chroniące przed mrozem, przejdą ustaloną trasą, zaglądną osłupieni przez okna ludziom do domów, dziwiąc się, że tutaj ktoś mieszka, zjedzą w przygotowanej dla nich restauracji posiłek, kupią takie same, co kilka grup przed nimi pamiątki i odjadą, ciesząc się, że zaliczyli Spitsbergen. Podobnie wygląda zdobywanie bieguna północnego. Taśmowo, dla wygodnych z lotem helikopterem, grillem z piwkiem na miejscu.

Białe. Zimna wyspa Spitsbergen rozdziewicza wyobrażenie o tym miejscu świata, które już dawno zdobyte, padło takim samym mechanizmom jak każdy inny zakątek świata odkryty i wykorzystywany przez człowieka. Ilona Wiśniewska opisuje jak zmieniało się to miejsce, wraz z ze zmienianiem się jego przeznaczenia. Opisze historię, dyskretnie wplatając ją w codzienność wyspy. Patrząc z dzisiejszej perspektywy opisze różnicę pomiędzy byłymi i obecnymi mieszkańcami. Powie kim są przybywający tutaj ludzie, co sprawia, że zostają w tak wymagającym dla człowieka miejscu „gdzie nie ma ani jednego drzewa, a pokrywa tundry nie wzrasta wyżej niż do około trzydziestu centymetrów, leży niewzruszona, jako gwarancja na to, że świat przetrwa”. Jest obserwatorką czujną, czule traktującą wyspę, która w równym stopniu daje i zabiera. Wybrzmiewa z jej tekstów pewien rodzaj tęsknoty za życiem w idealnej komitywie z przyrodą, drugim człowiekiem. To najpiękniejszy dowód na to, że można być marzycielem i można spełnić się w życiu godnym, dobrym, w którym jest miejsce na bycie sobą. Spitsbergen to papierek lakmusowy człowieczeństwa, czasami śmiesznie wypadającego na tle tamtejszej rzeczywistości, tak jak polityk, który w marynarce zwiedza wyspę.

Recenzja książki Białe. Zimna wyspa Spitsbergen, Ilona Wiśniewska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014. Stron206. Wydanie I. Książka zawiera bibliografię. Opieka redakcyjna: Łukasz Najder. Redakcja: Tomasz Zając. Korekta: Anna Brynkus-Weber/d2d.pl, Zuzanna Szatanik / d2d.pl. Projekt okładki: Agnieszka Pasierska/Pracownia Papierówka.

PS Wytropiłam literówki: na str. 134 „więc w Bollebu nie na rzeczy zbędnych”

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
recenzentka.blox.pl
Czas publikacji:
sobota, 11 kwietnia 2015 13:06

Trackback

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014