Recenzentka

Wpis

piątek, 20 marca 2015

Biedny jak polski pisarz

Z pisania książek żyje w Szwecji około stu osób, średnie roczne zarobki pisarzy oscylują na poziomie 120 000 koron, ale sporo z nich to milionerzy. W 2013 na podium wśród najbogatszych szwedzkich pisarzy stanęła znana również w Polsce Camilla Läckberg, która zarobiła 20,9 milionów koron. Nieco gorzej wypadł ze swoimi 11,8 mln Henning Mankel, czy Jan Guillou z 5,5 mln i Jonas Gardell z 5,1 mln. Jak pokazuje zestawienie, które opublikowała Svenska Dagladet nie tylko autorzy kryminałów mogą liczyć na niezłe profity. Göran Rosenberg, który niedawno gościł w Polsce ze swoją przecież nie rozrywkową książką Krótki przystanek w drodze z Auschwitz odnotował zarobki na poziomie 440 000 koron. W Norwegii wszystkich kolegów po piórze zdeklasował Jo Nesbø, który w 2012 zarobił ponad 20 mln zł. Nieco lepsze stawki mają pisarze anglojęzyczni. Według „Forbesa” w 2013 roku E.L. James, autorka „Pięćdziesięciu twarzy Greya” zarobiła 95 mln dol, a zamykający dziesiątkę najbogatszych pisarzy Stephen King 20 mln dol.

 


Zejdźmy jednak na ziemię, czyli do Polski. Gdy rok temu Kaja Malanowska, otrzymała rozliczenie ze sprzedaży „Patrz na mnie, Klaro”, książki nominowanej do Paszportu Polityki i do NIKE, wyszło, że miesięcznie z pisania dostaje mniej niż osoba bezrobotna na zasiłku. Kwota, którą zarobiła Malanowska to jednak standardowy przychód netto, na który może liczyć pisarz uprawiający w Polsce literaturę niekomercyjną. A porównując jej sytuację z początkową biedą najlepiej dziś zarabiających pisarzy, można wręcz powiedzieć, że jest krezusem na rynku książki. J.K. Rowling zanim wydała „Harry’ego Pottera” była matką z dzieckiem na zasiłku, której książkę odrzuciło kolejnych dwunastu wydawców zanim trzynasty dał jej szansę. Stephen King i Dan Brown pracowali w sektorze publicznym. Brown na dwóch etatach, King nie mógł dostać nawet jednego.

Jak żyją pisarze w Polsce – kraju, w którym nie czyta się książek, skoro pisarka, której książka została nominowana do dwóch najbardziej prestiżowych nagród literackich, zarobiła na niej mniej niż bezrobotny na zasiłku? Pisarz, który nie utrzymuje się z pisania książek, a takich jest większość, to człowiek od wszelkiego rodzaju chałtur okołoliterackich. Zarabia na pisaniu artykułów, robieniu wywiadów, udziale w audycjach radiowych, programach telewizyjnych, panelach dyskusyjnych, festiwalach. Milena Rachid Chehab rok temu na łamach Gazety Wyborczej sprawdziła, gdzie pisarze mogą liczyć na największe pieniądze. Okazuje się, że najlepsze są oczywiście w telewizji, filmie i całkiem niezłe w radiu – 50 zł za minutę czytania książki na antenie radiowej, o ile wydawnictwo nie odda praw do czytania gratis w ramach promocji. Szczęściarz, jak podkreśla autorka tekstu, może wyciągnąć 50 000 zł. Pisarze dostają 300 – 800 zł za spotkanie autorskie, a gwiazdy wśród nich nawet 2 -3 tysiące. Są tacy, którzy mają takich spotkań kilka, a nawet 50 rocznie. Niektórzy za 3 - 4 artykuły prasowe dostają więcej niż za sprzedaż książki. Do tego dochodzi prowadzenie kursów kreatywnego pisania i wykładów na uniwersytetach. Pozostali funkcjonują w różnych sytuacjach publicznych jako eksperci, dla przykładu Ziemowita Szczerka można spotkać na debatach o Ukrainie, Katarzynę Tubylewicz podczas rozmów o Szwecji, Grażynę Plebanek i Ingę Iwasiów o seksie w literaturze, a wcześniej tę ostatnią podczas rozmów o blogosferze. Lubelski Teatr Stary za udział w dyskusji o kulturze płaci 1 000 zł jak informuje Milena Rachid Chehab. Podsumowując, pisarz musi najpierw zarobić na pisanie książek. Czy zatem pisanie to zajęcie dla mężów przy bogatych żonach i córek z majętnych rodzin?

Pisarz nie jest zawodem szczególnie poważanym przez państwo polskie, które zmusza autorów, żeby się zabijali o nieliczne stypendia, a jeśli nie stać ich na płacenie ubezpieczenia i odkładanie na emeryturę, nie mają co liczyć, że państwo się nimi zaopiekuje w chorobie, czy na starość. Nie wszędzie jednak pisarzy traktuje się tak źle. Są kraje, które przykładają dużą wagę nie tylko do kultury czytania, ale też gwarantują ludziom pióra godne warunki życia, wdrażają też systemowe rozwiązania, które ułatwiałyby i start, i rozwijanie swojej twórczości na w miarę komfortowym poziomie. Widać są miejsca na świecie, w których pisarze wciąż są w cenie, dopieszczani z równie dużą troską jak stan dróg publicznych. Czego nie mogę jednak powiedzieć o kraju, w którym nie ma pieniędzy na projekty literackie pisarzy, ale są na zakup limuzyn dla urzędników i na ryczałty za benzynę dla polityków, którzy nie mają nawet aut.

Gdyby, więc porównać sytuację z innymi krajami, okaże się, że dobrze mają jak zwykle pisarze skandynawscy. W Norwegii biblioteki mają obowiązek kupowania nowości, co oznacza, że każdy pisarz już na dzień dobry może liczyć na sprzedaż 5 000 egzemplarzy, a co za tym idzie i na honoraria. Poeta Henning Bergsvag pochwalił się portalowi ksiazki.onet.pl, że przeżył dwa lata za fundusze ministerialne, pracując nad tomikiem poetyckim. Milena Rachid Chehab na łamach "Gazety Wyborczej" opisuje, że w Szwecji państwo płaci specjalnej fundacji za każde wypożyczenie książki w bibliotece. Potem z tych funduszy wypłacane są stypendia, nawet kilkuletnie, w niektórych przypadkach trwające do emerytury. Utrzymuje się z niego na przykład Anders Bodegård, szwedzki  tłumacz Kapuścińskiego, Szymborskiej i Gombrowicza.

Co w takim razie w Polsce jest wymiernym sukcesem sprzedażowym i na jakim poziomie zaczyna się w ogóle sukces komercyjny? W 2012 roku został przygotowany ranking na podstawie analizy liczby sprzedanych egzemplarzy i w nim wśród polskich autorów najlepiej wypadł Wojciech Cejrowski, który zarobił 1,87 mln zł. W złotej dziesiątce 2011 znaleźli się Joanna Chmielewska (868 tys.), Wojciech Mann (674 tys.) , Monika Szwaja (616 tys.) , Artur Domosławski (479 tys.), Janusz Głowacki (399 tys.) , Szymon Hołownia (285 tys.) i Kinga Rusin (214 tys.). Najlepiej zarabiają, jak pokazuje powyższe zestawienie autorzy literatury łatwej, lekkiej i przyjemnej i celebryci, z niewielkimi wyjątkami. Należą do nich też m.in. Dorota Masłowska, Michał Witkowski, czy Olga Tokarczuk. Dorota Masłowska dzięki „Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną” kupiła sobie mieszkanie na warszawskiej Pradze. Michał Witkowski za „Lubiewo” miesiącami podróżował po Ameryce Łacińskiej. Co wciąż robi żałośnie mizerne wrażenie w porównaniu choćby ze Szwedami, którzy nie są przecież najbogatszymi pisarzami na światowym rynku książki.

Beata Stasińska, wydawca i wiceprezes zarządu Grupy Wydawniczej Foksal w rozmowie z Olą Długołęcką dla portalu kobieta.gazeta.pl stwierdziła, że „bardzo współczuje autorom, którzy nie są w stanie utrzymać się z pisania”. Powołując się na dane z Niemiec podkreśliła, że tam niespełna 10% ludzi kultury utrzymuje się ze swojej twórczości i to niekoniecznie na satysfakcjonującym ich poziomie. Trzeba jednak dodać, że rynek niemiecki, to ten, gdzie zaliczki dla autorów wynoszą do kilkudziesięciu tysięcy euro. Poza tym istnieje tam dobrze rozwinięty system grantów i stypendiów dla pisarzy, czego nie można powiedzieć o Polsce, w której może 1% osób utrzymuje się ze swojej twórczości, a stypendia można policzyć na palcach jednej ręki. Czy zatem współczucie jednego z największych wydawców w Polsce uratuje pisarzy od śmierci głodowej?

 


Stasińska zwróciła też uwagę na coś, co szczególnie dotkliwie uderza w polski rynek książki, i co tak mocno uderzyło w komentarzach na wypowiedź Kai Malanowskiej na jej profilu facebookowym i w późniejszym felietonie na stronie Krytyki Politycznej oraz w wywiadzie internetowym dla portalu natemat.pl. Ci, którzy biorą udział w grze o polskiego czytelnika, nie potrafią solidarnie bronić swoich interesów. Najmocniej Malanowskiej dokopali jej koledzy po piórze. Jeden z nich określił ją pogardliwie „ponoć pisarką”. Inny poradził, żeby szybciej pisała i lepiej negocjowała umowy. Pozostali skomentowali, żeby przestała się mazgaić i nie kompromitowała zawodu pisarza, a jak chce więcej zarabiać, niech zmieni półkę na bardziej komercyjną. Krzysztof Varga na łamach Dużego Formatu napisał wręcz: „ >>pierdolenie pisania<< to jest najlepsze, co Malanowska dla literatury może uczynić”.

Beata Stasińska mówiła we wspomnianej rozmowie o braku solidarności na rynku książki. Kolejne wnioski przynoszą Grzegorz Jankowicz, Piotr Marecki, Alicja Palęcka, Jan Sowa, Tomasz Warczok, autorzy publikacji Literatura polska po 1989 roku w świetle teorii Pierrea’ Bourdieu. Raport z badań (Korporacja Ha!art, Kraków 2014). Analizując komentarze, z jakimi spotkało się wystąpienie Kai Malanowskiej Grzegorz Jankowicz podkreśla, jak podwójne życie pisarza oddającego się działalności artystycznej i użytkowej zostało szybko „zaakceptowane” i „zneutralizowane” przez samo środowisko. W opinii Jakuba Żulczyka, prozaika, scenarzysty i felietonisty najlepszym rozwiązaniem trudnych warunków materialnych pisarzy jest poszerzenie oferty usług pisarskich. Z kolei Krzysztof Varga odmawiając talentu literackiego Malanowskiej, zamiast wysilić się na merytoryczną dyskusję, wykorzystuje sytuację, żeby skrytykować pisarkę, pomniejszyć znaczenie jej osiągnięć a tym samym umocnić swoją pozycję i utrwalić nienaruszalny constans na rynku książki, który niewątpliwie mógłby osiągnąć pożądaną różnorodność, gdyby znani pisarze tak agresywnie nie odmawiali pojawiania się na nim nowych twarzy. Również w wypowiedzi Elizy Szybowicz na stronie Krytyki Politycznej pojawia się podobny wniosek. Stwierdzi, że wystąpienie Kai Malanowskiej, które mogłoby być zaczątkiem ważnej dyskusji posłużyło krytykującym ją pisarzom wyłącznie do zaznaczenia swojej pozycji.

Od jakiegoś czasu zastanawiamy się w Polsce, dlaczego nordycka literatura ma się tak dobrze na świecie i dlaczego polska z takim mozołem przebija się na rynki międzynarodowe. Na Północy ludzie mają świadomość, że tak małe narody, posługujące się tak małymi i nieznanymi językami, żeby się sprzedawać i u siebie, i poza krajem muszą wzmocnić siły. Oferuje się, więc swoim pisarzom system grantów, stypendiów, do ich dyspozycji są domy pracy twórczej. Poszczególne państwa wprowadzają, rozwiązania systemowe, które gwarantują sprzedaż, chociaż na podstawowym poziomie. To się przekłada na jakość i ilość literatury, która powstaje u naszych północnych sąsiadów, którzy zamiast walki o byt, walczą wyłącznie z weną twórczą. W efekcie państwem, w którym żyje najwięcej pisarzy na stu mieszkańców jest Islandia. Tymczasem minister kultury i dziedzictwa narodowego prof. Małgorzata Omilanowska na finansowanie kultury dostaje z budżetu nieco ponad 3 miliardy złotych. Z tego, jak opowiedziała w wywiadzie z Zofią Król dla portalu dwutygodnik.com, blisko 50% idzie na szkolnictwo artystyczne, 20% na wydatki związane z dziedzictwem narodowym, czyli ochronę zabytków, utrzymanie muzeów, archiwów i miejsc pamięci. Jak widać, nie ma szans na zaspokojenie pozostałych potrzeb kultury z marnych 30%, które jak się domyślam pochłoną głównie projekty filmowe i teatralne.

Światłem w tunelu wydawała się do niedawna nowa minister kultury, która wprawdzie dostaje za mało pieniędzy na kulturę, ale ma przynajmniej świadomość problemów z czytelnictwem i kondycją pisarzy w Polsce. Mówiła o tym zresztą w rozmowie z Piotrem Bratkowskim dla Newsweeka. Przyznała wówczas, że „ludzie zatrudnieni w sektorze kultury są w Polsce najgorzej zarabiającą grupą społeczną”. Wszyscy mamy świadomość, że życie polskiego pisarza to na ogół nieustanna walka o przeżycie. Jeśli książka nominowana do dwóch najważniejszych nagród literackich daje zarobek niższy niż zasiłek dla bezrobotnego, to może właśnie tutaj należy szukać problemu z polską literaturą. Są jak widać dwie drogi do życia z literatury: sukces artystyczny lub komercyjny. Ci, którzy odnieśli sukces artystyczny, ich twórczość została doceniona przez krytykę, mają szansę na wszelkiego rodzaju chałtury okołoliterackie i to dzięki nim zarobią na pisanie kolejnych książek. Nieliczni, których książki zarobiły na siebie mogą zająć się wyłącznie tworzeniem kolejnych fabuł. Problem w tym, że taka dwuobiegowość pisarzy nie służy literaturze. Nie mówiąc o tym, że aspirujących pisarzy jest więcej niż może wyżywić rynek. Znani i docenieni pisarze, jak pokazała dyskusja wokół Kai Malanowskiej, bronią dostępu do rynku. Agresja, z jaką zaatakowali koleżankę po piórze świadczy, że pieniądze, które są na stole do podziału, to niezła kasa. Szczerze mówiąc też wolałabym napisać artykuł za 1300 niż chodzić za tę kwotę przez miesiąc na osiem godzin dziennie do pracy.

Niepokojące jest to, że minister kultury trudno jest sobie wyobrazić, aby państwo mogło zrobić rewolucję na rynku książki, coś co dzieje się przecież w krajach nordyckich. Naiwnie łudziłam się, że prof. Małgorzata Omilanowska właśnie od rewolucji zacznie swoje urzędowanie, szybkiej, bo to, co wymyślono i zweryfikowano na Północy tylko czeka na implementację z powodzeniem w Polsce. Jestem przekonana, że sukces literatury krajów nordyckich bierze się również z tego, że każdy tam ma taką samą szansę na debiut. W Polsce dostępu do tego rynku bronią pisarze o ugruntowanej pozycji, świadomi, że większa konkurencja na rynku to mniejsze szanse na nagrody i profity. Jeśli o kawałek literackiego tortu walczą te same osoby, które parają się krytyką literacką, decydują o przyznawaniu nagród literackich, ustalają listy gości festiwalowych, stoją na czele redakcji pism literackich, to chyba nie trzeba geniusza, żeby zrozumieć jak hermetyczną przestrzeń tworzą, i jak trudno tam o nowe twarze, literackie objawienia, świeże debiuty. Osoby z talentem, ale poza tym literackim obiegiem nigdy nie zadebiutują, a jeśli im się uda, to rynek zignoruje ich obecność lub skrytykuje tak ostro, że nikt się nimi nie zainteresuje. Gdy zatem ktoś się jeszcze zastanawia, dlaczego polska literatura nie zdobywa rynków zagranicznych, to właśnie, dlatego że kisi się we własnym sosie i nie dopuszcza nowych twórców do głosu. Odpowiednie wsparcie publiczne mogłoby mocno zachwiać rynkiem i wyłonić nowe gwiazdy literatury. Nie jest to jednak w interesie tych nielicznych, których talent mógłby zbladnąć na ich tle. Słusznie, więc bronią własnej hegemonii nie upominając się o zmianę sytuacji, a tych którzy to robią tak jak Kaja Malanowska, czy niedawno Zygmunt Miłoszewski obrzucają bluzgami i błotem. Jak mówił Darwin, przeżyją ci najlepiej przystosowani. A polskim pisarzom nie można odmówić umiejętności zawiązywania odpowiednich sojuszy torujących drogę do sukcesu.

 

Anna Dutka

 

Pozostałe źródła, z których korzystałam: Aftonbladet, affarsvarlden.se, Svenska Dagbladet, Dagens Nyheter, Dagens Nyheter, wroclaw.gazeta.pl, Krytyka Polityczna, Duży Format, wyborcza.pl/magazyn.

ZAPROSZENIE NA WYDARZENIE: (informacja na Facebooku)

Osoby zainteresowane poruszonym w tym wpisie tematem zapraszam bardzo serdecznie na spotkanie "Literat na kasie, czyli status współczesnego twórcy literatury" w ramach cyklu allin.talks organizowanego przez Nauka All In UJ, którego gościem będą: Wit Szostak i Alicja Palęcka. Recenzentka wystąpi tam w roli moderatorki spotkania.

POLECAM RÓWNIEŻ:

Empik - czekając na upadek molocha

Dlaczego Zygmunt Miłoszewski ma rację, a Jan Hartman myli się

 

PATRONAT MEDIALNY  - MARZEC 2015:

 

Kukła Kokoschki, Afonso Cruz - Recenzja Książki

Kukła Kokoschki, Afonso Cruz - Pierwsze zdanie

Kukła Kokoschki, Afonso Cruz - Cytat

Włoskie szpilki, Magdalena Tulli - Recenzja książki

Włoskie szpilki - Magdalena Tulli - Cytat

Włoskie szpilki - Magdalena Tulli - Cytat

Włoskie szpilki - Magdalena Tulli - Pierwsze zdanie

Pulsary, Michał Sobol - Nominacja do Nagrody im. Wisławy Szymborskiej

 

Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów newsletter i polub Fanpage

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
recenzentka.blox.pl
Czas publikacji:
piątek, 20 marca 2015 12:20

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość krzysztofmroczko napisał(a) z *.ssp.dialog.net.pl komentarz datowany na 2015/03/20 12:59:29:

    Hm, sporo tekstu, przez co momentami dla mnie mało czytelny. Niemniej dobry i potrzebny, choć nie ze wszystkimi tezami się zgadzam.
    Porównanie do Skandynawii jakoś niezupełnie mnie przekonuje, bo jednak jesteśmy kilkanaście miejsc niżej na liście najbogatszych państw. No i rozmiar krajów, wielkość ludzi zupełnie nie ta. Poza tym korzystają z mody na swoją literaturę, wywołaną nie jakością przecież a świetnym PR (ale to temat na osobną dyskusję).
    Co do pisania bez grantów - wspomniany Witkowski napisał co najmniej jedną książkę na stypendium, sporo innych polskich pisarzy też, co często można wyczytać w informacjach o książce na karcie informacyjnej.
    Zgadzam się, że problem jest, ale skoro jedni funkcjonują a drudzy nie, to chyba jakoś się tak składa, że jest równowaga. Nie za bardzo widzę też możliwości uregulowania odgórnego, jak jednakowa cena książek czy konieczność zakupu książek przez biblioteki (finansowanie przez biedne gminy zamyka placówki, nie je otwiera, prawda?) i tak dalej. Pewnej szansy upatruję w tym, byśmy wszyscy lepiej zarabiali, bo uważam, że zamożniejsze społeczeństwo więcej środków przeznaczyłoby właśnie na kulturę. Oczywiście, może to być tylko mój przesadny optymizm.

  • Gość Books and Babies napisał(a) z *.internetdsl.tpnet.pl komentarz datowany na 2015/03/20 13:01:50:

    Aniu, u Ciebie jak zwykle wszystko opisane z dbałością o każdy szczegół, a zagadnienie poruszyłaś wyczerpująco. Tymczasem w Wielkiej Brytanii pisarz jest na pierwszym miejscu zawodów, w jakich chcieliby pracować Brytyjczycy. Ciekawe, jakie tam mają honoraria? Jest okropne, że najlepiej sprzedają się w Polsce książki celebrytów, podrzędnych prezenterów itp. Blogerki modowe i kulinarne też podobno niezłą sprzedaż mają...

  • Gość Marlow napisał(a) z 31.179.250.* komentarz datowany na 2015/03/20 15:57:22:

    Czyż to nie paradoks, że ci którzy powinni stać na straży wolności myśli i słowa oczekują ingerencji państwa w swoją dziedzinę. A przecież nie tak dawno jeszcze państwo "sprawowało opiekę" także nad literatami, tyle że niewiele z ich dorobku przetrwało próbę czasu.
    Pewnie gdyby książka Kai Malanowskiej sprzedawała się jak książki Moniki Szwaji i Katarzyny Grocholi nie miałaby powodu do narzekań a tak może mieć pretensje tylko do rynku czytelniczego, który się na niej nie poznał (za to usłyszał dzięki jej jeremiadzie) i siebie albo swojego agenta, że zawiera z wydawnictwem tak uwłaczające jej umowy wydawnicze.

  • Gość misha napisał(a) z *.torun.mm.pl komentarz datowany na 2015/03/20 20:24:15:

    Po raz kolejny czytam u Ciebie rzetelnego, dobrego, potrzebnego posta. Bardzo Ci za to dziękuję. Udostępniłam na facebooku, niech przeczyta to jak najwięcej osób, bo sytuacja jest przerażająca...

  • recenzentka.blox.pl napisał(a) komentarz datowany na 2015/03/21 14:25:02:

    @krzysztofmroczko Z porównań skandynawskich/nordyckich korzystam, bo jestem skandynawistką i interesuje mnie ten obszar świata ;-) W "Zadrze" pisząc o blogosferze poruszam kwestię zasobności portfela i całkowicie się zgadzam, że przeciętnego Szweda stać na niebo więcej książek niż przeciętnego Polaka. I zgadzam się z Tobą, że wszyscy powinni więcej zarabiać, no może poza posłami.... Przykład służył do pokazania jaka przepaść nas dzieli do skądinąd nie najbogatszych pisarzy świata...

    Co do rozmiaru kraju to jednak powinna jego wielkość grać na korzyść polskiego rynku, który potencjalnie ma więcej odbiorców, a jednak mniej decyzji zakupowych.

    Oczywiście, że są książki pisane z grantów, ale ZA MAŁO. Wydaje mi się, że niezależność od różnych kręgów literacko-towarzyskich osiągnęlibyśmy dzięki rządowemu wsparciu systemowemu. Szwedzi mają swoich pisarzy, IKEA,H&M. Niewiele bardzo silnych marek. Myślę, że pisarze świetnie rekompensują państwu to, co od niego dostają pracując na PKB, na promocję Szwecji itd. Kolejna sprawa to inwestowanie w społeczeństwo kreatywne, innowacyjne. Kraje nordyckie nie przez przypadek wiodą prym na liście najbardziej innowacyjnych państw świata. W pierwszej piątce jest Finlandia i Szwecja! Polska na 25 miejscu... Gdzie będziemy za 10-20 lat??

    Ta równowaga, o której piszesz jest pozorna, skoro rynek jest tak hermetyczny... Jakie szanse na debiut, wsparcie promocji książki ma człowiek znikąd??

  • recenzentka.blox.pl napisał(a) komentarz datowany na 2015/03/21 14:40:31:

    @Books and Babies Dziękuję za dobre słowo :-) Przypuszczam, że te średnie wynagrodzenia są o niebo wyższe od szwedzkich. No i listy najbogatszych pisarzy świata też okupują Brytyjczycy. Ciekawe, że to kobiety przejęły podium: J. K. Rowling, E.L. James. Im jest o tyle łatwiej, że sprzedają się na świecie też bez tłumaczeń. Sporo ludzi czyta po angielsku, my musimy najpierw zainwestować w tłumaczenie. A rynek brytyjski jest bardzo negatywnie nastawiony do literatury obcej, tam naprawdę ciężko się przebić z innej strefy językowej. W Anglii zaledwie 3% literatury to książki tłumaczone na angielski...

    To jest właśnie problem, że większość wydawców interesują pewniaki. O ironio to właśnie niszowe wydawnictwa inwestują w debiutantów, literaturę ambitną. Rolą państwa powinna być opieka nad treściami ambitnymi, które zawsze mają mniej odbiorców. Lubię różnorodność, dlatego zależy mi na pielęgnowania jej. A teraz jest tak jak piszesz...

  • recenzentka.blox.pl napisał(a) komentarz datowany na 2015/03/21 14:44:56:

    @Marlow proszę o uważne czytanie ;-) Przy tak hermetycznym rynku jaki mamy ingerencja państwa jest jedyną ucieczką od cenzury, bo jak inaczej nazwać fakt, że są pisarze ignorowani, tytuły niezauważane, debiuty, które nie ujrzą światła dziennego...

    Treści ambitne zawsze będą miały mniejsze grono odbiorców. Rolą państwa jest zmniejszać tę przepaść i dbać o rozwój literatury. Literatura skandynawska jest marką, w którą inwestują kraje skandynawskiej. To wsparcie tamtejszych rządów przekłada się na zyski. Zarabiają i pisarze i państwo. Ja tutaj widzę wyłącznie korzyści :-)

  • recenzentka.blox.pl napisał(a) komentarz datowany na 2015/03/21 14:47:54:

    @misha Bardzo Ci dziękuję za dobre słowo :-) Przez ostatnie 25 lat ciągle słyszałam, że musimy poczekać aż będzie lepiej, a nie jest lepiej. Na rynku książki jest coraz gorzej. Pora zacząć o tym głośno mówić :-)

  • Gość Marlow napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2015/03/21 22:35:30:

    To chyba jakieś nieporozumienie - literatura skandynawska w Polsce to obecnie kryminały, a od kiedy to jest ambitna literatura? I ciekawe jak urzędnicy państwowi po pierwsze mieliby wyselekcjonować ambitnych autorów/ambitne tytułu a potem przymusić ludność do jej czytania, chyba że wystarczyłyby jakieś stypendia/zapomogi niezależnie od tego ilu nabywców znajdą ich dzieła.

  • Gość pfw napisał(a) z *.dynamic.chello.pl komentarz datowany na 2015/03/22 09:06:15:

    Dzięki za świetny i potrzebny tekst, ale jedna uwaga: krytyka Malanowskiej nastąpiła grubo po publikacji jej książki i po nominacjach do nagród. Każdy kto choć trochę literaturą się interesuje usłyszał o Malanowskiej dużo wcześniej (jest przecież także felietonistką KP), w związku z czym reakcja czytelnicza jest w tym przypadku bardzo bezpośrednią recenzją jej książki.
    Ja w ramach chęci wsparcia Malanowskiej po tych wściekłych atakach (tekst Vargi był straszny, przykład gdy bokser wagi ciężkiej znajduje przyjemność w dokopaniu temu z piórkowej), kupiłem jej książkę lecz daleko w niej nie przebrnąłem, bo jest po prostu słabiutka.
    Obecna reakcja czytelników (oprócz obiektywnych problemów i "dołowania") przypomina trochę sytuację z polskimi filmami jeszcze kilka lat temu, które krytycy chwalili na siłę, a w kinie okazywało się, że to jak zwykle gniot. Ja w polskiej literaturze wielokrotnie ostatnimi laty naciąłem się na różne "świetne książki" (ikonicznym dla mnie przykładem jest Pani Chutnik, która ma fajne pomysły, ale po prostu słabo pisze). Natomiast jak się pojawił taki Twardoch, to krok po kroku utrwalił swoją pozycję, ponieważ facet naprawdę potrafi pisać i to się przekłada na długofalowe zainteresowanie czytelników.

  • Gość nisza napisał(a) z *.ssp.dialog.net.pl komentarz datowany na 2015/03/23 01:31:25:

    Aniu Recenzentko, Pani wpisy na temat rynku książki i krytyki, a raczej jej braku ratują takich wydawców jak ja, czyli Nisza, przed ostatecznym zwątpieniem. Coraz trudniej nam się łudzić, że książki wydane przez małego, nie kupującego patronatów i promocji, niezwiązanego z żadną wpływową instytucją wydawcę mają szansę na równe traktowanie. I nie chodzi o empik, bez niego moglibyśmy sobie świetnie radzić. Gorzej, że recenzenci, chyba przestali być ciekawi literatury. Ważniejsze od książki stało się to, przez kogo jest napisaną i przez kogo wydana.

  • recenzentka.blox.pl napisał(a) komentarz datowany na 2015/03/23 15:13:53:

    @Marlow Owszem Szwedzi zainwestowali w kryminały, które podbiły rynki światowe i kapitalnie. O to właśnie chodzi. Wykorzystali potencjał literatury popularnej, a literatura ambitna zbija kapitał symboliczny na tej popularności. U nas przebija się też szwedzka literatura ambitna, np. świetni reportażyści choćby Goran Rosenberg, Steve Sem-Sandberg, Maciej Zaremba Bielawski (z pochodzenia Polak publikujący w Szwecji). Na fali zainteresowania szwedzkim kryminałem przebija się do nas też ambitniejsza beletrystyka, warto wspomnieć Majgull Axelsson. Czy ta najwyższa półka Per Olov Enquist itd.

    Tu nie chodzi o przymuszanie kogokolwiek. Tak jak napisałam literatura ambitna ma wąskiego i nielicznego czytelnika, stąd potrzebuje wsparcia większego niż literatura popularna, która zazwyczaj radzi sobie komercyjnie. W Polsce literatura popularna potrzebuje normalnego traktowania. Krytycy powinni rozróżniać różne półki i nie porównywać ze sobą literatury komercyjnej z ambitną, bo to nie ma sensu. Natomiast rola państwa polega na uczeniu nas wrażliwości, pokazywaniu co jest dobre i dlaczego. Od ustalania tych kryteriów są specjaliści: literaturoznawcy, którzy znają narzędzia potrzebne do analizy tekstu.

  • recenzentka.blox.pl napisał(a) komentarz datowany na 2015/03/23 15:25:25:

    @ pfw Znamienne było, że po otrzymaniu nominacji do 2 najważniejszych nagród sprzedaż była na tym poziomie, który jest stosunkowo normalny dla literatury ambitnej. W tym widzę problem. Okazuje się, że brakuje nam nabywców takich treści.

    Nie zgodzę się, że o Malanowskiej można było usłyszeć równie dużo i często, co o wspomnianym przez Ciebie Twardochu. Twardoch jest ostro promowany i przez mainstream i przez kolegów. Wspominałam nawet na blogu jak genialnie Twardoch - Orbitowski - Szostak promują się nawzajem. I uważam, że to jest ok, co nie zmienia faktu, że nagłośnienie przez różne media twórczości Malanowskiej jest niewspółmierne do tego, jakie otrzymuje Twardoch. Uważam wręcz, że decyzje zakupowe w dużej mierze zależą od recepcji w mediach, w których Twardocha jest bardzo dużo a Malanowskiej niewiele...

    W odczuciu mężczyzn bardzo często literatura kobiet jest słaba i to nie merytorycznie, obiektywnie, tylko dlatego, że opisuje nieciekawe dla mężczyzn problemy. I tu wracamy do kwestii, którą też już poruszałam: męskie problemy uważane są za uniwersalne, więc literaturę, która je opisuje uznaje się za dobrą. Kobiece problemy są uznawane za kobiece, więc literaturę, która ją opisujące, uznaje się za słabą.

  • recenzentka.blox.pl napisał(a) komentarz datowany na 2015/03/23 15:36:19:

    @nisza Dziękuję za dobre słowo!! Powiem wręcz, że ten brak zainteresowania wynika stąd, że nie mamy praktycznie niezależnych recenzentów. Mamy dyżurnych krytyków, jak w przypadku "Gazety Wyborczej" Krzysztofa Vargę, który ma bardzo specyficzny gust i bardzo konkretne grono pisarzy, których dostrzega, i na których patrzy łaskawym okiem i tych, których albo nie widzi, albo nie szczędzi...

  • Gość jok napisał(a) z *.neoplus.adsl.tpnet.pl komentarz datowany na 2015/06/07 14:37:27:

    Czytam i kulam się ze śmiechu :) - Pani Malanowska napisała babola, którego nikt nie chce czytać i w związku z tym skarży się bidula na fejsie! Aj, jaki niedobry ten świat, a taka była dobra książka, nagrodzona... - To może od razu zaproponuję rozwiązanie problemu? - Państwo polskie powinno zmusić obywateli do kupowania twórczości Malanowskiej! Żyjemy w XXI wieku, więc opornych nie będzie się batożyć, tylko nałoży na łobuzów karę finansową (pieniążki zasilą specjalną instytucję wspierającą czytelnictwo!). - Aby uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości każdy pisarz, który popełni książkę otrzyma od państwa odpowiednie stypendium (ale przy innym okienku niż bezrobotni, żeby się nie pospolitował) - O tym czy książka zasługuje na to miano zadecyduje specjalna komisja z panią Malanowską na czele! - Tak będzie ok?
    Oczywiście ta sama zasada powinna dotyczyć innych twórców: muzyków,tancerzy, malarzy i rzeźbiarzy w mydle!

  • recenzentka.blox.pl napisał(a) komentarz datowany na 2015/06/09 13:11:40:

    @ jok Literatura wysoka jest skierowana do wyrobionego literacko czytelnika. Przeciętny Polak nie doceni uroku prozy Kai Malanowskiej, bo nie jest napisana pod czytelnika, stąd różnica w odbiorze np. thrillera, który jest fabularnie prostą opowieścią rządzącą się napięciem i fabularnymi twistami. Takie rzeczy przyciągają wielu czytelników, bo większość szuka wyłącznie dobrej rozrywki. Po drugiej stronie jest literatura wyszukana, trudna, wymagająca rozczytania. Nie każdy się nią rozsmakuje, bo zwyczajnie brakuje mu wiedzy, żeby wychwycić różne smaczki, niuanse, cytaty, zapożyczenia itd. W Szwecji wybrnięto z tego tak, że ze specjalnego funduszu wypłaca się stypendia dla pisarzy, którzy pisząc niszową literaturę siłą rzeczy nie odniosą sukcesu komercyjnego. I to jest świetny pomysł na pogodzenie różnych potrzeb czytania. Niesłusznie dzielisz literaturę na tę kupowaną i niekupowaną. Ludzie masowo kupują "Pięćdziesiąt twarzy Greya", ale czy chcemy mieć wyłącznie taką literaturę?

    Wytłumaczę to na przykładzie. Nie każdy uprawia jak Małysz skoki, boom na ten sport przyszedł współcześnie właśnie z jego sukcesami. Zgodnie z Twoją logiką powinniśmy byli zaprzestać finansowania rozwoju nowych skoczków, bo nie odnosiliśmy sukcesów i nikt nie chciał oglądać skoków. Na szczęście byli ludzie, którzy inaczej myśleli i dlatego mieliśmy Małysza, a teraz mamy jego świetnych następców. I dlatego trzeba wspierać rozwój dobrej literatury i niszowych pisarzy. Czy to teraz jest jasne???

  • Gość Hamak Life napisał(a) z *.play-internet.pl komentarz datowany na 2016/03/01 22:41:26:

    Mądry tekst, świetnie napisany!
    Mi się bardzo naiwnie wydawało, że skoro dostałam grant pisarski, to wydanie książki pójdzie z górki. Tymczasem odpowiedzi od wydawnictw brak, dostałam jedną odmowną, z której (o zgrozo!) się ucieszyłam, no bo ktoś mi w ogóle odpisał ;) Drugie uzasadnienie, które udało mi się uzyskać telefonicznie, było takie, że opowiadania się nie sprzedają i jeśli je przerobię na powieść, to są zainteresowani.
    W myśl tej samej zasady nie sprzedaje się poezja i dramat, za to fantastyka tak. Trochę jak z Małyszem. Nie sprzedają się, bo nie są wydawane i promowane.
    Fajnie by było, żeby środowisko pisarskie zamiast się barykadować i wylewać smołę z wałów obronnych skrzyknęło się i stworzyło jakąś sensowną fundację. Bardzo tego brakuje, podobnie jak grantów sensu stricte wydawniczych, bo pisanie to praca, a publikacja i wszystko co się z nią wiąże to inwestycja.
    Patrząc biznesowo, wiadomo, że inwestycja zwraca się w przypadku już wypromowanego produktu, czyli marki, która stoi za znanym pisarzem, najlepiej komercyjnym. A za debiutantem stoi niewiadoma, czyli wysokie ryzyko biznesowe. Dlatego zamiast pisarzy zarabiają różne firmy wydawnicze. I tu powinno włączyć się państwo, bo czyste podejście biznesowe w przypadku sektora kultury prowadzi właśnie do takich efektów, że czytelnictwo spada, a w konsekwencji spada..wiadomo co ;)
    Inną i chyba jedyną drogą w obecnych warunkach jest zastosowanie / czyli przystosowanie się do / modelu biznesowego. Pisarz jednocześnie powinien być swoim agentem.

  • recenzentka.blox.pl napisał(a) komentarz datowany na 2016/03/02 12:57:09:

    @Hamak Like dziękuję!!! Kontakt z wydawnictwami to zmora. U nas nie ma kultury odpowiadania na maile. W dodatku jest tak jak piszesz, rynek się strukturyzuje do potwora o trzech głowach. Ma być łatwo, lekko i przyjemnie. Nie ma miejsca na dobrą literaturę. Przyglądam się rynkowi książki i najbardziej uderza mnie na nim szczególnego rodzaju nepotyzm: publikują się wszelkiego rodzaju pociotki wielkich nazwisk, krewni znanych dzisiaj, trochę ich znajomych. Klucz otwierający drzwi do debiutu wiedzie niestety głównie przez koneksje. Bardzo, bardzo niewiele widzę tutaj debiutów "z ulicy". Sami wydawcy też się do tego przyznają. Żulczyk dostał szansę na debiut u Dunin-Wąsowicza, bo się znali, itd. Naprawdę blog otwiera szansę do zaistnienia. Ci, którzy zbudowali sobie społeczność i mają powracających czytelników mogą liczyć na ich zainteresowanie książką i tak robią niektórzy blogerzy. Znowu jednak wracamy do reklamy, więc ci jak np. Zorkownia - wydana przez Znak ją dostanie i się dobrze sprzeda, reszta przemknie przez rynek bez głębszego oddechu i refleksji. Co robić? Chyba tylko uparcie pisać. I ciągle próbować. Jednak kłody i bariery to historia najlepszych pisarzy, co jest i smutne i cholernie napędzające dobrą energią :-) Weszłam na Twój blog - zazdroszczę pięknego i fascynującego życia. Jeśli czujesz, że coś dobrze napisałaś, nie daj się przemielić marketingowi. Teraz jest parcie na jednolitą narrację, która ucieszy masowego czytelnika, ale to krótka piłka i jednorazowe życie, czasem strzał w stopę...

  • Gość napisał(a) z *.neoplus.adsl.tpnet.pl komentarz datowany na 2016/07/29 16:40:19:

    Dzień dobry, pani Anno bardzo proszę o kontakt. Renata Diaków

  • recenzentka.blox.pl napisał(a) komentarz datowany na 2016/07/31 22:54:51:

    Dzień dobry, proszę o mail na adres, który znajdzie Pani w zakładce "Kontakt" :-)

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014