Recenzentka

Wpis

piątek, 26 września 2014

Nowe szaty Mariusza Szczygła

Mariusz Szczygieł swoimi komentarzami pod moim wpisem Czy leci z nami Mariusz Szczygieł? sprawił, że się wstydzę. Wstyd mi, że muszę literalnie, wprost napisać, że popełnił Pan niestosowny, niesmaczny tekst. 


 „Książki. Magazyn do Czytania” wychodzi raz na kwartał i pewnie, dlatego tak UWAŻNIE wczytuję się w każdy artykuł, i w każde słowo. Czekam na Pana felietony z wielu powodów, a wymieniając kilka chcę podkreślić, kim Pan dla mnie jest. Uwielbiam Pana ciepłe, rozczulające i empatyczne poczucie humoru. Mało, kto rozpala słowami sumienie. Mało, kto wgryza się swoim pisaniem w pamięć. Więc czytam Pana. I lubię jako człowieka. Skromnego, nieśmiałego chłopaka ze Złotoryji, któremu się poszczęściło. To, co Pan pisze jest dla mnie ważne. Dlatego tak bardzo poruszył mnie Pana ostatni tekst. Żyjemy na moralnej pustyni, codziennie żegnamy ostatnie autorytety, a szukając nowych, ocieramy się o rozczarowania. Trzymam się twórczości takich osób jak Pan, bo inaczej umarłabym wewnętrznie a nie chcę iść przez życie jak robot. Dlatego stawiam poprzeczkę, takim osobom jak Pan, najwyżej. I jest mi wstyd, że muszę Panu tak literalnie teraz napisać, że popełnił Pan niestosowny tekst. Obrażający wielu ludzi. A w każdym razie mnie i o moich uczuciach piszę. Tak koszmarnie nieempatyczny i zadufany w sobie tekst.


Wiem, o czym jest felieton Mariusza Szczygła „Skomlenie o seks”, bo go czytałam. Ze zdumieniem. Rosnącym zniesmaczeniem. A na końcu z rozczarowaniem. 


Szukając tytułu dla własnej autobiografii, musiałabym przyznać, że najlepszy tytuł ukradł mi Tomek Tryzna. Tak, Panna Nikt to ja. Gdybym dzisiaj umarła, nikt nie odtrąbiłby żałoby narodowej. Nie byłoby salw i flag ściągniętych do połowy masztu. Zostałam w Krakowie po studiach a przyjechałam tutaj z Przemyśla. Wiem, co to znaczy być nikim, „słoikiem” i zaczynać od zera w hermetycznym mieście, w którym bez galerii obrazów kilku pokoleń przodków na ścianie jest się NIKIM. Codziennie czuję się jak piłeczka ping-pongowa, która nieustannie odbija się od ściany i spada w to samo miejsce. Dlatego tak doskonale potrafię wczuć się w sytuację pisarza a zwłaszcza poety nieznanego, osoby bez nazwiska. Osoby, która chowa ambicję do kieszeni i prosi kogoś znanego o opinię o swojej twórczości, rekomendację na okładce lub po prostu o dobre słowo.


W Pana tekście poruszył mnie CAŁKOWITY brak empatii. Wiem doskonale, o czym Pan pisze, i wiem też doskonale, co poczułam po przeczytaniu Pana tekstu. Nauczyłam się czytać w wieku ok. 3,5 lat i od tamtej pory śmigam samodzielnie po literaturze. Z czytaniem ze zrozumieniem nigdy nie miałam problemu. Utwierdzają mnie w tym również listy, które dostaję od pisarek, które przyznają, że jestem pierwszą osobą, która tak trafnie odczytała ich intencje. Czy Pan zrobił to samo? Bo w Czy leci z nami Mariusz Szczygieł? wyjaśniam Panu, dlaczego proszenie o opinię na temat własnej twórczości nie jest „jak błaganie o seks, kiedy nikt się nie kwapi, żeby cię zaspokoić”. Według mnie jest wołaniem o odrobinę uwagi tam, gdzie głośno mówi się o nielicznych. Tłumaczę Panu, dlaczego ludzie proszą o recenzje swoich książek, i dlaczego o komentarz zwracają się do konkretnych osób a nie do anonimowych Kowalskich. Piszę, że nie każdy początkujący autor ma takie same szanse na pomoc w rozwoju swojego warsztatu, promocji własnej twórczości, nie mówiąc o szansie na debiut. Czy przeczytał Pan mój tekst i zrozumiał, o czym piszę? 


Bo czytając Pana felieton przeczytałam tekst napisany z pozycji autora, który nie pamięta? Nie rozumie? Nie wie, jak to jest nie mieć za sobą błyskotliwej kariery, poparcia mediów, uwielbienia czytelników i nazwiska, które jest gwarancją sukcesu? Napisał Pan, że nie upokorzyłyby Pana negatywne recenzje, wstawienie Pana książki do „Taniej książki”, sprzedaż poniżej oczekiwań, i że najbardziej czułby się Pan poniżony, pytając kogoś o wrażenia po przeczytaniu Pana książki. „Jeszcze nigdy nikogo nie spytałem o wrażenia po lekturze moich tekstów” – dodaje Pan. Nie ma takiej potrzeby. Ludzie sami sobie wyrywają z rąk Pana książki. Pan nie musi prosić o recenzję, bo każdy szanujący się krytyk i każda gazeta, która chce uchodzić za wartościową, sama z siebie napisze o Pana kolejnej książce. Ma Pan taką pozycję, że mógłby Pan jak Modrzejewska deklamować alfabet a ludzie ocieraliby łzy wzruszenia. 


Pana słowa uderzyły w ludzi, których nazwiska nie mają takiej magii. Uderzyły we mnie. Tych wszystkich pisarzy, poetów, o których NIGDY nie wspomną media głównonurtowe, czasopisma literackie i krytycy na ich usługach. Wszystkich tych, którzy codziennie zastanawiają się, komu podesłać do przeczytania swoją książkę, licząc, że ta osoba wspomni o niej w swoim felietonie, na facebookowym wall’u, kliknie like’a albo udostępni. Wysyłają je do redakcji pism, licząc na jedno przychylne zdanie. Z Pana felietonu domyślam się, że nie musiał Pani nigdy rozsyłać swoich książek do dziennikarzy, prosząc, żeby o nich wspomnieli w swoich pismach. Nie musiał Pan nigdy „bezwstydnie dociekać”, co sądzą o Pana twórczości. Nigdy nie był Pan „zachłanny”, ani „żarłoczny” prosząc o uwagę dla swoich książek. Szczęściarz z Pana.


Nikt w tym kraju nie ma wątpliwości, co Pan robi dla rozwoju polskiego reportażu i wszyscy wierzymy w bezinteresowną działalność Fundacji Instytut Reportażu, widząc, że prowadzi go Pan nie dla pieniędzy a dla ratowania zawodu reportera. Jest Pan dobrym człowiekiem i wiem, że pomaga Pan wielu ludziom i będzie to robił nadal. I proszę się nie obawiać, że Pana rekomendacja na okładce książki przestanie mieć znaczenie. Nawet Pan nie wie, JAKIE znaczenie ma dla mnie fakt, że zechciał Pan przeczytać i skomentować mój wpis na blogu.


Gdy Pan pisze, że „chyba mam małą orientację w rynku literatury non-fiction”, to czuję się jak podczas egzaminu wstępnego na moją ukochaną skandynawistykę. Wylosowałam Pana Tadeusza, poczułam lekkie szturchnięcie łokciem i porozumiewawcze: „Będzie dobrze” dziewczyny, która przygotowywała się ze mną do odpowiedzi. A potem usłyszałam pytanie starszego pana, na oko profesora, ale pewności nie ma: „To, co Pani sądzi o Panu Tadeuszu, na które z rozbrajającą naiwnością odpowiedziałam, że to, co Norwid. Nie dostałam się wówczas na studia, bo kandydatce na nie, można szybko udowodnić, że i Norwid i ona się myli. A egzaminujący mnie pan najwyraźniej należał do osób, które chodzą przed Mickiewiczem na kolanach. Myślę, że i wszyscy w Polsce, i w odległych zakątkach Europy a kto wie, czy również nie na antypodach świata szepczą sobie Pana nazwisko. I każdy wie, że nikt tak dobrze nie zna się na reportażu jak Pan. A o tym, że ja mam w nim gorsze od Pana rozeznanie pewnie udowodniłby mi nawet najgorszy absolwent Pana szkoły reportażu. Ale wiem, że pisze Pan blurby, o czym przecież wspominam w moim tekście.


Odpowiadając na Pana komentarze, czuję się jak małe dziecko, które na widok króla woła „Patrzcie, przecież on jest nietaktowny”. I chociaż jestem już dużą dziewczynką, to najwyraźniej nie zabiłam w sobie wewnętrznego dziecka, bo wciąż widzę, jak ktoś zachowuje się nieelegancko.


PS Przeczytam książkę Izy Klementowskiej Samotność Portugalczyka, bo bardzo sobie cenię Pana rekomendacje i wierzę, że to świetna książka.


Anna Dutka


Ten tekst jest odpowiedzią na komentarze Mariusza Szczygła, które ukazały się pod wpisem Czy leci z nami Mariusz Szczygieł?

 

POLECAM RÓWNIEŻ:

Recenzja książki Láska nebeská - Mariusz Szczygieł

Krakowska premiera 100/XX - Antologia polskiego reportażu

Recenzja książki Gottland - Mariusz Szczygieł

 

Chcesz być na bieżąco z informacjami? Zamów newsletter i polub Fanpage

Szczegóły wpisu

Tagi:
Kategoria:
Autor(ka):
recenzentka.blox.pl
Czas publikacji:
piątek, 26 września 2014 11:28

Trackback

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Statystyki od: 8.03.2014